Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Monologiczna wizja uwielbienia w niebie

Ja, Jan, ujrzałem: oto drzwi otwarte w niebie, a głos, ów pierwszy, jaki usłyszałem, jak gdyby trąby rozmawiającej ze mną, powiedział: «Wstąp tutaj, a to ci ukażę, co potem musi się stać». Doznałem natychmiast zachwycenia: A oto w niebie stał tron i na tronie Ktoś zasiadał.

A Zasiadający był podobny z wyglądu do jaspisu i do krwawnika, a tęcza dokoła tronu – podobna z wyglądu do szmaragdu. Dokoła tronu – dwadzieścia cztery trony, a na tronach dwudziestu czterech siedzących Starców, odzianych w białe szaty, a na ich głowach złote wieńce. A z tronu wychodzą błyskawice i głosy, i gromy, i płonie przed tronem siedem lamp ognistych, które są siedmiu Duchami Boga.

Przed tronem – niby szklane morze podobne do kryształu, a pośrodku tronu i dokoła tronu cztery Istoty żyjące, pełne oczu z przodu i z tyłu: pierwsza Istota żyjąca podobna do lwa, druga Istota żyjąca podobna do cielca, trzecia Istota żyjąca mająca twarz jak gdyby ludzką i czwarta Istota żyjąca podobna do orła w locie.

Cztery Istoty żyjące – a każda z nich ma po sześć skrzydeł – dokoła i wewnątrz są pełne oczu, i bez wytchnienia mówią dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi. A ilekroć Istoty żyjące oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Zasiadającemu na tronie, Żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddają pokłon Żyjącemu na wieki wieków, i rzucają przed tron wieńce swe, mówiąc: «Godzien jesteś, Panie i Boże nasz, odebrać chwałę i cześć, i moc, bo Ty stworzyłeś wszystko, a z woli Twojej istniało to i zostało stworzone». (Ap 4, 1-11)

 

Przez ostatnie dwa tygodnie roku liturgicznego w czytaniach mszalnych towarzyszą nam apokaliptyczne wizje św. Jana Apostoła. W dzisiejszym komentarzu do medytacji chciałbym wrócić do tekstu z Apokalipsy z minionej środy, tekstu, który choć jest wizją nieba, to do złudzenia przypomina mi coś, co towarzyszy nam w praktyce medytacji. To wizja osób otaczających tron Boga, których modlitwa do złudzenia przypomina modlitwę monologiczną, gdyż jak pisze św. Jan: bez wytchnienia mówią dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi. W opisie Jana zaraz po wezwaniu wypowiadanym przez zebranych pojawia się kolejny element przypominający nasza praktykę metanii: A ilekroć Istoty żyjące oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Zasiadającemu na tronie, Żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddają pokłon.

Można zatem powiedzieć, że nasza praktyka medytacji ma podwójne umocowanie: pierwszym jest nawiązanie do przeszłości i tradycji modlitwy Ojców Kościoła, poszukujących odpowiedzi na zachętę do modlitwy nieustannej, jak również do tradycji hezychazmu; drugim nawiązanie do przyszłości, do wizji, którą rysuje św. Jan w swoim obrazie nieba i uwielbienia Boga, które będzie towarzyszyło tam zebranym.

Sądzę, że to dwa mocne argumenty za tym, żeby docenić tę praktykę modlitwy.

Inny tekst, do którego chciałbym nawiązać w dzisiejszym wprowadzeniu zaczerpnięty jest z Liturgii Godzin, czyli popularnego Brewiarza, gdzie w tekście Godziny Czytań znajdujemy słowa nauczania św. Makarego, mnicha a następnie biskupa Jerozolimy z początku IV wieku: Podobnie jak rolnik, zabierając się do pracy, bierze odpowiednie narzędzia i ubranie, tak i Chrystus Król, niebieski i prawdziwy rolnik, przychodząc do spustoszonej przez wady ludzkości, przyjął ciało, wziął krzyż jakby narzędzie i uprawiał opuszczoną duszę; wyrwał z niej ciernie i chwasty złych duchów, wykorzenił kąkol zła i spalił wszelką słomę nieprawości. W ten sposób, trudząc się drzewem krzyża, założył wspaniały ogród Ducha, taki ogród, który wydaje Bogu, jako swemu Panu, wszelki rodzaj owoców słodkich i przyjemnych.

