Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wiara rzeczy niemożliwych

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.

Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.

Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!»

Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!»

A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!»

Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?»

Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym». (Mt 14, 22-33)

Ojcowie Kościoła lubili pytać o rzeczy niedopowiedziane w Ewangelii. Dlaczego święty Piotr zaczął tonąć, skoro kilka kroków po jeziorze uszedł? Silny wiatr nie tłumaczy wszystkiego, jego porywy nie robiły przecież na nim wrażenia już wtedy, gdy wychodził z łodzi. Kryzys nadszedł, bo Piotr przestał patrzeć na Jezusa. Spojrzał na siebie i przerażony zapadł się w wodzie.

Dla Ojców Kościoła historia kroczenia po wodzie objaśnia tajemnicę wiary i tajemnicę modlitwy, która jest jej konsekwencją. Jedna i druga polega na zapatrzeniu w Jezusa, które pozwala nie przestraszyć się życia.

I chociaż Piotrowi nie udało się dotrzeć do Jezusa, czyniąc kilka kroków po wodzie i tak dokonał czegoś wielkiego. Zaufanie, którego oczekiwał od niego Jezus pozwoliłoby mu pokonać całą odległość od Jezusa. 100% mocy Boga i 100% czynu ucznia to jest dopiero dojrzała wiara. Niedojrzała jest ta oparta tylko na własnych zdolnościach człowieka.

Liturgia łączy dzisiejszą Ewangelię z opowiadaniem o proroku Eliaszu, rozpoznającym obecność Jahwe w łagodnym powiewie. Oczywiście, Bóg mógł się objawić prorokowi w gwałtownym huraganie. Ale właśnie wtedy Eliasz najbardziej potrzebował ciszy i ukojenia. A Bóg najlepiej zna potrzeby naszego serca!

Warto zapytać siebie: jak często modlitwa staje się dla nas okazją do poszukiwania ukojenia w obecności Przyjaciela, któremu na imię Jezus? Gdybyśmy tak podchodzili do modlitwy może rzadziej byśmy utyskiwali na to, że jest spychana na margines dnia, że nie mamy na nią czasu. Tak dzieje się wówczas, gdy modlitwę traktujemy bardziej jak obowiązek a nie jak spotkanie z Przyjacielem, które ma nam dodać sił i wzmocnić do dalszej drogi przez życie.

Bo modlitwa jest zawsze wypadkową naszej wiary. Trawestując stare  i znane porzekadło można by powiedzieć: „Pokaż mi jak się modlisz a ja ci powiem jaka jest twoja wiara…”

Czym jednak jest ta wiara? Nie dalej jak wczoraj w Ewangelii słyszeliśmy pewnego rodzaju wyrzut Jezusa względem swoich uczniów: „Jeśli mieli byście wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej górze: „Przesuń się stąd tam a byłaby wam posłuszna”.

Jezus porównuje wiarę do ziarnka gorczycy, bo nieraz i niewielka wiara potrafi dokonywać rzeczy niezwykłych, ale też dlatego, że ludzie często nią gardzą i wydaje się ona niektórym osobom czymś małym i bez wartości. Tymczasem wiara daje rzeczywiste uczestnictwo w Bożym życiu.

Wiara to nie samo uznanie, że Bóg istnieje, ani nawet uznanie, że Bogiem jest Jezus Chrystus. Wiara nie polega też na częstym odmawianiu „Credo”. Wiara to głęboka więź z Bogiem – tak głęboka, że wpływa na nasze codzienne życie, na nasze wybory i sposób myślenia. Ale tak dzieje się tylko wówczas, gdy żyjemy w pełnej komunii z Bogiem.

Czytam dzisiejszy fragment Listu do Rzymian z zadumą i zakłopotaniem. Oto św. Paweł boleje nad tym, że jego rodacy nie przyjmują Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela. Jego ból jest tak wielki, że byłby gotów – co wydaje się szaleństwem – odłączyć się od Chrystusowej łaski, jeśli dzięki temu jego bracia, Żydzi, przyjęliby w sercach tego Mesjasza, który objawił mu się na drodze do Damaszku. Bo przecież oni właśnie, Izraelici, mają pełnię duchowych darów: „przybrane synostwo, przymierze i prawo nadane bezpośrednio przez Boga Prawa i obietnice związane z wiernością temu Prawu” (por. Rz 9, 4). Dlaczego więc nie przyjmują Chrystusa, skoro tak wiele otrzymali i tak bardzo starają się żyć na miarę tego obdarowania?

