Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Boga nie da się poznać tylko rozumem

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.

Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić.

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie». (Mt 11, 25-30)

„Poznanie Boga jest do zbawienia koniecznie potrzebne” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Jezus przyszedł na świat, abyśmy mogli poznać Ojca, aby pokazać nam jaki On jest. Tylko On Go zna w całej pełni. Po grzechu pierworodnym mamy wiele trudności z tym, co duchowe. Potrzebujemy świadectwa Jezusa a także potrzebujemy Ducha Świętego, by wiedzieć, jak szukać Boga, jak Go poznawać.

Jezus nosząc w sobie tę szczególną wrażliwość człowieka duchowego, przepełnionego łaską nieustannie zachwyca się działaniem Boga w świecie: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i uczonymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25). Cechą każdego człowieka mającego w sobie Ducha Bożego, jest zachwyt, którego źródłem jest spotkanie z Bogiem i odkrywanie Jego działania w świecie. Ten zachwyt ludzi Boga widzimy wielokrotnie w Biblii. Aby jednak umieć dostrzec znaki Bożej obecności i działania w świecie trzeba mieć w sobie tę duchową wrażliwość, która jest owocem otwartości na łaskę, której Bóg udziela człowiekowi i współpracy z nią.

Zdarza nam się widzieć Boga w sposób fałszywy, podobnie, jak faryzeusze i uczeni w Piśmie widzieli Jezusa. Owszem poruszało ich niejednokrotnie spotkanie z Nim i wypowiadane przez Niego słowa, ale częściej zamiast pobudzać ich do zachwytu, rodziło w nich bunt i zawiść. Słowa Jezusa budziły się w nich lęk i jako mechanizm obronny przed nim wybierali drogę pychy. Jezus często przestrzegał ich przed taką postawą. Przywołując chociażby znaną nam przypowieść o faryzeuszu i celniku, aby ukazać odmienne podejście do Boga mądrego i prostaczka, Jezus komentuje: „Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18, 14). Zresztą Jezus ni tylko nauczał takiej postawy, ale zrealizował ją swoim wcieleniem, męką, śmiercią i zmartwychwstaniem.

Dzisiaj Jezus zaprasza nas, byśmy postępowali tą samą drogą: „Weźcie moje jarzmo i uczcie się ode mnie” (Mt 11, 29) i dodaje obietnicę: „a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem moje jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie” (Mt 11, 29-30).

A jaka jest nasza odpowiedź? Jakiego Boga widzimy w tych słowach? Tak często powielamy postawę faryzeuszy, bo ogarnia nas lęk na samą myśl o tym, że mielibyśmy przejść tą samą drogą i doświadczyć tego, co Jezus. Czujemy się wobec tych słów słabi i zupełnie nie wyobrażamy sobie, jak miałyby się wypełnić w naszym życiu. Niestety lęk jest postawą przeciwną duchowości, bo każe nam uciekać, wycofać się albo pójść – jak w przypadku faryzeuszy – droga pychy. Tak trudno nam wybrać w życiu raczej mądrość prostaczka i postawę modlitwy celnika. Dlaczego tak jest. Najlepiej odszyfrował powód takiego podejścia św. Jan mówiąc, że tam, gdzie w życiu duchowym dominuje lęk nie pozwoliliśmy się jeszcze uzdrowić Bożej miłości. (por. 1 J 4,18)

Właśnie spędzam urlop w górach, w miejscu, gdzie przez lata jako student jeździłem na rekolekcje oazowe a potem jeszcze wielokrotnie z tzw. Wujasem (pod którym to określeniem wszystkie znające go osoby bez trudu rozszyfrują ks. Malackiego, niegdysiejszego rektora kościoła akademickiego św. Anny) i przyjaciółmi. Do dziś pozostały we mnie wspomnienia i podziw dla górali odznaczających się nieprawdopodobną wręcz cierpliwością dla młodocianych, pobożnych i gorliwych natrętów ze stolicy.

