Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja – czas formowania serca

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. (Mt 11,28)

Te słowa Pana Jezusa można przyjąć jako motto czasu Adwentu. Jezus zaprasza wszystkich, bez wyjątku. Zachęca nas do postawienia odważnego kroku na Jego drodze, nacechowanej cichością i pokorą.

Każda droga ma swój początek i koniec. Każda droga ma swój cel. Na drodze Jezusa On sam jest początkiem i końcem. Jezus jest także celem. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie”(J 14,6).

Patronowie Adwentu (Maryja, św. Jan Chrzciciel) są dowodem na to, że pójście drogą Pana jest możliwe i tylko ta droga jest prawdziwa i do końca pewna, choć nie jest łatwa.

Warunkiem wejścia na drogę Jezusa, jest postawa otwartości na Jego łaskę.

Praktyka medytacji zaprasza nas do tej otwartości na Jezusa, do zatopienia się w Nim, w Jego miłości i obecności. Medytacja, jako modlitwa serca winna rodzić w nas pragnienie głębokiej jedności z sercem Jezusa, które mieści w sobie wszystkie ludzkie serca.

W Osobie Jezusa Chrystusa Bóg uświadamia nam, że jest zawsze z nami. Teraz już nie tylko towarzyszy nam w życiu i obejmuje nas swoją opieką (jak w czasach Starego Testamentu), ale wchodząc w nasze życie, stając się jednym z nas, pokazuje, jak żyć prawdziwie i razem z nami dźwiga ciężar życia. A właściwie proponuje coś odwrotnego: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11,28).

Syn Boży jako Człowiek wskazał nam drogę i pokazał, jak mamy nią iść:

„Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,29n).

Jezus przekonuje nas, że ukojenie dają cichość i pokora serca. To właśnie te doświadczenia pragniemy odnaleźć w medytacji. W Kazaniu na górze Pan Jezus nadaje im nawet charakter błogosławieństwa: „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię” (Mt 5,5). Przeciwnie rozbudzone ambicje niosą ze sobą niepokój i spory, nieustanne rozbuchanie ego, które oddziela się od innych, przez co czuje się nieustannie zagrożone, bo może być zagarnięte przez kogoś innego. Cichość i pokora serca otwierają oczy na prawdziwą wartość życia. Wiedząc, że w istocie jest one ukryte z Chrystusem w Bogu, przestajemy się lękać. Życie przestaje już być tak ciężkie. Mało tego, przyjęte w wolności jako dar, zaczyna dopiero właściwie smakować.

Niech zatem doświadczenie medytacji uczy nas życia ukrytego w Bogu realizującego się przez całkowite zaufanie Mu całym sobą, którego owocem jest ukojenie dla duszy, jakie możemy znaleźć tylko w Jego miłującej obecności. Zamieniajmy naszą medytację w modlitwę oddania, z całkowita ufnością oddając Jezusowi to, co zajmuje nasze serca: „Jezu, uczyń moje serce według serca Twego”.

Niech praktyka medytacji prowadzi nas w głębokie doświadczenie ukrycia w sercu Jezusa.

Refleksja przy okazji…

Dzisiaj szczególny dzień na mapie adwentowego czuwania: Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, więc pozwólcie, że idąc za natchnieniem z dzisiejszej porannej medytacji podzielę się z Wami refleksją:

„Niech mi się stanie według Twego słowa”. [Łk 1, 38]

Od kiedy pamiętam moja droga życia duchowego była przepełniona obecnością Maryi. Takie doświadczenie wiary wyniosłem z domu rodzinnego, w tym z obrazu życia moich rodziców chrzestnych, zawsze obecnych w moim życiu, jako jej niezwykłych świadków wiary i miłości, choć każde z nich tę wiarę przeżywało na swój, bardzo różny sposób.

