Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przebaczenie

Piotr podszedł do Jezusa i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?»

Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.

Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby dług w ten sposób odzyskać.

Wtedy sługa padł mu do stóp i prosił go: „Panie, okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam”. Pan ulitował się nad owym sługą, uwolnił go i dług mu darował.

Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: „Oddaj, coś winien!” Jego współsługa padł przed nim i prosił go: „Okaż mi cierpliwość, a oddam tobie”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu.

Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło.

Wtedy pan jego, wezwawszy go, rzekł mu: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu.

Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu». (Mt 18, 21-35)

Czy mam przebaczyć aż siedem razy? Nie! – mówi Pan Jezus i dodaje: „Aż siedemdziesiąt siedem razy”. Ciekawe, czy ktoś odważy się pierwszy i po prostu przebaczy. Jeśli nie, to karuzela wyrównania, odwetu i mściwości będzie się kręcić w najlepsze i bez końca. Pan Jezus proponuje przebaczenie jako sposób na przekraczanie i domykanie krzywdzących spraw, na nierozdrapywanie i niepielęgnowanie ran. Bez roszczeń, jeśli nawet jest wina. (Może to dziwna logika: jest wina, nie ma kary. Ale może jest to logika zbawienna, zwłaszcza gdy domaganie się kary przybiera postać obsesji).

Tak jak król, któremu sługa był winien dziesięć tysięcy talentów – „ulitował się nad swym sługą i dług mu darował”. (Ktoś to policzył i wyszło, że w czasach Jezusa talent to około 34 kg kruszcu – szlachetnego, dodajmy. Dziesięć tysięcy talentów to zatem 340 ton szlachetnego kruszcu, srebra lub złota!). To się nazywa hojność! Taka jest arytmetyka Ewangelii, arytmetyka Boga, arytmetyka miłosierdzia – darować dług.

Jest jeszcze ten, któremu darowano. Złapał swojego dłużnika, który był winien sto denarów, i gdy ten prosił o darowanie długu, wtrącił go do więzienia. (To też ktoś policzył i wyszło, że jeden denar to 3,89 g. Sto denarów to zatem 389 g kruszcu! Mniej niż 400 gram). Doznał darowania ton niebotycznego majątku, sam nie darując ani grama.

Taka niestety nierzadko jest arytmetyka świata  i niewolnika mamony tego świata: wydusić każdy grosz. Oczywiście rachunki matematyczne są tu tylko obrazem.

Wszystko o czym mówimy i o czym mówi dzisiejsza Ewangelia  odnosi się do naszego ludzkiego życia, do naszych międzyludzkich relacji, do rachunku krzywd – raz realnie poniesionych, innym razem subiektywnie doświadczonych, czasem urojonych.

Oczywiście w pierwszej kolejności przypowieść Jezusa mówi o niewyobrażalnym miłosierdziu Boga, którego obrazem jest król wobec każdego z nas, których obrazuje sługa, któremu darowano wielki dług. Ten dług zaciągnęliśmy wobec Boga, gdy On zdecydował się zapłacić cenę za nasze grzechy ofiarą swojego jedynego Syna. Nie mamy szans spłacić tego długu, ale mamy szansę spróbować się odwdzięczyć za Jego wielkie miłosierdzie. Jak? Będąc miłosiernymi i przebaczającymi wobec innych: „Bądźcie miłosierni, jako Ojciec wasz jest miłosierny…” (Łk 6,36) To wskazówka, którą daje nam Jezus i choć wysoko stawia nam poprzeczkę, to św. Jakub zapewnia o opłacalności tego wysiłku, mówiąc, że „miłosierdzie odnosi triumf nad sądem” i to nie tylko w czasach ostatecznych, ale i w doczesności (por. Jk 2,13).