Nauczeni biblijnych numerków i cytatów tak często nie rozumieliśmy mowy prostych ludzi. Ich opowieści o Księdze Stworzenia, o drzewach, pracy, o znaczeniu siedzenia przed domem, by pogawędzić z innymi góralami. W nas, młodych, ambitnych, nie mających czasu na trwonienie ani chwili z życia raczej nie budziły one szacunku. Zamknięci w swej religijnej i rzekomo oświeconej wierze nie umieliśmy zrozumieć tego, co najważniejsze i proste, ale tylko dla ludzi prostych. Dla ludzi ducha.

Jakże inaczej spoglądam na te lekcje dzisiaj. I jestem im wdzięczny – nawet jeśli muszę to przyznać ze wstydem po latach – że to oni okazali się tymi naprawdę mądrymi i roztropnymi przed Bogiem a nie my, którzy się w tamtych czasach za takich uważaliśmy!

Dzisiaj patrzę wstecz z wielką wdzięcznością w sercu za tamte wyjazdy, za spotkania z tymi ludźmi, którzy uczyli nas właśnie tej prawdziwej wdzięczności, która rodzi się z dobrego patrzenia dotykającego rzeczy zakrytych. Uczyli owej przedziwnej zdolności widzenia świata od wewnątrz, od strony Bożego zamysłu. Owocem takiego spojrzenia jest pokój duszy, świadomość bycia na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Cierpliwość wobec pytań, na które nie tak łatwo znajdujemy wyczerpujące odpowiedzi. Znowu przypomina mi się Merton z jego sposobem patrzenia, którego w tamtym czasie niemal równolegle uczyłem się zaczytując się w jego książkach a który tak bardzo pokrywał się ze sposobem patrzenia naszych zaprzyjaźnionych górali.

Dzisiaj wiem, że Boga nie da się poznać tylko rozumem. A nawet – i tu narażę się wielu filozofom i teologom – noszę w sobie przekonanie, że na tej drodze poznajemy Go najmniej. Życiorysy wielu światłych teologów i filozofów aż nadto pokazały, że zbliżanie się do tajemnic wiary drogą rozumu może człowieka uczynić zarozumiałym posiadaczem prawd. Dlatego tak bardzo potrzebujemy łagodności i pokory, która oznacza świadomość własnej kruchości i niepełności naszego poznania. Chrześcijanie poznają swojego Pana przez wiarę, a więc otwartość na tajemnicę Tego, który objawia się człowiekowi na wiele sposobów, ale właśnie jako Tajemnica. To poznanie jednak jest możliwe przede wszystkim, gdy kochamy. Wtedy wszystko, co się wydarza, co nas otacza, jest językiem Boga; językiem do nauczenia się i odczytania.

Jezus a za Nim św. Paweł zachęcają nas byśmy nie obawiali się „żyć według ducha”, który nas, ludzi zmęczonych i tak często zniechęconych pragnie napełnić Sobą. Aby jednak tak mogło się stać oznacza to konieczność wejścia w bliskość  bogiem. Celem naszego życia jest upodobnić się do Niego, czy jak mówią mistycy, zjednoczyć i stać się Nim. Może to zbyt odległe i mgliste dla ludzi oddanych sprawom tego świata, ale nie dla wierzących, którzy chcą widzieć więcej i mają świadomość, że zawsze pozostaną tylko uczniami a nie mistrzami tego, jak rozpoznawać obecność i działanie Boga w świecie. Mistrz był, jest i pozostanie tylko jeden – Chrystus.

Wiara pozwala nam bez lęku „wziąć jarzmo”, czyli zgodzić się na trud życia według Bożych zasad, a więc i Bożego widzenia spraw człowieka. Wbrew podejrzeniom, które kierujemy pod adresem Boga w chwilach zwątpień i wydawałoby się zbyt ciężkiego jarzma, warto pamiętać, że On zawsze był obecny we wnętrzu każdej naszej sprawy, tęsknoty, niezaspokojonego oczekiwania.

