Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów».
A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». (Łk 11, 1-4)
Dzisiaj wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. Można by nazwać tę modlitwę „zachodnią siostrą Modlitwy Jezusowej”, bo choć różaniec w obiegowej opinii wydaje się być na wskroś maryjną modlitwą, to jednak jest modlitwą bardzo chrystocentryczną. Począwszy od tego, że w medytacjach towarzyszących tej modlitwie koncentruje się w dużej mierze na życiu Jezusa, to nadto za każdym razem wypowiadane „Zdrowaś” odwołuje nas do źródła, do jednego z najważniejszych wydarzeń w historii zbawienia – do tajemnicy Wcielenia Syna Bożego. Można by zatem rzec, że Maryja, która często w objawieniach zachęca do modlitwy różańcowej, jako tej, która staje się kanałem wielorakiej łaski, to tak naprawdę uczy nas skupiać naszą uwagę na Jezusie, tak jak na Nim i Jego słowie skupione było całe życie Maryi.
Wbrew pozorom różaniec to trudna modlitwa. Wiele osób, które znam – w tym księży i sióstr zakonnych – dzieli się świadectwem tego, że ta modlitwa jest dla nich nie lada wyzwaniem. A z drugiej strony znam osoby, które wierne trwając przy modlitwie różańcowej zostały zaprowadzone do doświadczenia kontemplacji.
Myślę, że modlitwa różańcowa jest modlitwą, która – jak zresztą każda inna forma modlitwy – może zostać nam przez Maryję podarowana.
W przywołanej przed chwila Ewangelii – jednej z tych, które są przewidziane na dzisiejszy dzień – Chrystus także podarowuje uczniom modlitwę.
Apostołowie proszą Jezusa, by nauczył ich się modlić zapewne pociągnięci Jego własnym przykładem modlitwy, ale też odwołując się do doświadczenia uczniów Jana.
W naturze człowieka, który chce się modlić zapewne jest naturalna potrzeba poszukiwania nauczycieli modlitwy… Nie mniej nie znajdziemy lepszego i bliższego sercom nauczyciela niż sam Duch Święty, więc dobrze jest polegać w tym względzie na Jego prowadzeniu.
Jezus odpowiada na prośbę uczniów podarowując im piękną i głęboką modlitwę „Ojcze nasz”. Można by jednak powiedzieć, że ta modlitwa, to dopiero początek! Ta formuła jest tylko punktem wyjścia. Ostatecznym wzorem modlitwy ma być postawa Chrystusa, która modlitwą czyni całe Jego życie, zanurzone w obecności Ojca. I można by powiedzieć, że taki jest prawdziwy cel każdej modlitwy, także modlitwy monologicznej, która nas tu gromadzi. Ona także skupia nas na konkretnej formule, ale nie ona jest najważniejsza. Formuła jest bowiem pierwszym krokiem w nieograniczony świat ducha, w który pragnie nas wprowadzać Chrystus, kiedy modlimy się w jedności z Nim.
I niech to będzie dla nas najważniejszą wskazówką w praktyce medytacji monologicznej: mamy być wierni nie tylko formule, ale przede wszystkim postawie Chrystusa na modlitwie. Dlatego prośmy, aby On udzielał łaski, aby ta modlitwa stawała się dla nas doświadczeniem zanurzenia w obecności Boga.
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu:
«Posłuchajcie innej przypowieści. Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznie, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał.
Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna.
Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc przybędzie właściciel winnicy, co uczyni z owymi rolnikami?»
Rzekli Mu: «Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze».
Jezus im rzekł: «Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce». (Mt 21, 33-43)
Czy można współczuć Bogu? Jest mocą, dobrem, miłością, światłem, życiem, wszechmocą, więc wydaje się, że nie ma powodu.
A przecież to właśnie pieśń współczucia śpiewa dziś prorok dla swojego przyjaciela, w którym bez trudu rozpoznajemy Jahwe. Izajasz ze smutnym liryzmem opisuje niewdzięczność, jaka spotkała Boga ze strony Jego ukochanej winnicy, Izraela. Kiedy tak wczytujemy się w słowa Izajasza, to odkryjemy, że jest to bardziej płacz nie nad Bogiem, ale nad człowiekiem – tą słabą, niewdzięczną istotą z jej grzechem, egoizmem i uporem. Proroctwo Izajasza jest echem innych słów, które znamy z Ewangelii: „Nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i waszymi dziećmi” (Łk 23, 28).