I dodaje:

Biada duszy, jeśli zabraknie jej Chrystusa, który uprawia ją starannie, aby mogła wydać dojrzałe owoce ducha, bo opuszczona, pełna cierni i chwastów, zamiast przynosić owoce, zostanie wydana na spalenie, i zginie. Biada duszy, w której nie mieszka Chrystus! Porzucona, wydaje zepsutą woń pożądliwości i staje się przytuliskiem wad. (Homilia 28)

Dla mnie piękny i bardzo czytelny jest ten obraz Chrystusa, który uprawia ogród miły Bogu za pomocą narzędzia Krzyża. To wizja, którą św. Makary odnosi zarówno w wymiarze bardziej ogólnym do całej ludzkości odkupionej przez Krzyż Jezusa, jak i w wymiarze indywidualnym do każdej duszy, jeśli tylko człowiek w swoje wolności nie odrzuci tego daru. Wydarzenie zbawcze Krzyża ma miejsce tylko raz w historii i przynosi owoce ponadczasowe, co nie znaczy, że Jezus przestaje się troszczyć o dusze człowieka wierzącego. W sercu człowieka, w centrum życia którego stoi Krzyż nadający życiu takiego człowieka sens i cel Chrystus nadal jest tym, który nieustannie troszczy się o ogród ludzkiej duszy. Dzisiaj – nie mam wątpliwości – narzędziem przez które uprawia nasz wewnętrzny ogród jest Jego słowo. Stąd medytacja, która jest wsłuchiwaniem się w słowo, jest jednocześnie – zgodnie ze słowami św. Makarego – zaproszeniem do tego, aby w naszej duszy zamieszkał Chrystus, tak aby dzięki Jego obecności i łasce, przychodzącej przez słowo modlitwy mogła ona wydać dojrzałe owoce ducha.

Bilet do nieba

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale, a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie.

Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni u Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane dla was od założenia świata!

Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;

byłem spragniony, a daliście Mi pić;

byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;

byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;

byłem chory, a odwiedziliście Mnie;

byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.

Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? Albo spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię, lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?”

A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście”.

Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!

Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;

byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;

byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;

byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;

byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie”.

Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?”

Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tego i Mnie nie uczyniliście”.

I pójdą ci na wieczną karę, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego». (Mt 25, 31-46)

Obraz królestwa, króla, monarchy jest dla nas mało czytelny, bo nie żyjemy w monarchii, a te, które znamy, są tylko symboliczne, reprezentacyjne. Monarchia oznacza, że jest jedno źródło i jedna zasada wszystkiego – jest nią Król. W tym sensie wszyscy chrześcijanie są monarchistami.

Dzisiejsza Ewangelia stawia nam pytanie – a pytanie zawsze daje do myślenia – komu służymy? Każdy z nas służy przecież czemuś lub komuś. Warto służyć temu, co dźwiga nas ku górze, nigdy temu, co ściąga nas w dół.

O czym zatem jest ta Ewangelia? O owcach i kozłach? Poniekąd tak.

O dobrych i złych? Poniekąd również.

O Sądzie Ostatecznym? Owszem.

O miłości bliźniego? Bez wątpienia.

Ostatecznie jednak jest to Ewangelia o powadze życia i odpowiedzialności za wybory, których dokonujemy. Co nie znaczy, że w życiu nie ma miejsca na radość, lekkości czy przyjemność. Rzeczona powaga oznacza, że to, co robimy, ma znaczenie, jest ważne nie tylko teraz, lecz także w przyszłości…

W Starym Testamencie czytamy: „Patrz, kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego i chodzić Jego drogami… Wybierajcie więc życie, abyście żyli…” (Pwt 30, 15nn). Chrześcijanie pierwszych wieków nosili głęboko w pamięci te słowa, skoro znalazły one swoje odzwierciedlenie w Didache (tekście będącym wedle Tradycji kompilacją nauczania Dwunastu Apostołów). Czytamy tam:: „Dwie są drogi, jedna droga życia, a druga śmierci – i wielka jest między nimi różnica” (Didache 5, 1). Ewangelia odsłania rąbek tajemnicy – jaki będzie, kres tych możliwych dla człowieka dróg. Dlatego jest to Ewangelia o powadze i doniosłości tego, co robimy już teraz, dzisiaj. Każda właściwie decyzja, wybór, każdy czyn i każde zaniechanie dobra, każdy dzień jest krokiem na jakiejś drodze.

Jako echo tych słów dźwięczy mi w uszach znane powiedzenie pewnego filozofa: „Pamiętaj, że życie składa się z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest!”

Życie składa się z drobiazgów, które tworzą dni, tygodnie, miesiące, ale nade wszystko nasze wybory…

Każdy dzień to suma zdarzeń – tych, które sami sprowokowaliśmy i tych, które ktoś nam podarował lub narzucił.

Wypowiedziane słowa, gesty, uśmiechy lub grymasy. Podana w geście pomocy dłoń, lub odwrócony wzrok. Krótka modlitwa za kogoś, kogo mijamy na ulicy, bo taki smutny jakiś.

Dzisiejsza Ewangelia upomina się właśnie o tych, których spotykamy na naszych drogach na co dzień, czasem jedynie raz w życiu. I przypomina o tym, że nic nie zostanie zapomniane z tego, jak kogoś potraktowaliśmy.

I ta prawda może budzić w nas pewien niepokój. Wprawdzie Jezus mówi, że żaden gest miłosierdzia nie idzie na marne i każdy będzie nam policzony, ale to samo mówi o zaniechaniu dobra. Nie chodzi więc już o złamanie jednego z przykazań, rozmyślne wyrządzenie komuś zła, ale o samą obojętność wobec potrzeb bliźniego. A to wykracza poza jakikolwiek możliwy do spisania kodeks praw i obowiązków. Zaczynam więc kalkulować, czy więcej zrobiłem tego cichego, ukrytego dobra, czy więcej zaniedbałem. Jak tu dobrać proporcje?

A przecież to nie koniec wątpliwości. Kryterium przynależności do królestwa Bożego jest dobro wyświadczane bliźniemu. A co z naszym stosunkiem do Boga? Syn Człowieczy nie pyta o wiarę, że o pobożności już nie wspomnę. To znaczy, że dla niewierzących droga do nieba jest szeroko otwarta? I dla tych, którzy się Boga wyparli, ale dobrze żyli? Dla bluźnierców i apostatów także?

Żeby nie plątać się dalej w tych rozważaniach, trzeba ustalić, o czym ta przypowieść mówi, a o czym – nie. Dla współczesnych Jezusa kwestia wiary czy niewiary nie stanowiła problemu. To raczej problem czasów współczesnych. Jezus nie potrzebuje o tym przypominać swoim słuchaczom, bo dla nich ważna rola wiary w życiu była bezdyskusyjna. Musi jednak przypomnieć to, co nieoczywiste: że miłość bliźniego – a jak miłość, to bezinteresowna – nie jest jedynie niezobowiązującym dodatkiem do naszej pobożności. Jest równie ważna jak oddawanie czci Bogu, bo nie da się oddzielić jednej i drugiej miłości. Można wręcz powiedzieć, że miłość a więc to, jak odnoszę się do drugiego jest sprawdzianem pobożności i albo jej potwierdzeniem, albo – gdy jej nie ma – zaprzeczeniem.

