Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Co myślę o Chrystusie? – rozważania na XXI niedzielę zwykłą

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?»

A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków».

Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?»

Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego».

Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr, czyli Opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie».

Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem. (Mt 16, 13-20)

Postacią, która wysuwa się na plan pierwszy dzisiejszej Ewangelii jest bez wątpienia Piotr. Wyznaje mesjańską godność Jezusa – Syna Boga żywego.

Jest w dzisiejszym wyznaniu wiary św. Piotra pewna nadwyżka. „Nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”. Apostoł wypowiada słowa, których do końca nie rozumie. Więcej nawet, wypowiada słowa które nie mogły pochodzić od „ciała i krwi”, czyli od człowieka kruchego słabego i prostego. Co więcej są to słowa, których prawdopodobnie Piotr, w chwili kiedy je wypowiada nawet do końca nie rozumie. Kościołowi zajmie kilka wieków rozgryzienie, co to znaczy, że Jezus jest Zbawcą i Synem Boga żywego. Dla Piotra z kolei zrozumienie tych słów będzie się dokonywało nie tyle na drodze formułowania dogmatów, ile przez podążanie – niejednokrotnie bardzo oporne – za Jezusem: obserwowanie Mistrza nauczającego i czyniącego znaki, doświadczenie Wieczernika i przespanie wydarzeń z Ogrodu Getsemani, zaparcie się na dziedzińcu pałacu arcykapłana, ucieczkę przed rzeczywistością Krzyża i wreszcie przemieniające spotkanie Jezusa zmartwychwstałego. Każde z tych wydarzeń nadawać będzie nowy ciężar gatunkowy wypowiedzianym dziś słowom. Wyryje je w Piotrze, ale też jego samego w nich wyryje. Z czasem przestaną być one tylko teorią, sformułowaniem wyciągniętym z zakurzonych zwojów prorockich, ale samym życiem Apostoła.

Wyznanie Piotra jest dla nas niezwykle pocieszające, bo mimo tej kruchości i słabości stał się narzędziem Bożym. Co więcej, Jezus nazwał Piotra – skałą.

Skałę możemy rozumieć tutaj jako synonim pewnego oparcia dla stóp. W obecności ludzi, którzy dają nam takie oparcie, łatwiej nam stawać w prawdzie i przyznać się do siebie takich, jakimi jesteśmy.

Wszyscy potrzebujemy oparcia w kimś, kto mocno stoi na własnych nogach, kto wie, czego chce od życia. Tylko ktoś taki potrafi zrezygnować z przeforsowywania na siłę własnego zdania. Skała to przeciwieństwo – używając współczesnego języka – „betonu”. To ktoś, kto mając swoje własne, mocno ugruntowanie przekonania pozwala jednocześnie innym mieć własne zdanie. To ktoś kto daje pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa, a także spokój i pokój wewnętrzny. Jeśli, jak Piotr, uznamy swoją słabość i ciemne strony własnego życia i z pokorą poddamy je Bogu i działaniu Jego łaski, będzie On mógł posłużyć się nami – podobnie jak Piotrem – jako swoimi narzędziami.

W tym sensie ta dzisiejsza Ewangelia opisuje drogę każdego chrześcijanina i uzmysławia, że moja wiara nie jest moim dziełem. Nie znalazłem jej, nie stworzyłem, ale otrzymałem – przez ludzi, we wspólnocie Kościoła, ale zawsze jako łaskę, dar. W przeżywaniu i wyznawaniu wiary zawsze będzie ten element, którego nie rozumiem i nie ogarniam, który przekracza moje pojmowanie i dlatego wymaga ufnego powierzenia się prowadzeniu Ducha Świętego, który jako jedyny może poprowadzić mnie do pełniejszego zrozumienia tajemnicy. Podobnie jak w przypadku Piotra owo zrozumienie przychodzi nie przez wiedzę, teoretyzowanie, ale przez osobiste doświadczenie relacji z Jezusem. Bez niego pozostaniemy co najwyżej na płaszczyźnie teorii, która ani nas nie zmienia ani tym bardziej nie zbawia a z czasem, gdy nas przytłacza swoją wielością grozi nawet jej porzuceniem, jako substytutem wiary, który niestety wielu myli z wiarą, mówiąc: „porzuciłem wiarę”. Prawda jest jednak taka, że wiary, jeśli jest prawdziwa i żywa, nie można jej porzucić!