Opowieść o rolnikach w winnicy, podobną do tej, o której pisze Izajasz opowiada też Chrystus. Ta opowieść jest metaforą historii zbawienia. Właściciel winnicy wykorzystuje swoje twórcze zdolności, wiedzę, a przede wszystkim serce, by założyć winnicę. Następnie oddaje ją w ręce dzierżawców.
Większe jednak zdziwienie w nas – słuchających opowieści Jezusa budzi postępowanie właściciela winnicy niż same poczynania niegodziwych dzierżawców, bo bezczelność, buta i poczucie bezkarności to zjawiska tak często spotykane we współczesnym świecie, że mimo woli zaczynamy je niestety traktować jako coś normalnego…
Niemniej słuchając ewangelicznej opowieści pytamy z niedowierzaniem: Czy rozsądny ojciec posłałby syna do ludzi, którzy wiele razy udowodnili, że są niebezpieczni i zdolni do wszystkiego? Raczej nie.
Historia opisana w tej Ewangelii byłaby zwykłą bajką, gdyby nie to, że jest przypowieścią mówiącą o Bogu Ojcu. Bóg zrobi wszystko, aby człowieka, nawet tego najgorszego, pozyskać dla Miłości.
Oddając człowiekowi winnicę będącą symbolem naszego życia, Bóg wycofuje się. Towarzyszy jednak dyskretnie i gdy trzeba interweniuje. Posyła proroków – ludzi zaufania, którzy przypominają o Bogu; daje znaki, wspomaga człowieka w jego codziennym trudzie.
A gdy przychodzi „pełnia czasu” decyduje się na największe ryzyko miłości. Posyła swego Syna. Bezgraniczna miłość i zaufanie Boga do człowieka kończy się pozornym zwycięstwem zła – doprowadza do krzyża. Jednak ostatnim słowem nie jest krzyż. Gdyż to do miłości należy ostatnie słowo. Jezus mówi: „Ufajcie, Jam zwyciężył świat”, choć tych znaków Jego zwycięstwa w świecie wydaje się być tak mało i tak niepozornych.
Ta dzisiejsza przypowieść jest o tym, że Bóg walczy o człowieka do granic swojej wszechmocy. Tą granicą jest tylko wolność człowieka.
Jezus zachęca nas, abyśmy odnaleźli się w obrazie dzierżawców winnicy. Każdy z nas wraz z darem podarowanego mu przez Boga życia otrzymuje od Boga „kredyt zaufania”, jest objęty Jego miłością. Każdy jednak może odrzucić tę miłość, choć jak pisał ks. Tischner – nie zawsze człowiek zdaje sobie sprawę, że odrzucając Boga ostatecznie gubi samego siebie.
Jest jednak jeszcze jedna lekcja wynikająca z podarowanego nam dzisiaj słowa Bożego i dobrze byłoby jej nie przeoczyć. To lekcja o sposobie naszego myślenia, którą serwuje nam św. Paweł Apostoł.
Gdybyśmy przyjrzeli się dramatowi rozgrywającemu się w dzisiejszej scenie ewangelicznej, to dostrzegli byśmy, że zaczyna się on w głowach dzierżawców winnicy; w sposobie ich myślenia.
Dlatego zdaniem św. Pawła to, co rozgrywa się w sferze naszych myśli, nie jest obojętne. Św. Paweł zachęca nas, aby ulotna sfera naszych myśli była przestrzenią naszej duchowej troski. Św. Paweł zwraca uwagę na rzecz wydawałoby się oczywistą – jakość naszych myśli ma istotny wpływ na jakość naszego postępowania.
Jeśli będzie w naszym sposobie myślenia dość „sprawiedliwości, czystości, miłości, pragnienia dobra” – obecnych jako ważne dla nas idee – wtedy będą one miały szansę wydarzać się w naszym życiu. Nasze uczynki często podążają za naszymi myślami, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.