Jest taka opowieść o bogatym człowieku, który trafił do nieba. Nawet się modlił, chodził do kościoła, nie oszukiwał w interesach, ale poza tym mało myślał o innych ludziach a dużo o sobie i o tym, żeby jemu było dobrze i przyjemnie. Św. Piotr prowadząc go do jego mieszkania oprowadził go przy okazji po niebie. Pokazał gdzie mieszka Matka Boska, i Apostołowie. Potem przechodzili przez dzielnicę pełną pięknych domów. Św. Piotr wskazał na okazały dom i rzekł: – w tym domu mieszka twój służący.

Bogacz pomyślał sobie: „skoro tak mieszka mój służący, to jak będzie wyglądał mój dom!?”. Minęli jednak dzielnice pięknych domów i skierowali się ku innej gdzie domy były malutkie, ulice wąskie. Az stanęli przed skromnym, skleconym z byle czego domkiem. Św. Piotr powiedział:

– To twoje mieszkanie.

– Czy to nie pomyłka, zapytał bogaty człowiek.

Na co św. Piotr odrzekł: – Nie! Musisz zrozumieć, że mieszkania tutaj budujemy z takich materiałów, jakie ludzie nam przysyłają z ziemi w czasie swojego życia.

Czym zatem będzie sąd ostateczny? Będzie objawieniem ukrytych, pokornych, często niedocenianych gestów miłości, którymi było utkane (lub nie) nasze życie.

„Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni nie z pobożności, ale z miłości – napisze św. Jan od Krzyża. To zdanie pokrywa się zresztą z przekonaniem św. Pawła Apostoła z Pierwszego Listu do Koryntian: Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość; z nich zaś najważniejsza jest miłość, gdyż tak naprawdę tylko miłość nadaje wartość i największy sens naszemu życiu, ale też naszej wierze i miłości.

Na szczęście dla nas – jak pisze ks. Jerzy Szymik, teolog i poeta – sędzia, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia będzie stronniczy. Zrobi wszystko, co w Jego mocy, aby ocalić sądzonych.

Odkrywanie wewnętrznego bogactwa

Jezus opowiedział przypowieść, ponieważ był blisko Jeruzalem, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi.

Mówił więc: «Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się do dalekiego kraju, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: „Obracajcie nimi, aż wrócę”. Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: „Nie chcemy, żeby ten królował nad nami”.

Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał.

Stawił się więc pierwszy i rzekł: „Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min”. Odpowiedział mu: „Dobrze, sługo dobry; ponieważ w drobnej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami”.

Także drugi przyszedł i rzekł: „Panie, twoja mina przyniosła pięć min”. Temu też powiedział: „I ty miej władzę nad pięciu miastami”.

Następny przyszedł i rzekł: „Panie, oto twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: bierzesz, czego nie położyłeś, i żniesz, czego nie posiałeś”. Odpowiedział mu: „Według słów twoich sądzę cię, zły sługo! Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: biorę, gdzie nie położyłem, i żnę, gdzie nie posiałem. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał”.

Do obecnych zaś rzekł: „Zabierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min”.

Odpowiedzieli mu: „Panie, ma już dziesięć min”.

„Powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Tych zaś przeciwników moich, którzy nie chcieli, żebym panował nad nimi, przyprowadźcie tu i pościnajcie w moich oczach”».

Po tych słowach szedł naprzód, zdążając do Jerozolimy. (Łk 19, 11-28)

 

Dzisiejsza perykopa ewangeliczna przypomina nam, że każda i każdy z nas otrzymał od Boga wiele darów i talentów. Jemu zależy, abyśmy je pomnażali, rozwijali, byśmy nawet w drobnej rzeczy byli wierni.

