Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja jako trwanie w wierze, nadziei i miłości

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś ujrzymy twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość. (1 Kor 13, 4-13)

Nie sposób oprzeć się przywołaniu tego fragmentu Listu św. Pawła do Koryntian zwanego popularnie „Hymnem o miłości” jako komentarza do medytacji dlatego, że dla mnie św. Paweł zawiera w tym tekście najbardziej trafną definicje tego czym jest kontemplacja: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość”. Bo zarówno kontemplacja, jak i będąca przedsionkiem do niej medytacja monologiczna to nic innego jak trwanie przed Bogiem  w wierze, nadziei i miłości. A ponieważ w medytacji monologicznej szczególny naciska kładziemy na trwanie, właśnie dlatego to miłość wydaje się największa, bo ona jest fundamentem trwania. Jeśli kocham, to bycie przy osobie kochanej wydaje się najprostszym przejawem tej miłości.

Kiedyś znalazłem takie zdanie Mertona: „Medytacja podobnie jak i miłość nie jest zbytkiem. Decyduje o jakości każdej chwili życia”. To mocne słowa człowieka modlitwy. Człowieka, który z modlitwy uczynił sposób na miłość do Boga. 

Drugim fundamentem medytacji obok bycia jest cisza. Milczenie. I w tym miejscu na powrót wraca werset św. Pawła Apostoła: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość”. Sądzę bowiem – i pokazuje to nie tylko moje doświadczenie – że bez wiary, nadziei i miłości nie da się zbyt długo wytrwać w milczeniu. Można by w tym miejscu przywołać wiele tekstów z Pisma Świętego, w których autor natchniony sugeruje, że milczenie nie jest puste, tylko pełne Bożej obecności. Księga Mądrości Syracha mówi nam, że: «Milczenie strzeże tajemnicy», tajemnicy Boga. Pismo święte zachęca nas do wejścia w to milczenie, jeżeli chcemy Go odnaleźć.

Niemniej jednak, ten sposób mówienia Boga okazuje się dla nas trudny. Psalmy ukazują to wymownie: «O Boże, nie trwaj w milczeniu, nie milcz i nie spoczywaj, Boże!» (Ps 83, 2). Jeszcze trudniejszym wyzwaniem trwanie w milczeniu wydaje się dla współczesnego człowieka.

Pewien włoski karmelita, który zabrał się w drogę do Polski z polskimi pielgrzymami – opowiadał, że po dwóch dniach wyszedł z autobusu, słaniając się na nogach. „I co, pobożni ci Polacy?” – pytali bracia. „Bardzo pobożni! Wszystkie części Różańca, litanie, pieśni. Nawet nie było czasu się pomodlić!”.

Być może dzieje się tak dlatego, że współczesny człowiek boi się dopuścić Pana Boga do głosu, bo być może usłyszałby coś, czego nie chce usłyszeć. Np. zostaw na dzień, dwa lub trzy takie gadżety jak: komórka, Internet i poszukaj ciszy, w której będziesz miał okazję spotkać się z Bogiem i z samym sobą.

Dziś mamy wszystko na wyciągniecie ręki: komputer, iPody, tanie linie lotnicze… Jesteśmy skąpani w morzu propozycji, które potrafią wypełnić całe nasze myślenie. Tyle tylko, że często w tym myśleniu brakuje miejsca dla tego, kto powinien być dla nas najważniejszy – dla Boga. Warto pytać siebie: Czy różnego rodzaju narzędzia, które podarował nam rozwój technologii, choć są często pomocne, to nie stały się przeszkodą w kontakcie z Bogiem nie mówiąc już o  uniemożliwieniu nam życia kontemplacyjnego?

Jeśli choć na jedno z tych pytań odpowiedź jest twierdząca, to znak, że tym bardziej potrzebujemy chwil samotności i ciszy!

W każde wakacje od kilku już lat staram się szukać ciszy. Pobyć tydzień czasem dwa bez telewizji, radia, komórki, czy netu. Obserwuję przez lata, jaką to daje wolność. Dziękuję Bogu, że należę do pokolenia, które jeszcze nie znało komórki czy Internetu i dlatego wie, że można się bez nich obejść.  Dlatego z każdym rokiem we mnie ta potrzeba szukania ciszy staje się coraz większa. Wiem, że bez niej w ogóle nie byłbym w stanie funkcjonować…

 Poszukujmy wytrwale ciszy w medytacji a w niej szukajmy i słuchajmy Boga.