Jeżeli zaprzęgnięci zostaniemy w jarzmo Jezusa, możemy mieć pewność, że On nie zrezygnuje i nie odpuści, a w chwili próby będzie zawsze po naszej stronie. Bo Boża strona jest jednocześnie najbardziej i najprawdziwiej ludzką stroną. O tym doskonale wiedzą górale…

Zatrzymać się w ciszy przed Panem

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie.

A oto zerwała się wielka burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!»

A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, ludzie małej wiary?» Potem, wstał, rozkazał  wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza.

A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?» (Mt 8, 23-27)

Jak często ta sytuacja z dzisiejszej Ewangelii przypomina to, co dzieje się w naszym sercu… To obraz strapienia, które nas dotyka. Burze, które stają się czasem naszym udziałem są czymś obiektywnym, jednak to, co sprawia, że urastają one często do rangi czegoś, co nas zatopi i zwycięży, to już owoc złudzenia, że Boga przy nas nie ma.

Z drugiej strony boimy się rzeczywistości, z którą przychodzi nam się zmagać. Czasem wpadamy w wewnętrzne roztrzęsienie lub wręcz panikę bo wciąż to samo: bo kolejny dzień, w którym nam coś nie idzie, bo znowu, ktoś odniósł się do nas nieżyczliwie, bo nadal brak perspektyw na lepsze jutro itd. I znów patrzymy na to, z czym się zmagamy wyłącznie z ludzkiego punktu widzenia. Nie dostrzegamy, że Jezus jest przy nas. Wprawdzie On nie przychodzi w burzy – używając komentarza z Pierwszej Księgi Królewskiej [por. 1 Krl 19,11]. On jest z nami w łodzi naszego życia. Jest w naszym sercu o czym przypomina nam modlitwa serca, której ścieżką podążamy. Przychodzi w ciszy, którą ta modlitwa tworzy.

I choć nasze wołanie do Pana Boga, tak jak wołanie uczniów obecnych w łodzi może być modlitwą wiary, to najważniejsze jest, abyśmy w modlitwie dotarli do momentu, w którym przestajemy mówić.

Bóg przecież nie potrzebuje naszych słów. On zna każde poruszenie w ludzkiego serca.

Kapitalne jest dla mnie świadectwo św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Gdy zasypiała na modlitwie, miała do siebie o to pretensje i oskarżała się, aż dotarła do przekonania, że Bogu to w ogóle nie przeszkadza. Mało tego, wtedy wreszcie Jezus mógł mówić, bez przeszkód, wprost do jej serca.

Na pytanie postawione Jezusowi przez uczonego: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”, Jezus odpowiada: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny” (Mk 12,28). To niezwykłe, że w chwili, gdy przestajemy mówić a zaczynamy słuchać Boga, łatwiej także zaczynamy ufać Bogu. Medytacja monologiczna uświadamia nam że zarówno Bóg jak i ja potrzebujemy naszego zamknięcia ust, bo inaczej słuchamy samych siebie na modlitwie.

„Zatrzymaj się w ciszy przed PANEM i Jemu zaufaj” – powie Psalmista (Ps 37,7)

Pierwszą zatem sprawą jest: ZATRZYMAĆ SIĘ!

Pozwolić wszystkim pilnym sprawom, żeby odeszły. Zatrzymać gonitwę myśli, troski. Psalm 139 to niezwykłe świadectwo takiego zaufania. „Panie, przenikasz i znasz mnie (…) choć jeszcze nie ma słowa na moim języku, Ty, Panie już znasz je w całości.” To wcale nie jest łatwe, ale modlitwa monologiczna uczy nas właśnie takiego mówienia wszystkim naszym sprawom: POCZEKAJCIE! W tej chwili jest coś ważniejszego od was! Jest KTOŚ ważniejszy od was!