Piszę o tym, bo kiedy miałem okazję stawiać pierwsze kroki w doświadczeniu medytacji, to również w sposób – jak mi się wydaje naturalny – przyglądałem się Maryi. Jej zgoda na realizowanie się w Jej życiu woli Bożej była dla mnie najlepszą szkołą posłuszeństwa Bogu i zaufania Bożym planom. Nie zawsze je – co oczywiste – rozumiałem, ale przypatrując się Maryi jak w ciszy przyjmuje to, co dzieje się w Jej życiu, również to, co bolesne i co nie zawsze po ludzku rozumiała, chciałem zawsze uczyć się od Niej jak żyć.

Dlatego też tak mocno odcisnęło się w moim sercu świadectwo o. Josepha Marie Verlinde, założyciela Wspólnoty Świętego Józefa, którego spotkałem w Częstochowie w roku 2000 i który opowiadał, jak jego doświadczeniu medytacji realizowanej wówczas w ramach medytacji Transcendentalnej Ramany Maharshiego zaczęły towarzyszyć wizje kobiety, w której wiele lat później rozpoznał Maryję i która uratowała go, przywracając na nowo chrześcijaństwu.

Ja również pierwsze kroki w swoim doświadczeniu medytacyjnym rozpocząłem w tradycji dalekiej od chrześcijańskiej, mając wówczas dość luźny kontakt z Kościołem. Zafascynowany tradycją Wschodu i zapatrzony w mojego starszego o dziesięć lat brata, który praktykował medytację od kilku lat, wśród jego przyjaciół z aśramu znalazłem swoich pierwszych nauczycieli medytacji. Droga odkrywania na powrót Kościoła katolickiego i jego bogactwa duchowości była w moim przypadku mniej burzliwa niż ojca Verlinde a wręcz powiedziałbym łagodna. Niemniej patrząc wstecz nie mam wątpliwości, że była to droga, w której ważna rolę odegrała Maryja…

Maryi zawsze towarzyszyło przeświadczenia, że Bóg jest Miłością i z tego przeświadczenia, z tej niezłomnej wiary, czerpała siłę i odwagę do życia miłością i do zgody na to, co Bóg dla Niej przygotował.

Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas do zatrzymania się nad tajemnicą Maryi, która przychodzi na świat bez grzechu, po to, aby przypominać nam nieustannie jakie jest nasze powołanie.

Co więcej, lekcja dzisiejszej Ewangelii uświadamia nam, że Maryja przyjęła Syna Bożego w imieniu nas wszystkich i dla nas wszystkich (także w imieniu tych, którzy Go dotąd nie przyjęli i nie odnaleźli)! Jednak nie chodzi tu o samo przyjęcie Jezusa w perspektywie wiary, ale o coś znacznie ważniejszego: Niepokalana i bezgrzeszna Maryja również w tym sensie uosabia sobą nas wszystkich, że jest proroczym znakiem, proroczą obietnicą tej bezgrzeszności ostatecznej, do której w życiu wiecznym Bóg doprowadzi nas wszystkich. I na tę nadzieję nieustannie pragnie nas otwierać czas adwentu.

Można znaleźć wśród krytyków dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny takich, którzy uważają, że ten dogmat oddala Maryję od nas, zwykłych śmiertelników i grzeszników i wręcz uniemożliwia Jej naśladowanie. Tymczasem nic bardziej mylnego – jak mi się wydaje.

Gdyby taka obawa była słuszna, trzeba by ją odnieść również do Jezusa Chrystusa, którego poczęcie w ludzkiej naturze niewątpliwie było bezgrzeszne i który przez całe swoje ziemskie życie nigdy nie popełnił grzechu a przecież – jak sądzę – niewielu ma wątpliwości, że przeżył On swoje życie w najbardziej pełny i najbardziej głęboki sposób jako człowiek, ze wszystkimi doświadczeniami towarzyszącymi człowieczeństwu (z wyjątkiem grzechu). Czy jednak można powiedzieć, że bezgrzeszność uczyniła to doświadczenie życia Jezusa na ziemi mniej ludzkim? Moim skromnym zdaniem nie. Gdyż to grzech jest tym, który najbardziej wykorzenia nas właśnie z tego, co ludzkie. Jest tak dlatego, że z perspektywy stworzenia grzech jest czymś obcym ludzkiej naturze.