I tu pojawia się zakłopotanie. Bo my wprawdzie przyjęliśmy Chrystusa, tylko czy naprawdę czujemy się przez to dziećmi Boga? Czy jesteśmy świadomi wyjątkowości naszego wybrania? Czy na nasze życie realnie wpływa to, że Bóg zawarł z nami przymierze, przypieczętowane śmiercią Jego Syna, którego efektem jest to, że Bóg stał się naszym Ojcem?

Chrześcijanin to człowiek nadziei, która wypływa z faktu, że Bóg jest obecny w jego życiu, bez względu na to w jakiej sytuacji się znajduje i że po przezwyciężeniu z Bożą pomocą różnych trudności i burz również w jego życiu zapanuje spokój, harmonia. Trudności ani życiowych zawirowań nie unikniemy, ale to właśnie wiara i nadzieja pozwalają nam zdobyć się na trud przezwyciężania tego, co nas spotyka, by fale zła nas nie pochłonęły, by nasze grzechy, słabości nie zabiły w nas życia duchowego, życia Bożego. Musimy na wzór Piotra z dzisiejszej Ewangelii wołać do Chrystusa prosząc o pomoc.

Jeżeli chcemy, by Chrystus w naszym życiu działał, prowadził nas, pomagał wychodzić ze zła, które nas niszczy, musimy całkowicie Jemu zawierzyć, aby nie narazić się na upomnienie ze strony Jezusa: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”

Ewangelia dzisiejsza zapewnia nas, że człowiek z Bożą pomocą jest zdolny robić rzeczy niezwykłe. Owszem, naśladowanie Jezusa w życiu codziennym jest równie trudne jak chodzenie po wodzie, ale mocne oparcie się na Nim daje gwarancję powodzenia.

I z pewnością nie raz „powieje wiatr”, czyli wydarzy się coś, co nas przestraszy i pokaże naszą słabość, ale jeśli nie zwątpimy w Bożą łaskę i miłość połączoną z naszymi siłami, to na pewno wytrwamy.

Góra Przemienienia

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło.
A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”.
Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”.
Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.
A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie lękajcie się”. Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.
A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”. (Mt 17,1-9)

 

Ewangelia opisuje spotkanie Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem na górze Tabor.

Ci dwaj wielcy Starego Testamentu to ludzie gór. Pierwszy na Synaju otrzymuje z rąk Boga kamienne tablice. Drugi na Horebie spotyka Pana objawiającego się w głębokiej ciszy. Obaj święci z wysokości swych gór oglądają odsłaniający się horyzont obietnicy Bożej. Mojżesz widzi wierność Boga. Upewnia się, że Bóg doprowadzi swój lud do Ziemi Obiecanej, gdzie stopniowo, mocą zawartego Przymierza Bóg będzie przemieniał swoją Oblubienicę, ucząc ją wierności.

Eliasz z wysokości swojej góry dostrzega poruszającą obietnicę Boskiej sprawiedliwości. Wobec szerzącej się ludzkiej nieprawości, która ścina z nóg proroka, odkrywa delikatną Obecność, która nie sięga po przemoc. Bóg nie był w potężnej wichurze, w trzęsieniu ziemi ani w ogniu. Eliasz, który – aby zaprowadzić sprawiedliwość – sam był gotów jak ogień strawić wszystkich czyniących niegodziwość, odkrywa inny rodzaj Bożego działania. Sprawiedliwość będzie się dokonywała poprzez łaskę, przeobrażającą stopniowo w głębokiej ciszy modlitwy i wiary ludzkie serca.

Dwaj mężowie Starego Testamentu z wysokości swych gór widzieli chwałę Najwyższego, która obejmuje ludzką historię. Owa chwała nie miała oślepiać, lecz miała być zakryta pod zasłoną wiernej i dyskretnej obecności Boga, który nieustannie towarzyszy swojemu ludowi.

I dzisiaj Jezus zabiera nas na kolejną górę, górę, która jest symbolem spełnienie zarówno pragnień, które nosili w sobie Mojżesz i Eliasz jak i obietnic, które dał im Bóg. Obecność Syna Bożego na ziemi jest spełnieniem nadziei całych pokoleń wierzących na nadejście Królestwa Bożego. Choć to inne królestwo niż często wyobrażali sobie ludzie. Nie jest ono określone konkretnymi granicami, lecz jest obecne przez łaskę, przez którą nieustannie kształtuje się i odradza w ludzkich sercach.