Druga sprawa: CISZA. Fascynuje mnie ten dzisiejszy fragment Ewangelii, bo za każdym razem próbuję sobie wyobrazić czym była owa „głęboka cisza”, która nastała po wypowiedzeniu słów Jezusa. To jest ta cisza, którą próbujemy odnaleźć w modlitwie monologicznej. Tu także Jezus jest tym, który wypowiada swoje słowo. Na tym słowie opiera się przecież nasza medytacja. A zatem cisza, która przychodzi, jako owoc tego słowa jest Jego darem, jest Jego łaską.

Nie chodzi nawet o brak dźwięków z zewnątrz. Chodzi o tę ciszę, która rodzi się, gdy mimo hałasu świata, odnajduję ją w sobie, w moim sercu. Nie zawsze mamy luksus otoczenia się ciszą w miejscu medytacji, dlatego trzeba byśmy prosili Pana o ciszę w swoim sercu a On jej udzieli jako swojego daru.

I sprawa trzecia: JEEMU ZAUFAJ!

Księga Przysłów w rozdziale 3,5 mówi: „Z całego serca Panu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku”. Ciągle wracamy do kwestii myśli, które przychodzą w czasie modlitwy. Modlitwa monologiczna zaprasza nas, abyśmy odtrącali przychodzące myśli jako rozproszenia. Ktoś może mieć wątpliwości: „Czy nie odganiam w ten sposób myśli, które właśnie podsuwa mi Bóg?” Może powinienem przyjrzeć się im spokojnie. Zaufajmy, że Bóg ma o wiele lepsze rozeznanie sytuacji, niż my i jeśli jakaś myśl jest dobra i pochodzi z Jego natchnienia, cisza modlitwy monologicznej nie tylko jej nie zniszczy, ale pozwoli by ona jeszcze mocniej zakorzeniła się w naszym oczyszczonym przez ciszę sercu i wróciła ze zdwojoną siłą w innym czasie.

Medytacja monologiczna jest szkołą ćwiczenia się w słuchaniu a cisza jest przestrzenią w której pozwalamy słowu Bożemu docierać do naszego serca. To jedyna droga do tego, by to słowo mogło naprawdę realnie przemieniać nasze życie i umacniać naszą wiarę.  Św. Paweł pisze „Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś co się słyszy, jest słowo Chrystusa.” (Rz 10,17). Pozwólmy zatem by słowo Chrystusa, które w czasie medytacji wybrzmiewa w naszych sercach uciszało nasze wewnętrzne burze, przynosząc głęboką ciszę, w której możemy doświadczyć obecności Boga.

Kto jest godzien?

Jezus powiedział do swoich apostołów:

«Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.

Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.

Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma.

Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody». (Mt 10, 37-42)

Od zawsze Kościół przypominał, jak wielką wartością jest rodzina. To w niej uczymy się relacji międzyludzkich, umiłowania dobra wspólnego, to w rodzinie przekazujemy wiarę.

Papieże i święci powtarzają cały czas, że jeśli załamie się przekaz wiary w rodzinie, bardzo trudno będzie go odbudować. To samo odnosi się również do życia społecznego. To w rodzinie uczymy się solidarności i patriotyzmu. Dlatego tak wiele wysiłku Kościół wkłada w dowartościowanie małżeństwa i rodziny nie godząc się na różnego rodzaju wariacje oferowane przez nowe trendy myślowe?

Pewne światło na tajemnicę życia rodzinnego rzucają dzisiejsze czytania.

W pierwszym tekście przyglądamy się prorokowi Elizeuszowi, który w imieniu Boga odpowiada na głębokie pragnienie posiadania potomstwa. Bóg pragnie szczęścia człowieka. Tym szczęściem dla Szunemitki było dziecko, którego długo oczekiwała. Wiele par małżeńskich doświadczyło czegoś podobnego w swoim życiu. Gdy wszystkie możliwe sposoby leczenia zawiodły, często uciekali się do wstawiennictwa świętych, licząc, że Bóg odpowie na pragnienie potomstwa, jakie małżonkowie noszą w swoim sercu. I znam wiele małżeństw, które otrzymały tę łaskę, choć lekarze byli co do spełnienia ich marzeń sceptyczni.