Matka Bolesna – ikona milczenia i kontemplacji

Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. (J 19,25-27)

Jeden z kapłanów, z którym sprawowałem dzisiaj najświętszą Eucharystię powiedział w kazaniu zdanie, które noszę ze sobą w sercu: „Rozważając tę dzisiejszą perykopę ewangeliczną skupiamy się zazwyczaj na cierpieniu Maryi stojącej pod Krzyżem stojąc pod krzyżem, tymczasem zapominamy o tym, że był to dla Maryi także czas dojrzewania Jej wiary”.

W zasadzie dla wszystkich najbliższych Jezusowi osób, którzy wytrwali pod Krzyżem był to bardzo trudny egzamin z wiary. Byli niestety wśród uczniów i tacy, którzy przed tym egzaminem zdezerterowali. Śledzenie ich losów także po zmartwychwstaniu pokazuje, że musieli dużo dłużej dojrzewać w wierze.

„Kiedy Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój„.

Tylko czworo bardzo bliskich Jezusowi ludzi wytrwało przy Nim w godzinie Jego ukrzyżowania. Ewangelista wymienia ich z imienia. Była to Jego Matka, Jego ciotka – też Maria, żona Kleofasa, Maria Magdalena oraz Jego umiłowany uczeń, Jan.

Otóż już dawno zauważono jeden zdumiewający szczegół. Mianowicie kiedy Pan Jezus zmartwychwstał, Ewangelie relacjonują Jego spotkanie prawie z wszystkimi z nich – z jednym jedynym wyjątkiem Matki Najświętszej. I w Kościele od wieków domyślano się, dlaczego nie ma w Ewangeliach relacji o spotkaniu Zmartwychwstałego ze swoją Matką.

Zauważmy, że wszystkie opisane w Ewangeliach spotkania Zmartwychwstałego ze swoimi przyjaciółmi były to spotkania z tymi, którzy w Wielki Piątek utracili wiarę. Przypomnijmy sobie choćby Marię Magdalenę, tak gorzko płaczącą, że Jezus, tak dobry i tak Boży człowiek został tak straszliwie skrzywdzony. Uczniowie z Emaus mówili tylko z rezygnacją: „A myśmy się spodziewali, że On odkupi Izraela”.

Jedna jedyna Matka Najświętsza nie tylko wytrwała pod Krzyżem, ale wytrwała również w wierze. A to znaczy, że jej cierpienie pod Krzyżem było jedyne w swoim rodzaju. Cierpiała nie tylko jako matka, której Syn został tak potwornie storturowany i zamordowany. Cierpiała również dlatego, że rozumiała straszliwość ludzkiego grzechu, skoro doprowadził on aż do ukrzyżowania Syna Bożego.

Swoją Matkę Bolesną – jedyną wówczas wierzącą w Niego – ukrzyżowany Jezus dał wówczas za matkę Janowi. Wierzymy, że ona została wówczas dana za matkę nam wszystkim, którzy wierzymy w Jezusa Chrystusa.

Z tą świadomością, że ona jest również naszą matką, przypomnijmy sobie teraz słowa w ogóle pierwszego proroctwa, jakie znalazło się w Piśmie Świętym: „Położę nieprzyjaźń między tobą – mówił Bóg do Węża – a Niewiastą, między potomstwem twoim a potomstwem jej: ono zmiażdży ci głowę”. Zauważmy: proroctwo nie mówi: „potomkiem jej”, ale: „potomstwem jej”.

Bo jeśli ona, Maryja, jest również naszą Matką, to my wszyscy jesteśmy jej potomstwem, które – będąc w jedności z Jezusem Chrystusem – ma moc zwyciężać Węża.

Jest jeszcze jeden aspekt, który warto w rozważaniu tajemnicy obecności Maryi pod Krzyżem poruszyć. Aspekt, który podczas jednej ze swoich katechez podjął papież Franciszek.  Papież wskazał na Matkę Jezusa jako doskonałą ikonę milczenia, od Zwiastowania po Kalwarię. „Maryja była kobietą milczenia, ale jak wiele mówiła Panu w swoim sercu” – podkreślił. Dodał, że swoim milczeniem osłoniła tajemnicę, której nie rozumiała, pozwalając, aby w ten sposób owa tajemnica wzrastała i rozkwitała w nadziei, umacniając jej wiarę.

W tym sensie Maryja pozostanie dla nas zawsze Mistrzynią milczenia, mistrzynią kontemplacji, Mistrzynią przyjmowania sercem tego, co trudno nam czasem ogarnąć naszym umysłem.

Podwyższenie Krzyża i wywyższenie człowieka

Jezus powiedział do Nikodema:

«Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego.