Jest takie stare powiedzenie, że „Byt określa świadomość”. Otóż Apostoł zdaje się zmieniać to przekonanie mówiąc, że chrześcijanin, to ktoś wie o tym, że to właśnie świadomość ma określać byt.
Jeśli zatem w naszych myślach (a więc w naszej świadomości) będzie wystarczająco dużo miejsca dla Boga, dla tego, co piękne, dobre i prawdziwe, to taki będzie stawał się nasz świat.
I warto wziąć sobie tę lekcję św. Pawła do serca, gdyż kuszenie szatana najczęściej osiąga kulminację właśnie w naszym sposobie myślenia!
Jak często zdarza się, że zły duch potrafi uwięzić – nieraz na długie lata – nasze myśli w tym, co niskie, brzydkie a co później ma ogormny wpływ na to jak odnosimy się do innych.
Św. Paweł nie jest naiwny i nie twierdzi, że myślenie o rzeczach pięknych jest warunkiem wystarczającym do tego, aby świat stał się piękny, ale mówi, że takie myślenie jest konieczne, aby cokolwiek z obszaru piękna, które mamy w sobie, w ogóle mogło mieć szansę na zrealizowanie.
Dlatego używając metafory winnicy: Bądźmy odpowiedzialni za nasze myśli, które zasiewamy w winnicy naszego serca, bo od nich w dużej mierze zależy jakie owoce wydaje nasze życie.
Oto przechodzi, ale Go nie widzę, mija, ale Go nie dostrzegam. Porywa – któż Mu zabroni? Kto Mu powie: Co czynisz? Jakże ja zdołam z Nim mówić? Jakich dobiorę słów wobec Niego? Choć słuszność mam, nie odpowiem, a przecież błagać będę o litość. Jeśli zawołam, czy mi odpowie? Nie mam pewności, czy głos mój słyszy». (Hi 9, 14-16)
Kiedy po raz pierwszy przeczytałem ten tekst z dzisiejszego pierwszego czytania, wydał mi się bardzo medytacyjny.
Bo czyż nie jest tak, że w medytacji doświadczamy przechodzenia Boga, choć Go nie dostrzegamy? Potrafi nas jednak porwać mocą swojej łaski, tak że wszystko inne staje się mniej ważne, wręcz nieistotne wobec doświadczenia Jego obecności i działania. Możemy mieć wątpliwości podobne do Hioba, który pyta: „Jakich ma dobrać słów, żeby mówić z Bogiem?” Nam także często ludzkie słowa wydają się tak nieadekwatne wobec rzeczywistości Boga, wobec której stawia nas modlitwa. Dlatego w medytacji posługujemy się – jak nam się wydaje – słowem najwłaściwszym, słowem wypowiedzianym i zrodzonym przez samego Boga – imieniem JEZUS. I podobnie jak chce Hiob, skupiamy się na błaganiu o litość wypowiadając wezwanie modlitwy, która – jak wiemy z Ewangelii – znalazła posłuch u Boga i została wysłuchana. Mowa oczywiście o Modlitwie Jezusowej, modlitwie ubogiego żebraka: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.
Wspominamy dzisiaj w liturgii św. Hieronima, człowieka, który porzuca karierę w Wiecznym Mieście, by wrócić do źródła narodzenia się Słowa, do Betlejem i aby tam, przez trzydzieści pięć lat pustelniczego życia poświęcić się jedynie Słowu Bożemu. Owocem tej długiej medytacji nad Słowem stał się pierwszy w historii przekład Pisma świętego przetłumaczony z języków oryginalnych na łacinę (Wulgata), który do dziś stanowi tekst wzorcowy dla tłumaczy Biblii.
Św. Hieronimowi przypisuje się znane powiedzenie: „Nieznajomość Słowa Bożego jest nieznajomością Chrystusa”.
Głębię i moc słowa Bożego potrafi odkryć jedynie ten, kto z nim nieustannie obcuje. Medytacja daje nam taka możliwość i przywilej. Używam słowa przywilej, bo zawsze pierwszym, który nas powołuje do modlitwy jest Bóg. Człowiek medytacji – wedle słów św. Hieronima – to ktoś, kto odpowiedział na specjalne wezwanie Boga. Zaś uległość wobec słowa, pozwala mu wejść na drogę nawrócenia (metanoia).