Z drugiej jednak strony we fragmencie z Ewangelii według św. Mateusza Pan Jezus kieruje do nas bardzo jednoznaczne słowa na temat życia rodzinnego: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”.

Chyba tylko raz Jezus mówi w Ewangelii z taką stanowczością, że ktoś nie jest Go godzien. I ciekawe, że mówi to właśnie w odniesieniu do miłości rodzinnej.

Czy więzy, które łączą nas z Jezusem, mogą być silniejsze niż więzy rodzinne? Otóż nie tylko mogą, ale i są!

Dzieje się tak dlatego, że miłość Boga jest zawsze pierwsza. To ona jest źródłem naszej miłości do żony, męża, dzieci, rodziców. Wierzymy, że oni zostali nam podarowani z Bożej miłości. Dlatego miłość Boga, która jest pierwszą miłością nigdy nie może zagrażać innym miłościom, skoro jest ich źródłem. Ona je porządkuje zgodnie ze starą maksymą Ojców Kościoła, mówiącą, że kiedy Chrystus będzie na pierwszym miejscu w naszym życiu, wszystko inne – a więc nasze relacje i nasza miłość do innych będzie na właściwym.  

Ta nasza miłość do Jezusa jest pierwsza również nie dlatego, że jest doskonała, ale dlatego, że jest pierwsza w porządku łaski, jaką otrzymujemy i która uzdalnia nas do kochania w ogóle. O tym przypomina nam drugie czytanie. Nowość życia otrzymanego w chrzcie przekracza ramy ziemskiej miłości, nawet tak głębokiej jak miłość rodzicielska. Tutaj na ziemi nigdy nie pojmiemy do końca, jak wielka jest miłość Boga ku nam, że gotów jest oddać za nas swoje życie. Dzięki ofierze Syna Bożego i w Nim stajemy się nową rodziną. Owocem Jezusowego Krzyża jest stworzenie więzi łączących nas z Bogiem tak silnych, że nic nie może ich zniszczyć.

Ktoś zapyta: No jak to, a grzech? Czy nie niszczy więzi łączących nas z Bogiem?

Święty Paweł twierdzi, że w sakramencie chrztu świętego nasz „stary człowiek”, zniewolony przez grzech, został razem z Jezusem ukrzyżowany, zostaliśmy wręcz pogrzebani razem z Jezusem Chrystusem, abyśmy mogli tak, jak On po swoim zmartwychwstaniu, kroczyć w nowości życia, w życie odnowione przez Ducha Świętego. Chrzest jest więc tajemniczym zaktualizowaniem w naszym życiu misterium życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Chrzest czyni nas wolnymi od zniewolenia przez grzech. Oczywiście to jedynie umożliwienie nam przez Boga życia nowym, sprawiedliwym życiem na wzór Jezusa. Ostatecznie wyboru czy chcemy żyć takim przemienionym życiem musimy dokonać sami. Lecz nigdy już, bez względu na to jak ciężki grzech byśmy popełnili nie przyniesie on tak tragicznych skutków jak grzech pierwszych rodziców a Bóg nigdy już się nas się nie wyrzekanie jako swoich dzieci.

Z żywej wiary w Jezusa rodzi się cud nowego życia, cud życia dziecka Bożego, którego piętna nikt i nic nie może wymazać z naszej duszy. Nawet ktoś, kto wyrzekłby się Jezusa.

Być godnym Jezusa, to znaczy starać się Go kochać nade wszystko.

Bycie uczniem Jezusa wymaga od nas radykalnej zmiany naszej mentalności. Zobaczmy, że przykazanie miłości, które Jezus uznaje za najważniejsze: ukochania Boga całym sercem, całą duszą, ze wszystkich naszych sił – nie pozostawia złudzeń. Bóg nie zadowala się częściowym uwzględnianiem Jego obecności w naszym życiu.

Gotowość wzięcia krzyża oznacza zgodę na Jego wolę, która nie zawsze jest lekka, łatwa i przyjemna. Często wymaga zaparcia się siebie, zanegowania własnego widzimisię, realizowania tylko swoich własnych planów i wygodnictwa. Bóg stawiając takie wymagania robi to z troski o nas samych. Chce nam uświadomić, że najczęściej zapieramy się Jezusa ze strachu o samych siebie i o to, że Bóg pokrzyżuje nasze życiowe plany i że – po ludzku sądząc coś przez to stracimy.

Tymczasem prawda jest taka, że trzymając z Bogiem nie da się stracić, nawet wówczas, gdy coś po ludzku nam się nie uda. Za to tracąc Boga, tracimy tak naprawdę wszystko, nawet wówczas, gdybyśmy z perspektywy świata wiele zyskali.

Jezus przestrzega nas dziś przed iluzją życia łatwego, życia bez krzyża. Tak łatwo uciekać nam od naszych obowiązków, od trudnych ludzi, od trudnych spotkań. Tak łatwo buntować się wobec bólu, wobec cierpienia. Pasja Mela Gibsona jest dlatego tak trudna, że ukazuje, jak straszna jest samotność cierpiącego Boga, który do końca i mimo wszystko kocha tych, za których oddaje swoje życie.

Pokusa chrześcijaństwa bez krzyża jest w dzisiejszych światach bardzo silna – przestrzega papież Franciszek. Lecz taka droga jest zawsze drogą letniego chrześcijaństwa, bez silnej wiarę, bez wszystko uzasadniającej miłości do Boga. Na takiej drodze jednak trudno doświadczyć cudów działania Bożej mocy a jeszcze trudniej być świadkiem Chrystusowej radości i nadziei wobec naszego świata.

Ciasna brama modlitwy monologicznej

Jezus powiedział do swoich uczniów:

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!» (Mt 7, 6. 12-14)

Już Jan Kasjan nauczając o modlitwie monologicznej mówił, że przypomina ona raczej przeciskanie się wąską ścieżką i ciasną bramą. Jest tak dlatego, że modlitwa ta wymaga od nas porzucenia bagażu wielu naszych nawyków i przyzwyczajeń w modlitwie i choć pozornie wydaje się prostą modlitwą, to ostatecznie często oznacza drogę zmagania się z tym, co chce nas z tej drogi zawrócić. Bowiem również w modlitwie ulegamy często pokusie tego, że to my winniśmy kontrolować jej przebieg i że to my jesteśmy tymi, którzy przecierają drogi modlitwy. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie: prawdziwa modlitwa jest zawsze wyrazem zawierzenia się i zgody na to, że Bóg poprowadzi nas tam, gdzie On chce.

Mistrz Eckhart – przedstawiciel mistyki nadreńskiej – komentując słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, że ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują, odnosi te słowa do poszukiwania w modlitwie Jezusa, gdyż to On sam nazwie siebie w Ewangelii Bramą. I przeciwnie – naucza Eckhart – kroczenie szeroką bramą i przestronną drogą jest niczym innym, jak szukaniem w modlitwie własnego „ja”, dlatego w konsekwencji obranie takiej drogi nie może prowadzić na manowce życia duchowego.

Większość naszego życia poświęcamy na odmianę czasowników: „chcieć”, „mieć”, „robić”. Tymczasem zapominamy, że żaden z nich nie ma naprawdę głębokiego znaczenia, jeśli nie nabierze wymiary transcendentnego. Mistrz Eckhart mówi, że esencją prawdziwego życia duchowego jest czasownik: ”być”. I tego być mamy się nieustannie uczyć, bo ono stanowi nasze podobieństwo do Boga, który przedstawia się imieniem: JESTEM. Jezus chce by doświadczenie bycia i to bycia naprawdę stało się naszym udziałem. Często przez pokusę nieustannej chęci robienia czegoś, świadomość bycia gdzieś nam umyka.