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony». (J 3, 13-17)

Jeden z moich znajomych, który nurkuje na dużych głębokościach, opowiadał mi, że jednym z bardziej fascynujących doświadczeń jest nurkowanie nocą. Kiedy pod wodą wyłączy się światło, bardzo szybko przestaje się orientować, gdzie jest góra, a gdzie dół. Człowiek w ciemności, zanurzony w toni traci orientację. W świetle ją odzyskuje. Nasze życie czasem może przypominać takie dezorientujące nurkowanie, w którym gubią nam się kierunki i punkty odniesienia. Gdzie jest prawdziwe wywyższenie, a gdzie poniżenie.

Nasz świat pełen jest historii ludzi, którzy sporo wysiłku wkładają w to, żeby się wywyższyć ponad innych poprzez to, że więcej wiedzą, posiadają, znaczą… W ten sposób można budować poczucie swojej wartości i władzy. Często jest to okupione cierpieniem tych, którzy po drodze muszą być poniżeni, którym trzeba udowodnić, że są słabsi, gorsi, mniej zdolni. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są konflikty, rosnąca dysproporcja i rozdarcie. Nikt jednak lepiej niż Bóg nie wie, że nie ma większego poniżenia w życiu człowieka niż grzech i trwanie w nim, a największe ubóstwo, jakie można sobie zgotować, to pycha. Dlatego dzisiejsze święto mówi o zupełnie odwrotnym ruchu ze strony Boga, który jest samą mocą, wszechwładzą i wszechwiedzą. Bóg w Jezusie Chrystusie w sposób całkowicie wolny uniżył samego siebie, przyjąwszy postać sługi po to, byśmy my, kąsani naszymi grzechami, poniżeni naszymi upadkami, mogli bez lęku zbliżyć się do Tego, który kocha bez pamięci.

Zdarza się, że idąc drogą wiary, szukając Boga, tracimy cierpliwość, bo nie jest tak gładko jak oczekiwaliśmy. Mierzymy się z tym, że droga do pełnej wolności dzieci Bożych nie jest tak prosta, że „stary człowiek” tak łatwo się nie poddaje. Wtedy możemy doświadczać palącego jadu wątpliwości i niewiary. Może się zdarzać tak, że wcale nie potrzebujemy zewnętrznych sędziów, bo sami siebie już dawno osądziliśmy i potępiliśmy. I po to właśnie Jezus dał się przybić do krzyża, żebyśmy widzieli, że ręce Boga są dla nas zawsze szeroko otwarte, aby przygarniać, a nie odpychać, usprawiedliwiać a nie potępiać. Prawo Miłości, która za nas stała się bezbronna i pozwoliła się przybić do Krzyża wyzwala nas spod prawa grzechu i śmierci.

Dlatego św. Paweł zadziwiony ogromem Bożej miłości napisze: Cóż więc na to powiemy? Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? ( Rz, 8, 31-34)

Bóg uniża się po to, aby człowiek został wywyższony. Czy może być coś piękniejszego? Krzyż jest rzeczywistością, która poradziła sobie ze śmiercią – chociaż śmierć się na nim dokonała, to krzyż przestaje być przeklętym znakiem potwornej śmierci przestępców, a zaczyna być znakiem życia. Miejscem, gdzie możemy szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Drogowskazem, który nie pozwoli nam nigdy zabłądzić w drodze do domu Ojca.

Przebaczenie

Piotr podszedł do Jezusa i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?»

Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.

Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby dług w ten sposób odzyskać.

Wtedy sługa padł mu do stóp i prosił go: „Panie, okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam”. Pan ulitował się nad owym sługą, uwolnił go i dług mu darował.

Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: „Oddaj, coś winien!” Jego współsługa padł przed nim i prosił go: „Okaż mi cierpliwość, a oddam tobie”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu.

Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło.

Wtedy pan jego, wezwawszy go, rzekł mu: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu.

Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu». (Mt 18, 21-35)

Czy mam przebaczyć aż siedem razy? Nie! – mówi Pan Jezus i dodaje: „Aż siedemdziesiąt siedem razy”. Ciekawe, czy ktoś odważy się pierwszy i po prostu przebaczy. Jeśli nie, to karuzela wyrównania, odwetu i mściwości będzie się kręcić w najlepsze i bez końca. Pan Jezus proponuje przebaczenie jako sposób na przekraczanie i domykanie krzywdzących spraw, na nierozdrapywanie i niepielęgnowanie ran. Bez roszczeń, jeśli nawet jest wina. (Może to dziwna logika: jest wina, nie ma kary. Ale może jest to logika zbawienna, zwłaszcza gdy domaganie się kary przybiera postać obsesji).