W książce Kłamstwa, w które wierzymy znaleźć można takie stwierdzenie: „Gdy miałem dwadzieścia lat, martwiłem się, co inni o mnie myślą. Gdy miałem lat czterdzieści, mówiłem sobie: niech myślą, co chcą. Później odkryłem, że większość ludzi wcale o mnie nie myśli”.

Pytanie na ile nasza wiara jest stałym myśleniem o Chrystusie? Może znakomita większość chrześcijan na postawione im ad hoc pytanie: „Za kogo ludzie uważają Chrystusa?” potrafilibyśmy coś odpowiedzieć, przytoczyć różne opinie: mesjasz, prorok, cudotwórca, mędrzec… Ale co z odpowiedzią na drugie pytanie, które stawia dziś Chrystus – bardzo osobiste i intymne? Tu nie chodzi o podanie prawidłowej, obiektywnie trafnej odpowiedzi: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. To trochę jak na sprawdzianie z matematyki – liczy się nie tylko wynik, który można od kogoś ściągnąć, ale liczy się cały proces szukania i dochodzenia do odpowiedzi. Śmiem twierdzić, że odpowiedź na to pytanie pokazuje czy wiara odpowiadającego jest żywa, czy też jest zbiorem różnych „plagiatów”, tradycji, zachowań, które jednak nie mają odniesienia do jego codziennego życia…

Kim dla mnie jest Chrystus? Jest to pytanie zasadnicze. Nie tylko dlatego, że nie ma chrześcijaństwa bez Chrystusa (co dziś dla wielu – również deklarujących się jako chrześcijanie – wcale nie jest oczywiste!) I nie dlatego, że On jest Zbawicielem. Nie dlatego też, że głosił Ewangelię, wyrzucał złe duchy, karmił głodnych, uzdrawiał chorych, że umarł i zmartwychwstał. To wszystko prawda – czytamy o tym w Ewangeliach, potwierdzone to zostało przez wielu świadków.

Jest to pytanie zasadnicze także dlatego, że pozwala znajdować odpowiedzi na te podstawowe i uniwersalne pytania, które człowieka od zawsze nurtują i które zawsze będzie sobie zadawał: Kim jestem? Skąd pochodzę? Do czego zmierzam? Innymi słowy decyduje o tym, w czym lokujemy cały sens naszego życia.

Jan Paweł II w swojej pierwszej encyklice napisał: „Chrystus objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi (…). Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca (…) musi ze swoim niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, przybliżyć się do Chrystusa” (Redemptor hominis, nr 10).

Chcę dobra, a czynię zło – dlaczego? Tęsknię za życiem, a doświadczam śmierci – dlaczego? Pragnę miłości, a tyle we mnie złości, niechęci, pretensji – dlaczego? Co jestem wart? Jaki jest sens moich starań, wysiłków, ofiar? Człowiek nie może zrozumieć siebie i swojego życia bez osobistej odpowiedzi na te pytania.

Dla mnie i dla wielu osób wierzących, które znam osobista relacja z Chrystusem sprawia, że odpowiedź na te pytania staje się oczywista a przynajmniej dużo łatwiejsza. Ale śmiem powiedzieć, że dzieje się tak tylko wówczas, gdy Jezus jest przede wszystkim kimś żywym i bardzo bliskim. Jest Panem, Mistrzem i Przyjacielem. Jest po prostu życiem. A nie wtedy, kiedy jest tylko kimś teoretycznie obecnym w naszym życiu.

Nie znaczy to oczywiście, że żyjąc doświadczeniem wiary znajdziemy odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości. Wiele z nich pozostanie zapewne bez odpowiedzi aż do chwili, kiedy Piotr swoimi kluczami otworzy nam wejście do Domu Ojca. Istotne jest jednak – jak sądzę – aby słowa z dzisiejszej Ewangelii nie przestały być dla nas ciągłą inspiracją a słowa wyznania wiary powtarzane za Piotrem: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”, by nie były jedynie zrozumiałe, ale by kształtowały nas według siebie i byśmy pragnęli żyć według ich miary.

Medytacja uczy wolności

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, powiadam wam: Bogatemu trudno będzie wejść do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego».

Gdy uczniowie to usłyszeli, bardzo się przerazili i pytali: «Któż więc może być zbawiony?»

