Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Trwać w Chrystusie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.

Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami». (J 15, 1-8)

„Czy znasz samego siebie?” – tak brzmiało pytanie umieszczone na frontonie starożytnej świątyni w Delfach. Człowiek przychodzący na spotkanie z bóstwem, przybywał jednocześnie w celu rozwiązania tej jednej z najbardziej zawiłych zagadek.

Wielki mistrz chrześcijaństwa św. Augustyn także nie uciekał przed tym dylematem, przyznając otwarcie: „Sam się stałem dla siebie pytaniem”. Biskup z Hippony, mimo że napisał wiele znakomitych tekstów przybliżających Boga, nie bał się mówić o niepokoju swojego serca. Kim jest Bóg i kim ja właściwie jestem?

Z przymrużeniem oka możemy stwierdzić, że osobą, która nas najbardziej interesuje jesteśmy my sami. Jednak zaglądanie do swojego wnętrza nie zawsze musi wskazywać na egocentryczne skłonności.

Należy uważnie badać siebie, docierać do najgłębszych pokładów osobowości, pilnie obserwować nawet najmniejsze poruszenia ducha. Wtedy jest szansa, że odnajdziemy w sobie ślady, których autorem jest Bóg.      To jest chwila, w której uświadamiamy sobie, że nigdy nie poznamy siebie, jeśli będziemy ślepi na obraz Pana wyryty w naszej duszy, ponieważ tworzymy jedność. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami”, mówi dzisiaj Jezus.

Jezus mówi dziś o oczyszczaniu latorośli, czyli odcinaniu małych gałązek, które się pojawiają z boku winnego krzewu. Trzeba je odciąć, żeby całe soki szły w winne grona, a nie gdzieś na boki, bo wtedy owoce będą słabsze.

Pan Jezus chce także oczyszczać nas, po to, abyśmy nie zużywali naszych żywotnych sił na rzeczy niepotrzebne, aby nasze chrześcijaństwo stawało się coraz dojrzalsze.

Początkiem dojrzałego chrześcijaństwa jest dotarcie do swoich korzeni. Jeżeli tego nie zrobimy, nasze działanie pozostanie na poziomie zwyczajnego aktywizmu. Nadal też, jako chrześcijanie, będziemy się gubić w świecie kultury, obyczajowości czy polityki. „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie może uczynić” – dodaje Chrystus. Nam nieraz tak trudno w to uwierzyć, więc wmawiamy sobie, że damy radę o własnych siłach, przy pomocy naszych zdolności. A potem, jak rzeczywistość boleśnie zderza nas z doświadczeniem naszej słabości, wołamy: „Jezu, Ty się tym zajmij…”

Doskonale zrozumiał to święty Paweł, którego życie przed nawróceniem było co najwyżej zwyczajnym aktywizmem i to takim, który sprawiał, że święty Paweł wmawiał sobie, że to, co robi, robi dla Boga, choć w rzeczywistości rozmijał się z Nim. Wymyślił Boga, którego dopasował do swoich własnych wyobrażeń.

Życie świętego Pawła przed jego nawróceniem uświadamia nam jeden z największych paradoksów człowieka: że można należeć do religii, nie należąc do Boga! Na szczęście pod Damaszkiem odnalazł prawdę, która brzmi: trzeba bardziej słuchać głosu Bożego niż siebie i naszych wyobrażeń o Bogu. Podróż w wierze wymaga od nas, abyśmy potrafili porzucić stworzony przez nas wizerunek Boga i nasze własne wyobrażenie o nas samych. Święty Paweł doświadczył na samym sobie prawdy o Bogu, który jest miłością, który pragnie spotkać człowieka na drogach jego życia i potrafi zmienić jego życie o ile człowiek mu na to pozwoli.

Przypomina mi się tu znane powiedzenie jednego ze współczesnych mistrzów duchowości chrześcijańskiej – ojca Rohra: „w życiu wiary nie chodzi o to, aby więcej osiągnąć i więcej uczynić, ale żeby bardziej zaufać Bogu (…) Tak naprawdę nie nawracamy się dzięki naszemu wysiłkowi. Nawrócenie jest zawsze darem, który przychodzi jako owoc łaski, o ile jesteśmy gotowi się na nią otworzyć”, tak jak uczynił to Paweł pod Damaszkiem.

Życie św. Pawła winno być dla nas nieustanną inspiracją.