Apostołowie na chwilę otrzymali łaskę widzenia, która wcześniej była udziałem Mojżesza i Eliasza.

Na szczycie Taboru mogli spojrzeć w twarz Boga i w świetle przemienienia dojrzeć zapowiedź zmartwychwstania, które okaże się pełnym zwycięstwem Boskiego piękna nad tym, co bez łaski pozostaje martwe i pełne rozpaczy.

Kluczem do rozumienia tajemnicy Przemienienia może być znakomity tekst świętego Tomasza z Akwinu. W ST IIIª q. 45 a. 1 co., gdzie pisze on tak: „Pan po zapowiedzeniu swej męki prowadzi swych uczniów do poznania jej skutków. Trzeba w jakiś sposób poznać cel podróży, jeżeli się chce iść do niego bez błądzenia. Stąd słowa Tomasza: »Panie, nie wiemy dokąd idziesz, jakże możemy znać drogę?« Znajomość taka jest konieczna, zwłaszcza przy drodze trudnej i uciążliwej, która po męczącej podróży ma doprowadzić do radosnego końca. Chrystus zmierzał przez mękę do osiągnięcia chwały. Celem nie była wyłącznie chwała duszy. Dlatego słusznie Chrystus pokazał uczniom jasność swej chwały (na tym wszak polegało Jego Przemienienie), do której miał dopasować należących do Niego, według słów Apostoła, że Chrystus »przemieni ciało naszego uniżenia i upodobni je do ciała jasności swojej«. Było to, jak mówi Beda, dzieło »czułej troski i przewidywania, żeby pogrążając na moment w radości wiecznej kontemplacji uodpornić swoich uczniów na znoszenie trudów, które ich czekają w drodze do chwały Królestwa niebieskiego«”.

Droga do zbawienia wiedzie bowiem przez ogień i wodę, przez trud i wyrzeczenie, gdyż jest to droga upodobnienia się do Chrystusa poprzez udział w Jego zbawczej męce i zmartwychwstaniu. Tylko w ten sposób możemy mieć udział w Bóstwie Jezusa, który przyjął nasze człowieczeństwo.

Zanim będziemy gotowi u kresu drogi stanąć na spotkanie z Wszechmogącym, wiele naszych wyobrażeń powinno spłonąć w ogniu miłości, a liczne pragnienia muszą być oczyszczone w wodach prawdy.       To przyniesie rozmaite cierpienia, zwątpienia, i co najgorsze, może postawić sens naszej wędrówki pod znakiem zapytania. Zresztą lepiej być tego świadomym, bo pokusa, by zawrócić z tej drogi będzie pojawiała się raz po raz.

Bóg, doskonale wiedząc, czego nam potrzeba, wie także, jak łatwo omdlewają nasze stopy i słabnie duch.

Dlatego objawienie się chwały Syna Bożego ma nas umacniać przed najważniejszymi sprawdzianami naszej wiary, które nas czekają w wędrówce przez życie.

Módl się i kochaj

Jezus przywołał do siebie tłum i rzekł do niego: «Słuchajcie i rozumiejcie: Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to właśnie go czyni nieczystym».

Wtedy przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Czy wiesz, że faryzeusze zgorszyli się, gdy usłyszeli to słowo?» On zaś odrzekł: «Każda roślina, której nie sadził Ojciec mój niebieski, będzie wyrwana. Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Jeśli zaś ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną». (Mt 15, 1-2. 10-14)

Ten przywołany w Ewangelii obraz „rośliny, którą posadził Bóg Ojciec”, jest pięknym obrazem medytacji. Wszyscy bowiem zostaliśmy powołani do życia przez Boga, posadzeni niejako na tym świecie w konkretnym czasie i w konkretnych warunkach.

W życiu duchowym chodzi o to, abyśmy dali się dalej kształtować przez Boga, po to, aby wydawać owoce, jakich On po nas oczekuje. Na czym polega ów owoc? Otóż jak odpowiada patron dnia dzisiejszego św. Jan Maria Vianney: „oznacza on bycie człowiekiem emanującym czystą miłością”.