Jezus spojrzał na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe». (Mt 19, 23-26)

Słowa te nie są skierowane przeciwko posiadaniu dóbr materialnych. Bo przecież dóbr materialnych potrzebujemy. I to Pan Bóg tak nas stworzył, że ich potrzebujemy. Potrzebujemy ich codziennie. Potrzebujemy codziennie jeść i pić, ubrać się, musimy mieć gdzie mieszkać. Pieniądze są nam potrzebne również do zaspokajania potrzeb duchowych, choćby po to, żeby kupić książkę czy pomóc potrzebującemu. Ale nie wolno nam nigdy zapomnieć, że to są tylko środki – nie cel ani nie podstawa znaczenia naszego ludzkiego życia.

Dlatego Pan Jezus ostrzega nas, abyśmy dóbr tego świata nie czynili celem naszego życia, ani nie szukali w nich potwierdzenia swojej wartości, czy też poczucia bezpieczeństwa, które mogłoby zepchnąć Pana na dalszy plan.

Praktyka medytacji, w której odwołujemy się do imienia Jezus ma nam ciągle przypominać o tym, kto jest prawdziwym i jedynym oparciem w życiu człowieka wierzącego. Ma także uwalniać nasze myślenie, tak często zaprzątane kwestiami materialnymi. Medytacja jest szkołą pozwalającą nam nieustannie wracać do prawdy o tym, że prawdziwa wartość człowieka znajduje się w jego sercu. Dlatego jednym z celów medytacji jest uwalnianie serca medytującego od skupiania się na tym, co ulotne, przemijające, doczesne. „Tylko serce rozszerzone wolnością jest w stanie otworzyć się na łaskę, którą pragnie je napełnić Bóg” – naucza Mistrz Eckhart.

Warto przywoływać znaną sentencję z Księgi Hioba: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Bóg dał i Bóg zabrał. Niech imię Pańskie Będzie błogosławione!” [Hi 1,20] Może ona być piękną modlitwą o wolność naszego serca.

Medytacja monologiczna podążając tą samą ścieżką jest szkołą pełnego ufności przyzwolenia na to, aby to Bóg był tym, który prowadzi nas w naszym życiu. I to nie w sensie ogólnym, ale krok po kroku, chwila po chwili. Taka postawa uczy nas nie sprzeciwiać się temu, co nas spotyka. Nie chodzi jednak o postawę kapitulacji czy rezygnacji, lecz całkowitego zawierzenia w to, że doświadczenia, przez które Pan Bóg nas przeprowadza służą naszemu uświęceniu a jednocześnie stają się okazją odkrywania Jego mocy i Jego obecności w naszym życiu.

Taki brak sprzeciwu znajdujemy właśnie u Chrystusa, o którym św. Paweł pisze w Liście do Filipian: „Nie skorzystał ze sposobności aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi” [Flp 2,6-7]

A praktyka medytacji monologicznej jest przecież szkołą upodobnienia się do Jezusa, którego imieniem oddychamy.

Wiara nie na wiarę

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

 

Wiara Kościoła powszechnego nie jest „na wiarę”. Nie jest tylko aktem zaufania, który pozwala skoczyć w gęsty mrok z bezpodstawną nadzieją, że może na samym dole jest ktoś, kto nas ewentualnie złapie. To nie jest katolicka wizja wiary. Bóg nie domaga się zaufania „w ciemno”, nie powie: „Jeśli masz problem, to uwierz mocniej”. Zaufanie buduje się na wspólnym doświadczeniu – na tym, że nie zostałem zawiedziony. Bóg zawsze wychodzi pierwszy z inicjatywą. To On jest Stwórcą, to On zaproponował pakt o nieagresji i wzajemnym świadczeniu sobie dobra zwany Przymierzem, to On posyła proroków, a w końcu – choć bardzo Go zawiedliśmy – posyła swojego jedynego i ukochanego Syna. Dlaczego?!

Bo Bóg wierzy w nas mocniej niż my w Niego.

W tym kontekście warto popatrzeć na zdziwionego Jezusa, przed którym klęczy upokorzona kobieta kananejska. Przedpaschalna misja Jezusa i uczniów jest skierowana przede wszystkim do Ludu Wybranego, bo oni nie muszą wierzyć w ciemno. Ich zaufanie do Boga budowało się bardzo długo na konkretnych wydarzeniach całej historii zbawienia, na doświadczeniach całych pokoleń Żydów, przez które poznali, że Bóg ich nie zawiódł, kiedy oni potrzebowali pomocy, choć oni często Boga zawodzili. Można zatem powiedzieć, że wiara ludzi otoczonych objawieniem Boga jest odpowiedzią na to, kim jest Bóg i jak działa.