Święty Paweł pokazuje nam bowiem niezbicie, że istnieje coś, co można by nazwać „Boską terapią” a jest nią postawa kontemplacyjna, czyli to, co św. Piotr określi jednym prostym zdaniem: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”.

Wszyscy Apostołowie chcą nas przekonać, że skuteczność ich świadectwa, podobnie jak i naszego – wyrasta z codziennego przebywania w obecności Pana.

Co to znaczy? Nie jest to kwestia działania, ale raczej sposobu bycia przy Bogu. Cokolwiek robisz i gdziekolwiek przebywasz; czy pracujesz, odpoczywasz, martwisz się czy cieszysz – w każdej chwili miej świadomość, że Bóg przeżywa to razem z tobą. Nie ma niczego w naszym życiu, co dokonywałoby się poza Nim, bo „w Bogu żyjemy poruszamy się i jesteśmy”. Niestety zbyt często gubimy tę świadomość.

Ewangelia dzisiejsza zachęca nas, byśmy wyrwali się ze swojej wewnętrznej alienacji. Abyśmy możliwie często kierowali umysł i serce do Boga.

„Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać” – mówi dzisiaj Jezus.

Henry Nouwen pisał, że prawda o naszym życiu jest taka, że nic w naszym życiu, absolutnie nic nie jest czynione, mówione ani rozumiane niezależnie od Tego, który jest początkiem i celem naszego istnienia”.

Bóg nieustannie tłoczy w nas soki swojej łaski, tak jak winny krzew toczy swoje soki w połączone z nim latorośle. Im lepiej nauczymy się z tą Bożą łaską na co dzień współpracować tym i owoce naszego życia, naszego chrześcijaństwa i naszej wiary będą obfitsze.

Słowo, które jest sędzią

Jezus tak wołał: «Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał.

Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś słyszy słowa moje, ale ich nie zachowuje, to Ja go nie potępię. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić.

Kto Mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które wygłosiłem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ojciec, który Mnie posłał, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak Mi Ojciec powiedział». (J 12, 44-50)

Ewangelia dzisiejsza uświadamia nam, że Jezusowi zależy na tym, abyśmy usłyszeli to, co chce nam powiedzieć. Dlatego woła! Aby móc usłyszeć, tego, kto do nas mówi potrzebna jest postawa, którą cechuje wyciszenie, skupienie, uważność, wrażliwość. To cechy, które winny określać naszą medytację. Oczywiście to, co możemy zrobić z naszej strony jeszcze nie wystarczy dla doświadczenia skutecznej modlitwy, ale jest ważne, aby pozwolić Słowu, które Jezus do nas kieruje w medytacji docierać do naszego umysłu i serca i działać w nim.

Jeśli ze swojej strony zadbamy o optymalną postawę umożliwiającą nam słuchanie Słowa, Duch Święty dopełni reszty. Dlatego warto o Niego prosić. Warto modlić się, aby uzdolnił nas do słuchania i aby przyszedł z  pomocą naszym słabościom i naszej niedoskonałości, która objawia się na płaszczyźnie modlitwy (por. Rz 8, 26-27).

Jezus zawsze stara się skupić naszą uwagę na Ojcu, tak jak Jego uwaga była nieustannie skupiona na Ojcu. Głównym celem Słowa Bożego jest objawić nam prawdę o Bogu. Można by zatem powiedzieć, że przylgnięcie w medytacji do Jezusa, do Jego Słowa, oznacza przylgnięcie do Ojca.

Ponieważ doświadczenie medytacji prowadzi nas przez Tajemnicę, dlatego słowo Jezusa jest światłem, którego nieustannie potrzebujemy. Ono rozświetla nasze ciemności, na które natykamy idąc drogą medytacji coraz głębiej ku naszemu wnętrzu. Przylgnąć do Jezusa i jego Słowa to mieć pewność, że nie zgubimy drogi, że nie zagubimy się w gąszczu naszych emocji, przeżyć, lęków, które nosimy w naszej podświadomości a które jesteśmy w stanie dostrzec jedynie schodząc w głąb naszego jestestwa i dzięki światłu Słowa Bożego i łaski.