Przywołany patron dnia dzisiejszego kierował się w życiu prostym mottem: „módl się i kochaj”. Aby lepiej zrozumieć jego przesłanie przywołajmy słowa wypowiedziane przez niego samego:

„Błogosławioną powinnością i zadaniem chrześcijanina jest modlitwa i miłość. Módlcie się i miłujcie: oto, co jest gwarancją prawdziwego szczęścia i pokoju serca człowieka.

Modlitwa jest drogą ku zjednoczeniu z Bogiem. Jeśli ktoś ma serce czyste i zjednoczone z Bogiem, będzie odczuwał szczęście i słodycz, które go wypełniają. W tym ścisłym zjednoczeniu Bóg i dusza są jakby razem stopionymi kawałkami wosku, których już nikt nie potrafi rozdzielić. Ta możliwość zjednoczenia Boga jest jednym z największych darów i celów jakie możemy osiągnąć na ziemi a jednocześnie szczęściem, którego nie sposób zrozumieć.

Pamiętać jednak należy, że zarówno modlitwa jak i zjednoczenie z Bogiem, które przychodzi przez modlitwę jest darem. To Bóg w swojej nieskończonej miłości pozwala nam, abyśmy z Nim rozmawiali i jednoczyli się z Nim.

Nasze serca tak często są ciasne dla Boga i dla człowieka, bo tym, co je zacieśnia jest egoizm, ale modlitwa rozszerza je i czyni zdolnym do miłowania Boga i człowieka w sposób bezinteresowny. Modlitwa z czystym sercem jest miejscem, w którym możemy dotknąć Boga”.  

Medytacja to nic innego jak zgoda na to, aby Bóg nieustannie kształtował i umacniał w nas to życie, które sam powołał do istnienia. Czyni to przez swoje słowo i łaskę. Za każdym razem gdy wzywamy w medytacji imienia JEZUS pozwalamy, aby ukształtował nas On na podobieństwo swojego Syna. To nam uświadamia, że to nie nasz wysiłek, ale Jego obecność uświęca nasze życie. Pozwalając by słowo modlitwy, które towarzyszy naszej medytacji zapadało głęboko w nasze serca godzimy się na to, by to Bóg nas modelował i nadawał kształt naszemu myśleniu, a przez to też postępowaniu.

Nasycić głód

Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych.

A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności».

Lecz Jezus im odpowiedział: «Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!»

Odpowiedzieli Mu: «Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb».

On rzekł: «Przynieście Mi je tutaj».

Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. (Mt 14, 13-21)

 

Często mówiąc o ludziach głodnych mamy na myśli osoby głodne fizycznie. Tymczasem wiek XX i XXI zdają się obnażać inny, coraz bardziej niestety powszechny głód lecz poczucia sensu życia, głód bezpieczeństwa, głód miłości i radości. Paradoks polega na tym, że wiele osób, których dotyka taki rodzaj głodu ma bardzo wiele i wydawałoby się, że łatwo mogą zapewnić sobie dobra, które ich zaspokoją i pomogą zrealizować marzenia. Niestety, pomimo wysokich stanowisk, dobrze zaplanowanych karier, czy dostępu do najnowszych technologii są wciąż nienasyceni. Papież Benedykt XVI pisał kiedyś, że nasze miasta tętniące życiem, muzyką, rozrywką i bogactwem są często pustyniami ducha, w których wiele osób nie radzi sobie z codziennością i jest głęboko nieszczęśliwych. Ostatnimi laty renomowane czasopisma naukowe z dziedziny psychologii czy psychiatrii biją na alarm, że jedną z coraz bardziej powszechnych chorób tego stulecia jest poczucie osamotnienia. Amerykański socjolog Robert Putnam w książce p. t. Samotna gra w kręgle pisze: „Żyjemy w czasach subiektywnego kurczenia się otaczającego nas świata, mamy złudne wrażenie bliskości i egzystencji w globalnej społeczności. Żyjemy obok siebie, a nie ze sobą. Boimy się realnej bliskości, zastępując ją coraz to nowszymi wynalazkami rzekomej nowoczesnej wirtualnej komunikacji. Czujemy się znużeni, zagubieni i przede wszystkim osamotnieni w ludzkiej dżungli, będącej dla jednostki coraz bardziej nieprzyjazną”.

W taki obraz wpisuje się przesłanie dzisiejszej Ewangelii. Apostołowie i wielki tłum ludzi są na pustyni, która symbolizuje brak życia. Są głodni i zmęczeni. Przywołane w Ewangelii miejsce pustynne bardzo dobrze opisuje naszą obecną sytuację. My także szukamy pokarmu, który nas zaspokoi. Często robimy to podobnie, jak chcieli to zrobić apostołowie: iść i kupić, zdobyć więcej, zarobić więcej, bo to, co mamy, nie wystarcza… Ze współczesnego konsumpcjonizmu próbuje się czynić dzisiaj antidotum na ludzie smutki i pustkę. Lecz w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że to, co miało być lekarstwem, staje się tylko chwilowym zapełniaczem duchowej pustki, pogłębiającym jeszcze bardziej wewnętrzny głód.

Tymczasem Jezus mówi nam coś innego: żebyśmy nie kupowali i nie pomnażali, ale wykorzystali to, co mamy. Żebyśmy spojrzeli na to, co symbolizuje tych kilka chlebów i uznali, że z pomocą Boga możemy zrobić całkiem sporo.

Wydajemy pieniądze na tyle dóbr, które nas nie nasycają a jednocześnie pozwalamy, aby została nie wykorzystana i nie pomnożona cała masa talentów, które posiadamy i dóbr, którymi się otaczamy. Jezusem zachęca nas do zrezygnowania z pokusy nadmiaru.

Bo czy nie jest tak, że to właśnie często nadmiar oddziela nas od miłości Chrystusowej. Namiar tego, co posiadamy, nadmiar naszych oczekiwań, nadmiar naszych pretensji…

Święty Paweł zadaje nam dzisiaj bardzo ważne i wcale nie retoryczne pytanie: „Cóż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?” I sam odpowiada na to pytanie jednoznacznie – NIC! – „ani utrapienia, ani niebezpieczeństwa, ani śmierć, ani życie, ani jakiekolwiek inne stworzenie. Dla kogoś, kto choćby tylko razy doświadczył Bożego działania w swoim życiu, słowa św. Pawła z Listu do Rzymian są zrozumiałe.

Tymczasem na przekór tak jasnej odpowiedzi św. Pawła wydawać się może, że to właśnie wyliczone przez niego utrapienia, niepewności, lęki i strach, które nieoczekiwanie wkraczają w różne dziedziny życia tak bardzo skutecznie potrafią oddzielić współczesnego człowieka od Boga. Do tego można by jeszcze dołożyć tak podsycane dzisiaj poczucie samowystarczalności, którego człowiek boi się utracić.

Wiara świętego Pawła, że Jezus Chrystus zabity na krzyżu powstał z martwych, zawiera w sobie mocne przekonanie, że „ani śmierć, ani życie, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani co jest wysoko, ani co jest głęboko, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym”. Czy jednak my, bez chwili wahania możemy podpisać się pod tym Pawłowym stwierdzeniem?

Czy nie łapiemy się nieustannie na tym, że pewność naszej wiary jest ciągle wystawiane na próbę, a czasami znika, gdy tylko pojawiają się problemy albo zagrożenie naszej egzystencji.

Dlaczego słowa, które tak jasno pokazują wszechmoc Bożej miłości poświadczonej poprzez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, tak słabo wpływają na nasze codzienne zmagania?

Przyczyn zapewne jest wiele. Działanie instynktu samozachowawczego, skutki grzechu pierworodnego, nasze osobiste grzechy oraz niezliczone przeżyte rozczarowania, utraty zaufania.

A jednak tak jak wiara czy zaufanie są podważane przez negatywne doświadczenia, tak też jesteśmy zaproszeni do nieustannego odkrywania prawdy, że nic nie może nas oddzielić od Bożej miłości. Zwłaszcza, że ta miłość jest nam dana za darmo!

Kiedy jednak słyszymy, że coś jest za darmo rodzi się w nas podejrzliwość. Czytając dzisiejszy fragmentu z Księgi Izajasza: „Wszyscy spragnieni przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy. Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko” dochodzimy do wniosku, że przecież tak nie można! Nie można kupować bez płacenia! To niedorzeczne i nielogiczne”.

Ten sposób myślenia pokazuje to, co bardzo głęboko zakorzenione w każdym z nas. Wszyscy doskonale wiemy, że za wszystko trzeba zapłacić. Nie można kupować bez płacenia. Nie ma nic za darmo!