Lecz bohaterka dzisiejszej Ewangelii jako poganka była poza doświadczeniem tak cudownej ingerencji Boga w rzeczywistość jej życia czy życia jej narodu. Jednak przyszła błagać o litość. Jezus początkowo niechętnie odpowiada na błaganie kobiety. Jednak ostatecznie przekonany jej wielką wiarą nie zostawił jej prośby bez odpowiedzi.

Można retorycznie zapytać: „Co się stało pomiędzy 15. a 28. rozdziałem Ewangelii według św. Mateusza, że Pan Jezus, który początkowo był w stanie pójść tylko do swoich, ostatecznie wychodzi ze swoją łaską także na przeciw obcym?

Używając współczesnego języka można by powiedzieć, że Pan Jezus się rozwinął. Ale dobrze wiemy, że Jezus niczego nie robi bez powodu. Niejednokrotnie dał dowód tego, że doskonale wie, co Go czeka w Jego ewangelicznej wędrówce przez Palestynę. Być może wiedział także, co lub kto Go spotka w okolicach Tyru i Sydonu, którędy przechodził nie przez przypadek. Ewangelia często pokazuje, że Jezus bardzo świadomie wybiera miejsca, w które zabiera swoich uczniów, gdzie w ich obecności dokonuje cudów. Dzisiejszy cud wydaje się mieć podwójny wymiar: To nie tylko wyjście z łaską naprzeciw prośbie poganki, co dla Żydów musiało być znakiem a może nawet powodem zgorszenia dla wielu z nich; to także wezwanie do rozwoju dla Jego uczniów. Rozwój to jeden z podstawowych procesów w życiu każdego człowieka. Również ważny na płaszczyźnie życia duchowego. Trud rozwoju, jest często tożsamy z trudem przemiany myślenia, trudem przemiany zwyczajów, trudem przekraczania ograniczeń.

Jezus chce nas nauczyć swoją postawą z dzisiejszej Ewangelii trudu szczególnie trudnego –  otwierania się nie tylko na swoich, ale też na innych, a zwłaszcza na obcych.

To lekcja potrzeba  nam szczególnie w dzisiejszych czasach. Widać to gołym okiem. Bo znowu powstają mury, mimo że Chrystus zburzył rozdzielający mur – wrogość. I to nie gdzieś daleko rosną mury. Rosną u nas i w nas. Nieodżałowany Jan Paweł II mówił: „Czyż nie można powiedzieć, że po upadku jednego muru, tego widzialnego, jeszcze bardziej odsłonił się inny mur, niewidzialny – mur, który przebiega przez ludzkie serca? Jest on zbudowany z lęku i agresji, z braku zrozumienia dla ludzi o innym pochodzeniu i innym kolorze skóry, przekonaniach religijnych, jest on zbudowany z egoizmu politycznego i gospodarczego oraz z osłabienia wrażliwości na wartość życia ludzkiego i godność każdego człowieka” (3 czerwca 1997 roku – Gniezno)

Po Zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego Kościół głosi wszystkim ludziom bez wyjątku – bez względu na to czy chcą tę prawdę przyjąć czy też ja odrzucają –  że nasz Bóg jest ich Bogiem przez odkupienie całej ludzkości.

Warto próbować Go choć trochę zrozumieć, kiedy spotykamy tych, którzy nie są z nas. Bóg zawsze rozumie nas pierwszy a my mamy się do Niego upodabniać.

Za Karlem Rahnerem warto sobie czasem powiedzieć, że moja wiara należy bardziej do Niego niż do mnie, bo to nie ja wyszedłem pierwszy z propozycją przyjaźni, wręcz przeciwnie.

Wdzięczność za Cud Wisły

Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.

Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała:

«Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana».

Wtedy Maryja rzekła:

«Wielbi dusza moja Pana,

i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.

Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy.

Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą

wszystkie pokolenia.

Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

święte jest Jego imię,

A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie

nad tymi, co się Go boją.

Okazał moc swego ramienia,

rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych.

Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.

Ujął się za swoim sługą, Izraelem,

pomny na swe miłosierdzie.

Jak przyobiecał naszym ojcom,

Abrahamowi i jego potomstwu na wieki».

Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1, 39-56)

Dzisiejsza uroczystość daje nam trzy powody do wdzięczności:

To nade wszystko wdzięczność za Wniebowzięcie Maryi – wskazującej nam drogę. Drugim powodem jest setna rocznica Bitwy Warszawskiej. Często określa się zwycięstwo tej bitwy mianem „Cudu nad Wisłą”, lub „Cudem Wisły”, ale spoglądając  uczciwie trzeba powiedzieć, że wszystko, co stało się wówczas przed stu laty było cudem. Bo czy nie było cudem to, że Polska po swojej 123-letniej nieobecności na mapach świata w zasadzie w ciągu roku zdołała się na tyle zorganizować, żeby dać odpór zalewowi bolszewizmu, który niczym fala tsunami nadciągał ze Wschodu? Czy nie było cudem to, że mimo tak wielu wewnętrznych podziałów potrafiono się zjednoczyć? Patrząc wstecz wydawać się może, że dosłownie spełniają się słowa Maryi:

Okazał moc swego ramienia,

rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych,

choć wówczas nikt nie wróżył Polsce nadziei na zwycięstwo, tym bardziej, że prawie wszyscy sąsiedzi ją opuścili w potrzebie…

Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że to była walka o wszystko niech uświadomi sobie, że wraz z wojskami bolszewickimi do Białegostoku przybywa towarzysz Dzierżyński wraz ze współtowarzyszami, którzy formułując manifest do robotników stawiają sobie za cel ogłosić po zwycięstwie nad Warszawą Polskę – Polską Socjalistyczną Republiką Radziecką.

Rzadko mówi się o mobilizacji modlitwy, która towarzyszyła tamtym wydarzeniom. Kardynał Kakowski powiedział, że ci, którzy nie mają zamiaru zaangażować się w obronę Polski dołączając do walczących lub pomagając w inny sposób nie są godni nazywać się Polakami. Sam Kakowski dba o to, aby nigdzie na froncie nie zabrakło kapelanów służących walczącym.

Spoglądając wstecz czy można powiedzieć inaczej niż to, że wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny? Mamy Mu za co dziękować!

Jest wreszcie trzeci powód dzisiejszej wdzięczności – to święto tych, którzy służą obronie naszego kraju.

Mając w sercu tę potrójną wdzięczność, wróćmy do tematu głównego dzisiejszej uroczystości…

Zadajmy pytanie: Czy Maryja umarła? Tak zwyczajnie, jak każdy człowiek?

Przekaz zachowany od wieków we wspólnocie Kościoła mówi nam, że została z duszą i ciałem wzięta do nieba i grobu z jej ziemskim ciałem nie znajdziemy. Bo od poczęcia była przepełniona łaską i grzech nigdy w niej nie zakrólował… Nie tylko miała niezwykłą łatwość wybierania dobra, ale także wewnętrzne i zewnętrzne piękno, które wraz z wiekiem szlachetniało i stawało się coraz bardziej widzialne.

W Maryi jej współcześni dostrzegali także niespotykane otwarcie na Boga, podobne do tego, jakie mieli pierwsi rodzice przed grzechem pierworodnym. Zresztą Bóg sam jej się objawił i zaprosił do bliskości większej jeszcze niż więź z Adamem i Ewą, bo była to bliskość matki Boga – Theotokos. Nic więc dziwnego, że taka bliskość zachowała ją od wszelkiego zepsucia do tego stopnia, że nawet śmierć nie zdołała jej odłączyć od nieustannej więzi z Bogiem.

Święty papież Jan Paweł II zastanawiał się, czy niezwykłe miejsce Maryi w Bożych planach sprawiło, że nie zaznała śmierci w ogóle i została wzięta do nieba wcześniej, czy też przeszła przez śmierć i zaznała jakby zmartwychwstania ciała, czyli tego, co nas wszystkich czeka, jak uczy nas wiara. Uważał, że Maryja przeszła przez śmierć. Skoro bowiem i Chrystus: Bóg i człowiek, przez nią przeszedł, pisał papież, to i Jego Matka przeszła zapewne tę drogę. Co więcej, w ten sposób Maryja wytyczyła szlak nam, bo i my wszyscy przejdziemy przez śmierć i pójdziemy do nieba, a na końcu świata staniemy się uczestnikami zmartwychwstania ciał. Maryja jest w tej drodze naszą poprzedniczką i przewodniczką.

Dlaczego to takie ważne? Bo uczy nas umierania w Bogu, a przez to życia w prawdziwej nadziei. Skoro Maryja przeszła przez śmierć, nie zrywając swojej więzi z Bogiem, to i my, dzięki Bożej łasce, możemy mieć nadzieję, że będziemy tak umierać, aby przez wiarę ani na chwilę nie zerwać więzi miłości z Bogiem. I choćbyśmy w chwili śmierci byli najbardziej samotni na świecie, opuszczeni przez wszystkich, to nawet w takiej sytuacji dzięki wierze możemy trzymać w rękach dłonie samego Boga, bo ta więź okaże się silniejsza od śmierci doczesnej i da nam nowe życie.