Każdy, kto ma za sobą już pewne doświadczenie medytacji wie, że Słowo, które towarzyszy nam w modlitwie monologicznej ma potężną moc i potrafi odsłonić nasze największe ciemności. Potrafi także przez konfrontację z tym, co napotykamy w naszym wnętrzu zrozumieć strategię  Złego, który posługuje się lękiem i często kusi nas do zamykania się z obawy przed Bogiem. Medytacja właśnie dlatego, że jest otwarciem naszego serca na łaskę i na prawdę uczy nas jak przezwyciężać strategie złego ducha.

Jezus mówi dzisiaj, że Jego słowo jest naszym sędzią. Lecz nie w tym sensie, aby nas oskarżać – jak to już wielokrotnie mówiliśmy. Osąd, którego źródłem jest słowo, pozwala nam stawać w prawdzie i pomaga nam odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu. Dlatego nieporozumieniem byłoby, gdyby chrześcijanin uciekał przed Słowem, zamiast się nim karmić. Święty Jan Apostoł przypomina, że ono jest zawsze na początku: na początku stworzenia, na początku naszego nawrócenia i uświęcenia, na początku drogi ku prawdzie i ku wolności. Jeśli chcę żyć w prawdzie i wolności serca karmienie się Słowem jest nieodzowne!

Przypomnijmy tę znaną sentencję św. Jana od Krzyża: „Tylko jedno Słowo wypowiedział Bóg Ojciec a jest nim Jego Syn, i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu. W milczeniu też powinna słuchać Go dusza” (Św. Jan od Krzyża, Słowa światła i miłości, Sentencje, 99). Na początku Bóg wypowiedział tylko jedno Słowo! W to słowo wsłuchujemy się zgodnie z zaleceniem Doktora Miłości w ciszy, w praktyce medytacji monologicznej. Temu Słowu pozwalamy się prowadzić w ciszy, bo Ono jest najlepszą drogą do ojcowskich ramion Boga.

Tak naprawdę całe życie szukamy Ojca, szukamy możliwości schronienia się w Jego ojcowskich ramionach – od pierwszego przytulenia po narodzinach. „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu” [św. Augustyn, Wyznania). Dlatego medytacja przypomina mi o tym, że moje życie jest niczym innym jak powrotem w ramiona Ojca, który umiłował mnie zanim znalazłem się pod sercem matki.

Praktyka medytacji monologicznej jest – przynajmniej dla mnie – tym doświadczeniem, które najbardziej pomaga mi zbliżyć się do Ojca i schronić się w Jego ramionach. Uczy mnie także skupiać moją uwagę na Ojcu, tak aby tę uwagę skupioną na Bogu z modlitwy przenosić w codzienność, która dzięki temu staje miejscem  Jego objawienia.

Pasterz dobry

Jezus powiedział:

«Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.

Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz.

Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca».(J 10, 11-18)

Wśród wielu uczestników wieczornego spotkania dyskusyjnego na temat wiary organizowanego co miesiąc wśród paryskiej inteligencji byli obecni znany aktor i sędziwy kapłan. Zmęczeni dyskusją uczestnicy poprosili aktora, aby zarecytował coś dla odprężenia. Artysta zaczął najpierw recytować wiersze Szekspira. Gdy skończył zapytał obecnych, co chcieliby jeszcze usłyszeć? Zaproponowano mu recytację psalmu 23. Autor przyjął propozycję z radością, postawił jednak pewien warunek, że gdy skończy recytację,  ten sam psalm wypowie obecny wśród nich ksiądz. Zmieszany, starszy kapłan przystał na propozycję. Artysta zaczął więc piękną recytację, wypowiadając słowa psalmu dźwięcznie z zaangażowaniem. Gdy skończył salon pełen ludzi rozbrzmiał oklaskami.

Następnie artysta zwrócił się do księdza:

– Teraz ojca kolej.

Kapłan wstał i drżącym głosem zaczął wypowiadać słowa: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego; pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach, prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę…”

Gdy skończył wśród zgromadzonych zaległa absolutna cisza: nikt nie klaskał, panowało zupełne milczenie.

Po chwili ciszę przerwał głos aktora recytującego wiersz przed księdzem: „Przyjaciele! Teraz rozumiecie, dlaczego chciałem by ksiądz powiedział ten psalm po mnie. Ja co najwyżej mogłem swoją recytacją poruszyć wasze uszy, lecz nie potrafiłem jak mój następca podbić waszych serc. Różnica bowiem polega na tym, że ja znam jedynie psalm, a ksiądz zna Pasterza”.