W swoim nauczaniu Jezus nieustannie podkreśla, że zdolność do przebaczania jest także podstawą życia wspólnotowego. Brak miłosierdzia w znoszeniu cudzych słabości to zgoda na nieustający konflikt, który zżera człowieka od środka. Kto nie przebacza, sam wymierza sobie karę. Ciągła koncentracja na złu, którego człowiek doświadczył, przedłuża działanie tego zła. Rany, które mogłyby się już dawno zagoić, ciągle ropieją i sprawiają ból. Nietrudno się domyśleć, jak toksyczna może być taka osoba dla każdej wspólnoty: rodzinnej, zawodowej, zakonnej.

Przebaczenie nie jest rzeczą łatwą, gdyż świadomość zła, którego doświadczyliśmy ze strony drugiego człowieka, nie pozwala nam patrzeć na niego z miłością. Tylko Bóg tak potrafi. Dlatego potrzebujemy Jego łaski. On ma moc uzdrowić nasz sposób patrzenia. Czy nie doświadczamy tego w sakramencie spowiedzi, kiedy Bóg uzdrawia nasze serce? Pojawia się radość, wraca życie. Człowiek czuje się jak nowo narodzony. Ma pragnienie czynienia dobra.

Przebaczenie nie jest jednorazową czynnością, jest procesem. Dopóki w moim sercu jest niepokój i chęć zemsty, nie ma mowy o uzdrowieniu tego serca. To, co Bóg może uczynić jednym aktem swojej woli, człowiek osiąga, wytrwale współpracując z łaską.

Dlatego pytanie, które postawił Piotr „ile razy należy przebaczać” było z gruntu błędne. W tym świecie, niestety, nasze relacje są skażone grzechem. Dlatego przebaczenie to gotowość do stałego odpowiadania dobrem na zło, do przekraczania poziomu grzechu i egoizmu. Tylko wtedy możemy z czystym sumieniem modlić się do Boga: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

Każdy musi się zmierzyć w sobie z przebaczeniem innemu. Mogę robić to jak niewolnik, albo mogę to robić jak król.

Maryja – Mistrzyni medytacji

Dzisiaj dzień Narodzenia Maryi. Czy złożyłaś/-eś Jej życzenia urodzinowe?

Maryja jest dla nas Mistrzynią medytacji, bo:

Bądźcie dłużnikami miłości

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.

Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.

Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich». (Mt 18, 15-20)

Na blogu jednego ze znanych współczesnych pisarzy i filozofów znalazłem niedawno taki wpis:  „Jestem zmęczony warczeniem i szczekaniem. Nie mam na myśli odgłosów zza okna należących do naszych sympatycznych pupili i stróżów, czyli piesków. Myślę o jazgocie, który codziennie dobiega do mnie z mediów. Ludzie tracą umiar i zdrowy rozsądek, nie ważą słów, tylko walą nimi jak cepem. Wszędzie obnażone kły: odcinamy, zrywamy, wyrzucamy. I jeszcze zgraja złaknionych sensacji kibiców: kto kogo tym razem usunie z grona sojuszników? Byleby mocno i na odlew – będzie tytuł w gazecie, kolejny filmik w sieci, albo mem. Jeśli to wszystko jest pozą, to bardzo szkodliwą, bo zabija ona wrażliwość i oswaja z przemocą, nie tylko słowną. Jeśli zaś nie i ci ludzie naprawdę mają w głowach to, co wypowiadają na głos, to pora umierać”.

Ktoś jednak może podsunąć nam pod nos tekst dzisiejszej Ewangelii i zawołać triumfalnie, że nawet Pan Jezus każe usuwać ze wspólnoty tych, którzy grzeszą przeciwko nam, zwłaszcza jeśli nie chcą słuchać braterskich upomnień!

I niestety bywa nie rzadko tak, że jedni lub drudzy potrafią użyć również słowa Bożego dla usprawiedliwienia przemocy i wykluczenia. Jednak, jako uczniom Chrystusa nie wolno nam się na to zgadzać. Bo gdybyśmy uchwycili właściwy kontekst wypowiedzi Zbawiciela, dostrzeglibyśmy, że dzisiejsza perykopa kończy się słowami o mocy wspólnej, jednomyślnej modlitwy. Zaraz po słowach o wykluczeniu Chrystus przypomina słuchaczom, jak wielką wartość ma jedność, i że to ona, a nie wykluczenie jest naszym ideałem i celem.