I podobnie jest z Maryją. Jej bezgrzeszność uczyniła Jej życie wolnym od rozdwojenia, którego źródłem jest grzech. I uczy nas, że nasze doświadczenie może być również podobne. Nie z powodu naszego niepokalanego życia, którego niestety nie posiadamy, ale na skutek działania tej samej łaski, która Ją zachowała od grzechu.

Św. Paweł napisze: „Tam gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej rozlała się łaska” [Rz 5,20] A to oznacza, że dzięki otwarciu na łaskę i zgody na jej działanie my także możemy unikać grzechu i doświadczyć życia wolnego od rozdwojenia; życia całkowicie skoncentrowanego na Chrystusie i Jego miłości do nas. To właśnie przekonanie o tej miłości staje się dla nas najlepszą motywacją do tego, by nie pozwolić grzechowi zatruwać naszego serca i naszego życia.

Maryja pokazuje nam całą sobą jak piękne może być życie bez grzechu, piękne w swojej prostocie, w swojej codzienności. Zawsze uderza mnie fakt, że życie Maryi przez sam fakt wolności od grzechu nie stało się jakimś nadzwyczajnym życiem. Kiedy przyglądamy się przez pryzmat Ewangelii Jej codzienności w małym Nazarecie, to łatwo dostrzec, że jest ona szara i zwyczajna. A jednak jest w tym cichym życiu Maryi piękno, które mnie zawsze urzekało i które też widzi i miłuje Bóg. Maryja potrafi dostrzec niezwykły dar w tym, że Bóg wchodzi ze swoją łaską w Jej zwyczajne życie. I w tym sensie staje się dla nas Nauczycielką zwykłego życia, nieustannie otwartego na Bożą obecność i Bożą miłość, która jest także naszym udziałem. A codzienna medytacja pozwala mi jedynie nie przeoczyć tego faktu.

Głos wołającego na pustyni

Początek Ewangelii Jezusa Chrystusa, Syna Bożego.

Jak jest napisane u proroka Izajasza: «oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki», wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając swoje grzechy.

Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. i tak głosił: «idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schyliwszy się, rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, on zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym». (Mk 1, 1-8)

Ewangelia zabiera nas dzisiaj na pustynię. Pustynia w biblii to miejsce, na którym nie spoczęło Boże błogosławieństwo, roślinność jest skąpa, zamieszkanie prawie niemożliwe (Iz 6, 11). Kojarzona jest także w tradycji judaistycznej z miejscem na którym mieszkają demony. Dlatego jak mówi Księga Kapłańska to właśnie tam wypędzano kozła obarczonego grzechami, po dokonaniu ofiary przebłagania (Kpł 16, 7).

Ale pustynia w języku Biblii ma też inne znaczenia: jest miejscem oczyszczenia, duchowego zmagania i dojrzewania w wierze. Dlatego właśnie drogą przez pustynię Bóg prowadził Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Używając pustyni za tło swojego przepowiadania Izajasz nawołuje Izraelitów do nawrócenia i przygotowania drogi dla Pana –co stanie się myślą przewodnią czasu Adwentu. Również pustynię wybiera Jezus, jako miejsce przygotowania do swojej misji i pierwszego starcia z szatanem.

Potem – począwszy od pierwszych wieków chrześcijaństwa – dla wielu pustynia staje się czasem odejścia od rutyny, duchowej przemiany, radykalnego oczyszczania motywacji pójścia za Chrystusem a przy okazji zmierzenia się z własną słabością i niewiernością. To właśnie dlatego tak chętnie odwołujemy się do przykładów i nauczania Ojców Pustyni będących dla nas wielkimi świadkami tego, jak być wiernymi duchowi Ewangelii.

Oczywiście nie każdy z nas może wybrać się – poza wypadem turystycznym – na pustynię. Ale na szczęście dla nas – jak mówi jeden ze współczesnych pustelników  Karol de Foucauld – „pustynia nie musi oznaczać nieobecności ludzi, lecz obecność Boga”.