Święty Paweł  pisze dziś: Wiemy, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga” (2 Kor 5, 1). „Tak bowiem Bóg umiłował świat (J 3, 16), że w Chrystusie nasz ludzki i bardzo niepewny los przyjął za swój.

Tajemnica Wniebowzięcia przekonuje nas, że pośrodku niepewności, która cechuje naszą ludzka rzeczywistość, matczyna miłość Maryi oraz Jej głęboka wiara, stały się zapowiedzią domu, który jest nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie (por. 2 Kor 5, 1). Życie Maryi i Jej wniebowzięcie jest świadectwem tego, że zarówno w życiu jak i w śmierci ogarnia nas Miłość Boga, która nie ustaje (por. 1 Kor 13, 8), jest bezpieczna, usuwa lęk (por. 1 J 4, 18), nie zniechęci się i nie znudzi, nie zwątpi, nie odrzuci nas i nami nigdy nie wzgardzi.

Kochać – to być z drugim na życie i śmierć. Chrystus jest z nami na śmierć i ŻYCIE. Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień dzięki łasce.

Obdarowanie Domem w niebie ma miejsce w momencie chrztu. Przez zanurzenie w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa zadomawiamy się w Miłości Boga, od której nic nas nie może odłączyć (por. Rz 8, 35-39)

Wniebowzięcie Bogarodzicy to zapowiedź pełnego odkupienia i początek odpowiedzi Ojca na arcykapłańską modlitwę Syna: Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata (J 17, 13. 24)

Stać się jak dziecko

Uczniowie przystąpili do Jezusa, pytając: „Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?” On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje. Baczcie, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. (Mt 18, 1-5. 10)

Co to znaczy, że musimy stać się jak dzieci? Dziecko jest prostolinijne – rzadko się zdarza, żeby co innego myślało, a co innego mówiło. Dziecko nie liczy na siebie – wie, że bez rodziców nie dałoby sobie rady. Ale tym, co chyba najbardziej nam potrzebne z postawy dziecka, to postawa całkowitego zawierzenia siebie Bogu.

Nasza grzeszność polega na tym, że nie potrafimy w pełni zawierzyć siebie Bogu – że swojego dobra szukamy nieraz po swojemu i wbrew Panu Bogu. Być dzieckiem wobec Pana Boga to uwierzyć Mu, że On lepiej od nas wie, na czym polega nasze dobro – to liczyć na Niego i ufać Mu również wówczas, kiedy wydaje się nam, że Go obok nas nie ma.

Przypomina się strofa z wiersza Adama Mickiewicza:

Wołasz do Boga: „Ojcze!” – Ojciec wnet przychodzi.

Takim wołaniem jest właśnie medytacja monologiczna. Jest wołaniem Jezusa. Jest wiarą, że On odpowiada na to wołanie i przychodzi ze swoja obecnością i swoja łaską. To właśnie ta obecność staje się w nas zaczynem przemiany naszego serca. Od Niego, który jest Synem Bożym uczymy się ciągle na nowo postawy dziecięctwa względem Boga; postawy zaufania, zawierzenia i posłuszeństwa Jego woli.

Jezus mówi dziś także o przyjęciu dziecka w Jego imię. Pierwszym z dzieci, które musimy nauczyć się przyjmować z każdym oddechem i z każdym wezwaniem jest dziecko, które odkrywamy w sobie. Ta otwartość na siebie uczy nas także otwartości na innych.

W oczach Boga każdy człowiek jest jak jego dziecko, które ma taką samą wartość i jest to wartość bezgraniczna (jesteśmy dla Boga bezcenni). Taką wartość stanowi samo nasze istnienie, a więc w oczach Bożych nic nie możemy dodać do naszej wartości, na przykład przez dobre postępowanie, albo przez wykształcenie, albo przez sukcesy, które odnosimy na tym świecie. Nie powinniśmy więc nigdy gardzić, ani sobą, ani innymi, nawet jeśli odkrywamy w sobie jeszcze wielką grzeszność. Gardząc sobą lub kimkolwiek innym zawsze oddalamy się od Boga.

Medytacja monologiczna, która jest otwieraniem się na miłość Jezusa, która przychodzi do nas z każdym wezwaniem jest zawsze afirmacją naszego człowieczeństwa i naszego dziecięctwa Bożego.