Faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Jezusa w mowie.
Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby mu powiedzieli: «Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie?»
Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: «Czemu wystawiacie Mnie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową!» Przynieśli Mu denara.
On ich zapytał: «Czyj jest ten obraz i napis?» Odpowiedzieli: «Cezara». Wówczas rzekł do nich: «Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga». (Mt 22, 15-21)
Mistrz z Nazaretu, gdy chodził po ziemi, nie był kimś, kto się do wszystkich uśmiecha, poklepuje po plecach, przybija piątkę, aby było miło. Nie zabiegał o popularność i poparcie. Jego celem było wypełnienie woli Ojca. A to wymagało mówienia prawdy, nawet jeśli się ona nie podobała. Jezus nie tracił więc czasu na jałowy dialog, szczególnie kiedy miał do czynienia z ludźmi żyjącymi w obłudzie.
W dzisiejszej Ewangelii faryzeusze zaczynają rozmowę z Chrystusem od pochwał, które są przewrotne, bo mają uśpić Jezusa, którego traktują jako przeciwnika, by łatwiej zastawić na Niego pułapkę. Na pytanie, które zadadzą: „Czy wolno płacić podatek cezarowi?”,
Pytanie, które stawiają Jezusowi uczniowie faryzeuszów i zwolennicy Heroda, należy do tych, na które nie ma dobrej odpowiedzi: Jeśli Chrystus stwierdzi, że należy płacić podatki, to zostanie oskarżony o sympatyzowanie z okupantem, a jeśli da odpowiedź przeczącą, to sprzeciwi się rzymskiej władzy, czyli da pretekst, aby się z Nim rozprawiono rękami Rzymian. A jednak Nauczyciel znajduje rozwiązanie, które problem postawiony przed Nim przenosi na zupełnie inny, wyższy poziom.
Jezusowe pytanie o to, czyja podobizna (gr. eikon) znajduje się na monecie, odsyła nas do początków Biblii: pierwsze użycie tego słowa znajdujemy już na początku Księgi Rodzaju, w opisie stworzenia człowieka właśnie na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1, 26). Wezwanie Chrystusa, aby oddać Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga, jest więc wezwaniem do praktycznego opowiedzenia się za Bogiem, czyli do rozwinięcia w sobie tego, co w nas najcenniejsze, co jest w nas złożone od początku, od naszego stworzenia.
Orygenes, ojciec Kościoła żyjący w III wieku, pisze, że obraz ten namalował sam Bóg, a skoro tak wielki był Malarz, to tym bardziej winniśmy się starać o to, aby nie zniszczyć tego obrazu i podobieństwa, które nosimy w sobie. Nosić w sobie podobieństwo Boga, to wieli dar, ale i wielkie zobowiązanie.
Zaskakujący komentarz do tego faktu daje nam dzisiejsze pierwsze czytanie. Cyrus, władca Persji, poganin, staje się pomazańcem (jak przed nim królowie Izraela), choć wcześniej nie znał Boga. Jego misja polega na przeprowadzeniu całego świata od ignorancji nie tyle do wiedzy, że Bóg istnieje, ile do znajomości z Nim, do przyjaźni z Bogiem.
To jest także zadanie każdego chrześcijanina: pokazywać światu obraz Boga, którego nosimy w sobie. Dlatego św. Paweł zapyta: Czy ktoś, widząc nas, jest w stanie rozpoznać naszego Ojca w niebie?
A wracając do Ewangelii warto zauważyć, że wypowiedź Jezusa ukazuje też inną ważną prawdę: że nie ma gotowych odpowiedzi na każdą okazję. Nie ma reguły, którą można zastosować w każdym przypadku.
Bywa niestety i tak, że sami siebie stawiamy w sytuacji bez wyjścia. Miotamy się między dwoma rozwiązaniami, z których żadne nie jest dobre. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje, że Boża odpowiedź może przyjść ze strony, której się nie spodziewamy, lecz Bóg nie daje nam recept, zwalniających nas z ryzyka własnych wyborów.
I ostatnia rzecz. Na denarze widniał wizerunek Cezara. To należało do niego. Gdzie widnieje obraz Boga? Czyż ślad Jego dłoni nie jest obecny we wszystkim, co stworzył?