Medytacja może być doświadczeniem odkrywania tych darów, których dotąd nie dostrzegaliśmy. W ciszy naszego serca, w które doświadczenie medytacji nas prowadzi łatwiej nam spotkać się ze sobą a jednocześnie z tym, w co zostaliśmy przez Boga wyposażeni. Jeśli podążając za słowem pozwolimy się Duchowi prowadzić w głąb nas samych, możemy doświadczyć niezwykłych odkryć darów i łask których się nie spodziewaliśmy: dar ciszy, dar kontemplacji, dar głębszego wglądu w rzeczywistość – to tylko niektóre z darów jakie może pomóc nam odkryć medytacja. A może doświadczenie spotkania ze sobą w ciszy medytacji pozwoli nam odkryć na nowo coś, co wcześniej zakopaliśmy w mrokach naszej nieświadomości, bo kiedyś nie wydawało się to talentem potrzebnym. Do pewnych darów i umiejętności korzystania z nich trzeba nieraz długo dorastać.

Ale medytacja to także odkrywanie prawdy, że na drodze rozwijania i  pomnażania złożonego w nas wewnętrznego bogactwa nie jesteśmy sami. Medytacja uświadamia nam, że tak naprawdę każde pomnożone w nas dobro jest łaską, jest dziełem Ducha działającego w nas. Aby jednak tak się stało potrzebna jest nasza chęć współpracy, nasza otwartość na Jego moc, nasza zgoda, aby On działał wedle swojej woli. Po prostu nasze FIAT wypowiadane w rytmie serca i oddechu przez wezwania, które jest modlitwą zawierzenia się i powierzenia się Duchowi działającemu w nas bez warunków i bez zastrzeżeń. Takiej postawy domaga się od nas postawa dobrego sługi, sługi który bez lęku i z zaufaniem powierza się swojemu Panu i Królowi.

Pozwólmy, aby medytacja była doświadczeniem, w którym Jezus dzięki otwartości naszego serca będzie mógł pomnażać w nas swoją łaskę, tak aby pomnożona mogła służyć zarówno nam jak i innym i aby w ten sposób nasze medytacyjne życie stawało się coraz bardziej bogate w miłość, dobroć, wrażliwość, pokój i zaufanie.

Niech zanurzenia się w ciszę medytacji pozwoli nam odkrywać i doświadczyć prawdy, że źródło prawdziwego bogactwa bije w nas.

 

Medytacja,

od zgiełku i tłumu, którzy są zwodniczymi nauczycielami,

uciekaj w ciszę swojego serca, którędy biegnie prawdziwa ścieżka uświęcenia.

Medytacja,

Modlitwa płynąca z serca i odpowiedź na nią,

Oto dwie miłości, które nie mogą się skończyć.

Nie zmarnuj talentów!

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

«Podobnie jest z królestwem niebieskim jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał.

Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi.

Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu Pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego Pana!”» (Mt 25, 14-15. 19-21)

Wspaniale nawiązał do przypowieści o talentach Jan Paweł II podczas spotkania z twórcami kultury i artystami, jakie miało miejsce w czerwcu 1991 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie. Mówił tak: Wyraz „talent” natrafia wśród twórców i artystów na żywy oddźwięk. Ale nie zapominajmy, że podstawowym talentem, jaki otrzymaliśmy od Stwórcy, jest nasze człowieczeństwo.

Co ja robię z samym sobą? – to jest najważniejsze pytanie, jakie wynika z przypowieści o talentach. Otóż podstawowym sposobem pielęgnowania i pomnażania tego talentu jest wsłuchiwanie się w przykazanie miłości i wierność temu przykazaniu. Człowiek jest jedynym stworzeniem na tej ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego – pisze św. Tomasz a Akwinu. Dlatego nie zrealizuje człowiek inaczej swojego życia, niż poprzez bezinteresowny dar z samego siebie.

To, jak przeżyliśmy nasze człowieczeństwo – jest pierwszą z wartości, z jakich zdamy sprawę na sądzie ostatecznym… Z miłością, czy bez miłości? A przejawem tejże jest w konsekwencji zawsze dobro!