Gdy zaś spojrzymy szerzej, sprawa staje się jeszcze bardziej oczywista: dzisiejszy fragment Ewangelii jest mianowicie bezpośrednio poprzedzony przypowieścią o szalonym pasterzu, który porzuca dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, by odnaleźć jedną zagubioną (Mt 18, 12-14), a tuż po nim następuje nauka o przebaczaniu bratu nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy (Mt 18, 21-22).

Jeśli zatem Ewangelia sugeruje kiedykolwiek wykluczenie, to zawsze jest to decyzja podjęta w ostateczności i ma na celu sprawiać winowajcy ból i zawstydzić ku jego  nawróceniu, nigdy złośliwej satysfakcji temu, kto wyklucza!

Jeszcze wyraźniej ten ewangeliczny warunek widać w świetle słów świętego Pawła z dzisiejszego drugiego czytania, aby nikomu nic nie być dłużnym, poza wzajemną miłością. Czytając ten tekst czujemy, że zestawienie obok siebie niczego i miłości jest dość nieadekwatne. Miłość to przecież wszystko, co mamy i czego pragniemy, to bezinteresowność, przywiązanie, szacunek, oddanie, czułość… Jeśli więc mamy być dłużni ludziom tylko miłość, to jednak całkiem sporo.

Czym jest miłość? Pamiętam, jak w jednym z przedstawień teatralnych aktor grający rolę księdza – kaznodziei weselnego – wyjaśniał młodej parze: Myślicie, że wiecie, co to jest miłość? Tak? Nic nie wiecie, bo przecież miłość to trud, cierpienie, ofiara, wierność, a nie tylko przyjemność. Prawda z pewnością leży gdzieś pośrodku, chociaż myślę, że często w Kościele akcentujemy tę trudniejszą stronę, nie unikając moralizowania.

Dzisiaj Paweł opisuje miłość realizującą/wypełniającą się poprzez przestrzeganie przykazań, także jako coś oczywistego i należnego od drugiego człowieka. Może to budzić nasz opór, bo przecież większość z nas wie, że to nie jest proste.

Wszyscy chcemy kochać i pragniemy, by ktoś kochał nas. Sami musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę te pragnienia oznaczają?

Chrystus nie chce nas przekonywać na siłę do jakiejkolwiek wizji miłości. Dzisiaj mówi tylko tyle: Żyj w prawdzie ze swoim bliźnim, zwłaszcza w prawdzie o tym, co trudne i bolesne między wami. Najpierw rozmawiaj i postaraj się wyjaśnić powód niezgody w cztery oczy. Jeśli to nie pomoże, szukaj wsparcia bliskich. Jeśli i to nie pomoże, odwołaj się do Kościoła.

Czasami bardzo trudno zrozumieć to, co się dzieje w naszym sercu, tę całą mieszaninę dobra i zła, która się w nim mieści. Wchodząc w dialog z drugim człowiekiem – z całą jego złożonością – może łatwiej nam będzie zrozumieć, że miłość wyrażająca się w przestrzeganiu przykazań, które Bóg zostawia nam jako zasadę życia i postepowania ma głęboki sens; że te wszystkie nakazy i zakazy nie są przeszkodą, czy ograniczeniem naszej wolności, lecz źródłem życia, i mogą pomóc przetrwać relacji osób, które się kochają, jak również nie zniszczyć jej tam, gdzie ta wzajemna miłość nie zawsze wychodzi…

 