Do Boga nie należy tylko jakiś skrawek rzeczywistości, ale wszystko, każdy człowiek i całe stworzenie. Jak to rozumieć. Chrześcijanin ma być dobrym obywatelem, pracować na rzecz dobra wspólnego, ale to nie znaczy, że działa na zasadzie „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Nie może wspierać dzieł, które sprzeciwiają się prawu Bożemu i musi mieć odwagę się im sprzeciwiać. Jeśli państwo próbowało by narzucić zasady i prawa niezgodne z prawem Bożym, to chrześcijanin ma prawo i obowiązek powiedzieć „nie”! Wiedzieli to pierwsi chrześcijanie i dlatego ginęli z rąk pogan na rzymskich arenach.
Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam, że chrześcijanom potrzeba odwagi, aby mogli być czytelnym znakiem w świecie. To dlatego Jezus tak bardzo piętnował w faryzeuszach ich kunktatorstwo, dogadywanie się z przeciwnikiem, życie pełne zgniłych kompromisów.
Zostaliśmy wybrani – o czym przypomina św. Paweł – by być źródłem światła w świecie. Nie światła własnej doskonałości, ale światła Chrystus, które winniśmy nieść w sobie. A to wymaga odwagi w konfrontacji modami świata, które chcą Boga zdetronizować, byśmy służyli jedynie współczesnym cezarom.
Oddajmy więc Cezarowi, co cesarskie, i Bogu, co boskie. Oddajmy Bogu przede wszystkim nasze serca i nasze życie.
Jeśli pozwolicie się prowadzić duchowi, nie będziecie podlegać Prawu.
Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. (Ga 5, 18-25)
Święty Paweł funduje nam dzisiaj pewnego rodzaju wyliczankę postaw, które są owocami ciała i ducha. Ja skupiłem się na owocach ducha, bo to kwestia nam bliższa w doświadczeniu medytacji, co nie znaczy, że jest to wyraz lekceważenia ciała. Ono bowiem także uczestniczy w modlitwie. Także intencją świętego Pawła nie jest przeciwstawienie ciała duchowi, a już z całą pewnością deprecjonowanie roli ciała, gdyż w tym samym rozdziale Listu do Galatów święty Paweł dowartościowuje ciało przypominając, że jest ono świątynią Ducha Świętego. Kiedy święty Paweł wylicza owoce ciała i owoce ducha, to chce nam raczej dać pewnego rodzaju narzędzie diagnozy naszych postaw. Dzięki temu – przyglądając się naszemu życiu i postępowaniu – możemy zobaczyć co bardziej nami kieruje nasza cielesność, tzn. nasze namiętności czy też Duch Święty i Jego natchnienia. Innymi słowy święty Paweł zachęca nas byśmy byli krytycznymi obserwatorami naszego postępowania a nawet – jakby to powiedział Ewargiusz z Pontu – naszego sposobu myślenia. Gdyż to właśnie tam – w naszych myślach – rodzą się i dojrzewają nasze wybory.
To kolejny przykład tego, jak Słowo Boże potrafi nas odzierać z iluzji na swój temat, w jakiej niejednokrotnie trwamy. Święty Paweł daje nam bowiem konkret, pewien klucz, który mogę od razu zastosować.
Zresztą św. Paweł w tym samym Liście będzie podejmował także wielokrotnie kwestę wolności, wiążąc ją bezpośrednio z otwartością na słowo Boże i na prowadzenie, czyli posłuszeństwo Duchowi świętemu.
Do tego także pragnie nas prowadzić doświadczenie medytacji. Skupianie się w niej na słowie i jego mocy, uległość wobec działania Ducha Świętego i Jego prowadzenia a jednocześnie celowe ignorowanie tego, co próbuje nam podrzucać nasza cielesność: znużenia, niewygody, zbytniego zajmowania się naszymi myślami czy emocjami ma prowadzić nas do wolności. Jednak wolność ta nie polega na tym – jak wspomniano – dyskredytować nasza cielesność, lecz aby dać pierwszeństwo woli Bożej, natchnieniom Ducha Świętego – co jest domeną ucznia Chrystusa.
Chrześcijanin to ktoś, kto żyje w ciele, troszczy się o nie i ma świadomość tego, że jest ono darem od Pana Boga, ale jednocześnie wie, że został wezwany do przekraczania siebie dzięki wymiarowi ducha. „Do tego – jak to określił Jan Paweł II w jednym z listów do młodzieży – aby wysoko latać”.
Święty Paweł odróżniając człowieka cielesnego od duchowego pisze w Liście do Galatów, że o ile ten pierwszy, który prowadzi własne życie, polegając bardziej na sobie niż na Bogu, o tyle ten drugi daje posłuch wierze, a więc opiera swoje życie na posłuszeństwie woli Bożej i mocy Ducha, którego prawo odkrywa w swoim sercu, w które może się zagłębić jedynie wówczas, gdy pozwala się prowadzić Duchowi Bożemu. Przy czym Paweł zastrzega, że nie można być jednocześnie jednym i drugim.