Innym wielkim talentem, z którego zdamy sprawę na Sądzie Bożym, jest również sakrament chrztu a w szerszym wymiarze nasza wiara. Czy ja byłam/-em wierny łasce chrztu? Czy pozwoliłam/-em rozwijać się w moim życiu łasce wiary, która w taki lub inny sposób puka do drzwi każdego bez wyjątku człowieka? Czy w swoim życiu uwzględniałem Bożą wolę, czy też interesowały mnie tylko moje plany na życie?

Z kolei inny papież – Pius XI w swojej encyklice o małżeństwie pisał, że talentem powierzonym przez Boga mężowi i żonie jest łaska sakramentu małżeństwa. Niestety – kontynuuje w rzecznym dokumencie – niektórzy małżonkowie talent ten zakopali w ziemi i jest on w ich życiu talentem nieużytecznym. Małżeństwo wielu ludzi po ślubie kościelnym nie różni się od małżeństw ludzi niewierzących, a nieraz różni się na gorsze. Na pewno zdamy kiedyś sprawę z tego, jak wykorzystaliśmy Boże dary.

Ale talentem może być również powołanie do życia w samotności. Czy jeśli ktoś swoją samotność spędza w egoizmie albo w rozgoryczeniu można mówić, że dobrze wykorzystuje ten talent?

Bóg tak urządził świat, że różne dary, jakimi nas obdarza – również dary trudne – mają służyć ku dobremu, bo jak zaznacza to autor natchniony już na samym początku Biblii, wszystko, co stworzył Bóg jest dobre.

Jaki obraz Boga wyłania się z dzisiejszej Ewangelii?

Widzimy Boga, jako kogoś, kto jest bogaty, wielki a zarazem wielkoduszny, bo dzieli się swoimi dobrami ze sługami i pozwala im samodzielnie gospodarować swoim bogactwem. Bóg ufa człowiekowi! Powierza mu świat, daje mu zdolności, obdarza swoją łaską i czasem zdarza nam się Jemu za to nawet podziękować. Niekiedy jednak gubimy świadomość, że Bóg dając człowiekowi różnego rodzaju dary nie mówi: „róbta, co chceta” i że przyjdzie chwila, kiedy zapyta każdego bez wyjątku: co zrobił z powierzonym mu dobrem? Czy je pomnożył, czy je roztrwonił i zmarnował?…

Zaufanie, którym Bóg obdarza człowieka jest więc połączone z odpowiedzialnością!

Dzisiejsza przypowieść mówi nam zatem o miłości Boga, ale miłości, która nie jest naiwna – jak sądzą niektórzy – akcentujący przede wszystkim miłosierną miłość Boga, z której znika sprawiedliwość a wraz z nią poczucie respektu wobec Boga a więc to, co katechizm nazywa bojaźnią Bożą. Słyszy się często stwierdzenie: Bóg jest dobry, więc nam wybaczy i… przestajemy się przejmować odpowiedzialnością za powierzone nam dary.

Tymczasem dzisiejsza przypowieść uczy nas, że wiara i zaufanie do Boga są twórcze jedynie wówczas, gdy są połączone z bojaźnią Bożą. Nowoczesna myśl konsekwentnie ucieka od Boga, który kocha, ale i stawia wymagania, ufa człowiekowi, ale i zobowiązuje do go odpowiedzialności.

Kiedy na sądzie staniemy przed Bogiem tłumaczenie „Panie Boże chciałem dobrze, ale…” nie przejdzie! Bo jak mówi stare przysłowie: „Dobrymi chęciami…” niestety nie niebo jest wybrukowane.

Słowo, które przynosi uzdrowienie i wolność.

Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.

Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.

Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.

Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)

Dziesięć to w tradycji żydowskiej liczba znacząca: tyle osób wedle tej tradycji liczy najmniejsza wspólnota liturgiczna. Ewangelia opowiada o dziesięciu ludziach dotkniętych trądem, który sprawia, że żywe ciało się psuje. Można o nich powiedzieć – umarli za życia. Sięgając do symboliki liczb można powiedzieć, że jest to obraz wspólnoty, która jest dotknięta przez grzech, którego konsekwencją jest i śmierć. „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (por. Rz 3,23-25).