Doświadczenie medytacji stawia nas wobec swoistego wyzwania wiary, która podpowiada nam, że za wypowiadanym w sercu wezwaniem towarzyszącym naszej medytacji jest coś więcej niż słowo. Doświadczenie medytacji mówi nam, że słowo, do którego odwołujemy się w praktyce modlitwy monologicznej jest symbolem obecności i łaski. A zanurzając się w tę obecność mocą wypowiadanego słowa pozwalamy się prowadzić coraz głębiej aż do spotkania z Bogiem, którego miejscem jest nasze serce zanurzone w ciszy stworzonej przez słowo.
Medytacja monologiczna jest przede wszystkim prosta w swojej istocie. Tym, czym często komplikujemy sobie życie jest rozdrabnianie naszego serca na zbyt wiele spraw, które wydają się ważne, ale w ostateczności zakrywają sobą to, co najważniejsze. Lubię powiedzenie abp. Rysia, które zaczerpnął właśnie do św. Hieronima: „Pierwsze jest zawsze pierwsze!” Bez względu na to, co by się działo! Św. Hieronim podpowiada nam swoim nauczaniem i swoją postawą, że chrześcijanin, to ktoś, kto swoje serce ma skupione na Chrystusie i dopiero przez pryzmat skupienia na Tym, który jest pierwszy i najważniejszy spogląda na wszystko inne. Bo jak zwykli mawiać najstarsi ojcowie Kościoła: „Kiedy Chrystus będzie na pierwszym miejscu, wszystko inne będzie na swoim”.
Medytacja monologiczna jest praktyką uczącą nasze serce i nasz umysł skupienia się na Chrystusie.
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: «Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: „Dziecko, idź i pracuj dzisiaj w winnicy”. Ten odpowiedział: „Idę, panie!”, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: „Nie chcę”. Później jednak opamiętał się i poszedł. Który z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi».
Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wy mu nie uwierzyliście. Uwierzyli mu zaś celnicy i nierządnice. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć». (Mt 21, 28-32)
Dzisiaj w naszej parafii obchodzimy odpust, czyli imieniny Patrona – św. ojca Pio.
„Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego, bo oni uwierzyli…” Tak bardzo słowa te kojarzą mi się z św. ojcem Pio i jego największym charyzmatem. Nie były nim stygmaty, jak wielu mogłoby sądzić. Nie był nim dar bilokacji, czy umiejętność czytania w ludzkich sercach. Była nim prosta, wytrwała, pełna miłosierdzia codzienna posługa w konfesjonale, w którym potrafił spędzać do piętnastu godzin dziennie jednając ludzi z Bogiem. Celnicy, jawnogrzesznice i wielu innych uwierzyło, że przez ręce tego prostego, naznaczonego krzyżem i nieustannym duchowym zmaganiem kapucyna Bóg może przynieść im upragnione przebaczenie i uzdrowienie serca.
Dzisiaj dziękujemy za życie i posługę tego niezwykłego kapłana, którego imienia zaszczytny tytuł nosi nasza parafia. Korzyści płynące z jego posługi pełnej wyrzeczeń, modlitwy a nade wszystko miłości do Boga i do człowieka były wprost niezliczone. Imponująca jest liczba osób, które zawdzięczają ojcu Pio nie tylko duchową przemianę, ale dosłownie ratunek ich duszy.
Ale jest jeszcze coś, co było charakterystycznym rysem duchowości ojca Pio i o czym także przypomina dzisiejsza Ewangelia…
Dialog synów z ojcem przywołany w przeczytanej dziś Ewangelii jest krótki. Jej autor – św. Mateusz jest bardzo oszczędny w słowach. Nie zdradza nam kontekstu przypowieści. Nie ujawnia reakcji ojca. Nie pozwala, byśmy poznali dalszą historię obu synów.
Nie chodzi o to, aby potępiać pierwszego syna za jego dwulicowość w relacji z ojcem. Ani o to, żeby chwalić drugiego syna za przełamanie niechęci do pracy. Odnoszę bowiem wrażenie, że obaj synowie zainfekowani są tym samym grzechem, który osłabia ich zaufanie do ojca.