Tak jak król, któremu sługa był winien dziesięć tysięcy talentów – „ulitował się nad swym sługą i dług mu darował”. (Ktoś to policzył i wyszło, że w czasach Jezusa talent to około 34 kg kruszcu – szlachetnego, dodajmy. Dziesięć tysięcy talentów to zatem 340 ton szlachetnego kruszcu, srebra lub złota!). To się nazywa hojność! Taka jest arytmetyka Ewangelii, arytmetyka Boga, arytmetyka miłosierdzia – darować dług.

Jest jeszcze ten, któremu darowano. Złapał swojego dłużnika, który był winien sto denarów, i gdy ten prosił o darowanie długu, wtrącił go do więzienia. (To też ktoś policzył i wyszło, że jeden denar to 3,89 g. Sto denarów to zatem 389 g kruszcu! Mniej niż 400 gram). Doznał darowania ton niebotycznego majątku, sam nie darując ani grama.

Taka niestety nierzadko jest arytmetyka świata  i niewolnika mamony tego świata: wydusić każdy grosz. Oczywiście rachunki matematyczne są tu tylko obrazem.

Wszystko o czym mówimy i o czym mówi dzisiejsza Ewangelia  odnosi się do naszego ludzkiego życia, do naszych międzyludzkich relacji, do rachunku krzywd – raz realnie poniesionych, innym razem subiektywnie doświadczonych, czasem urojonych.

Oczywiście w pierwszej kolejności przypowieść Jezusa mówi o niewyobrażalnym miłosierdziu Boga, którego obrazem jest król wobec każdego z nas, których obrazuje sługa, któremu darowano wielki dług. Ten dług zaciągnęliśmy wobec Boga, gdy On zdecydował się zapłacić cenę za nasze grzechy ofiarą swojego jedynego Syna. Nie mamy szans spłacić tego długu, ale mamy szansę spróbować się odwdzięczyć za Jego wielkie miłosierdzie. Jak? Będąc miłosiernymi i przebaczającymi wobec innych: „Bądźcie miłosierni, jako Ojciec wasz jest miłosierny…” (Łk 6,36) To wskazówka, którą daje nam Jezus i choć wysoko stawia nam poprzeczkę, to św. Jakub zapewnia o opłacalności tego wysiłku, mówiąc, że „miłosierdzie odnosi triumf nad sądem” i to nie tylko w czasach ostatecznych, ale i w doczesności (por. Jk 2,13).

W swoim nauczaniu Jezus nieustannie podkreśla, że zdolność do przebaczania jest także podstawą życia wspólnotowego. Brak miłosierdzia w znoszeniu cudzych słabości to zgoda na nieustający konflikt, który zżera człowieka od środka. Kto nie przebacza, sam wymierza sobie karę. Ciągła koncentracja na złu, którego człowiek doświadczył, przedłuża działanie tego zła. Rany, które mogłyby się już dawno zagoić, ciągle ropieją i sprawiają ból. Nietrudno się domyśleć, jak toksyczna może być taka osoba dla każdej wspólnoty: rodzinnej, zawodowej, zakonnej.

Przebaczenie nie jest rzeczą łatwą, gdyż świadomość zła, którego doświadczyliśmy ze strony drugiego człowieka, nie pozwala nam patrzeć na niego z miłością. Tylko Bóg tak potrafi. Dlatego potrzebujemy Jego łaski. On ma moc uzdrowić nasz sposób patrzenia. Czy nie doświadczamy tego w sakramencie spowiedzi, kiedy Bóg uzdrawia nasze serce? Pojawia się radość, wraca życie. Człowiek czuje się jak nowo narodzony. Ma pragnienie czynienia dobra.

Przebaczenie nie jest jednorazową czynnością, jest procesem. Dopóki w moim sercu jest niepokój i chęć zemsty, nie ma mowy o uzdrowieniu tego serca. To, co Bóg może uczynić jednym aktem swojej woli, człowiek osiąga, wytrwale współpracując z łaską.

Dlatego pytanie, które postawił Piotr „ile razy należy przebaczać” było z gruntu błędne. W tym świecie, niestety, nasze relacje są skażone grzechem. Dlatego przebaczenie to gotowość do stałego odpowiadania dobrem na zło, do przekraczania poziomu grzechu i egoizmu. Tylko wtedy możemy z czystym sumieniem modlić się do Boga: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

Każdy musi się zmierzyć w sobie z przebaczeniem innemu. Mogę robić to jak niewolnik, albo mogę to robić jak król.

Maryja – Mistrzyni medytacji

Dzisiaj dzień Narodzenia Maryi. Czy złożyłaś/-eś Jej życzenia urodzinowe?

Maryja jest dla nas Mistrzynią medytacji, bo: