Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Módl się i kochaj

Jezus przywołał do siebie tłum i rzekł do niego: «Słuchajcie i rozumiejcie: Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to właśnie go czyni nieczystym».

Wtedy przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Czy wiesz, że faryzeusze zgorszyli się, gdy usłyszeli to słowo?» On zaś odrzekł: «Każda roślina, której nie sadził Ojciec mój niebieski, będzie wyrwana. Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Jeśli zaś ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną». (Mt 15, 1-2. 10-14)

Ten przywołany w Ewangelii obraz „rośliny, którą posadził Bóg Ojciec”, jest pięknym obrazem medytacji. Wszyscy bowiem zostaliśmy powołani do życia przez Boga, posadzeni niejako na tym świecie w konkretnym czasie i w konkretnych warunkach.

W życiu duchowym chodzi o to, abyśmy dali się dalej kształtować przez Boga, po to, aby wydawać owoce, jakich On po nas oczekuje. Na czym polega ów owoc? Otóż jak odpowiada patron dnia dzisiejszego św. Jan Maria Vianney: „oznacza on bycie człowiekiem emanującym czystą miłością”.

Przywołany patron dnia dzisiejszego kierował się w życiu prostym mottem: „módl się i kochaj”. Aby lepiej zrozumieć jego przesłanie przywołajmy słowa wypowiedziane przez niego samego:

„Błogosławioną powinnością i zadaniem chrześcijanina jest modlitwa i miłość. Módlcie się i miłujcie: oto, co jest gwarancją prawdziwego szczęścia i pokoju serca człowieka.

Modlitwa jest drogą ku zjednoczeniu z Bogiem. Jeśli ktoś ma serce czyste i zjednoczone z Bogiem, będzie odczuwał szczęście i słodycz, które go wypełniają. W tym ścisłym zjednoczeniu Bóg i dusza są jakby razem stopionymi kawałkami wosku, których już nikt nie potrafi rozdzielić. Ta możliwość zjednoczenia Boga jest jednym z największych darów i celów jakie możemy osiągnąć na ziemi a jednocześnie szczęściem, którego nie sposób zrozumieć.

Pamiętać jednak należy, że zarówno modlitwa jak i zjednoczenie z Bogiem, które przychodzi przez modlitwę jest darem. To Bóg w swojej nieskończonej miłości pozwala nam, abyśmy z Nim rozmawiali i jednoczyli się z Nim.

Nasze serca tak często są ciasne dla Boga i dla człowieka, bo tym, co je zacieśnia jest egoizm, ale modlitwa rozszerza je i czyni zdolnym do miłowania Boga i człowieka w sposób bezinteresowny. Modlitwa z czystym sercem jest miejscem, w którym możemy dotknąć Boga”.  

Medytacja to nic innego jak zgoda na to, aby Bóg nieustannie kształtował i umacniał w nas to życie, które sam powołał do istnienia. Czyni to przez swoje słowo i łaskę. Za każdym razem gdy wzywamy w medytacji imienia JEZUS pozwalamy, aby ukształtował nas On na podobieństwo swojego Syna. To nam uświadamia, że to nie nasz wysiłek, ale Jego obecność uświęca nasze życie. Pozwalając by słowo modlitwy, które towarzyszy naszej medytacji zapadało głęboko w nasze serca godzimy się na to, by to Bóg nas modelował i nadawał kształt naszemu myśleniu, a przez to też postępowaniu.

Nasycić głód

Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych.

A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności».

Lecz Jezus im odpowiedział: «Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!»

Odpowiedzieli Mu: «Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb».

On rzekł: «Przynieście Mi je tutaj».

Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. (Mt 14, 13-21)

 

Często mówiąc o ludziach głodnych mamy na myśli osoby głodne fizycznie. Tymczasem wiek XX i XXI zdają się obnażać inny, coraz bardziej niestety powszechny głód lecz poczucia sensu życia, głód bezpieczeństwa, głód miłości i radości. Paradoks polega na tym, że wiele osób, których dotyka taki rodzaj głodu ma bardzo wiele i wydawałoby się, że łatwo mogą zapewnić sobie dobra, które ich zaspokoją i pomogą zrealizować marzenia. Niestety, pomimo wysokich stanowisk, dobrze zaplanowanych karier, czy dostępu do najnowszych technologii są wciąż nienasyceni. Papież Benedykt XVI pisał kiedyś, że nasze miasta tętniące życiem, muzyką, rozrywką i bogactwem są często pustyniami ducha, w których wiele osób nie radzi sobie z codziennością i jest głęboko nieszczęśliwych. Ostatnimi laty renomowane czasopisma naukowe z dziedziny psychologii czy psychiatrii biją na alarm, że jedną z coraz bardziej powszechnych chorób tego stulecia jest poczucie osamotnienia. Amerykański socjolog Robert Putnam w książce p. t. Samotna gra w kręgle pisze: „Żyjemy w czasach subiektywnego kurczenia się otaczającego nas świata, mamy złudne wrażenie bliskości i egzystencji w globalnej społeczności. Żyjemy obok siebie, a nie ze sobą. Boimy się realnej bliskości, zastępując ją coraz to nowszymi wynalazkami rzekomej nowoczesnej wirtualnej komunikacji. Czujemy się znużeni, zagubieni i przede wszystkim osamotnieni w ludzkiej dżungli, będącej dla jednostki coraz bardziej nieprzyjazną”.

W taki obraz wpisuje się przesłanie dzisiejszej Ewangelii. Apostołowie i wielki tłum ludzi są na pustyni, która symbolizuje brak życia. Są głodni i zmęczeni. Przywołane w Ewangelii miejsce pustynne bardzo dobrze opisuje naszą obecną sytuację. My także szukamy pokarmu, który nas zaspokoi. Często robimy to podobnie, jak chcieli to zrobić apostołowie: iść i kupić, zdobyć więcej, zarobić więcej, bo to, co mamy, nie wystarcza… Ze współczesnego konsumpcjonizmu próbuje się czynić dzisiaj antidotum na ludzie smutki i pustkę. Lecz w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że to, co miało być lekarstwem, staje się tylko chwilowym zapełniaczem duchowej pustki, pogłębiającym jeszcze bardziej wewnętrzny głód.

Tymczasem Jezus mówi nam coś innego: żebyśmy nie kupowali i nie pomnażali, ale wykorzystali to, co mamy. Żebyśmy spojrzeli na to, co symbolizuje tych kilka chlebów i uznali, że z pomocą Boga możemy zrobić całkiem sporo.

Wydajemy pieniądze na tyle dóbr, które nas nie nasycają a jednocześnie pozwalamy, aby została nie wykorzystana i nie pomnożona cała masa talentów, które posiadamy i dóbr, którymi się otaczamy. Jezusem zachęca nas do zrezygnowania z pokusy nadmiaru.

Bo czy nie jest tak, że to właśnie często nadmiar oddziela nas od miłości Chrystusowej. Namiar tego, co posiadamy, nadmiar naszych oczekiwań, nadmiar naszych pretensji…

Święty Paweł zadaje nam dzisiaj bardzo ważne i wcale nie retoryczne pytanie: „Cóż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?” I sam odpowiada na to pytanie jednoznacznie – NIC! – „ani utrapienia, ani niebezpieczeństwa, ani śmierć, ani życie, ani jakiekolwiek inne stworzenie. Dla kogoś, kto choćby tylko razy doświadczył Bożego działania w swoim życiu, słowa św. Pawła z Listu do Rzymian są zrozumiałe.

Tymczasem na przekór tak jasnej odpowiedzi św. Pawła wydawać się może, że to właśnie wyliczone przez niego utrapienia, niepewności, lęki i strach, które nieoczekiwanie wkraczają w różne dziedziny życia tak bardzo skutecznie potrafią oddzielić współczesnego człowieka od Boga. Do tego można by jeszcze dołożyć tak podsycane dzisiaj poczucie samowystarczalności, którego człowiek boi się utracić.

Wiara świętego Pawła, że Jezus Chrystus zabity na krzyżu powstał z martwych, zawiera w sobie mocne przekonanie, że „ani śmierć, ani życie, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani co jest wysoko, ani co jest głęboko, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym”. Czy jednak my, bez chwili wahania możemy podpisać się pod tym Pawłowym stwierdzeniem?

Czy nie łapiemy się nieustannie na tym, że pewność naszej wiary jest ciągle wystawiane na próbę, a czasami znika, gdy tylko pojawiają się problemy albo zagrożenie naszej egzystencji.

Dlaczego słowa, które tak jasno pokazują wszechmoc Bożej miłości poświadczonej poprzez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, tak słabo wpływają na nasze codzienne zmagania?

Przyczyn zapewne jest wiele. Działanie instynktu samozachowawczego, skutki grzechu pierworodnego, nasze osobiste grzechy oraz niezliczone przeżyte rozczarowania, utraty zaufania.

A jednak tak jak wiara czy zaufanie są podważane przez negatywne doświadczenia, tak też jesteśmy zaproszeni do nieustannego odkrywania prawdy, że nic nie może nas oddzielić od Bożej miłości. Zwłaszcza, że ta miłość jest nam dana za darmo!

Kiedy jednak słyszymy, że coś jest za darmo rodzi się w nas podejrzliwość. Czytając dzisiejszy fragmentu z Księgi Izajasza: „Wszyscy spragnieni przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy. Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko” dochodzimy do wniosku, że przecież tak nie można! Nie można kupować bez płacenia! To niedorzeczne i nielogiczne”.

Ten sposób myślenia pokazuje to, co bardzo głęboko zakorzenione w każdym z nas. Wszyscy doskonale wiemy, że za wszystko trzeba zapłacić. Nie można kupować bez płacenia. Nie ma nic za darmo!

Prorok Izajasz, a tym bardziej Pan Jezus, który zamiast posłać ludzi do wsi, by kupili coś do jedzenia, kazał Apostołom nakarmić tłumy, mówią nam, że jednak nie za wszystko na tym świecie można zapłacić, że są rzeczy, które można otrzymać za darmo, bo nie istnieje taka suma, za którą można by to kupić.

Tą rzeczywistością jest zbawienie i jest nią  miłość Boga do każdej i każdego z nas. Co więcej: ten świat nie mógłby w ogóle istnieć, gdyby nie było bezinteresownego dawania miłości. Prawdziwa miłość jest za darmo, właśnie dlatego, bo jest miłością.

Może warto się zatrzymać i nad tym pomyśleć. Bo jeśli zrobimy w naszym życiu więcej miejsca dla tej miłości, to łatwiej nam będzie zauważyć obecnego w naszym życiu Boga i kochających nas ludzi, stanowiących bogactwo samo w sobie a przez to łatwiej też będzie zrezygnować z tego, za czym nie warto się uganiać, bo i tak nas nie nasyci a dzielić się właśnie tym  często niedocenianym bogactwem, które posiadamy. Tym bardziej, że miłość ma to do siebie, że im bardziej się nią dzielimy, tym bardziej się mnoży na wzór chleba, którym Jezusa nakarmił rzesze na pustyni.

Dobre nasienie słowa

Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie, mówiąc: «Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście».

On odpowiedział: «Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie.» (Mt 13, 36-43)

Jezus z wielką prostotą próbuje nam tłumaczyć w ostatnich dniach tajemnice Królestwa Bożego. Czy przybliżając to Królestwo Boże we wczoraj przywołanym obrazie ziarnka gorczycy, czy też dzisiaj, w obrazie siewu ziarna, którego dokonuje Syn Człowieczy uświadamia nam, że często to Boże życie wzrasta w nas prawie niezauważalnie. Jezus przypomina też nam, jaka jest logika życia, do którego nas zaprasza: Musimy być czujni i wrażliwi na łaski, które On nieustannie nam daje, ponieważ są one często zagrożone.

Przenosząc to na język medytacji słyszymy w Ewangelii, że «Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy». Słowo, które towarzyszy nam jest wezwaniem bezpośrednio odwołującym się do Jezusa i w tym sensie nie mamy wątpliwości, że każde wezwanie, które wypowiadamy w czasie medytacji jest tym dobrym ziarnem, które niosąc w sobie łaskę, kiedy padnie na dobry grunt naszego serca może przynieść jedynie dobre owoce.

Jezus mówi, że rolą, na której sieje ziarno słowa jest świat. Każda i każdy z nas jest częścią tego świata. W dużej mierze od nas zależy, czy słowo, na które się otwieramy przyniesie w naszym życiu dobre owoce czy też nie. Ziarno łaski i zaczyn miłości, który wraz ze słowem przychodzą do nas w czasie medytacji i które dopuścimy do naszego serca, są w stanie nas przemienić. Należy jedynie zapewnić łasce odpowiednie warunki  by mogła w nas wzrastać. Tymi warunkami między innymi jest wytrwałość, otwartość naszego serca i cisza, która pozwala temu słowu działać. 

Jezus niejednokrotnie uświadamia nam, że niesamowite są efekty przyjęcia tego Królestwa przez człowieka – życie człowieka staje się bardzo bogate i życiodajne, staje się miejscem dobrym dla innych.

Jezus ukazując obraz ziarna słowa i ziarna łaski, które musi często walczyć o wzrost i rozwój z chwastem naszych słabości, które także dają znać o sobie w praktyce medytacji przez liczne rozproszenia, które próbują zakłócić proces medytacji uczy nas tak naprawdę pokornego i cierpliwego wzrastania w życiu duchowym. Wytrwałość i cierpliwość w medytacji uczy nas też jak strzec się pokusy zniecierpliwienia, przeskakiwania kolejnych etapów rozwoju duchowego, pozornego i powierzchownego wzrostu.

Praktyka medytacji uświadamia nam, że warto pozwolić, aby Boża łaska spokojnie, ale konsekwentnie pracując w nas, nadała naszemu życiu nową jakość, tak abyśmy nią przemienieni sami stali się znakiem Królestwa Bożego w świecie.

Proś o to, co mam ci dać…

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją».

«Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Zrozumieliście to wszystko?» Odpowiedzieli Mu: «Tak».

A On rzekł do nich: «Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare». (Mt 13, 44-52)

 

W czytaniu z Księgi Królewskiej zupełnie jak w bajce Pan Bóg mówi do Salomona: „Proś o to, co mam ci dać”.

To nie była łatwa decyzja. Paleta „ofert” Pana Boga była nieskończona. Salomon mógł wybrać właściwie wszystko, o czym zamarzył.

Młody król nie prosił o długie życie. Nie prosił o bogactwa ani o zgubę swoich nieprzyjaciół. Młody król poprosił Boga o mądre serce, o zdolność rozróżniania dobra i zła, o umiejętność wydawania sprawiedliwych wyroków.

„Proś o to, co mam ci dać”. To jest bardzo poważne, niebajkowe wezwanie. Bóg przychodzi z nim do każdego z nas. Można powiedzieć, że nieustannie odpowiadamy na to wezwanie całym naszym życiem. Dokonujemy różnych wyborów, podejmujemy tysiące decyzji często w sprawach, które pozornie nie dotyczą naszej wiary. Ciągle jednak jest to ten sam dialog z Bogiem i próba odpowiedzi na pytanie, czego naprawdę pragniemy, czego się spodziewamy, czego od Boga oczekujemy.

Mistrz Eckhart – niemiecki mistyk, filozof i teolog zwykł mawiać, że warto uważnie przyglądać się nie wielkim i najważniejszym decyzjom naszego życia, lecz drobnym, pozornie nieistotnym na pierwszy rzut oka wydarzeniom i wyborom naszej codzienności, gdyż to one mówią najwięcej o nas samych, naszych pragnieniach i o naszej sytuacji. Dlatego poznanie siebie jest nieodzownym krokiem na drodze do Boga.

Chrystus pod osłoną dzisiejszej przypowieści chce nam przekazać ważną prawdę: Mamy szukać skarbu! Mamy szukać Boga we wszystkim. Mamy Go szukać wokół nas i w nas samych, wszak często jest bliżej, niż nam się wydaje. Co więcej mamy być gotowi zostawić wszystko, by zachować ten skarb i by to on decydował o wszystkich naszych wyborach.

Najważniejszym jednak przekazem dzisiejszej Ewangelii jest to, że chrześcijaństwo, to już teraz uczestniczenie w radości przebywania z Bogiem. To świadomość, że nosimy już Boga w swoim sercu. To największy dar, jaki Bóg chce nam ofiarować. Pytanie tylko, czy to proste przebywanie z Bogiem my także traktujemy, jako największe bogactwo, z którego – podobnie jak Salomon – czerpiemy naszą życiową mądrość?

Dobre przeżywanie wiary wymaga także mądrości. Do wiary, podobnie jak do każdego innego skarbu można się szybko przyzwyczaić. Można przestać doceniać jego wartości, a nawet uznać, że nam się słusznie należy. A przecież jest niezasłużonym darem.

Może nam –  współczesnym chrześcijanom mającym być z zasady poszukiwaczami Królestwa Bożego, za bardzo zdarza się przesiąknąć duchem, sposobem myślenia i wartościowania tego świata, zapominając o tym, kim jesteśmy.