Przywołuję tę historię anonimowego autora już nie pierwszy raz, bo pięknie wpisuje się w charakter dzisiejszej niedzieli Dobrego Pasterza

Jezus mówiąc o sobie jako o Dobrym Pasterzu uświadamia nam, że zna nas. W tym samym jednak zdaniu dodaje, że i my winniśmy Go znać, jeżeli mamy Go naśladować, jeżeli chcemy, aby obraz Boga, jako nosimy w naszej wyobraźni nie był fałszywy, bo poskładany jedynie z kawałków naszych ludzkich, naznaczonych słabością i grzechem doświadczeń. 

Pasterz to dzisiaj postać żyjąca bardziej w naszej wyobraźni niż człowiek z krwi i kości, którego znalibyśmy z codziennego doświadczenia. Czasem pojawia się w bożonarodzeniowych jasełkach. Ubrany w obowiązkowy kożuch. Innym razem jego obraz przywołuje Ewangelia.

W pasterskiej kulturze dawnego Izraela wyobrażenie pasterza nie było ono tak egzotyczne jak dziś. Znane było bowiem z codziennego życia, ale i głęboko wpisane w starotestamentalną tradycję przedstawiającą Jahwe jako troskliwego pasterza żyło w religijnej wyobraźni słuchaczy Jezusa. Chrystus kilkukrotnie i z naciskiem powtarza: „Jestem pasterzem, nie najemnikiem”. Jakby chciał powiedzieć: „Zobacz, nasza relacja jest prostsza, niż myślisz. Nie zarabiam na tobie, nie wykorzystuję ciebie dla swoich korzyści. Tu nie ma żadnego drugiego dna. Zależy mi tylko na tobie. Żebyś żył naprawdę; żebyś żył pełnią życia”.

Nam, pognębionym przez życiowe porażki, wielokrotnie oszukanym, zawiedzionym, taka prosta relacja wydaje się prawie niemożliwa. Z jednej strony żyje w nas tęsknota, żeby być dla kogoś tak bezwarunkowo najważniejszym. Z drugiej jednak podejrzliwość nie pozwala nam na proste zaufanie. Myślimy, że pewnie jest jakiś aneks do tej umowy, jakaś gwiazdka odsyłająca do pisanych maleńkim druczkiem niekorzystnych warunków, jakieś „tak, ale”.

Tymczasem w umowie o nasze zbawienie, przypieczętowanej Krwią Chrystus nie ma żadnego drugiego dna, nie ma nic, co mogłoby nas zaskoczyć czy zaniepokoić. Nic poza miłością, aż do oddania życia.

Niekiedy rodzi się w nas wiara w taką miłość i tęsknota za nią, żeby za chwilę rozpłynąć się znowu we mgle…

Dlatego właśnie potrzebujemy ciągle na nowo poznawać Pasterza, aby nie pozwolić by przeciwnik zasiał w naszych sercach ziarno nieufności do Niego. Potrzebujemy poznawać Pasterza, aby nigdy nie zwątpić w to, że On troszczy się o nas nieustannie. Że kocha nas bezgranicznie, właśnie dlatego, że nas zna i nasze życie, ani nasze serce nie ma przed Nim tajemnic. Kocha nas, dlatego nigdy nie wykorzysta naszych wad ani zalet, nie będzie manipulował się naszymi emocjami; nie będzie składał obietnic bez pokrycia, aby wzbudzić nasze zainteresowanie. On zna wszystkie nasze możliwości i talenty, zna nasze wahania i samotności; z wielką dumą patrzy, jak wzrastamy i ze współczuciem, ale bez oskarżania nas, kiedy zdarza nam się potykać o nasze słabości.

Jest Dobrym Pasterzem, Jest Prawdą i Życiem. Jest Dawcą życia, który uczy jak dawać życie; jest Stwórcą, który uczy nas tworzyć, to co piękne. To, co miał nam do dania, już nam ofiarował. Bezinteresownie! Ale musimy chcieć i umieć to przyjąć.

Dlatego tak jak każdy pasterz mówi dziś do nas, jak do swoich owiec: Nie bój się pójść za Mną. Nie bój się jeszcze raz wyznać swoich grzechów, ofiarować mi swojej niemocy i niepewności, nie poddawaj się znużeniu w codziennym odnawianiu swojego życia przez miłość, której Źródło bije dla ciebie w Moim Sercu, nie rezygnuj z uczciwości i prawdy.