Pierwsze słowa dzisiejszej Ewangelii pozwalają nam na pewne odniesienie. „Pewien człowiek miał dwóch synów” – dość dobrze pamiętamy, że takim samym zdaniem Jezus rozpoczyna opowieść o miłosiernym ojcu lub synu marnotrawnym. Porównanie synów z obu przypowieści zaskakuje podobieństwami.
Czy syn, który dziś deklaruje wierność ojcu, ale jest daleki od tego, by dotrzymać słowa, nie jest bowiem podobny do starszego syna z drugiej przypowieści, który mieszkał przy ojcu blisko ciałem, ale daleko sercem? Czy również syn, który dziś nie chciał pracować w winnicy, ale się opamiętał, nie jest podobny do młodszego syna z drugiej przypowieści, który opuścił swego ojca, lecz ze skruchą powrócił?
Porównanie obu przypowieści pomaga w wyostrzeniu wzroku i precyzyjnej diagnozie, na czym polegał ów grzech, którym byli zarażeni synowie z obu ewangelicznych przypowieści a właściwie dwa grzechy, z których jednej jest konsekwencją drugiego. Pierwszym jest niewdzięczność, drugim zrodzony z niej dystans.
Dystans wobec dorobku ojca, który z pozoru może wydawać się cnotą, stawia synów w roli surowych cenzorów. Staje się barierą, między ojcem i synami, którą trudno im przekroczyć. Taka postawa rodzi niebezpieczeństwo przerodzenia się w dążenie do całkowitego odcięcia się od historii i dorobku swej rodziny, oraz tego, co zostało przez nią wypracowane i podarowane za darmo.
Ile w ciągu moich dwudziestu pięciu lat posługi spotkałem rodziców, których dzieci odcięły się od nich czasem z różnych niedorzecznych powodów, których źródłem ostatecznie było to, że nie znali do końca swoich rodziców, nie próbowali ich zrozumieć a tak naprawdę powodem zerwania więzi była zwykła ludzka niewdzięczność… Podobnie czasem dzieję się między dorosłym rodzeństwem…
Brak wdzięczności to niezdolność dostrzeżenia, tego, co otrzymujemy od innych i od Boga, czyli że w rzeczywistości posiadamy – jak synowie z Ewangelii – o wiele więcej, niż im się często wydaje. Aby to dostrzec potrzeba spokojnej i uczciwej refleksji nad sobą, bez której nie da się przeżywać prawdziwego życia duchowego, gdyż jak mówili już ojcowie kościoła w chrześcijaństwie droga do poznania Boga zawsze prowadzi przez poznanie siebie. Kiedy Jezus w Ewangelii wzywa nas do poznania prawdy, to również dlatego, że z jednej strony potrafi nas ona skutecznie ochronić przez pokusą kręcenia się wokół siebie, i tylko swoich potrzeb i pragnień – której to pokusie ulegli synowie z dzisiejszej Ewangelii – a ponadto uświadamia nam za jak wiele darów, które otrzymujemy od Pana Boga i drugiego człowieka winniśmy dziękować. Nie bez kozery Gilbert Chesterton nazwał wdzięczność „najwyższą formą myślenia”. „Brak wdzięczności – jak pisał – to skutek bezrefleksyjności albo mówiąc jeszcze dosadniej bez-myślności. Przed tą formą bezmyślności przestrzegał także sowich penitentów św. ojciec Pio, sam nieustannie żyjąc wdzięcznością za wszystko.
A na koniec jeszcze jedno słowo – klucz z dzisiejszej Ewangelii: „opamiętać się”. Użyte w tym miejscu w oryginalnym tekście greckie słowo znaczy też „pożałować”, „odczuć żal”. Żal, który ma prowadzić do zmiany. Bez względu więc na to, czy jesteś człowiekiem, który z ochotą odpowiada na wezwanie Pana Boga, a potem niestety nie dotrzymuje zobowiązania, czy też może jesteś kimś, kto często nie ma ochoty na Boże słowa odpowiadać, sednem tego, co doprowadzi cię do Niego, jest opamiętanie się.