Moc Słowa

Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego. Kto zaś z ludzi zna to, co ludzkie, jeżeli nie duch, który jest w człowieku? Podobnie i tego, co Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży. Otóż my nie otrzymaliśmy ducha świata, lecz Ducha, który jest z Boga, dla poznania dobra, jakim Bóg nas obdarzył. A głosimy to nie za pomocą wyszukanych słów ludzkiej mądrości, lecz korzystamy z pouczeń Ducha, przedkładając duchowe sprawy tym, którzy są z Ducha. (1 Kor 2, 10-14)

Lektura historii zbawienia przywołanej na kartach Pisma Świętego przyzwyczaiła nas, że moc Słowa Bożego zazwyczaj przejawiała się widzialnie. Ale nie zawsze tak jest. Doświadczenie medytacji przekonuje nas, że słowo działa także w sposób niewidzialny a przynajmniej nie zawsze dostrzegalny dla nas i dla naszych zmysłów.

Działanie Ducha – jak zapewnia nas św. Paweł – dokonuje się często delikatnie, w ciszy, nie naruszając naszej wolności. I jak zapewnia dalej św. Paweł by opisać działanie Ducha nie trzeba wyszukanych słów ludzkiej mądrości. Synonimem tej prawdy jest prostota wezwania, które towarzyszy medytacji monologicznej. To może być jedno słowo lub jedno zdanie niosące jednak ze sobą wielką moc i wielkie znaczenie.

Potęga słowa, po które sięgamy w medytacji bierze się stąd, że sam Jezus, którego obecności przyzywamy w tej modlitwie jest Słowem wszechmocnym, przez które świat został stworzony. Od tej prawdy Apostoł Jan rozpoczyna głoszenie swojej Ewangelii. Prawdę tę głosi też św. Paweł, gdy pisze: „W Nim wszystko zostało stworzone – i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne (…). Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie”. [Kol 1, 16-17]

Jego słowo jest przede wszystkim Słowem Bożej miłości i jako takie przychodzi do nas w medytacji.

Kiedy doznajemy mocy słowa Bożego, jako owocu praktyki medytacji, to jest to zawsze przejaw tej wszechmocnej miłości, którą zostaliśmy ogarnięci w Jezusie Chrystusie. „Żywe jest słowo Boże, skuteczne – czytamy w Liście do Hebrajczyków –  ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikający aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12).

Zarazem wszechmocne Słowo Boże jest pokorne. Jezus czeka na to, że Go zaprosimy do siebie – do naszego wnętrza i do naszego serca. Przypomnijmy słowa Pana Jezusa z Apokalipsy św. Jana: „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20).

Każda medytacja jest takim zaproszeniem Jezusa do naszego serca. Jest otwieraniem drzwi dla Jego mocy, ale jest także uczeniem się pokornego obcowania ze słowem. Wymaga ono od nas całkowitego powierzeni się jego działaniu i prowadzeniu, choć nie wiemy dokąd nas ono poprowadzi i przez jakie doświadczenia każe nam przejść. Postawa pokory jest fundamentalna dla praktyki medytacji, żeby móc cieszyć się jej owocami.

Pokory wymaga od nas również trwanie w ciszy, z którą współczesny człowiek często ma kłopot, której często nie szanuje i przed którą ucieka, lecz to ona jest naturalnym środowiskiem wsłuchiwania się w Słowo Boże i jego oddziaływania na nas. Cisza jest przestrzenią, w której wchodzimy w kontakt z naszym sercem a przez to w kontakt z prawdą o Bogu i o sobie. Kontakt, który dokonuje się bardziej na płaszczyźnie serca niż na płaszczyźnie rozumu, którego aktywność nieco wyciszamy w medytacji sprawia – zgodnie ze słowami św. Pawła – że możemy korzystać wprost z pouczeń Ducha nie przefiltrowanych przez nasz intelekt. To właśnie dlatego praktyka medytacji uczy nas powoli, ale wytrwale przedkładać sprawy ducha nad sprawy ciała i materii nie tylko w czasie medytacji, ale też w codziennym życiu.

Porażka przekuta w zwycięstwo

Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie». Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: «Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku».

Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?

Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania». (Mt 16, 21-27)

Kardynał Stefan Wyszyński – można powiedzieć, że błogosławiony, bo jego wyniesienie na ołtarze jest przesądzone, choć  zostało jedynie opóźnione przez pandemię – w swoich Zapiskach więziennych, będących diariuszem z czasu uwięzienia go przez komunistów wspomina sytuację, która miała miejsce tuż przed jego aresztowaniem w 1953 roku. Kiedy wychodził po liturgii z warszawskiej katedry, ktoś wręczył mu obraz uwięzionego Chrystusa. Kardynał mocno zapamiętał szczegół z tego obrazu, którym były skrępowane ręce Pana Jezusa.

Już po uwięzieniu obraz ten stał się dla niego symbolem jego własnego losu. Ale właśnie to doświadczenie prześladowania i pozornej porażki zaowocowało planem wielkiej narodowej nowenny, która wlała w serca Polaków nowy duchowy impuls.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus daje uczniom zapowiedź wydarzeń, które mają nastąpić. Mówi, że uczeń Chrystusa musi liczyć się z tym, że za swoją wiarę i wierność Ewangelii może doświadczyć odrzucenia, cierpieniu a nawet śmierci. Apostołowie, nie tylko nie rozumieją tych słów, ale można powiedzieć wręcz, że rodzą one w nich bunt. Wyrazicielem ich uczuć jest Piotr: „Panie, niech Cię Bóg broni!”.

Królestwo Boże, które sobie wymarzyli, nie mogło być zbudowane na odrzuceniu, cierpieniu i śmierci. Wręcz przeciwnie, królestwo to powinno być królestwem triumfu. Czasy mesjańskie w wyobrażeniu każdego Żyda miały być czasem zapłaty za lata niewoli i pohańbienia narodu izraelskiego. Mesjasz, którego tak długo oczekiwali, miał przynieść im wolność i dostatek. Dlatego tak trudno było apostołom zgodzić się z zapowiedzą Jezusa.

Tymczasem to, co Apostołom  wydaje się być „porażką” Chrystusa jest kluczowym doświadczeniem chrześcijaństwa. Dzisiaj wiemy dobrze, że bez Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Bez królestwo Boże byłoby tylko utopią, a Jezus co najwyżej rewolucjonistą. Owa „porażka” widziana oczyma Apostołów jest potrzebna, by zrobić miejsce Bogu.

Prorok Jeremiasz i Piotr Apostoł nie mają łatwo z Panem Bogiem, choć obaj zdecydowali się pójść za Nim i Jemu służyć.

Bohater pierwszego czytania od długiego już czasu głosi potęgę Boga i wzywa swój naród do nawrócenia. Jest zmęczony ciągłym napominaniem grzeszników. Jego proroctwa denerwują ludzi, więc kolejny raz wszystkich ma przeciwko sobie.

Piotrowi, choć dopiero od niedawna jest wyznawcą Chrystusa wydaje się, że wie lepiej od samego Mistrza, jak powinny wyglądać dzieje Mesjasza.

Obaj patrzą bardzo po ludzku. Jeremiasz i Piotr wpadli w pułapkę.

Ileż to razy ulegamy opinii innych ludzi? I nie chodzi tu jedynie o ich wpływ na nasze codzienne życie, ale o naszą wiarę. Warto zapytać siebie: Ile razy trudno nam było się przyznać do naszej wiary przed innymi? Albo: Czy nie zdarza nam się ulegać ludzkiej kalkulacji? Nawet w sprawach Bożych? Czy to nie zabija gdzieś w nas wielkoduszności?

Świętemu Pawłowi ów problem też nie był obcy. Ten, który walczył z chrześcijanami, od chwili nawrócenia potrzebował około dziesięciu lat, by podjąć trud głoszenia Jezusa Chrystusa. Paweł wie, co trzeba w sobie zmienić: „Proszę was, bracia, (…) abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża”.