Medytacja monologiczna jest właśnie drogą do naszego do serca, w którym odkrywamy prawo Ducha. Pozwólmy się zatem prowadzić duchowi, aby to prawo stawało się fundamentem naszego życia.
Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść.
Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: „Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!” Lecz oni zlekceważyli to i odeszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali.
Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić.
Wtedy rzekł swoim sługom: „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie”. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się biesiadnikami.
Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka nieubranego w strój weselny. Rzekł do niego: „Przyjacielu, jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego?” Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: „Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych». (Mt 22, 1-14)
Od czasu do czasu przychodzą do mnie ludzie, którzy po dłuższym czasie, nierzadko po kilku latach decydują się wrócić do Kościoła, do życia sakramentami. Za każdym razem zadaję pytanie: Co cię do tego skłoniło? I zazwyczaj słyszę: Głód i tęsknota, której nie udało mi się zagłuszyć. Po takich słowach odczuwam ulgę i radość. Bo to znaczy, że nie zewnętrzne okoliczności w postaci ślubu, chrztu, czy pogrzebu sprawiły, że ktoś chce się ponownie zbliżyć do zastawionego przez Boga stołu, ale tęsknota. Święty Augustyn, komentując List św. Jana, pisze: „Całe życie prawdziwego chrześcijanina jest świętą tęsknotą. Za czym zaś tęsknisz, tego jeszcze nie widzisz. Gdy jednak tęsknisz, wówczas stajesz się podatnym do przyjęcia tego, co zobaczysz, gdy nadejdzie”.
Tęsknota jest stanem nieprzyjemnym, ponieważ jest doświadczeniem braku, nienasycenia, ale ona też przygotowuje serce do przyjęcia daru. Nikt przecież nie lubi, kiedy jest mu nieprzyjemnie, dlatego ludzie często decydują się na zapychanie tęsknoty byle czym, aby jak najszybciej się pozbyć tego frustrującego doświadczenia. Konsekwencje takiego postępowania bywają poważne, choć nie zawsze od razu zauważalne. Tęsknota ma potężną moc, ponieważ otwiera ciasny, ludzki świat na nowe horyzonty, ale często wymaga cierpliwości i umiejętności oczekiwania. Zapychanie się szybko i byle czym sprawia, że zagłuszamy prawdziwą tęsknotę i sami siebie pozbawiamy tego, co naprawdę może nasycić i rozwijać w nas życie.
Byłem jakiś czas temu zaproszony do przyjaciół na kolację. Zanim wyszedłem, dopadł mnie głód, który wcześniej zlekceważyłem i przed samym wyjściem postanowiłem coś zjeść. Zjadłem, co było pod ręką, szybko i byle jak. Kiedy dotarłem na kolację, byłem już „napchany” i choć na stole widziałem prawdziwą ucztę, nie miałem ochoty nic jeść. Było mi wstyd i głupio, kiedy pojawiały się kolejne pysznie wyglądające dania, a ja stosowałem różnego rodzaju wymówki, ponieważ zupełnie nie miałem już miejsca, żeby się nimi nasycić. To prosty, ale czytelny przykład tego, że kto lekceważy tęsknotę, która wymaga wrażliwości i cierpliwości, wpada w pułapkę pożądliwości, która domaga się natychmiastowego i gwałtownego nasycenia głodu.
Bóg przez swoje Słowo zapewnia, że ma dla mnie i dla Ciebie przygotowaną ucztę z tego, co najlepsze, z tego, co naprawdę i w pełni nasyci. Co więcej, On sam zajmie się usługiwaniem i otrze wszelką łzę. Ważne pytanie, które stawia nam dziś Bóg, brzmi: Czy jesteś gotów cierpliwie i z tęsknotą czekać, by w końcu odkryć smak Bożych darów, czy wolisz pożądliwie zapychać swoje serce tym, co zaspokoi Cię tylko na chwilę, choć tak naprawdę nigdy nie nasyci?
Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów».
A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». (Łk 11, 1-4)
Dzisiaj wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. Można by nazwać tę modlitwę „zachodnią siostrą Modlitwy Jezusowej”, bo choć różaniec w obiegowej opinii wydaje się być na wskroś maryjną modlitwą, to jednak jest modlitwą bardzo chrystocentryczną. Począwszy od tego, że w medytacjach towarzyszących tej modlitwie koncentruje się w dużej mierze na życiu Jezusa, to nadto za każdym razem wypowiadane „Zdrowaś” odwołuje nas do źródła, do jednego z najważniejszych wydarzeń w historii zbawienia – do tajemnicy Wcielenia Syna Bożego. Można by zatem rzec, że Maryja, która często w objawieniach zachęca do modlitwy różańcowej, jako tej, która staje się kanałem wielorakiej łaski, to tak naprawdę uczy nas skupiać naszą uwagę na Jezusie, tak jak na Nim i Jego słowie skupione było całe życie Maryi.
Wbrew pozorom różaniec to trudna modlitwa. Wiele osób, które znam – w tym księży i sióstr zakonnych – dzieli się świadectwem tego, że ta modlitwa jest dla nich nie lada wyzwaniem. A z drugiej strony znam osoby, które wierne trwając przy modlitwie różańcowej zostały zaprowadzone do doświadczenia kontemplacji.
Myślę, że modlitwa różańcowa jest modlitwą, która – jak zresztą każda inna forma modlitwy – może zostać nam przez Maryję podarowana.
W przywołanej przed chwila Ewangelii – jednej z tych, które są przewidziane na dzisiejszy dzień – Chrystus także podarowuje uczniom modlitwę.
Apostołowie proszą Jezusa, by nauczył ich się modlić zapewne pociągnięci Jego własnym przykładem modlitwy, ale też odwołując się do doświadczenia uczniów Jana.
W naturze człowieka, który chce się modlić zapewne jest naturalna potrzeba poszukiwania nauczycieli modlitwy… Nie mniej nie znajdziemy lepszego i bliższego sercom nauczyciela niż sam Duch Święty, więc dobrze jest polegać w tym względzie na Jego prowadzeniu.
Jezus odpowiada na prośbę uczniów podarowując im piękną i głęboką modlitwę „Ojcze nasz”. Można by jednak powiedzieć, że ta modlitwa, to dopiero początek! Ta formuła jest tylko punktem wyjścia. Ostatecznym wzorem modlitwy ma być postawa Chrystusa, która modlitwą czyni całe Jego życie, zanurzone w obecności Ojca. I można by powiedzieć, że taki jest prawdziwy cel każdej modlitwy, także modlitwy monologicznej, która nas tu gromadzi. Ona także skupia nas na konkretnej formule, ale nie ona jest najważniejsza. Formuła jest bowiem pierwszym krokiem w nieograniczony świat ducha, w który pragnie nas wprowadzać Chrystus, kiedy modlimy się w jedności z Nim.
I niech to będzie dla nas najważniejszą wskazówką w praktyce medytacji monologicznej: mamy być wierni nie tylko formule, ale przede wszystkim postawie Chrystusa na modlitwie. Dlatego prośmy, aby On udzielał łaski, aby ta modlitwa stawała się dla nas doświadczeniem zanurzenia w obecności Boga.
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu:
«Posłuchajcie innej przypowieści. Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznie, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał.
Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna.
Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc przybędzie właściciel winnicy, co uczyni z owymi rolnikami?»
Rzekli Mu: «Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze».
Jezus im rzekł: «Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce». (Mt 21, 33-43)
Czy można współczuć Bogu? Jest mocą, dobrem, miłością, światłem, życiem, wszechmocą, więc wydaje się, że nie ma powodu.
A przecież to właśnie pieśń współczucia śpiewa dziś prorok dla swojego przyjaciela, w którym bez trudu rozpoznajemy Jahwe. Izajasz ze smutnym liryzmem opisuje niewdzięczność, jaka spotkała Boga ze strony Jego ukochanej winnicy, Izraela. Kiedy tak wczytujemy się w słowa Izajasza, to odkryjemy, że jest to bardziej płacz nie nad Bogiem, ale nad człowiekiem – tą słabą, niewdzięczną istotą z jej grzechem, egoizmem i uporem. Proroctwo Izajasza jest echem innych słów, które znamy z Ewangelii: „Nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i waszymi dziećmi” (Łk 23, 28).
Opowieść o rolnikach w winnicy, podobną do tej, o której pisze Izajasz opowiada też Chrystus. Ta opowieść jest metaforą historii zbawienia. Właściciel winnicy wykorzystuje swoje twórcze zdolności, wiedzę, a przede wszystkim serce, by założyć winnicę. Następnie oddaje ją w ręce dzierżawców.
Większe jednak zdziwienie w nas – słuchających opowieści Jezusa budzi postępowanie właściciela winnicy niż same poczynania niegodziwych dzierżawców, bo bezczelność, buta i poczucie bezkarności to zjawiska tak często spotykane we współczesnym świecie, że mimo woli zaczynamy je niestety traktować jako coś normalnego…
Niemniej słuchając ewangelicznej opowieści pytamy z niedowierzaniem: Czy rozsądny ojciec posłałby syna do ludzi, którzy wiele razy udowodnili, że są niebezpieczni i zdolni do wszystkiego? Raczej nie.