Gdyż to właśnie od owego opamiętania się, żalu za popełnione błędy i zmarnowane dary oraz chęć zmiany nastawienia rozpoczyna się prawdziwe nawrócenie, do którego nieustannie zachęcał nasz święty Patron.
Każde słowo Boże wypróbowane, tarczą jest dla tych, co się chronią do niego. Do słów Jego nic nie dodawaj, by cię nie skarcił i zostałbyś kłamcą. (Prz 30, 5-6)
Bardzo piękny i pełen treści jest ten werset z Księgi Przysłów, podarowany nam dzisiaj w liturgii słowa.
We wprowadzeniu do 30. Rozdziału Księgi Przysłów autor natchniony odnotowuje, że słowa te zostały wypowiedziane przez Agura. Jego imię Wulgata tłumaczy jako tego, „który gromadzi słowa Boże; lub też człowieka, z którym Bóg jest i który przez Boga z nim mieszkającego jest umocniony”. A zatem za powyższym sformułowaniem stoi autorytet tego, kto żyje Bożym słowem i czerpie z własnego doświadczenia. Można powiedzieć bez jakiegoś naciągania terminologii, że w języku hebrajskim Agur/Agura to synonim człowieka medytacji.
I w tym miejscu rodzi się od razu pytanie: Czy czerpiąc z własnej praktyki medytacyjnej mogę powiedzieć, że owocem jej jest doświadczenie tego, że czuję się przez to słowo, które towarzyszy mi w medytacji chroniony? Czy towarzyszy mi świadomość, że Bóg towarzyszy mi swoją obecnością i mnie umacnia? Taki bowiem jest cel modlitwy monologicznej – ma ona kształtować w nas nieustanną pamięć o Bogu i świadomość tego, że żyjemy w Jego obecności. Obecności, która nas strzeże, umacnia, przenika łaską.
W jednej z ostatnich katechez papież Franciszek zawarł niezwykłą naukę o milczeniu w doświadczeniu wiary i modlitwy:
„Jedynie milczenie chroni tajemnicę drogi, jaką człowiek przebywa z Bogiem. Dlatego chrześcijanin, to ktoś, kto powinien umiłować i strzec milczenia, z dala od wszelkiego rozgłosu”.
Ojciec święty przypomniał, że w całej historii zbawienia „Pan Bóg zawsze troszczył się o tajemnicę i ją osłaniał milczeniem. Nie reklamował tajemnicy. Tajemnica, która się reklamuje nie jest chrześcijańska, nie jest tajemnicą Boga: jest udawaniem tajemnicy!” Takie, pełne tajemnicy działanie Boga zrozumiała, zaakceptowała i realizowała w swoim życiu wiary Maryja, ale też inne wielkie postacie Starego Testamentu: Abraham,. Mojżesz, prorok Eliasz…
Papież zauważył też, że każdy z nas zdaje sobie sprawę, że Bóg działa tajemniczo w naszym sercu. Przyrównał to działanie do obłoku, okrywającego w naszym życiu relację z Bogiem. Dodał, że nie potrafimy jej wyjaśnić, jednakże bez milczenia ją gubimy. Jednym z doświadczeń udziału w tej tajemnicy działania Boga w nas jest medytacja. Widzimy jej owoce, ale również nie potrafimy do końca jej wyjaśnić. To, co staje się naszym udziałem w praktyce medytacji często wymyka się naszemu intelektualnemu rozumieniu a jest przeżywane i doświadczane bardziej intuicyjnie, na poziomie serca.
W medytacji odkrywamy, że modlitwa przy chodzi do nas jako dar. Jest – jak ktoś to ładnie określił – bardzo pokorna, ale i płochliwa. Czeka aż przygotujemy dla niej odpowiednie miejsce. Nigdy nie zajmuje pierwszego miejsca, dopóki nie zostanie niejako zaproszona do naszego życia i wnętrza.
A ponieważ zamiast mówić o modlitwie zawsze najlepiej się po prostu modlić, więc pozwólmy by cisza medytacji stawała się regularnie przestrzenią, w której znajdziemy dla naszej modlitwy monologicznej najlepsze miejsce, pozwalając by z mocą przywoływanego w sercu słowa ogarniała i przemieniała nasze życie.