I w tym sensie obraz pustyni interesuje nas jako ważny dla czasu Adwentu. Jan Chrzciciel także nie po to wychodzi na pustynię, aby na niej zamieszkać, lecz aby wzywać do nawrócenia.

„Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”. Żydom pustynia kojarzyła się jednoznacznie z najważniejszym wydarzeniem w historii narodu wybranego – z wyjściem z Egiptu (będącego symbolem niewoli) i wędrówką do Ziemi Obiecanej. Jak doskonale pamiętamy, pustynia okazała się dla Żydów miejscem zmagania z niewiernością, z grzechem, z brakiem zaufania… Pan Bóg jednak przeprowadził swój lud przez pustynię po to, aby okazać mu swoje miłosierdzie, jak również po to, aby przekonać ich, że im bardziej człowiek opiera się na Bogu niż na własnych siłach i pomysłach, tym bardziej może doświadczyć tego, że Bóg jest w stanie przeprowadzić go przez każdą sytuację i wydobyć dobro z tego, co po ludzku wydaje się sytuacją beznadziejną.

I w tym sensie dobrze byłoby, gdyby czas adwentu podarowany nam przez Kościół był również czasem pustyni, aby stał się również dla nas okazją do odejścia od rutyny, przemyślenia i oczyszczenia naszej motywacji do pójścia za Chrystusem, zmierzenia się z naszymi słabościami…

Św. Jan Chrzciciel wzywa dziś każdego z nas do wyjścia na pustynię. Chociaż rozumiemy ją w sensie duchowym, to podobnie jak Żydzi, mamy się tam udać, aby przekonać się o naszej niewierności, grzechu i braku nadziei.

Jednakże jesteśmy zaproszeni na pustynię przede wszystkim po to, aby zostać obdarowani Bożym miłosierdziem.

Warto może sobie uświadomić, że gdy przed świętami po dłuższym lub krótszym czasie uklękniemy przy konfesjonale, to nie tylko po, aby wyznać grzechy, ale przede wszystkim, aby po raz kolejny przekonać się o Bożej miłości do nas. Sakrament pojednania jest bowiem obustronnym wyznaniem miłości przez Boga i człowieka!

Oczywiście, podobnie jak Żydzi Janowi, tak i my wyznamy Panu Jezusowi nasze grzechy i będziemy próbowali się nawrócić.

Nie łudźmy się jednak, że uda nam się przygotować we właściwy sposób drogę dla Pana. To nie jest tak, że my się nawracamy i przestajemy grzeszyć, a wtedy Pan Bóg zaczyna nas kochać i wchodzi na drogę pięknie przygotowaną dla Niego w naszych sercach.

Jest dokładnie na odwrót: Bóg nas kocha, mimo że nasze drogi są nadal pokręcone a nasze serca niekoniecznie gotowe na Jego przyjście.

A jednak Jezus przychodzi do nas pomimo tego i dopiero Jego miłość potrafi sprawić, że nasze serca się przemieniają!

Prorok Izajasz mówi, że mamy budować drogę dla Pana na pustyni.

Pustynia jest symbolem jeszcze czegoś: naszej bezradności. Nie lubimy być bezradni, wolimy sytuacje, gdy potrafimy radzić sobie w naszym życiu. Jednak paradoksalnie w życiu duchowym nasza słabość i bezsilność mają szansę stać się przestrzenią doświadczenia Bożej mocy i łaski.

Dopiero gdy zgodzimy się na to, że nasze życie ma nie tylko jasne strony i gdy zaakceptujemy na własną bezradność, grzeszność i pogubienie; gdy przestaniemy polegać na sobie i swojej wyimaginowanej doskonałości; gdy otworzymy się całkowicie bezgranicznie i bezwarunkowo na Boże miłosierdzie, Pan Bóg będzie mógł wreszcie działać w naszych sercach, obdarować nas swoim miłosierdziem i wyprostować drogi naszego życia.

Jezus karmi nas do syta

Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u Jego stóp, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. i wielbiły Boga Izraela.

Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają, co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby ktoś nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?» Jezus zapytał ich: «ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek»

A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.  (Mt 15, 29-37)

Ewangelia często ukazuje Jezusa obecnego na górze. Chrystus wybiera góry jako miejsce swego nauczania, często też wychodził na górę samotnie, aby tam się modlić. Trzech najbliższych sobie Apostołów wziął ze sobą na górę przemienienia, aby mogli oglądać chwałę przyszłego zmartwychwstania. Dwie ostatnie, a zarazem najważniejsze góry w czasie Jego ziemskiej działalności, to góry dwóch ostatnich dni Jego życia: Góra Oliwna oraz Kalwaria. Ta pierwsza stanie się także miejscem, skąd wróci do Ojca.

Nie trzeba wielkiej spostrzegawczości, żeby zauważyć, że wszystkie Jezusowe wstępowania na górę odsłaniają Go nam jako przewodnika w naszej drodze do Ojca. Syn Boży chce i ma moc doprowadzić nas do swojego przedwiecznego Ojca. Bylebyśmy tylko chcieli pójść za tym boskim przewodnikiem.

Dla mnie osobiście doświadczenie medytacji monologicznej jest właśnie przejawem takiego pragnienia. Medytujący podążając za słowem nie wie dokąd go ono doprowadzi, przez jakie doświadczenie każe mu przejść, poza jedną pewnością – pewnością celu ku jakiemu prowadzi nas zawsze posłuszeństwo słowu Jezusa.

Jest takie piękne zdanie wypowiedziane przez św. Barnarda, które bardzo do mnie przemawia, zwłaszcza w kontekście doświadczenia medytacji, ale także w szerszej perspektywie zasłuchania w słowo Boże: „Jeśli zachowasz słowo Boga, ono też cię zachowa”. Wielokrotnie doświadczyłem prawdziwości tych słów na mojej drodze życia.

Dalej w tym samym tekście św. Bernard rozwija swoją naukę:

„Mam przekonanie do tego, że zachowanie nauki zawartej w słowie Chrystusa jest przejawem miłości Pana. A gdzież się ją zachowuje? Bez wątpienia w swoim sercu, bo tak powiedziano w psalmie: W sercu swym zachowuję Twe słowa, aby przeciw Tobie nie zgrzeszyć.

W ten sposób zachowujmy słowo Boga, albowiem błogosławieni ci, którzy je zachowują. Niech ono przeniknie do głębi twej duszy, niech przepoi twoje pragnienia i obyczaje. Pożywaj z jego bogactwa, a twoja dusza będzie się nim rozkoszować. Nie zapominaj o tym chlebie, by nie stwardniało twe serce, lecz by się nim syciła twoja dusza”.  [Kazanie 5 adwentowe, 1-3]

Dzisiejsza Ewangelia mówi o tym, że Jezus karmi lud chlebem. W ten sposób wypełnia się wizja proroka Izajasza z 25 rozdziału jego księgi.

I choć ta uczta to „tylko” chleb i ryba, to każdy – jak zaznacza autor natchniony – najadł się do syta.

Ale ten obraz chleba i ryby jest dla mnie znakiem wielkiej prostoty, w której Bóg do nas przychodzi. Bez fajerwerków…

Podobnie jest z karmieniem się słowem w doświadczeniu medytacji. Bóg przychodzi do nas w swoim słowie, pokornie, z całkowitą prostotą. Bez fajerwerków… Ale jeśli tylko ktoś chce może się karmić Jego słowem do syta. A tego, że słowo Boże syci można doświadczyć medytując i wstając z medytacji zawsze nakarmionym.

Pozwólcie, że raz jeszcze powrócę do obrazu dzisiejszej Ewangelii. Autor nie wspomina tym razem jak liczna była grupa, którą nakarmił Jezus (choć określa ją mianem tłumu). Dla mnie najważniejsze jest to, że dzięki temu wydarzeniu zainicjowała się wspólnota zgromadzona wokół Mistrza, która na własnej skórze doświadczyła Jego bliskości i troski. To dla mnie także piękny obraz medytacji! Bez względu na to gdzie medytujemy (pandemia sprawia, że musimy to często robić w oddaleniu), za każdym razem siadamy jako wspólnota zgromadzona u stóp Jezusa, po to, aby cieszyć się Jego obecnością i karmić się Jego słowem.