Chrystusa, jest Pasterzem, który nie ucieka od ludzkiego dramatu, ale zostaje do końca. Nie myśli o tym, jak ocalić własną skórę, ale jak zaradzić ludzkiej biedzie. Nie domaga się posłuszeństwa, nie stawia nadzwyczajnych warunków, ale sam pokornie służy. Nie zabiera życia, ale je daje.

Chciałoby się powiedzieć za papieżem Franciszkiem, że tak bardzo zagubiony człowiek współczesny jeszcze bardziej potrzebuje Chrystusa Dobrego Pasterza, a Chrystus człowieka.

Ten pierwszy po to, aby odzyskać prawdziwe zdrowie i wolność serca, Ten drugi, aby objawić ludziom nieskończone dobro Boga, bez którego każde inne dobro jest tylko przejściowe i krótkotrwałe.

Chrystus jest dobrym Pasterzem!

Czy potrafimy zaufać Mu na tyle, aby bez zastrzeżeń powierzyć Mu samych siebie i pozwolić poprowadzić przez życie tylko Jemu znaną, ale bez wątpienie najlepszą drogą?

Modlitwa, która uczy być

Jezus powiedział do ludu:

«Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Powiedziałem wam jednak: Widzieliście Mnie, a przecież nie wierzycie. Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał.

Jest wolą Tego, który Mnie posłał, abym nic nie stracił z tego wszystkiego, co Mi dał, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym. To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne. A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym». (J 6, 35-40)

Każda medytacja, to dla mnie okazja do głębokiego zatopienia się w obecności Jezusa.

Dzisiejsza Ewangelia zapewnia nas, że ilekroć przyjdziemy do Jezusa, tylekroć nas przyjmie: „tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę”. Jezus pragnie wlewać w nasze serca nadzieję, zwłaszcza wówczas, gdy możemy obawiać się odrzucenia, gdy wydaje nam się, że jesteśmy niegodni Jego darów i Jego miłości…

W dzisiejszej Ewangelii Jezus objawia nam serce Ojca. Mówi o tym, że każda i każdy z nas jest darem, jaki Jezus otrzymuje od Ojca. Czy mamy świadomość tego? To nam przypomina o tym, że mamy Boskie pochodzenie!

Medytacja monologiczna jest praktyką, która zaprasza nas nade wszystko do osobistego przylgnięcia do Bożego Serca, do szukania w tym przylgnięciu schronienia i poczucia bezpieczeństwa. Skupieni zbyt mocno na tym, co doczesne, gubimy często szerszą perspektywę – życie, które pragnie nam podarować Chrystus i które nie przeminie.

To szczególnie ważne w kontekście przedłużającego się wciąż lockdownu i pandemii, która odebrała wielu rodzinom bliskich i ogólnego zmęczenia towarzyszącą nam już od ponad roku zarazą.

Ktoś żartobliwie stwierdził, że najgorsze w dwutygodniowym lockdownie są pierwsze dwa lata, a potem już jakoś leci… Jednak czas pokazuje, że przyzwyczajenie się do tej sytuacji jest często ponad siły zarówno psychiczne jaki i fizyczne wielu osób. Mnóstwo też osób, z którymi rozmawiam czy to osobiście, często w konfesjonale, czy też za pośrednictwem mediów społecznościowych skarży się, że jest to także bardzo trudne doświadczenie duchowe.

W tym kontekście przypomina mi się świadectwo życia znanego duchowego nauczyciela przełomu XX i XXI wieku Franza Jalicsa, który odszedł do domu Ojca zaledwie w lutym tego roku a którego książki czy rekolekcje były dla wielu osób prawdziwą inspiracją na drodze osobistej praktyki modlitwy kontemplacyjnej.

Wielu z nas zapewne zna historię życia tego węgierskiego Jezuity. Pracował na uczelni w Buenos Aires, mieszkał natomiast w jezuickiej wspólnocie, w slumsach na obrzeżach miasta, gdzie prowadził działalność socjalną. Jezuici owej wspólnoty pragnęli być blisko ubogich, dzielić ich los, żyć i pracować z nimi oraz razem z nimi walczyć.  Dwóch z nich w tym Jalics i Orlando Yorio zostali porwani przez bojówki politycznego ugrupowania Szwadrony Śmierci, działające na zlecenie junty wojskowej. Jezuici byli więzieni przez kolejne pół roku i poddawani torturom. Jalics podejrzewany był przez swoich oprawców o szpiegostwo na rzecz ZSRR.  Ponadto juncie nie podobało się, że walczą o poprawę sytuacji życiowej najbiedniejszych. Wspomniane 5 miesięcy Jalics spędził w odosobnieniu, w ciemnej celi, pod presją ciągłego oczekiwania na tortury i śmierć. Jak sam mówił, dopiero tam odkrył prawdziwą głębię, do której prowadziło go przylgnięcie do Modlitwy Jezusowej.

Proste przylgnięcie do tej modlitwy, jaką jest przyzywanie w rytmie oddechu Imienia Jezus w tak dramatycznym momencie życia okazało się dla Jalicsa fascynującą drogą w głębię swojego serca. To, co tam znalazł, pozwoliło mu doświadczyć wolności w stosunku do siebie i swojego działania. Kontemplacja, cisza, spokój zrodziły w nim głęboką radość. Przede wszystkim jednak pomogły mu przebić się przez twardą i bolesną ścianę gniewu, wściekłości i agresji, które często w bardzo subtelny sposób kryją się za ludzkimi postawami i zachowaniami. „Siła i jasność dla życia zaczęły wypływać już nie z refleksji czy decyzji albo działania, ale z tajemnego wnętrza duszy. Kontemplacja, czyli wracanie do centrum, do własnego serca, gdzie pokornie obecny jest Bóg, stała się dla Jalicsa przestrzenią relatywizowania napięć, konfliktów, stresu czy ciężkich przeżyć. Straciły one wówczas swój destrukcyjny wpływ na niego”. [J. Bereza OSB, Medytacja – modlitwa serca, „Życie Konsekrowane”, 1/1999]

W konsekwencji – jak dzieli się tym Jalics Modlitwa Imieniem Jezus doprowadziła go do głębszego zrozumienia, czym jest życie w duchu służby. Praktyka kontemplacji sprawiła, że efektywność podejmowanych przez niego wysiłków przesunęła się z czynienia, organizowania czy mówienia – na promieniowanie i na życie na zewnątrz tym, czym żył w wymiarze wewnętrznym. Jalics stwierdza: „że od czasu, kiedy dokonał zwrotu ku wnętrzu, doświadcza, że coraz więcej ludzi przychodzi do niego, a on sam mówi z większą mocą, choć używa bardzo prostych słów. I rzeczywiście – konkluduje – gdy postępujemy na drodze modlitwy wewnętrznej, słowa stopniowo zanikają, rodzi się cisza, w której objawia się miłość Boga, bo «Bóg jest miłością». A gdy promieniujemy miłością, wtedy pociągamy innych do Boga, dlatego Modlitwa Jezusowa staje się także największym dziełem ewangelizacyjnym”. [J. Bereza OSB, Medytacja – modlitwa serca, „Życie Konsekrowane”, 1/1999]

Modlitwa Jezusowa, Modlitwa Głębi, medytacja monologiczna – sposobem na poradzenie sobie z kryzysem zrodzonym z doświadczenia pandemii? Z wymuszoną koniecznością odosobnienia i zawieszenia wielu relacji? Z lękiem, który wielu osobom towarzyszy? Ze stresem, agresją czy gniewem, do którego wiele osób się przyznaje na skutek ograniczeń, z którymi muszą żyć?

Dlaczego nie?

Mogę mówić jedynie za siebie. Dla mnie medytacja monologiczna jest autostradą przez czas pandemii. Jest miejscem i czasem uprzywilejowanym, zwłaszcza dlatego, że podarowany czas odosobnienia pozwala sięgać po tę modlitwę częściej.

Przylgnięcie do Imienia Jezus przypomina mi nade wszystko o tym, że uczeń Chrystusa powinien przede wszystkim umieć po prostu być w tym, do czego Jezus go zaprasza. Z tego bycia – które jest jak mówi dzisiaj Jezus w Ewangelii pełnieniem nie naszej woli, lecz woli Tego, który nas posłał – choć nie zawsze łatwej, winno wypływać całe nasze życie; nasze cierpliwe towarzyszenie w duchu służby innym, którzy może ten szczególny czas przeżywają trudniej; umiejętność ofiarowania siebie bliźnim w takim wymiarze, w jakim możemy to zrobić; a nade wszystko wsłuchiwanie się w innych, które jest już tylko prostą konsekwencją wsłuchiwania się w Boże słowo. Wszystko to nieustannie podprowadza mnie pod progi Tajemnicy życia. I wiem jedno, że jest to możliwe tylko dzięki temu, że w ferworze różnych stanów, które nam towarzyszą w dobie pandemii nie wolno nam pozwolić, by umknęło nam coś absolutnie fundamentalnego – nasze osobiste odniesienie do Jezusa. Bo ten kto do Niego przychodzi, nie będzie łaknął; a kto w Niego wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.

Codzienna medytacja monologiczna przypomina mi, że jest tylko jedno Źródło mocy i siły dla nas – Jezus Chrystus. Szukanie tego, co nas nasyci gdziekolwiek indziej wcześniej czy później musi nas rozczarować!

Rzecznik

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba.

A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: «Pokój wam!»

Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: «Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie Mnie i przekonajcie się: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam». Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi.

Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: «Macie tu coś do jedzenia?» Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i spożył przy nich.

Potem rzekł do nich: «To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach». Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma.

I rzekł do nich: «Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jeruzalem. Wy jesteście świadkami tego». (Łk 24, 35-48)

Dzisiejsze rozważania chciałbym rozpocząć od Listu św. Jana Apostoła, który mówi o „Rzeczniku” (obrońcy), którego mamy u Boga. Jednak ważne, abyśmy dobrze zrozumieli przesłanie Jana. Otóż tym, który nas oskarża, nie jest Bóg, lecz – jak to napisano w Księdze Apokalipsy – szatan (Ap 12, 10). W związku z tym warto pamiętać o dwóch sprawach:

Po pierwsze, oskarżenia szatana nie odnoszą się jedynie do perspektywy sądu, który następuje po śmierci człowieka. Szatan jest tym, który oskarża nieustannie, „dniem i nocą”. Jest tym, który stale widzi nasze życie i który formułuje coraz to nowe oskarżenia mające utwierdzić nas w przekonaniu o złu naszych uczynków i złu w nas samych.

Po drugie zaś, szatan nie oskarża nas jedynie bezpośrednio wobec Boga, lecz także w sposób pośredni – w obrębie naszej psychiki. Oskarżycielska działalność szatana jest bardziej perfidna niż można by przypuszczać. Szatan ukrywa przed nami swoją twarz. Działa, podszywając się pod nasze myśli i uczucia. Jego perfidia sięga granic, gdy podszywa się pod samego Boga, chcąc nam Go przedstawić jako Tego, który czyha na nasze błędy, aby nas ukarać.

Ostatecznie szatan usiłuje nas przerazić tym, kim jesteśmy. Przerysowuje naszą grzeszność, zaburza właściwą proporcję grzechów, które popełniamy. Oskarża naszą przeszłość i teraźniejszość. Pragnie bowiem jednego, abyśmy stracili nadzieję na przyszłość. Zwłaszcza, aby zasiać w nas zwątpienie w Boga, który jest miłością i miłosierdziem i właśnie dlatego potrzebujemy potężnego Obrońcy przed jego działaniem.

Chrystus nie jest tym, który broni nas przed Bogiem. Nie jest Nim, bo takiego obrońcy nie potrzebujemy, bo Bóg jest miłością. Chrystus broni nas szatanem! Chrystus występuje w obronie nas i nadziei, którą w sobie nosimy. Jego miłość – i tylko ona – jest w stanie rozpraszać mroki oskarżeń, które zostają w nas podstępnie złożone przez złego ducha. Dlatego tak bardzo potrzebujemy owego daru pokoju, który Jezus przynosi apostołom w Wieczerniku, ale przynosi go też nam za każdym razem, gdy zasiadamy z Nim do stołu Eucharystii.

Pod pewnymi względami jesteśmy podobni do apostołów w Wieczerniku, dlatego Pan Jezus chce przekonać nas, słuchających dzisiaj tej Ewangelii do tych samych trzech rzeczy, do których przekonywał apostołów.

Po pierwsze, by się nie bali, by napełnili serca pokojem, bo zło i śmierć zostały pokonane, skoro On stoi między nimi żywy.