Prorok Izajasz, a tym bardziej Pan Jezus, który zamiast posłać ludzi do wsi, by kupili coś do jedzenia, kazał Apostołom nakarmić tłumy, mówią nam, że jednak nie za wszystko na tym świecie można zapłacić, że są rzeczy, które można otrzymać za darmo, bo nie istnieje taka suma, za którą można by to kupić.

Tą rzeczywistością jest zbawienie i jest nią  miłość Boga do każdej i każdego z nas. Co więcej: ten świat nie mógłby w ogóle istnieć, gdyby nie było bezinteresownego dawania miłości. Prawdziwa miłość jest za darmo, właśnie dlatego, bo jest miłością.

Może warto się zatrzymać i nad tym pomyśleć. Bo jeśli zrobimy w naszym życiu więcej miejsca dla tej miłości, to łatwiej nam będzie zauważyć obecnego w naszym życiu Boga i kochających nas ludzi, stanowiących bogactwo samo w sobie a przez to łatwiej też będzie zrezygnować z tego, za czym nie warto się uganiać, bo i tak nas nie nasyci a dzielić się właśnie tym  często niedocenianym bogactwem, które posiadamy. Tym bardziej, że miłość ma to do siebie, że im bardziej się nią dzielimy, tym bardziej się mnoży na wzór chleba, którym Jezusa nakarmił rzesze na pustyni.

Dobre nasienie słowa

Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie, mówiąc: «Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście».

On odpowiedział: «Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie.» (Mt 13, 36-43)

Jezus z wielką prostotą próbuje nam tłumaczyć w ostatnich dniach tajemnice Królestwa Bożego. Czy przybliżając to Królestwo Boże we wczoraj przywołanym obrazie ziarnka gorczycy, czy też dzisiaj, w obrazie siewu ziarna, którego dokonuje Syn Człowieczy uświadamia nam, że często to Boże życie wzrasta w nas prawie niezauważalnie. Jezus przypomina też nam, jaka jest logika życia, do którego nas zaprasza: Musimy być czujni i wrażliwi na łaski, które On nieustannie nam daje, ponieważ są one często zagrożone.

Przenosząc to na język medytacji słyszymy w Ewangelii, że «Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy». Słowo, które towarzyszy nam jest wezwaniem bezpośrednio odwołującym się do Jezusa i w tym sensie nie mamy wątpliwości, że każde wezwanie, które wypowiadamy w czasie medytacji jest tym dobrym ziarnem, które niosąc w sobie łaskę, kiedy padnie na dobry grunt naszego serca może przynieść jedynie dobre owoce.

Jezus mówi, że rolą, na której sieje ziarno słowa jest świat. Każda i każdy z nas jest częścią tego świata. W dużej mierze od nas zależy, czy słowo, na które się otwieramy przyniesie w naszym życiu dobre owoce czy też nie. Ziarno łaski i zaczyn miłości, który wraz ze słowem przychodzą do nas w czasie medytacji i które dopuścimy do naszego serca, są w stanie nas przemienić. Należy jedynie zapewnić łasce odpowiednie warunki  by mogła w nas wzrastać. Tymi warunkami między innymi jest wytrwałość, otwartość naszego serca i cisza, która pozwala temu słowu działać. 

Jezus niejednokrotnie uświadamia nam, że niesamowite są efekty przyjęcia tego Królestwa przez człowieka – życie człowieka staje się bardzo bogate i życiodajne, staje się miejscem dobrym dla innych.

Jezus ukazując obraz ziarna słowa i ziarna łaski, które musi często walczyć o wzrost i rozwój z chwastem naszych słabości, które także dają znać o sobie w praktyce medytacji przez liczne rozproszenia, które próbują zakłócić proces medytacji uczy nas tak naprawdę pokornego i cierpliwego wzrastania w życiu duchowym. Wytrwałość i cierpliwość w medytacji uczy nas też jak strzec się pokusy zniecierpliwienia, przeskakiwania kolejnych etapów rozwoju duchowego, pozornego i powierzchownego wzrostu.

Praktyka medytacji uświadamia nam, że warto pozwolić, aby Boża łaska spokojnie, ale konsekwentnie pracując w nas, nadała naszemu życiu nową jakość, tak abyśmy nią przemienieni sami stali się znakiem Królestwa Bożego w świecie.