Słyszymy w Ewangelii przejmujący krzyk trędowatych: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”! To wołanie tak dobrze nam znane z praktyki Modlitwy Jezusowej. Trędowaci wołają Jezusa po imieniu, jak przyjaciela, podobnie jak ślepiec pod Jerychem (Łk 18,38) i ukrzyżowany złoczyńca na Golgocie (Łk 23,42). Każdy z tych przypadków pokazuje, że jedyne, na co mogą się powołać prosząc o ocalenie, to uznanie własnej nędzy i ufność w Jezusowe miłosierdzie.

Modlitwa Jezusowa, to modlitwa żebraka. To modlitwa człowieka ubogiego, ale to także modlitwa pełna ufności, która całą swoją nadzieję odnajduje w Jezusie i wierze w Jego miłosierdzie.

Jezus nie uzdrawia trędowatych natychmiast, ale odsyła do kapłanów w Jerozolimie, którzy mają urzędowo stwierdzić oczyszczenie z trądu i przywrócić ich do życia we wspólnocie. A przecież to jeszcze nie nastąpiło! Gdy jednak zaczęli iść, zobaczyli, że są oczyszczeni. To posłuszeństwo słowu Jezusa przyniosło im uzdrowienie i wolność.

Ta perykopa uświadamia nam, że nasze zbawienie realizuje się przez posłuszeństwo słowu Jezusa a jednocześnie dokonuje się w drodze.

Oba te aspekty są obecne w praktyce medytacji monologicznej. Pierwszy to słowo, do którego się odwołujemy, w które się wsłuchujemy całym sercem i na działaniu którego opiera nasza praktyka medytacji. Drugim aspektem jest to, że medytacja jest drogą, w tym wypadku zarówno przez sam fakt regularnej praktyki, która nas kształtuje i rozwija, jak również przez fakt podążania w tej praktyce za Jezusem, który przez swoje słowo jest tu Nauczycielem i Przewodnikiem i który mówi sam o sobie: Ja Jestem Drogą… (J 14,6)

Wracając raz jeszcze do symboliki liczb zawartych w dzisiejszej Ewangelii warto zauważyć, że podążanie drogą medytacji odbywa się we wspólnocie, która stanowi ważny aspekt naszej praktyki, bo nieustannie uświadamia nam, że w tej duchowej podróży nie jesteśmy sami i że obecność, wiara i wytrwałość innych, którzy idą z nami tą drogą stanowi dla nas wsparcie, inspirację i motywuje do systematycznej praktyki. Co więcej, pozwala doświadczać mocy tej wspólnoty nie tylko, gdy modlimy się razem, zgromadzeni w sensie fizycznym w jednym miejscu, ale  również wtedy, gdy medytujemy oddzielnie. Każde wejście w doświadczenie medytacji włącza nas bowiem w wielką wspólnotę osób medytujących. Dobrze jest siadać do medytacji z tą świadomością, zwłaszcza w czasie pandemii, która choć fizycznie nas rozdziela, to duchowo może nas jednoczyć jeszcze bardziej, za każdym razem gdy siadamy do modlitwy w Imię Jezusa.

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam też o roli wdzięczności. Trędowaty doświadczył niesłychanej przemiany, uzdrowienia, czy wręcz można powiedzieć – zmartwychwstania! Jednak na tym nie kończy się ta historia. Wdzięczność Samarytanina uświadamia nam, że pełne zbawienie nie polega jedynie na doświadczeniu cudu przemiany, czy nawrócenia, ale na poznaniu i umiłowaniu Zbawiciela, i na trwaniu w komunii z Nim, które jest naturalną konsekwencją nawrócenia.

Niech każdy oddech towarzyszący naszej medytacji, każde wezwanie i każde uderzenie serca umacnia naszą komunię z Jezusem i będzie również modlitwą wdzięczności, za łaskę, której Chrystus nam nieustannie udziela, odpowiadając na nasze wołanie z wiarą: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną grzesznikiem.