Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Nie bój się, tylko wierz

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem łodzią na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: «Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła». Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał.

Wtedy przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: «Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?» Lecz Jezus, słysząc, co mówiono, rzekł do przełożonego synagogi: «Nie bój się, wierz tylko!» I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego.

Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Widząc zamieszanie, płaczących i głośno zawodzących, wszedł i rzekł do nich: «Czemu podnosicie wrzawę i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi». I wyśmiewali Go.

Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca i matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: «Talitha kum», to znaczy: «Dziewczynko, mówię ci, wstań!» Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym się nie dowiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5, 21-24. 35b-43)

Tym, co najbardziej paraliżuje nas w życiu, jest strach i lęk. Dobrze to znamy, bo czas pandemii obnażył wiele lęków w naszym życiu, których być może nawet do końca nie byliśmy świadomi… Lęk o przyszłość, obawa o pracę, dom, najbliższych, ich zdrowie i życie…

Bywa, że boimy się nowych ludzi, rzeczy, nieprzewidzianych sytuacji.

Przyzwyczajeni do pewnej stałości, która wydaje się nam, że rodzi poczucie bezpieczeństwa, nie lubimy niczego zmieniać w utartych schematach naszego życia…

Niestety ta postawa dotyczy również naszego życia duchowego, naszej więzi z Bogiem. Jakże często boimy się zaangażować w osobistą więź z Chrystusem bardziej, lękając się, że to pociągałoby za sobą zmiany, może zbyt radykalne.

Kiedyś usłyszałem podczas jednych z rekolekcji, które prowadziłem w jednej ze wspólnot szczere wyznanie pewnego młodego mężczyzny: „Boję się uwierzyć i pójść za Chrystusem radykalnie, bo czuję, że musiałbym stanąć wobec zupełnie nowej i nieznanej rzeczywistości”.

Wiele osób przyznaje się otwarcie, że boją się mówić o swojej wierze i przywiązaniu do chrześcijańskich wartości – zwłaszcza w towarzystwie ludzi niewierzących lub krytykujących Kościół – lękając się, że może zostaną wyśmiany, jak Jezus w dzisiejszej Ewangelii, gdy przychodzi, by uzdrowić córkę Jaira.

Lubię zaglądać do Księgi Mądrości. Lubię jej konkretność, dosadność, osadzenie w życiu. Jej autor z pewnością też zmagał się z pytaniami o życie i śmierć, dobro i zło, szczęście i nieszczęście.

Tak jak i my dziś pytał Boga o sens cierpienia i śmierci. Dlaczego Bóg pozwala, żeby niewinni cierpieli? Żeby umierały dzieci? Kto z nas choć raz w życiu nie zadał takiego pytania?… Jak często potrafimy oskarżać Boga o trudne sytuacje, które stają się naszym udziałem, czy o śmierć bliskich, odnotowując to „oskarżenie” nawet na pomnikach nagrobnych w zdaniu, które można tam przeczytać: „Bóg tak chciał”.

Tymczasem Bóg nie chce śmierci. „Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. (…) A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” – napisze autor Księgi Mądrości.

Jest jednak ktoś, kto nas nienawidzi. Ktoś, kto sam się Bożego życia pozbawił – nasz przeciwnik, szatan. To on z nienawiści do dobra, życia, szczęścia krzywdzi Boże stworzenia. To on podszeptuje nam podejrzenia wobec Tego, który jedyny jest Dobry.

Jak Bóg odpowiada na nienawiść szatana? Posyła swojego Syna. A gdzie tylko On się pojawi, rozkwita na nowo życie, nadzieja i radość.

To nam uświadamia, że Bóg jest dobry. Bóg daje tylko życie. „Chwałą Boga jest człowiek żyjący” – powie św. Ireneusz z Lyonu. Nie musimy naszego Boga o nic podejrzewać. On chce dla nas tylko dobra.