Po drugie, że zmartwychwstał jako Bóg wcielony i teraz mogą dotknąć Jego ciała, zobaczyć Jego rany, poczęstować Go pieczoną rybą. Zatem zbawienie dotyczy nie tylko wyżyn duchowych, ale całej rzeczywistości ludzkiej, także naszej powszedniości.

Wreszcie po trzecie: wydarzenie, którego są świadkami, można zrozumieć jedynie w świetle słowa Bożego, bo to ono jest pokarmem dla naszej wiary, tak jak było pokarmem dla wiary pierwszych uczniów Jezusa.

Bardzo lubię te fragmenty Ewangelii opowiadające o spotkaniach zmartwychwstałego Jezusa z uczniami. My, chrześcijanie żyjący dwa tysiące lat po tych wydarzeniach, jesteśmy już do nich przyzwyczajeni i trudno nas czymkolwiek zaskoczyć. A szkoda, bo chrześcijanin, który nie jest gotów na to, aby Pan Bóg go nieustannie zaskakiwał jest nudnym chrześcijaninem. Dlatego zaskoczenie apostołów, ich zdumienie i niedowierzanie, budzi moją ogromną sympatię i zachwyt.

Jest coś cudownego w tym, że zmartwychwstały Jezus podczas spotkań z uczniami, którzy mieli pewnie tysiące pytań i próbowali zrozumieć rzeczy niewytłumaczalne, siada z nimi do stołu, prosząc, by podali coś do jedzenia. Jednocześnie ten posiłek ma się stać drogą do poznania Jego natury, Jego nowego człowieczeństwa odmienionego przez zmartwychwstanie. Jego ciało jest realne, choć inne, jest namacalnie materialne, choć niepodległe prawom fizyki. Można Go było dotknąć, włożyć palec w Jego rany, a jednocześnie przechodził przez zamknięte drzwi. Prawa tego świata Go nie obowiązywały, ale nie gardził posiłkami spożytymi w gronie przyjaciół.

Szczegóły ewangelicznych opisów po zmartwychwstaniu pozwalają nam uchwycić ważną prawdę, że Jezus w swoim przebóstwionym człowieczeństwie po zmartwychwstaniu jest jednocześnie jakby w dwóch rzeczywistościach: tu i tam.

Należy zarówno do doczesności, jak i do wieczności.

To także ważna perspektywa dla nas. Będąc z Jezusem zmartwychwstałym, zanurzając swoje życie w Jego życiu, dotykamy już wieczności, wykraczamy poza to, co tylko doczesne. Będąc w tym świecie, możemy już przez wiarę dotknąć tamtego. To nic innego jak opowieść o naszym przebóstwieniu, którego początek zaczyna się już tu i teraz dzięki naszemu osobistemu zjednoczeniu z Chrystusem.

Jezus kończy spotkanie z apostołami słowami: „Wy jesteście tego świadkami”. Pytanie: Czy odnosimy to wezwanie także do siebie!?

Myślę sobie, że jeżeli jako uczniowie Chrystusa mamy stać się świadkami wnoszącymi powiew ewangelicznej świeżości do naszych miejsc pracy bez względu na to czy będą to wielkie korporacje, szpitale, kancelarie adwokackie, szkoły, czy inne miejsca, gdzie  spotykamy się z innymi musimy łączyć w sobie trzy elementy:

Po pierwsze: Odwagę zakorzenioną w świadomości, że Jezus żyje i jest z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata. Taka odwaga wynika z osobistego spotkania ze Zmartwychwstałym a tego nie ma bez pogłębionego życia duchowego, o które trzeba nam zawalczyć za wszelką cenę. Z tej zasady wypływa kolejny element, który winien  być obecny w naszym życiu i świadectwie:

To wiara w to, że wcielenie Boga nie kończy się na krzyżu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, ale jest integralną częścią mojego i Twojego życia i żaden z jego obszarów nie jest wyłączony spod zbawczej mocy i działania Pana Boga.

I po trzecie wreszcie: Winniśmy troszczyć się o wiedzę płynącą z solidnego studiowania i rozumienia Pisma Świętego (to szczególnie mocno warto uświadomić sobie u progu kolejnego Tygodnia Biblijnego).

Jeśli spełnimy te trzy warunki, nie będziemy musieli się zastanawiać, czy Polska jest jeszcze krajem katolickim a my czy jesteśmy wiarygodnymi świadkami Chrystusa w XXI wieku?