Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wiara nie na wiarę

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

 

Wiara Kościoła powszechnego nie jest „na wiarę”. Nie jest tylko aktem zaufania, który pozwala skoczyć w gęsty mrok z bezpodstawną nadzieją, że może na samym dole jest ktoś, kto nas ewentualnie złapie. To nie jest katolicka wizja wiary. Bóg nie domaga się zaufania „w ciemno”, nie powie: „Jeśli masz problem, to uwierz mocniej”. Zaufanie buduje się na wspólnym doświadczeniu – na tym, że nie zostałem zawiedziony. Bóg zawsze wychodzi pierwszy z inicjatywą. To On jest Stwórcą, to On zaproponował pakt o nieagresji i wzajemnym świadczeniu sobie dobra zwany Przymierzem, to On posyła proroków, a w końcu – choć bardzo Go zawiedliśmy – posyła swojego jedynego i ukochanego Syna. Dlaczego?!

Bo Bóg wierzy w nas mocniej niż my w Niego.

W tym kontekście warto popatrzeć na zdziwionego Jezusa, przed którym klęczy upokorzona kobieta kananejska. Przedpaschalna misja Jezusa i uczniów jest skierowana przede wszystkim do Ludu Wybranego, bo oni nie muszą wierzyć w ciemno. Ich zaufanie do Boga budowało się bardzo długo na konkretnych wydarzeniach całej historii zbawienia, na doświadczeniach całych pokoleń Żydów, przez które poznali, że Bóg ich nie zawiódł, kiedy oni potrzebowali pomocy, choć oni często Boga zawodzili. Można zatem powiedzieć, że wiara ludzi otoczonych objawieniem Boga jest odpowiedzią na to, kim jest Bóg i jak działa.

Lecz bohaterka dzisiejszej Ewangelii jako poganka była poza doświadczeniem tak cudownej ingerencji Boga w rzeczywistość jej życia czy życia jej narodu. Jednak przyszła błagać o litość. Jezus początkowo niechętnie odpowiada na błaganie kobiety. Jednak ostatecznie przekonany jej wielką wiarą nie zostawił jej prośby bez odpowiedzi.

Można retorycznie zapytać: „Co się stało pomiędzy 15. a 28. rozdziałem Ewangelii według św. Mateusza, że Pan Jezus, który początkowo był w stanie pójść tylko do swoich, ostatecznie wychodzi ze swoją łaską także na przeciw obcym?

Używając współczesnego języka można by powiedzieć, że Pan Jezus się rozwinął. Ale dobrze wiemy, że Jezus niczego nie robi bez powodu. Niejednokrotnie dał dowód tego, że doskonale wie, co Go czeka w Jego ewangelicznej wędrówce przez Palestynę. Być może wiedział także, co lub kto Go spotka w okolicach Tyru i Sydonu, którędy przechodził nie przez przypadek. Ewangelia często pokazuje, że Jezus bardzo świadomie wybiera miejsca, w które zabiera swoich uczniów, gdzie w ich obecności dokonuje cudów. Dzisiejszy cud wydaje się mieć podwójny wymiar: To nie tylko wyjście z łaską naprzeciw prośbie poganki, co dla Żydów musiało być znakiem a może nawet powodem zgorszenia dla wielu z nich; to także wezwanie do rozwoju dla Jego uczniów. Rozwój to jeden z podstawowych procesów w życiu każdego człowieka. Również ważny na płaszczyźnie życia duchowego. Trud rozwoju, jest często tożsamy z trudem przemiany myślenia, trudem przemiany zwyczajów, trudem przekraczania ograniczeń.

Jezus chce nas nauczyć swoją postawą z dzisiejszej Ewangelii trudu szczególnie trudnego –  otwierania się nie tylko na swoich, ale też na innych, a zwłaszcza na obcych.

To lekcja potrzeba  nam szczególnie w dzisiejszych czasach. Widać to gołym okiem. Bo znowu powstają mury, mimo że Chrystus zburzył rozdzielający mur – wrogość. I to nie gdzieś daleko rosną mury. Rosną u nas i w nas. Nieodżałowany Jan Paweł II mówił: „Czyż nie można powiedzieć, że po upadku jednego muru, tego widzialnego, jeszcze bardziej odsłonił się inny mur, niewidzialny – mur, który przebiega przez ludzkie serca? Jest on zbudowany z lęku i agresji, z braku zrozumienia dla ludzi o innym pochodzeniu i innym kolorze skóry, przekonaniach religijnych, jest on zbudowany z egoizmu politycznego i gospodarczego oraz z osłabienia wrażliwości na wartość życia ludzkiego i godność każdego człowieka” (3 czerwca 1997 roku – Gniezno)

Po Zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego Kościół głosi wszystkim ludziom bez wyjątku – bez względu na to czy chcą tę prawdę przyjąć czy też ja odrzucają –  że nasz Bóg jest ich Bogiem przez odkupienie całej ludzkości.

Warto próbować Go choć trochę zrozumieć, kiedy spotykamy tych, którzy nie są z nas. Bóg zawsze rozumie nas pierwszy a my mamy się do Niego upodabniać.

Za Karlem Rahnerem warto sobie czasem powiedzieć, że moja wiara należy bardziej do Niego niż do mnie, bo to nie ja wyszedłem pierwszy z propozycją przyjaźni, wręcz przeciwnie.

Wdzięczność za Cud Wisły

Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.

Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała:

«Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana».

Wtedy Maryja rzekła:

«Wielbi dusza moja Pana,

i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.

Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy.

Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą

wszystkie pokolenia.

Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

święte jest Jego imię,

A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie

nad tymi, co się Go boją.

Okazał moc swego ramienia,

rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych.

Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.

Ujął się za swoim sługą, Izraelem,

pomny na swe miłosierdzie.

Jak przyobiecał naszym ojcom,

Abrahamowi i jego potomstwu na wieki».

Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1, 39-56)

Dzisiejsza uroczystość daje nam trzy powody do wdzięczności:

To nade wszystko wdzięczność za Wniebowzięcie Maryi – wskazującej nam drogę. Drugim powodem jest setna rocznica Bitwy Warszawskiej. Często określa się zwycięstwo tej bitwy mianem „Cudu nad Wisłą”, lub „Cudem Wisły”, ale spoglądając  uczciwie trzeba powiedzieć, że wszystko, co stało się wówczas przed stu laty było cudem. Bo czy nie było cudem to, że Polska po swojej 123-letniej nieobecności na mapach świata w zasadzie w ciągu roku zdołała się na tyle zorganizować, żeby dać odpór zalewowi bolszewizmu, który niczym fala tsunami nadciągał ze Wschodu? Czy nie było cudem to, że mimo tak wielu wewnętrznych podziałów potrafiono się zjednoczyć? Patrząc wstecz wydawać się może, że dosłownie spełniają się słowa Maryi:

Okazał moc swego ramienia,

rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych,

choć wówczas nikt nie wróżył Polsce nadziei na zwycięstwo, tym bardziej, że prawie wszyscy sąsiedzi ją opuścili w potrzebie…

Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że to była walka o wszystko niech uświadomi sobie, że wraz z wojskami bolszewickimi do Białegostoku przybywa towarzysz Dzierżyński wraz ze współtowarzyszami, którzy formułując manifest do robotników stawiają sobie za cel ogłosić po zwycięstwie nad Warszawą Polskę – Polską Socjalistyczną Republiką Radziecką.

Rzadko mówi się o mobilizacji modlitwy, która towarzyszyła tamtym wydarzeniom. Kardynał Kakowski powiedział, że ci, którzy nie mają zamiaru zaangażować się w obronę Polski dołączając do walczących lub pomagając w inny sposób nie są godni nazywać się Polakami. Sam Kakowski dba o to, aby nigdzie na froncie nie zabrakło kapelanów służących walczącym.

Spoglądając wstecz czy można powiedzieć inaczej niż to, że wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny? Mamy Mu za co dziękować!

Jest wreszcie trzeci powód dzisiejszej wdzięczności – to święto tych, którzy służą obronie naszego kraju.

Mając w sercu tę potrójną wdzięczność, wróćmy do tematu głównego dzisiejszej uroczystości…

Zadajmy pytanie: Czy Maryja umarła? Tak zwyczajnie, jak każdy człowiek?

Przekaz zachowany od wieków we wspólnocie Kościoła mówi nam, że została z duszą i ciałem wzięta do nieba i grobu z jej ziemskim ciałem nie znajdziemy. Bo od poczęcia była przepełniona łaską i grzech nigdy w niej nie zakrólował… Nie tylko miała niezwykłą łatwość wybierania dobra, ale także wewnętrzne i zewnętrzne piękno, które wraz z wiekiem szlachetniało i stawało się coraz bardziej widzialne.

W Maryi jej współcześni dostrzegali także niespotykane otwarcie na Boga, podobne do tego, jakie mieli pierwsi rodzice przed grzechem pierworodnym. Zresztą Bóg sam jej się objawił i zaprosił do bliskości większej jeszcze niż więź z Adamem i Ewą, bo była to bliskość matki Boga – Theotokos. Nic więc dziwnego, że taka bliskość zachowała ją od wszelkiego zepsucia do tego stopnia, że nawet śmierć nie zdołała jej odłączyć od nieustannej więzi z Bogiem.

Święty papież Jan Paweł II zastanawiał się, czy niezwykłe miejsce Maryi w Bożych planach sprawiło, że nie zaznała śmierci w ogóle i została wzięta do nieba wcześniej, czy też przeszła przez śmierć i zaznała jakby zmartwychwstania ciała, czyli tego, co nas wszystkich czeka, jak uczy nas wiara. Uważał, że Maryja przeszła przez śmierć. Skoro bowiem i Chrystus: Bóg i człowiek, przez nią przeszedł, pisał papież, to i Jego Matka przeszła zapewne tę drogę. Co więcej, w ten sposób Maryja wytyczyła szlak nam, bo i my wszyscy przejdziemy przez śmierć i pójdziemy do nieba, a na końcu świata staniemy się uczestnikami zmartwychwstania ciał. Maryja jest w tej drodze naszą poprzedniczką i przewodniczką.

Dlaczego to takie ważne? Bo uczy nas umierania w Bogu, a przez to życia w prawdziwej nadziei. Skoro Maryja przeszła przez śmierć, nie zrywając swojej więzi z Bogiem, to i my, dzięki Bożej łasce, możemy mieć nadzieję, że będziemy tak umierać, aby przez wiarę ani na chwilę nie zerwać więzi miłości z Bogiem. I choćbyśmy w chwili śmierci byli najbardziej samotni na świecie, opuszczeni przez wszystkich, to nawet w takiej sytuacji dzięki wierze możemy trzymać w rękach dłonie samego Boga, bo ta więź okaże się silniejsza od śmierci doczesnej i da nam nowe życie.

Święty Paweł  pisze dziś: Wiemy, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga” (2 Kor 5, 1). „Tak bowiem Bóg umiłował świat (J 3, 16), że w Chrystusie nasz ludzki i bardzo niepewny los przyjął za swój.

Tajemnica Wniebowzięcia przekonuje nas, że pośrodku niepewności, która cechuje naszą ludzka rzeczywistość, matczyna miłość Maryi oraz Jej głęboka wiara, stały się zapowiedzią domu, który jest nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie (por. 2 Kor 5, 1). Życie Maryi i Jej wniebowzięcie jest świadectwem tego, że zarówno w życiu jak i w śmierci ogarnia nas Miłość Boga, która nie ustaje (por. 1 Kor 13, 8), jest bezpieczna, usuwa lęk (por. 1 J 4, 18), nie zniechęci się i nie znudzi, nie zwątpi, nie odrzuci nas i nami nigdy nie wzgardzi.

Kochać – to być z drugim na życie i śmierć. Chrystus jest z nami na śmierć i ŻYCIE. Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień dzięki łasce.

Obdarowanie Domem w niebie ma miejsce w momencie chrztu. Przez zanurzenie w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa zadomawiamy się w Miłości Boga, od której nic nas nie może odłączyć (por. Rz 8, 35-39)

Wniebowzięcie Bogarodzicy to zapowiedź pełnego odkupienia i początek odpowiedzi Ojca na arcykapłańską modlitwę Syna: Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata (J 17, 13. 24)

Stać się jak dziecko

Uczniowie przystąpili do Jezusa, pytając: „Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?” On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje. Baczcie, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. (Mt 18, 1-5. 10)

Co to znaczy, że musimy stać się jak dzieci? Dziecko jest prostolinijne – rzadko się zdarza, żeby co innego myślało, a co innego mówiło. Dziecko nie liczy na siebie – wie, że bez rodziców nie dałoby sobie rady. Ale tym, co chyba najbardziej nam potrzebne z postawy dziecka, to postawa całkowitego zawierzenia siebie Bogu.

Nasza grzeszność polega na tym, że nie potrafimy w pełni zawierzyć siebie Bogu – że swojego dobra szukamy nieraz po swojemu i wbrew Panu Bogu. Być dzieckiem wobec Pana Boga to uwierzyć Mu, że On lepiej od nas wie, na czym polega nasze dobro – to liczyć na Niego i ufać Mu również wówczas, kiedy wydaje się nam, że Go obok nas nie ma.

Przypomina się strofa z wiersza Adama Mickiewicza:

Wołasz do Boga: „Ojcze!” – Ojciec wnet przychodzi.

Takim wołaniem jest właśnie medytacja monologiczna. Jest wołaniem Jezusa. Jest wiarą, że On odpowiada na to wołanie i przychodzi ze swoja obecnością i swoja łaską. To właśnie ta obecność staje się w nas zaczynem przemiany naszego serca. Od Niego, który jest Synem Bożym uczymy się ciągle na nowo postawy dziecięctwa względem Boga; postawy zaufania, zawierzenia i posłuszeństwa Jego woli.

Jezus mówi dziś także o przyjęciu dziecka w Jego imię. Pierwszym z dzieci, które musimy nauczyć się przyjmować z każdym oddechem i z każdym wezwaniem jest dziecko, które odkrywamy w sobie. Ta otwartość na siebie uczy nas także otwartości na innych.

W oczach Boga każdy człowiek jest jak jego dziecko, które ma taką samą wartość i jest to wartość bezgraniczna (jesteśmy dla Boga bezcenni). Taką wartość stanowi samo nasze istnienie, a więc w oczach Bożych nic nie możemy dodać do naszej wartości, na przykład przez dobre postępowanie, albo przez wykształcenie, albo przez sukcesy, które odnosimy na tym świecie. Nie powinniśmy więc nigdy gardzić, ani sobą, ani innymi, nawet jeśli odkrywamy w sobie jeszcze wielką grzeszność. Gardząc sobą lub kimkolwiek innym zawsze oddalamy się od Boga.

Medytacja monologiczna, która jest otwieraniem się na miłość Jezusa, która przychodzi do nas z każdym wezwaniem jest zawsze afirmacją naszego człowieczeństwa i naszego dziecięctwa Bożego.

Wiara rzeczy niemożliwych

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.

Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.

Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!»

Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!»

A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!»

Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?»

Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym». (Mt 14, 22-33)

Ojcowie Kościoła lubili pytać o rzeczy niedopowiedziane w Ewangelii. Dlaczego święty Piotr zaczął tonąć, skoro kilka kroków po jeziorze uszedł? Silny wiatr nie tłumaczy wszystkiego, jego porywy nie robiły przecież na nim wrażenia już wtedy, gdy wychodził z łodzi. Kryzys nadszedł, bo Piotr przestał patrzeć na Jezusa. Spojrzał na siebie i przerażony zapadł się w wodzie.

Dla Ojców Kościoła historia kroczenia po wodzie objaśnia tajemnicę wiary i tajemnicę modlitwy, która jest jej konsekwencją. Jedna i druga polega na zapatrzeniu w Jezusa, które pozwala nie przestraszyć się życia.

I chociaż Piotrowi nie udało się dotrzeć do Jezusa, czyniąc kilka kroków po wodzie i tak dokonał czegoś wielkiego. Zaufanie, którego oczekiwał od niego Jezus pozwoliłoby mu pokonać całą odległość od Jezusa. 100% mocy Boga i 100% czynu ucznia to jest dopiero dojrzała wiara. Niedojrzała jest ta oparta tylko na własnych zdolnościach człowieka.

Liturgia łączy dzisiejszą Ewangelię z opowiadaniem o proroku Eliaszu, rozpoznającym obecność Jahwe w łagodnym powiewie. Oczywiście, Bóg mógł się objawić prorokowi w gwałtownym huraganie. Ale właśnie wtedy Eliasz najbardziej potrzebował ciszy i ukojenia. A Bóg najlepiej zna potrzeby naszego serca!

Warto zapytać siebie: jak często modlitwa staje się dla nas okazją do poszukiwania ukojenia w obecności Przyjaciela, któremu na imię Jezus? Gdybyśmy tak podchodzili do modlitwy może rzadziej byśmy utyskiwali na to, że jest spychana na margines dnia, że nie mamy na nią czasu. Tak dzieje się wówczas, gdy modlitwę traktujemy bardziej jak obowiązek a nie jak spotkanie z Przyjacielem, które ma nam dodać sił i wzmocnić do dalszej drogi przez życie.

Bo modlitwa jest zawsze wypadkową naszej wiary. Trawestując stare  i znane porzekadło można by powiedzieć: „Pokaż mi jak się modlisz a ja ci powiem jaka jest twoja wiara…”

Czym jednak jest ta wiara? Nie dalej jak wczoraj w Ewangelii słyszeliśmy pewnego rodzaju wyrzut Jezusa względem swoich uczniów: „Jeśli mieli byście wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej górze: „Przesuń się stąd tam a byłaby wam posłuszna”.

Jezus porównuje wiarę do ziarnka gorczycy, bo nieraz i niewielka wiara potrafi dokonywać rzeczy niezwykłych, ale też dlatego, że ludzie często nią gardzą i wydaje się ona niektórym osobom czymś małym i bez wartości. Tymczasem wiara daje rzeczywiste uczestnictwo w Bożym życiu.

Wiara to nie samo uznanie, że Bóg istnieje, ani nawet uznanie, że Bogiem jest Jezus Chrystus. Wiara nie polega też na częstym odmawianiu „Credo”. Wiara to głęboka więź z Bogiem – tak głęboka, że wpływa na nasze codzienne życie, na nasze wybory i sposób myślenia. Ale tak dzieje się tylko wówczas, gdy żyjemy w pełnej komunii z Bogiem.

Czytam dzisiejszy fragment Listu do Rzymian z zadumą i zakłopotaniem. Oto św. Paweł boleje nad tym, że jego rodacy nie przyjmują Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela. Jego ból jest tak wielki, że byłby gotów – co wydaje się szaleństwem – odłączyć się od Chrystusowej łaski, jeśli dzięki temu jego bracia, Żydzi, przyjęliby w sercach tego Mesjasza, który objawił mu się na drodze do Damaszku. Bo przecież oni właśnie, Izraelici, mają pełnię duchowych darów: „przybrane synostwo, przymierze i prawo nadane bezpośrednio przez Boga Prawa i obietnice związane z wiernością temu Prawu” (por. Rz 9, 4). Dlaczego więc nie przyjmują Chrystusa, skoro tak wiele otrzymali i tak bardzo starają się żyć na miarę tego obdarowania?

I tu pojawia się zakłopotanie. Bo my wprawdzie przyjęliśmy Chrystusa, tylko czy naprawdę czujemy się przez to dziećmi Boga? Czy jesteśmy świadomi wyjątkowości naszego wybrania? Czy na nasze życie realnie wpływa to, że Bóg zawarł z nami przymierze, przypieczętowane śmiercią Jego Syna, którego efektem jest to, że Bóg stał się naszym Ojcem?

Chrześcijanin to człowiek nadziei, która wypływa z faktu, że Bóg jest obecny w jego życiu, bez względu na to w jakiej sytuacji się znajduje i że po przezwyciężeniu z Bożą pomocą różnych trudności i burz również w jego życiu zapanuje spokój, harmonia. Trudności ani życiowych zawirowań nie unikniemy, ale to właśnie wiara i nadzieja pozwalają nam zdobyć się na trud przezwyciężania tego, co nas spotyka, by fale zła nas nie pochłonęły, by nasze grzechy, słabości nie zabiły w nas życia duchowego, życia Bożego. Musimy na wzór Piotra z dzisiejszej Ewangelii wołać do Chrystusa prosząc o pomoc.

Jeżeli chcemy, by Chrystus w naszym życiu działał, prowadził nas, pomagał wychodzić ze zła, które nas niszczy, musimy całkowicie Jemu zawierzyć, aby nie narazić się na upomnienie ze strony Jezusa: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”

Ewangelia dzisiejsza zapewnia nas, że człowiek z Bożą pomocą jest zdolny robić rzeczy niezwykłe. Owszem, naśladowanie Jezusa w życiu codziennym jest równie trudne jak chodzenie po wodzie, ale mocne oparcie się na Nim daje gwarancję powodzenia.

I z pewnością nie raz „powieje wiatr”, czyli wydarzy się coś, co nas przestraszy i pokaże naszą słabość, ale jeśli nie zwątpimy w Bożą łaskę i miłość połączoną z naszymi siłami, to na pewno wytrwamy.

Góra Przemienienia

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło.
A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”.
Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”.
Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.
A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie lękajcie się”. Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.
A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”. (Mt 17,1-9)

 

Ewangelia opisuje spotkanie Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem na górze Tabor.

Ci dwaj wielcy Starego Testamentu to ludzie gór. Pierwszy na Synaju otrzymuje z rąk Boga kamienne tablice. Drugi na Horebie spotyka Pana objawiającego się w głębokiej ciszy. Obaj święci z wysokości swych gór oglądają odsłaniający się horyzont obietnicy Bożej. Mojżesz widzi wierność Boga. Upewnia się, że Bóg doprowadzi swój lud do Ziemi Obiecanej, gdzie stopniowo, mocą zawartego Przymierza Bóg będzie przemieniał swoją Oblubienicę, ucząc ją wierności.

Eliasz z wysokości swojej góry dostrzega poruszającą obietnicę Boskiej sprawiedliwości. Wobec szerzącej się ludzkiej nieprawości, która ścina z nóg proroka, odkrywa delikatną Obecność, która nie sięga po przemoc. Bóg nie był w potężnej wichurze, w trzęsieniu ziemi ani w ogniu. Eliasz, który – aby zaprowadzić sprawiedliwość – sam był gotów jak ogień strawić wszystkich czyniących niegodziwość, odkrywa inny rodzaj Bożego działania. Sprawiedliwość będzie się dokonywała poprzez łaskę, przeobrażającą stopniowo w głębokiej ciszy modlitwy i wiary ludzkie serca.

Dwaj mężowie Starego Testamentu z wysokości swych gór widzieli chwałę Najwyższego, która obejmuje ludzką historię. Owa chwała nie miała oślepiać, lecz miała być zakryta pod zasłoną wiernej i dyskretnej obecności Boga, który nieustannie towarzyszy swojemu ludowi.

I dzisiaj Jezus zabiera nas na kolejną górę, górę, która jest symbolem spełnienie zarówno pragnień, które nosili w sobie Mojżesz i Eliasz jak i obietnic, które dał im Bóg. Obecność Syna Bożego na ziemi jest spełnieniem nadziei całych pokoleń wierzących na nadejście Królestwa Bożego. Choć to inne królestwo niż często wyobrażali sobie ludzie. Nie jest ono określone konkretnymi granicami, lecz jest obecne przez łaskę, przez którą nieustannie kształtuje się i odradza w ludzkich sercach.

Apostołowie na chwilę otrzymali łaskę widzenia, która wcześniej była udziałem Mojżesza i Eliasza.

Na szczycie Taboru mogli spojrzeć w twarz Boga i w świetle przemienienia dojrzeć zapowiedź zmartwychwstania, które okaże się pełnym zwycięstwem Boskiego piękna nad tym, co bez łaski pozostaje martwe i pełne rozpaczy.

Kluczem do rozumienia tajemnicy Przemienienia może być znakomity tekst świętego Tomasza z Akwinu. W ST IIIª q. 45 a. 1 co., gdzie pisze on tak: „Pan po zapowiedzeniu swej męki prowadzi swych uczniów do poznania jej skutków. Trzeba w jakiś sposób poznać cel podróży, jeżeli się chce iść do niego bez błądzenia. Stąd słowa Tomasza: »Panie, nie wiemy dokąd idziesz, jakże możemy znać drogę?« Znajomość taka jest konieczna, zwłaszcza przy drodze trudnej i uciążliwej, która po męczącej podróży ma doprowadzić do radosnego końca. Chrystus zmierzał przez mękę do osiągnięcia chwały. Celem nie była wyłącznie chwała duszy. Dlatego słusznie Chrystus pokazał uczniom jasność swej chwały (na tym wszak polegało Jego Przemienienie), do której miał dopasować należących do Niego, według słów Apostoła, że Chrystus »przemieni ciało naszego uniżenia i upodobni je do ciała jasności swojej«. Było to, jak mówi Beda, dzieło »czułej troski i przewidywania, żeby pogrążając na moment w radości wiecznej kontemplacji uodpornić swoich uczniów na znoszenie trudów, które ich czekają w drodze do chwały Królestwa niebieskiego«”.

Droga do zbawienia wiedzie bowiem przez ogień i wodę, przez trud i wyrzeczenie, gdyż jest to droga upodobnienia się do Chrystusa poprzez udział w Jego zbawczej męce i zmartwychwstaniu. Tylko w ten sposób możemy mieć udział w Bóstwie Jezusa, który przyjął nasze człowieczeństwo.

Zanim będziemy gotowi u kresu drogi stanąć na spotkanie z Wszechmogącym, wiele naszych wyobrażeń powinno spłonąć w ogniu miłości, a liczne pragnienia muszą być oczyszczone w wodach prawdy.       To przyniesie rozmaite cierpienia, zwątpienia, i co najgorsze, może postawić sens naszej wędrówki pod znakiem zapytania. Zresztą lepiej być tego świadomym, bo pokusa, by zawrócić z tej drogi będzie pojawiała się raz po raz.

Bóg, doskonale wiedząc, czego nam potrzeba, wie także, jak łatwo omdlewają nasze stopy i słabnie duch.

Dlatego objawienie się chwały Syna Bożego ma nas umacniać przed najważniejszymi sprawdzianami naszej wiary, które nas czekają w wędrówce przez życie.