Jezus swoją działalnością wytrwale i spokojnie wprowadza w świat porządek, który zamierzony został przez Ojca przy stworzeniu a zniszczony przez grzech. Nienawiść diabła musi umknąć przed życiodajną miłością Boga, choć czasem wydaje się, że jest odwrotnie.

Od zmartwychwstania Jezusa możemy patrzeć na świat w zupełnie nowy sposób. Powie Apostoł: „Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus śmierć zwyciężył, a na życie rzucił światło przez Ewangelię”.

Jezus chce nauczyć nas patrzeć na siebie, na innych i cały świat w zupełnie innym świetle, świetle Bożej łaski. Bo to jedyny sposób widzenia, który sprawia, że mogę zobaczyć ten świat takim, jakim jest naprawdę, i odnaleźć w nim swoje miejsce, radość, pokój i rozwiązanie, którym jest Bóg i Jego plan na moje życie.

„Nie bój się, wierz tylko” mówi dziś Jezus do Jaira.

Mówi mu to w sytuacji, gdy doniesiono mu, że córka jednak zmarła. A więc sytuacja już rozstrzygnięta, kategorycznie. Jeszcze przed chwilą żyła, dlatego przyszedł do Jezusa. Teraz rzeczywistość zdecydowała, że ona nie żyje. „Po co jeszcze trudzisz Nauczyciela?”

Jair mógłby się już w tym momencie wycofać. Tymczasem Pan Jezus, pomimo tego, co jest już oczywiste, rozstrzygnięte, mówi „Nie bój się, tylko wierz”.

To jest paradoks wiary, że przełożony synagogi mimo tych wszystkich przeciwności, wątpliwości, jednak przy Jezusie zostaje, idzie z Nim, nie wycofuje się… To znaczy, ufa, że jest jeszcze inny sposób patrzenia na rzeczywistość. Nie tylko ludzki!

Pomimo wszystko on całkowicie zdaje się na Nauczyciela. Ufa, że w  Bożym spojrzeniu rzeczywistość może(a nawet wygląda) wyglądać zupełnie inaczej.

My też przeżywamy w różnych momentach życia, takie sytuacje progowe, w których trzeba by zastosować takie postawy, o których słyszymy w dzisiejszej Ewangelii. Zbliżyć się do Jezusa, bardzo osobiście i konkretnie i zwierzyć Mu bezgranicznie nawet pomimo tego wszystkiego, co wydaje się już przesądzone.

Dzisiejsza Ewangelia jest zaproszeniem, abyśmy nie lękali się przyjść do Jezusa, aby nauczyć się od Niego patrzeć z zupełnie innej perspektywy: z perspektywy wiary i nadziei nawet wówczas, gdy po ludzku wszystko wydaje się beznadziejne; z perspektywy miłości, która ze swej natury jest silniejsza niż lęk – bo ten się lęka, kto nie wydoskonalił się w miłości – powie św. Jan. Apostoł.

Kresem i sensem naszego życia nie jest bowiem cierpienie i śmierć, ale moc niezniszczalnego życia. Moc wiary, nadziei i miłości.

Bo jak uczy prorok Habakuk: Kiedy brakuje nadziei, to właśnie wówczas nadeszła godzina nadziei, która jest tylko w Panu Bogu. [por Ha 3:17-19]

Niech ta nadzieja będzie naszą mocą na co dzień i skuteczną obroną przez zwątpieniem i lękiem, które pragnie w nasze serca wlać zły duch.

Medytować to iść…

Polecenie to, które ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić. [Pwt 30, 11. 14]

Przywołałem ten fragment Księgi Powtórzonego Prawa, bo wydaje mi się on bardzo medytacyjny. To medytacja sprawia, że Słowo jest bardzo realnie blisko mnie: w moich ustach i w sercu…, ale przywołałem go także dlatego, że do tego fragmentu odniósł się między innymi papież Franciszek mówiąc niedawno o medytacji chrześcijańskiej.