Słowa Pawła to zaproszenie do wolności. Do ciągłej pracy i przyglądania się sobie, czy rzeczywiście to, co robimy, służy Bogu, czy może zaspokajaniu naszych ambicji i zachcianek? To jednocześnie ostrzeżenie przed szatanem, który skrzętnie potrafi wykorzystać naszą nierozwagę.

Paweł Apostoł pisze dziś też o roli ciała. Warto się na chwilę zatrzymać na tej pawłowej antropologii, którą znajdujemy w jego listach. Ciało dla chrześcijanina jest „narzędziem zbawienia”. Wcielenie Boga jest niczym innym dla św. Pawła, jak dowartościowaniem ludzkiego ciała. Nie jest przeszkodą w drodze ku zbawieniu, ani jedynie więzieniem dla duszy – jak sugerowała filozofia grecka, z którą św. Paweł polemizował.

Ciało ludzkie jest istotną, wcale nie gorszą, częścią człowieka, jako całości. Zasługuje, więc na taki sam szacunek, jaki należy się duszy. Dusza i ciało są, bowiem współzależne. Dusza korzysta ze zdrowego ciała: „w zdrowym ciele, zdrowy duch” – to przysłowie znane było już starożytnym Rzymianom.

Ciało, ze swojej strony, często uzewnętrznia stan naszej duszy: Jeśli dusza ma się dobrze, ciało wyraża to na przykład, uśmiechem, który pojawia się na twarzy i czyni ją piękną. Kiedy dusza ma się niedobrze, również można odczytać to z twarzy człowieka. Święty Paweł przypomina też z właściwym sobie realizmem, że nasze ciało to nie zabawka, to świątynia!

Oczywiście św. Paweł nie ma złudzeń, że właśnie w naszym ciele najboleśniej możemy doświadczyć grzechu i jego skutków. Sam daje tego świadectwo w tym samym Liście: „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie” (7, 18). Wewnętrzne rozbicie, brak współbrzmienia wszystkich przestrzeni życia człowieka jest naszym wspólnym dziedzictwem. Kiedy Paweł mówi o „dawaniu swoich ciał na ofiarę Bogu, jako wyraz rozumnej służby Bożej”, to pokazuje drogę do przyjęcia owoców odkupienia. Wiedzie ona nie przez odrzucenie i zanegowanie ciała, czyli tego, co w nas trudne, skomplikowane, zranione i bolesne, ale przez zaakceptowania swojego człowieczeństwa, z jego ciemnymi stronami i oddania się Bogu na wzór Jezusa, który w swoim ciele zjednoczył sprawy Boże ze sprawami ludzkimi. Chrześcijanin to człowiek żyjący darem odkupienia, które ogarnia i przemienia go całego a także całego go integruje.

„Chwałą Boga żyjący człowiek”, mówił św. Ireneusz z Lyonu. Człowiek żyjący, czyli człowiek, który nie jest sztucznym tworem – bez uczuć, bez emocji. Do takiego człowieka przychodzi Bóg. Owszem doświadczeniu wiary nie są obce wątpliwości, ciemności wewnętrzne, przez które przechodzi Jeremiasz, św. Paweł, św. Piotr i które wielu z nas także nie są obce. A jednak również pośród ciemności zawsze Bóg udziela nam swojego światła.

My także lubimy słuchać Ewangelii gdy mówi o radościach, zwycięstwach, nagrodach czekających tych, którzy idą za Chrystusem. Kiedy słyszymy konieczności wzięcia krzyża i cierpieniu, które łączy się z wiarą podobnie jak w Piotrze Apostole rodzi się w nas wewnętrzny opór.

A jednak w życiu duchowym niezrozumienie przez innych, odrzucenie, cierpienie są czasem konieczne, bo dzięki nim dojrzewamy do tego, aby jak Jeremiasz, św. Piotr czy św. Paweł budować nie tyle na własnej sile i doskonałości, ile na Bożej mocy, Jego łasce i miłosierdziu.