Mistrz Eckhart przestrzegał swojego ucznia Henryka Suzo: „ucz się rezygnować z nadmiernej aktywności, z nieustannego robienia czegoś na rzecz zwyczajnego bycia”.

Takiego zwyczajnego bycia pragnie nas uczyć modlitwa monologiczna. To modlitwa, która chce nas wyrwać tak powszechnej presji działania na rzecz nie-działania a właśnie świadomego bycia: bycia wobec Boga, wobec siebie i wobec otaczającej nas rzeczywistości.

Uczy nas, że świadome bycie może stać się dla nas chwilą wytchnienia i nieco innego spojrzenia na świat. Jak ktoś to ładnie określił: „Modlitwa monologiczna – wyspa spokoju w pędzącym strumieniu czasu, która pozwala nam na chwile wytchnienia, na to by po prostu być!”

Jest to modlitwa, która zmusza nas do zatrzymania się w biegu naszego życia i skupienia należnej uwagi na tym, co najważniejsze. Dlatego ma moc dotknąć naszego serca.

Wspomniany już Henryk Suzo w swojej Księdze Mądrości Przedwiecznej mówi o czterech wskazówkach, jakich udzieliła mu owa Przedwieczna Mądrość:

  1. Trzymaj się z dala od ludzi. Nie chodzi tu jednak o ucieczkę przed światem, ale o równowagę między naszym światem wewnętrznym a zewnętrznym, gdyż często na korzyść zaangażowania w ten drugi zaniedbujemy ten pierwszy wymiar naszego życia.

  2. W czasie medytacji zostaw wszystko za sobą i bądź wolny od wszelkich myśli i wyobrażeń. Modlitwa winna być swego rodzaju „kuracją odwykową” dla duszy i dla umysłu, po to by stały się one wolne dla spraw istotnych.

  3. Uwolnij się od wszystkiego, co może być balastem w modlitwie, co może ci przynieść zastój i smutek: od przywiązań i wszystkiego, co za sobą wleczemy, obojętnie czy chodzi o dobra materialne czy duchowe a nade wszystko trzeba, abyś gruntownie uwolnił się od samego siebie. Tylko taka postawa pozwoli zanurzyć się w bezdennej przestrzeni, w której mieszka Tajemnica.

  4. Bacz, abyś tej Tajemnicy nie stracił z oczu. W każdym czasie kieruj swoje spojrzenia i serce ku Bogu, ku Jego spojrzeniu. Niech nieustanna pamięć o Bogu będzie dla ciebie miarą i środkiem do celu.

Tym czterem wskazówkom powinny być podporządkowane wszystkie ćwiczenia duchowe. Najważniejsze jednak – jak pisze Suzo – jest konkretnie przeżywane życie, tu i teraz.

Modlitwa monologiczna to ćwiczenie zostawiania za sobą wszystkiego, co trzeba porzucić na rzez jednego wezwania, na którym skupiamy się w tej modlitwie, które jest dla nas ową drogocenną perłą, o której mówi dzisiejsza Ewangelia i przepustką do doświadczenia kontemplacji, gdzie uczymy się świadomości nieustannego bycia przed Bogiem, której nic i nikt nie będzie mógł nam odebrać.

Nie musimy się bać!

Jezus powiedział do swoich apostołów:

«Nie bójcie się ludzi! Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach.

Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.

Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie». (Mt 10, 26-33)

Choć Jezus zapewnia o Bożej opiece i nagrodzie, która czeka na wytrwałych uczniów, dzisiejsza Ewangelia może niepokoić. Opowieści o prześladowaniach jakoś nie pasują do klimatu długo wyczekiwanych wakacji. Z chęcią posłuchalibyśmy czegoś przyjemniejszego.

Tak często życie zasypuje nas złymi wiadomościami. Czy przynajmniej Ewangelia, skoro jest Dobrą Nowiną nie powinna przynosić dobrych wieści?