„Dla nas, chrześcijan medytacja jest sposobem na spotkanie z Jezusem. I w ten sposób, jedynie w ten sposób, odnalezienia siebie samych” – powiedział papież Franciszek podczas zeszłotygodniowej audiencji ogólnej.

Papież przypomniał, że w ostatnich latach (rzekł bym nawet, że przez ostatnie pół wieku) praktyka medytacji cieszy się dużym zainteresowaniem. Jeśli dzisiejsza Ewangelia mówi o owocach, to mogę szczerze powiedzieć, że mój pierwszy kontakt z medytacją ponad 35 lat temu pojawił się na fali takiego właśnie zainteresowania (choć nie była to medytacja chrześcijańska). Nie mam też wątpliwości, że owocem tego zainteresowania medytacją było zrodzenie się Ośrodka Medytacji przy klasztorze w Lubiniu, gdzie również trafiało wielu katolików mających pierwsze swoje doświadczenie z medytacją poza Kościołem.

„Wszyscy potrzebujemy medytacji. Szczególnie w zachłannym świecie zachodnim ludzie szukają medytacji, ponieważ stanowi ona wysoką tamę przed codziennym stresem i pustką, rozprzestrzeniającą się wszędzie”mówił Ojciec Święty. Byłby to kolejny owoc medytacji – jeśli zgodnie z duchem dzisiejszej Ewangelii mielibyśmy wymieniać jej owoce: Poznacie ich po ich owocach. (…) Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. [Mt, 7, 16-17]

„Modlitwa chrześcijanina jest przede wszystkim spotkaniem z Innym z dużej litery, jest transcendentnym spotkaniem z Bogiem. Jeśli jakieś doświadczenie modlitwy daje nam pokój wewnętrzny, opanowanie siebie lub jasność co do drogi, którą mamy podążać, to są to niejako uboczne skutki łaski modlitwy chrześcijańskiej, będącej spotkaniem z Jezusem”.

Medytować – to iść, będąc prowadzonym zdaniem czy słowem z Pisma Świętego na spotkanie Jezusa obecnego w naszym wnętrzu.

Papież wspomniał też, że są różne metody medytacji:

Metody medytacji są tak zróżnicowane jak mistrzowie życia duchowego. Jeśli jednak mówimy o medytacji chrześcijańskiej, to każda z metod będzie prowadziła nas do podporządkowania się prowadzeniu przez Ducha Świętego. Nie jest możliwa medytacja chrześcijańska bez Ducha Świętego. Zatem także w medytacji On jest przewodnikiem, by iść naprzód

Ponadto – jak wspomniał Ojciec Święty – Medytacja chrześcijańska, prowadzona przez Ducha Świętego, prowadzi nas do  dialogu z Jezusem. Raz jest to dialog ubogi w słowa i środki (jak w medytacji monologicznej) w innych wypadkach dużo bardziej angażuje on intelekt i zmysły medytującego (jak w medytacji ignacjańskiej) słowa inne.

I bez względu na metodę medytacji modli się nie tylko umysł człowieka, ale cała osoba. Starożytni mawiali, że organem modlitwy jest serce i w ten sposób tłumaczyli, że to cała osoba, poczynając od jej centrum, wchodzi w relację z Bogiem, a nie tylko pewne jej władze. Dlatego musimy zawsze pamiętać, że metoda jest drogą, a nie celem. Każda metoda modlitwy, jeśli chce być ona chrześcijańska, jest częścią tego pójścia za Chrystusem, będącego istotą naszej wiary.

A medytacji chrześcijańska poza umocnieniem naszej wiary przynosi jeszcze ten – bardzo konkretny owoc, że przez Słowo, które jej towarzyszy nieustannie odczuwamy prawdę o tym, że: Chrystus nie jest daleko, lecz jest zawsze z nami.