Historia opisana w tej Ewangelii byłaby zwykłą bajką, gdyby nie to, że jest przypowieścią mówiącą o Bogu Ojcu. Bóg zrobi wszystko, aby człowieka, nawet tego najgorszego, pozyskać dla Miłości.
Oddając człowiekowi winnicę będącą symbolem naszego życia, Bóg wycofuje się. Towarzyszy jednak dyskretnie i gdy trzeba interweniuje. Posyła proroków – ludzi zaufania, którzy przypominają o Bogu; daje znaki, wspomaga człowieka w jego codziennym trudzie.
A gdy przychodzi „pełnia czasu” decyduje się na największe ryzyko miłości. Posyła swego Syna. Bezgraniczna miłość i zaufanie Boga do człowieka kończy się pozornym zwycięstwem zła – doprowadza do krzyża. Jednak ostatnim słowem nie jest krzyż. Gdyż to do miłości należy ostatnie słowo. Jezus mówi: „Ufajcie, Jam zwyciężył świat”, choć tych znaków Jego zwycięstwa w świecie wydaje się być tak mało i tak niepozornych.
Ta dzisiejsza przypowieść jest o tym, że Bóg walczy o człowieka do granic swojej wszechmocy. Tą granicą jest tylko wolność człowieka.
Jezus zachęca nas, abyśmy odnaleźli się w obrazie dzierżawców winnicy. Każdy z nas wraz z darem podarowanego mu przez Boga życia otrzymuje od Boga „kredyt zaufania”, jest objęty Jego miłością. Każdy jednak może odrzucić tę miłość, choć jak pisał ks. Tischner – nie zawsze człowiek zdaje sobie sprawę, że odrzucając Boga ostatecznie gubi samego siebie.
Jest jednak jeszcze jedna lekcja wynikająca z podarowanego nam dzisiaj słowa Bożego i dobrze byłoby jej nie przeoczyć. To lekcja o sposobie naszego myślenia, którą serwuje nam św. Paweł Apostoł.
Gdybyśmy przyjrzeli się dramatowi rozgrywającemu się w dzisiejszej scenie ewangelicznej, to dostrzegli byśmy, że zaczyna się on w głowach dzierżawców winnicy; w sposobie ich myślenia.
Dlatego zdaniem św. Pawła to, co rozgrywa się w sferze naszych myśli, nie jest obojętne. Św. Paweł zachęca nas, aby ulotna sfera naszych myśli była przestrzenią naszej duchowej troski. Św. Paweł zwraca uwagę na rzecz wydawałoby się oczywistą – jakość naszych myśli ma istotny wpływ na jakość naszego postępowania.
Jeśli będzie w naszym sposobie myślenia dość „sprawiedliwości, czystości, miłości, pragnienia dobra” – obecnych jako ważne dla nas idee – wtedy będą one miały szansę wydarzać się w naszym życiu. Nasze uczynki często podążają za naszymi myślami, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.
Jest takie stare powiedzenie, że „Byt określa świadomość”. Otóż Apostoł zdaje się zmieniać to przekonanie mówiąc, że chrześcijanin, to ktoś wie o tym, że to właśnie świadomość ma określać byt.
Jeśli zatem w naszych myślach (a więc w naszej świadomości) będzie wystarczająco dużo miejsca dla Boga, dla tego, co piękne, dobre i prawdziwe, to taki będzie stawał się nasz świat.
I warto wziąć sobie tę lekcję św. Pawła do serca, gdyż kuszenie szatana najczęściej osiąga kulminację właśnie w naszym sposobie myślenia!
Jak często zdarza się, że zły duch potrafi uwięzić – nieraz na długie lata – nasze myśli w tym, co niskie, brzydkie a co później ma ogormny wpływ na to jak odnosimy się do innych.
Św. Paweł nie jest naiwny i nie twierdzi, że myślenie o rzeczach pięknych jest warunkiem wystarczającym do tego, aby świat stał się piękny, ale mówi, że takie myślenie jest konieczne, aby cokolwiek z obszaru piękna, które mamy w sobie, w ogóle mogło mieć szansę na zrealizowanie.
Dlatego używając metafory winnicy: Bądźmy odpowiedzialni za nasze myśli, które zasiewamy w winnicy naszego serca, bo od nich w dużej mierze zależy jakie owoce wydaje nasze życie.