Jednak Jezus nie chce kusić swoich uczniów z tanim entuzjazmem. On jest Prawdą, zatem nie może przemilczeć niebezpieczeństw, jakie czekają każdego, kto nie tylko decyduje się iść drogą Ewangelii, ale też odważnie i bezkompromisowo chce przyznawać się do Jezusa przed światem. Wierność Ewangelii, niezrozumienie a nierzadko i cierpienie z powodu wierności Bożemu Słowu, ale też doświadczenie Bożej opieki stanowią nierozdzielną trójcę.

Warto, żebyśmy o tej logice pamiętali zarówno w jesiennej szarudze, i na słonecznej plaży. Ona uchroni nas od lęku przed koniecznością nieustannej walki (zarówno tej w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym) i trudnościami, które nie są wyjątkowym dodatkiem do naszej wiary, ale naturalną konsekwencją bycia uczniami Jezusa.           Na szczęście nie do nich należy ostatnie słowo, ale do Boga, który zawsze upomina się o swoich przyjaciół.

Ale czytania dzisiejszej niedzieli zarysowują nam również jeden z podstawowych momentów egzystencjalnych: oto człowiek, żyjąc, oswaja świat, buduje w nim swoje miejsce, wiążąc się przeróżnymi relacjami z tym, co napotyka w owym świecie; a jednak niezależnie od swoich wysiłków wszystko to zaczyna mu się dramatycznie wymykać.

A wówczas pojawia się doświadczenie bólu utraty – od utraty stanu posiadania, przez utratę poczucia stabilności i bezpieczeństwa, aż po utratę przyjaźni, miłości, życia…

Dobra, którymi się cieszymy w tym świecie okazują się często takie kruche, sama zaś myśl o możliwości ich utraty zasiewa w naszych sercach i umysłach lęk i poczucie zagrożenia.

Grzeszność, którą w sobie nosimy, objawia się tym, że często próbuje nas skupić nas na samych sobie i na sprawach tego świata, jak też na lęku przed ich utratą – mechanizm ten dostrzegł już Seneka, rzymski pisarz i filozof gdy radził: „Pamiętaj odrzucać niepokój płynący z rzeczy i w każdej z nich widzieć to i tylko to, co w niej naprawdę jest. Należy zdzierać maski nie tylko z ludzi, ale i z rzeczy, i przywracać im prawdziwe oblicze”.

Jezus w Ewangelii idzie o wiele dalej: „Nie bójcie się tych, co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą!”.

Innymi słowy Jezus zapewnia, że zło tego świata nie może nas pokonać, jeśli nie damy mu dostępu do naszej duszy!

„Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle!”

Istnieje wielkie duchowe niebezpieczeństwo, które polega na tym, że jeśli zamkniemy się w waszym strachu o sprawy ciała, zdrowia, o stabilność i bezpieczeństwo naszego skrzętnie budowanego świata, to możemy przeoczyć to, co najważniejsze – samego Boga obecnego i działającego w naszym życiu, a utrata Jego to utrata wszystkiego, to piekło…

Jezus zatem przywraca ludziom i rzeczom prawdziwe oblicze, zdziera z nich maski nakładane przez grzeszność, która zawsze zniekształca nasz sposób widzenia.

Robi tak jednakże nie po to, aby nauczyć nas postawy stoickiego spokoju wobec świata.

Jezus chce nas nauczyć patrzeć na świat w postawie zaufania Ojcu, w którego rękach jesteśmy, który przenika nas, zna wszystkie nasze kroki i czuwa nad nami tak troskliwie, że nawet włosy na naszych głowach są policzone.

Dla Boga każda i każdy z nas jest kimś ważnym, dlatego nie musimy się bać!

Niech to zdanie będzie dla nas prawdą, którą zabierzemy dziś w naszych sercach i której pozwolimy kształtować nasz sposób myślenia, wolny od lęków, którymi świat i pan tego świata tak bardzo chcą nas zniewolić.