Bóg nigdy nie śpi

Owego dnia, gdy zapadł wieczór, Jezus rzekł do swoich uczniów: «Przeprawmy się na drugą stronę». Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim.

A nagle zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała wodą. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?» On, powstawszy, zgromił wicher i rzekł do jeziora: «Milcz, ucisz się!» Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza.

Wtedy rzekł do nich: «Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże brak wam wiary!» Oni zlękli się bardzo i mówili między sobą: «Kim On jest właściwie, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?» (Mk 4, 35-41)

Ewangelia o uciszeniu burzy budzi wiele pytań. Wiemy, że Jezus przez cały dzień głosił słowo z tej samej łodzi, w której teraz leży zmorzony snem.

Ewangelista Marek jest bardzo drobiazgowy: dowiadujemy się od niego, że Jezus śpi na rufie i że głowę ma na poduszce. Można by powiedzieć: sielanka, gdyby nie to, że łódź jest właśnie zalewana falami, choć musiała być niemała, skoro pomieściła trzynaście osób. Jak bezpiecznie musiał się czuć Jezus, skoro zasnął podczas takiej burzy?

Bardzo podobną scenę znajdziemy w pierwszym rozdziale Księgi Jonasza, gdy Bóg posyła wiatr, który ma zatopić statek z uciekającym od swego zadania prorokiem. Kiedy wszyscy marynarze gorliwie się modlą, Jonasz schodzi na dolny pokład i kładzie się spać. Jezus, nowy posłuszny Jonasz, w drodze do pogan kładzie się spać tak, jak jego poprzednik, gdy tymczasem pozostali wpadają w panikę. Jonasza trzeba było wrzucić w otchłań morza. Jezus zaś działa jak władca żywiołów. Do takiego Boga modlił się psalmista: „Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia i góry zapadały w otchłań morza. Niech wody jego burzą się i kipią, niech góry się chwieją pod jego naporem, Pan Zastępów jest z nami, Bóg Jakuba jest dla nas obroną” (Ps 46, 3-4).

Ale wróćmy do Ewangelii… Chaos przyrody znajduje odzwierciedlenie w duszach apostołów targanych silnymi emocjami. Wszystko wymknęło się spod kontroli, żywioł burzy i wody przerasta ludzką zaradność, nic nie można zrobić!

W tej dramatycznej sytuacji pojawia się pomysł, by poprosić o ratunek Mistrza. Jezus spał dotąd spokojnie, jakby burza była czymś nierealnym, jakby nieważne były emocje i stan ducha jego uczniów.

Obserwując tę scenę, moglibyśmy podejrzewać Go o brak wrażliwości, o narażanie uczniów na zbyt wielką próbę.

Warto jednak zauważyć – i to jest fascynujące w tej Ewangelii – że Jezus od początku przeprawy na drugi brzeg jest ze swoimi uczniami w tej samej łodzi. Jest więc we wnętrzu sytuacji, która ich przeraża, a nie gdzieś daleko. Przypomina się podobne doświadczenie św. Pawła, który zmagając się z trudnościami, woła o ratunek i otrzymuje od Jezusa pociesznie: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali [2 Kor 12, 9]

Zachowuje jednak zupełnie inny stan ducha. Można powiedzieć, że to On sam stanowi kontrapunkt dla gwałtowności burzy i emocji, których doświadczają uczniowie. Jezus jest nie tylko spokojem, ufnością, ale przede wszystkim źródłem tego spokoju i ufności. Częstokroć dopiero kiedy ustają emocje, wyciszają się niepokoje, możemy w naszych życiowych burzach dostrzec tę milczącą, a jednak stałą i wspierającą obecność. Wtedy staje się ona kluczem do zrozumienia historii własnego życia.