To właśnie w taki sposób Chrystus przychodzi do mnie w każdej medytacji: delikatnie i cicho, bez fajerwerków…

I tak też często przychodzi w naszym życiu.

Medytacja uczy mnie dostrzegać tę Jego delikatną OBECNOŚĆ.

Niech medytacja w czasie Adwentu i Boża łaska, która jej towarzyszy otwiera nasze oczy na przychodzącego do naszego życia Boga.

 

Jak co roku… Adwent

Adwent, to czas oczekiwania… I choć to może zabrzmi dziwnie można powiedzieć, że czas pandemii doskonale wpisuje się w charakter adwentu. Pandemia także nastawia nas na czekanie: czekamy na szczepionkę, na otwarcie sklepów, miejsc pracy, rozrywki, szkół, czekamy na powrót możliwości normalnego życia.

Ale adwent to nade wszystko czas powrotu do Chrystusa, który pragnie wlać w nasze serca nadzieję, że Bóg ma moc przemienić w dobro wszystko, co się wydarza, nawet rzeczy, których nie rozumiemy… Czy mamy w sobie tę nadzieję?

*******

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. zostawił swój dom, powierzył swym sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał.

Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, do wszystkich mówię: Czuwajcie!» (Mk 13, 33-37)

 

 

Jak co roku na początku adwentu słyszymy to samo wezwanie: „Czuwajcie!”. Wiele już powiedziano o tym, że żyjąc w kulturze Internetu i fast foodów, odzwyczailiśmy się od czekania. Niemal wszyscy narzekają dziś na brak czasu: młodzi i starzy, pracujący i emeryci… Nasze terminarze są upchane kolejnymi zajęciami. Nie chodzimy już, ale biegniemy. Nie czytamy, ale kartkujemy. Nie myślimy, ale zapoznajemy się. Może pandemia zmusiła nas do jako takiego zatrzymania się w biegu, ale to na siłę i  zapewne na chwilę.

Może jednak problem leży jeszcze gdzieś indziej? Może my po prostu zbyt wiele oczekujemy od życia? Może nie potrafimy cieszyć się przez dłuższa chwilę tym, co mamy, tak jak czyniły to starsze pokolenia. Nie potrafimy cieszyć się chwilą obecną, bo ciągle wybiegamy naszymi planami, oczekiwaniami czy lękami w przód. A przecież chwila obecna, to tak naprawdę wszystko, co mamy…

I może właśnie o tym chce nam przypomnieć adwent. Może dlatego zachęca nas do czuwania…

Na czym polega chrześcijańska czujność!? Na próbie powrotu do życia w rytmie przykazań i Ewangelii! Co to za rytm? Jego podstawą jest modlitwa, codzienny kontakt z Bogiem. Nie ten spychany na margines dnia, o ile znajdziemy jeszcze na niego czas, ale ten stający w centrum naszej codzienności, będący fundamentem, na którym pragniemy oprzeć nasze życie.

Jezus nie mówi dziś w Ewangelii o zwykłym śnie, który jest pożyteczny nie tylko dla zmęczonego ciała, ale też dla intelektu i ducha. Sen, o którym mówi Jezus jest obrazem pewnego stanu ducha, sposobu życia, w którym człowiek nie widzi lub nie chce widzieć swojego stanu.

Aby czuwać, trzeba się najpierw obudzić!

We fragmencie Księgi Proroka Izajasza czytamy o Izraelitach, którzy pogrążyli się w grzechu. Prorok skarży się przed Bogiem, że pozwala ludziom błądzić z dala od Niego. „Nikt się nie zbudził, by się chwycić Ciebie”. Nie tylko człowiek, który się oddala od Boga, pogrąża się w ciemności, ale mogą to uczynić całe narody. I w dzisiejszym świecie chyba nie trzeba byłoby zazbytnio szukać dowodów na to, że tak jest. Grzech, może być nie tylko indywidualny, może dotykać całych wspólnot, choć czasem zaczyna się to od grzechu poszczególnych jednostek. Podobnie przebudzenie jednego człowieka potrafi wpłynąć na innych. Dzięki głoszeniu apostoła Pawła pierwsi chrześcijanie mogli doświadczyć łaski nawrócenia. Przebudzenie jednego wpłynęło na wielu. Aby móc czuwać, trzeba się najpierw przebudzić. W języku Ewangelii przebudzić się, to porzucić grzech!

A kiedy się już przebudzimy, trzeba sobie zadać pytanie: Jak czuwać?

Jest taki polski dramat z 2008 roku p. t „Senność” to opowieść o ludziach, którym życie zaczęło przeciekać przez palce, którzy zapadli w rodzaj emocjonalnego letargu i choć żyją, nie żyją naprawdę. Jeden z bohaterów filmu, nieuleczalnie chory Robert robi obrachunek ze swoim życiem boi, że pójdzie do piekła i boi się dnia sądu ostatecznego, kiedy zobaczy swoje niewykorzystane w życiu szanse i to, jak wyglądałoby jego życie, gdyby się w porę obudził (czytaj: nawrócił) i nie stracił aż tyle przesypiając kawał swojego życia.

 „Czuwajcie!” – Głos Jezusa wzywa dziś do powstania ze snu. Do tego, by wznieść się ponad chaos codziennego rozdrabniania się na tysiące bezcelowych działań i spraw, na które często wcale nie mamy wpływu. Czuwać to znaleźć czas by zatrzymać się w ciszy i dostrzec obecność Tego, który już ponad dwa tysiące lat wszedł w dzieje świata, choć świat coraz bardziej stara się Go ignorować. Czuwać, to umieć zatrzymać się w biegu, by uzmysłowić sobie, że wiele z wydarzeń naszego życia są znakami, które daje nam Bóg. Czuwać, to umieć spojrzeć trochę dalej niż czubek własnego nosa, niż swoja własna przyjemność czy potrzeba i trochę głębiej niż patrzymy na co dzień, by dojrzeć tam SENS (logos) – a konkretnie: Osobę Zbawiciela, który pragnie nadać właściwy kierunek naszemu życiu, naszej historii. Czuwać to dostrzec Tego, który przychodzi z obietnicą twojego i mojego zbawienia i potrafi sprawić, że każda z tych tysięcy drobnych chwil i spraw, które składają się na mozaikę naszego życia, a które tak łatwo przeciekają nam przez palce, lub co gorsza, które przesypiamy nabiera prawdziwego WIECZNEGO ZNACZENIA.

Adwent to czas oczekiwania na przyjście Zbawiciela. W jakimś sensie całe nasze życie jest adwentem – oczekiwaniem. Mając pewność, że Pan przychodzi, mogę oddać się danemu mi czasowi. To tak jak z nienarodzonym dzieckiem, do którego się mówi, dotyka się brzucha matki, żeby poczuć kopnięcie, posłuchać bijącego serca. Psychologia prenatalna tłumaczy, że ma to wielkie znaczenie. To małe, niewidoczne dziecko już wtedy jest kształtowane, nabiera poczucia bezpieczeństwa i miłości.

Moje codzienne zmaganie się z życiem, miłością, pracą, nauką to przygotowanie miejsca Panu Bogu we mnie, by się narodził. Wtedy nasze cierpliwe oczekiwanie na spóźniający się tramwaj, czuwanie, by nie wykipiało mleko bądź w zmęczeniu powtarzana modlitwa Ojcze nasz stają się jak światło adwentowej świecy.

Bądź wierny i czuwaj! – to wezwanie, które mamy sobie wziąć do serca na początku Adwentu.

Ktoś zapyta:  „Ale dlaczego mam czuwać i być wiernym?”

Bo wierny jest Ten, który zawsze czuwa nad tobą.