Jest taka pouczająca opowieść zrodzona w kościele koptyjskim, która opowiada o królewskim synu wysłanym do Egiptu, by tam odnalazł i zdobył piękną, drogocenną perłę i z nią powrócił do królestwa. Opuszcza więc dom ojca, wyrusza w drogę, przebywa wśród mieszkańców pogańskiej krainy. By się nie wyróżniać, przywdziewa ich strój i przyjmuje ich obyczaje, i tak bardzo się do nich przyzwyczaja, że zapomina, kim naprawdę jest. Żyje jak poganin i staje się sługą pogan. Wtedy ojciec pisze do niego list: „Od Ojca twego, Króla królów – tobie, naszemu synowi, pozdrowienie. Zbudź się i wstań ze swego snu i pojmij słowa naszego listu. Przypomnij sobie, że jesteś synem Króla. Pamiętaj o perle i nie roztrwoń twoich talentów na małostkowość, aby twoje imię zapisano w księdze bohaterów, i abyś odziedziczył Królestwo”.

W tej opowieści jest tak naprawdę mowa o nas! A Słowo Boże to nic innego jak list, który Bóg do nas pisze – by nas obudzić i przypomnieć nam, kim jesteśmy i do czego jesteśmy wezwani.

Jesteśmy zaproszeni do takiego odczytywania chrześcijańskiego powołania, aby w życiu dokonywać coraz mądrzejszych wyborów i aby nieustannie odpowiadać na skierowane do nas wezwanie Pana Boga: „Proś o to, co mam ci dać”…

Każdego dnia Bóg stawia przed nami obfity stół darów i pyta, które z nich chcielibyśmy otrzymać. W tym miejscu piękne opowiadanie o Salomonie uwspółcześnia się i styka z naszym losem.

Inaczej mówiąc, w świecie jest wiele wspaniałych rzeczy, pełnych uroku. Można się znaleźć pod urokiem wiedzy, bogactwa ludzkiego intelektu, sztuki, muzyki, literatury, wszelkich osiągnięć ludzkiego ducha. Można uznać za piękno idee służenia bliźnim, nawet jeśli ta służba wypływa jedynie z pobudek humanitarnych a nie koniecznie z wiary. Zachwycająca może być przyjaźń, miłość. To wszystko jest  dobre i piękne, ale nie jest dobrem najwyższym. Co zatem jest najwyższym dobrem?

Prawdziwa mądrość polega na tym, że umiemy sobie odpowiedzieć na to pytanie a odpowiedź na nie może być tylko jedna, bo tylko jedna wartość może być dla nas dobrem najwyższym!

Mądrość jest perłą, która nie jest dana raz na zawsze, dlatego wymaga ciągłej troski o jej rozwój, ciągłego chronienia, by nie przyćmiły jej inne skarby. Salomon przy końcu życia utracił tę najcenniejszą perłę, zdradził otrzymany dar, porzucając wiarę w jedynego Boga na rzecz kultu bóstw.

Również dar, jaki otrzymaliśmy, nasza perła, którą jest godziwe i mądre życie w bliskości Boga, nie jest nie do utracenia, dlatego wymaga od nas ciągłej troski i walki o nią!

Camino

Święto świętego Jakuba Apostoła od 15 lat kojarzy mi się z jednym…

z Camino de Santiago. Wtedy po raz pierwszy miałem szczęście i łaskę wyruszyć w tę drogę. Wtedy nie przygotowywałem się do niej zazbytnio. Chciałem pozwolić się Panu Bogu zaskoczyć. I rzeczywiście okazała się drogą niezwykłą…

Dopiero później zacząłem czytać książki i świadectwa innych osób, którzy przemierzyli ten szlak, oglądać filmy i reportaże upamiętniające doświadczenia z tej pielgrzymki. I uświadomiłem sobie, że każdy przeżywa ją na inny sposób. Warto przejść te kilometry, żeby zrozumieć coś wielkiego, znaleźć radość w zwykłych czynnościach, pobyć z Bogiem, przyjaciółmi, nieznajomymi z całego świata idących w jednym kierunku…

Piszę te słowa, bo w zeszłorocznych planach mieliśmy wraz ze znajomymi wyruszyć raz jeszcze w tę drogę, choć inną, bo portugalską trasą. Niestety pandemia pokrzyżowała te plany. Ufam jednak, że co się odwlecze, to uda się odkryć jako jeszcze większy dar od Boga.

Dla mnie pielgrzymka ta stała się ważnym symbolem. Bo jak pisze o tym znany podróżnik Marek Kamiński, który przeszedł Camino wyruszając z samego Kaliningradu, miasta Immanuela Kanta, „bieguna rozumu”, by po stu dniach marszu i przebyciu 4000 km zakończyć swoja wędrówkę w Santiago de Compostela, miejscu spoczynku Świętego Jakuba Większego, który określa „biegunem wiary”, droga ta symbolizuje drogę naszej wiary, będącej wędrówką od rozumu do serca…

Matka synów Zebedeusza podeszła do Jezusa ze swoimi synami i oddając Mu pokłon, o coś Go prosiła.

On ją zapytał: «Czego pragniesz?».

Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie, jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Odpowiadając Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?».

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

On rzekł do nich: «Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował».

Gdy dziesięciu pozostałych to usłyszało, oburzyli się na tych dwóch braci.

A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym. Na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu». (Mt 20, 20-28)

Można wierzyć, że Pan Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem, a jednocześnie nie przejmować się ani tajemnicą krzyża, ani obietnicą życia wiecznego.

Znamienny jest moment, w którym matka Jakuba i Jana prosi Pana Jezusa o specjalne przywileje dla swoich synów. Pan Jezus właśnie podejmuje swoją ostatnią drogę do Jerozolimy i zapowiada swoim uczniom, że będzie tam ukrzyżowany, ale uczniowie w ogóle tego nie słyszą. Albo szłyszą to, co chcą usłyszeć. Oni usłyszeli tylko tyle, że jest to najważniejsza podróż ich Mistrza do Jerozolimy i wreszcie zostanie ustanowione królestwo mesjańskie. Pan Jezus idzie do Jerozolimy, żeby umrzeć na krzyżu i wyraźnie im o tym mówi, a ich obchodzi głównie to, jakie miejsce im przypadnie w Jego Królestwie.

Z tej Ewangelii warto wyciągnąć ważną lekcję: wiara w Chrystusa, w której nie ma miejsca i zgody na krzyża, jest wiarą zdeformowaną. „Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” – pyta Jezus synów Zebedeusza, amatorów zrobienia kariery w Jego Królestwie.

„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech weźmie swój krzyż i niech mnie naśladuje”. Nieść krzyż to znaczy kochać także wtedy, kiedy to trudne. Nieść krzyż to znaczy trzymać się mocno Pana Jezusa także wtedy, kiedy to niemodne. Nieść krzyż to być wiernym Bożym przykazaniom także wtedy, kiedy różni ludzie przekonują mnie, że to nie ma sensu, że lepiej pomyśleć o profitach. Nieść krzyż to chcieć raczej służyć, niż być obsługiwanym.

Jeśli ktoś tego wszystkiego nie rozumie, to prawdopodobnie nie słucha Ewangelii, albo słyszy w niej to, co chce usłyszeć.

Ewangelia nie boi prawdziwszego spojrzenia na człowieka. Apostołowie nie od razu stali się świętymi. Ewangelia odsłania ułomności uczniów, byśmy mogli zrozumieć, kim stali się dzięki łasce.

Na jakim etapie drogi do Boga byli apostołowie? Węgierski jezuita Franz Jalics SJ nazwałby ten etap duchowością, w której „wszystko musi grać”. W takiej duchowości pozwalamy Bogu, aby czynił wszystko, to, co nam wydaje się dobre.

Rzeczywistość obumierania, cierpienia, krzyża wprowadza dysharmonię, niepokój. Nie pasuje do tego schematu. Myślimy, że Bóg powinien więc zapewnić wszystko, czego potrzebujemy: powodzenie, zdrowie, dobre imię. Wtedy warto wierzyć. Dopóki wszystko układa nam się dobrze, nawet tego nie zauważamy, bo sądzimy, że tak właśnie ma być.

W sumie nie ma w tym nic złego, bo Bóg rzeczywiście troszczy się o nas. Ale jest też inny rodzaj trudniejszych Bożych darów, które kłócą się z naszymi oczekiwaniami. Jeśli człowiek zatrzyma się na etapie „wszystko musi grać”, nie pójdzie za Chrystusem do końca, bo On żąda straty, oddania życia. A to nie pasuje do tego typu duchowości.