Potem też jest lęk, ale jest to lęk przed Innym. Przed Tym, który ma moc większą niż moce burzy i jeziora. Okazuje się, że śpiący i podejrzewany o brak wrażliwości Jezus to Bóg, bo tylko Bóg ma władzę nad żywiołami. Mistrz z Nazaretu odsłania swoją mesjańską tajemnicę. Uczniowie przeczuwali to, ale teraz doświadczyli tej mocy i są zmieszani, zawstydzeni swoją niewiarą. Towarzyszy im lęk, ale już inny – lęk przed utratą wiary, przed nierozpoznaniem czasu, przed brakiem wrażliwości na Bożą obecność.

Jak widać przeprawa z Jezusem na drugi brzeg może się okazać niebezpieczna i ryzykowna. W sensie symbolicznym ten drugi brzeg to głębsze zrozumienie siebie, poznanie granic swoich możliwości i słabości wiary w sytuacji zagrożenia życia, a przynajmniej utraty kontroli nad sytuacją. Każde trudne doświadczenie, każdy kryszy, jaki przechodzimy w życiu to nic innego, jak czas i szkoła zawierzenia, wyrastanie z naiwności wiary, która miałaby uchronić nas przed każdym cierpieniem i trudem.

Wielu chrześcijan ma dziwne wymagania wobec Pana Jezusa: spodziewają się, że skoro w Niego uwierzyli, skoro Mu zaufali, to w ich życiu nie będzie burzy. Tego nigdzie nam Pan Jezus nie obiecał. Pytanie jest takie: co się dzieje z nami, kiedy przychodzą burze?  W tych sytuacjach diabeł bardzo lubi działać i przychodzi do nas z najbardziej pierwotną pokusą: Bóg zapomniał o Tobie! Pan Jezus nie mówił nam, że w naszym życiu nie będzie burz – Pan Jezus obiecuje nam swoją obecność i swoją moc. Obiecuje, że z Nim nie musimy się lękać.

Łódź płynąca na drugi brzeg, to obraz naszego życia, zaś burza to symbol losu, który nas dotyka. Czy i nam nie wydaje się czasami, że Bóg najwyraźniej zasnął i nie dostrzega tego, co się z nami dzieje? Gdybyśmy jednak nasza wiara była głęboka wiedzielibyśmy, że Bóg przecież nigdy nie śpi, bo Bóg jest na wiecznym dyżurze miłości i troski o nas (Clive Lewis).

Modlitwa jest oddechem życia

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu.

A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6, 5-6)

Każdy z nas ma jakąś swoją „izdebkę”, miejsce, w którym czuje się dobrze i gdzie lubi przebywać w obecności Pana…

Ojciec Carlo Carretto, Mały Brat od Jezusa przestrzega w swojej książce „Pustynia w mieści”, abyśmy unikali postawy „modlitwy człowieka bogatego”, czyli takiego, który ma teoretycznie dużo czasu na modlitwę, ale rzuca z niego jedynie jakiś ochłap dal Pana Boga.

Czasem wydaje nam się, że nasza modlitwa jest darem, jaki ofiarowujemy Bogu, ale ja wole myśleć o modlitwie, jako o darze podarowanym mnie przez Boga. Mam głębokie przekonanie, że im trudniej nam znaleźć taki czas dla Pana Boga, tym jest on dla nas cenniejszy i tym bardziej potrafimy popatrzeć na niego jak na DAR. Do tego zachęcał także papież Franciszek podczas swojej ostatniej audiencji generalnej, mówiąc o modlitwie.

Chciałbym nawiązać w dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji nawiązać właśnie do tej katechezy, w której Ojciec Święty wiele miejsca poświęca modlitwie nieustannej.

Papież podkreślił, że jesteśmy zaproszeni do tego, aby modlić się nieustannie. Wskazał, że to wymaganie stawia nam zarówno Jezus w Ewangelii, jak i ponawia je św. Paweł, ale odniósł się także do znanej książki „Opowieści pielgrzyma” której bohater wprowadza nas na tę duchową drogę poprzez modlitwę serca, której możemy się uczyć razem z nim, czytając kolejne strony powieści. Ta prosta modlitwa polega na powtarzaniu z wiarą słów: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Gdy modlitwę tą skorelujemy z rytmem naszego  oddechu, powtarzana wielokrotnie staje modlitwą, która trwa nieustannie. Jak wspomniał bowiem Ojciec Święty: „Oddech bowiem nigdy nie ustaje, nawet podczas snu, a modlitwa jest oddechem życia.

Papież przypomniał, że historia duchowości chrześcijańskiej często wskazuje na potrzebę nieustannej modlitwy. Odwołał się m. in. do myśli św. Jana Chryzostoma mówiącego, że modlitwa jest rodzajem pięciolinii, na której umieszczamy melodię naszego życia; czy też do Ewagriusza z Pontu, który stwierdza: „Nie zostało nam nakazane nieustannie pracować, czuwać, prosić, natomiast prawem jest dla nas modlitwa nieustanna” (n. 2742). To co ważne papież włączył się swoim nauczaniem w myślenie św. Pawła [por. 1 Kor 10, 31] przypominając, że prawdziwa modlitwa nigdy nie stoi w sprzeczności z codzienną pracą, nie wyklucza różnych obowiązków i spotkań, ale stanowi przestrzeń, w której każde działanie znajduje swój sens i oparcie.

Papież powiedział też, że modlitwa przypomina nam o tym, że Bóg zawsze pamięta o każdym z nas a sama modlitwa winna być formą odwzajemnienia tej pamięci o Bogu z naszej strony.

Franciszek przypomniał, że w tradycji chrześcijańskiej praca zawsze cieszyła się wielkim uznaniem. Ona pomaga zachować kontakt z rzeczywistością. W życiu człowieka praca i modlitwa nawzajem się uzupełniają o czym nieustannie przypomina nam słynne zdanie reguły benedyktyńskiej: „módl się i pracuj”. Modlitwa – jak mówił papież – przenikająca wszystko swoim tchnieniem pozostaje życiodajnym tłem pracy. Ojciec Święty zauważył, że byłoby czymś nieludzkim zapracowywać się do tego stopnia, aby nie znajdować czasu na modlitwę. Jednocześnie – jak zaznaczył papież – nie jest zdrową modlitwa, która byłaby wyobcowana z życia. Modlitwa, która wyobcowuje nas z konkretności życia, staje się spirytualizmem, czy co gorsza rytualizmem.

Dlatego modlitwa winna być światłem w codziennym życiu.

„Pamiętajmy, że Jezus, po ukazaniu uczniom swojej chwały na górze Tabor, nie chciał przedłużać tego momentu uniesienia, ale zszedł z nimi z góry i powrócił do codziennego pielgrzymowania. To doświadczenie musiało bowiem pozostać w ich sercach jako światło i siła ich wiary; także jako światło i siła na przyszłe dni, które miały nadejść: te związane z Męką – podkreślił Papież. – W ten sposób czas poświęcony na przebywanie z Bogiem ożywia wiarę, która pomaga nam w konkretnych sytuacjach życia, a z kolei wiara nieustannie karmi modlitwę. W tym krążeniu między wiarą, życiem i modlitwą, podtrzymywany jest ów ogień chrześcijańskiej miłości, której Bóg oczekuje od nas.“

„Modlitwa winna być w nas niczym święty ogień, płonący nieustannie, którego nic nie może zgasić – mówił też papież”.

Wpisując się w to stwierdzenie Ojca Świętego ufam, że święte wezwanie, które towarzyszy naszemu oddechowi w medytacji monologicznej jest niczym rozniecanie wewnętrznego ognia, który będzie rozpalał nie tylko naszą modlitwę, ale wraz z nią naszą wiarę, nadzieję i miłość a w konsekwencji całe nasze życie.

Moc Królestwa Bożego – moc wiary

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, większe jest od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki podniebne przylatują i gnieżdżą się na jego gałęziach».

Powiedział im inną przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło». To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: «Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata». (Mt 13,31-35)

To, co małe w oczach ludzkich, jest wielkie w oczach Boga…

„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś posadził w swoim ogrodzie. Wyrosło i stało się wielkim drzewem”. Trzeba przyznać, że brzmi to trochę dziwnie i zaskakująco. Bo jak to możliwe, by coś, co tak małe i niepozorne, najmniejsze z najmniejszych, mogło stać się obrazem królestwa? Jak to możliwe, by to, co jest takie liche, mogło się stać symbolem prawdziwego życia, i prawdziwej miłości?

A można by przecież to pytanie odnieść do każdego z nas, do tego, co się zwie tajemnicą życia.

Jak to możliwe, by to wszystko, co dzieje się wokół mnie dzisiaj, to, co jest często właśnie takie małe i niepozorne, co czasem wywołuje radość, czasem gniew, czasem przeogromny smutek miało jakiś ponadczasowy sens? Jak to możliwe, by te proste, zwykłe sprawy, które składają się na nasze życie mogły kogokolwiek obchodzić a już zwłaszcza Boga?

Z takiego sposobu myślenie już tylko o krok do zniechęcenia a potem od zgorzknienia. I wtedy pozostaje już tylko zgryźliwość, przenikająca przez ironiczny uśmiech. Ziarno, które zostaje samo; ziarno, które nie chce rodzić życia, które się od życia odgradza, zostaje skazane na ogień nieugaszony.

Czy warto rodzić z siebie życie? Czy warto się poświęcać? Czy warto nadstawiać głowę, nawet za cenę utraty stanowiska, znaczenia, wyszydzenia przez innych? Czy warto nieść krzyż, który czasem jest tak okrutnie doskwierający? Czy warto?…

Był kiedyś Ktoś, kto w samotności szedł na Górę. Szedł na Górę, którą – o ironio – nazwano: Miejscem Czaszki, to znaczy: siedzibą trupa. Szedł Ktoś mozolnie i bardzo wytrwale na mękę taką trochę zbyt okrutną, na mękę taką trochę zbyt złowieszczą. Małe, liche, niepozorne ziarno, które chciało dać życie wszystkim, i to dać je w obfitości.

Był kiedyś Ktoś, kto zechciał się wychylić ku życiu, ku prawdziwemu miłowaniu, ku prawdziwemu poświęceniu. Owszem, byli tacy, którzy mówili: nie warto. Był też Jego uczeń, który powiedział: „Panie, nigdy nie przyjdzie to na Ciebie”. I tak z wytrwałości powstało ogromne drzewo, w którym znalazły schronienie setki, miliony ludzi.

Czy warto?

Trzeba mieć odrobinę wiary. Wiary w to, że każdy gest prosty, zwyczajny, ale nasycony dobrocią, zostawia w świecie gdzieś jakiś ślad. Trzeba mieć odrobinę nadziei, by nie zwątpić w to, iż po krzyżu jest zmartwychwstanie. Trzeba też mieć odrobinę miłości, by życia nie zmarnować, i by nie być człowiekiem, który zionie pustką.

Czy warto? „Królestwo Boże podobne jest do ziarna gorczycy, które ktoś wziął i posadził w swoim ogrodzie. Ono wyrosło i stało się wielkim drzewem”.

Czy warto? Na pewno warto!

Bardzo często uważamy, że to co większe jest lepsze: większy samochód, większe mieszkanie, większa pensja, większa sława. Ale tak nie jest w życiu duchowym; w życiu duchowym jest odwrotnie: to, co mniejsze, jest lepsze.

 Jezus mówi dzisiaj: „Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”, a w innym miejscu: „Gdybyście mieli wiarę, jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: «Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze», a byłaby wam posłuszna”. Gdyby nasza wiara była taka maleńka, jak ziarnko gorczycy, w naszym życiu działyby się rzeczy cudowne. I, kiedy Jezus mówi do Apostołów: „małej wiary”, to faktycznie mówi: nie macie wiary, nie wierzycie Mi, i dlatego nie rozumiecie, i dlatego się lękacie.

„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”. Ta maleńka wiara, jeżeli człowiek ma ją w sobie, jeżeli człowiek ufa Jezusowi, jeżeli człowiek buduje na Nim swoje życie, rozrasta się w nas. Bo ziarnko gorczycy, takie maleńkie, staje się potężnym drzewem. I mimo, że w ogrodzie naszej duszy jest może wiele różnych nasion, bo różni ludzie próbują zasiać w nas swoje przekonania, swoje widzenie świata, to jeśli to ziarnko naszej wiary będzie pielęgnowane, wyrośnie i stanie się potężnym drzewem, tak, że „ptaki powietrzne będą się gnieździć w jego gałęziach” – ta wiara będzie tak mocna, że inni ludzie będą czerpać siłę, będą mogli odnaleźć drogę, którą wskazuje nasze życie i nasza wiara…

„Z czym mam porównać Królestwo Boże?”. Musimy bardzo uważać, abyśmy nie przykładali do drugiego człowieka, który jest w Kościele, miary czysto naturalnej. Ziemska misja Jezusa rozczarowała bardzo wielu ludzi, bo spodziewali się czegoś zupełnie innego… Spodziewali się, że Jezus pokona okupanta rzymskiego, że Jezus zaprowadzi królestwo Boże na ziemi – królestwo dobrobytu, sprawiedliwości, pokoju, gdzie nie będzie prześladowań, gdzie nie będzie chorób, gdzie nie będzie śmierci. A Jezus mówił o królestwie Bożym. I to wszystko, czego oczekiwali słuchający Go, spełni się, o ile człowiek uwierzy w Jezusa Chrystusa, o ile człowiek wejdzie w Jego śmierć, aby razem z Nim umrzeć, wtedy będzie mógł doświadczyć zmartwychwstania, i śmierć nie będzie ostatnim słowem, które nas przeraża, ale będzie przejściem do nowego życia.

Dzisiaj pod adresem Kościoła pada wiele oskarżeń i wiele bolesnych słów. A Jezus w tym samym Kościele dokonuje wciąż wielu niezwykłych cudów poprzez wiarę tych „maluczkich”, tych ubogich, tych, którzy mówią: Panie, przecież ja nic nie potrafię, ale wierzę, że Ty mnie wspomagasz, że Ty mnie wspierasz, że Ty we mnie działasz, że Ty wszystko możesz.

„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”. Dzisiaj chcemy otwierać nasze serca na przyjęcie Bożego królestwa. Jezus wybrał zwyczajnych, prostych ludzi, niewykształconych rybaków, celników, nierządnice, ponieważ oni w Niego uwierzyli, stali się Apostołami, stali się świadkami Chrystusa wobec pogańskiego świata.

Ta misja wciąż jest aktualna. My również jesteśmy zaproszeni do wiary. Tej zwykłej, małej, pokornej, opartej nie na naszej mocy i inteligencji, ale na mocy Bożej.

Warto pytać siebie: Czy mamy wiarę w Jezusa Chrystusa? Tu nie chodzi o to, żeby wypowiedzieć wszystkie możliwe definicje katechizmowe – łącznie z tą, że na chrzcie św. otrzymaliśmy dar wiary – bo to jest prawda, ale: Czy ja mam wiarę? Czy ja naprawdę wierzę Jezusowi Chrystusowi?

Jeżeli tak, to ta wiara winna rosnąć, podobnie jak ziarnko gorczycy. Powinienem to widzieć ja i powinni to widzieć inni.

Prośmy Boga o wiarę, jak ziarnko gorczycy, aby nasze życie stało się kolejnym z dowodów na prawdziwość dzisiejszej przypowieści.