Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego. Kto zaś z ludzi zna to, co ludzkie, jeżeli nie duch, który jest w człowieku? Podobnie i tego, co Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży. Otóż my nie otrzymaliśmy ducha świata, lecz Ducha, który jest z Boga, dla poznania dobra, jakim Bóg nas obdarzył. A głosimy to nie za pomocą wyszukanych słów ludzkiej mądrości, lecz korzystamy z pouczeń Ducha, przedkładając duchowe sprawy tym, którzy są z Ducha. (1 Kor 2, 10-14)
Lektura historii zbawienia przywołanej na kartach Pisma Świętego przyzwyczaiła nas, że moc Słowa Bożego zazwyczaj przejawiała się widzialnie. Ale nie zawsze tak jest. Doświadczenie medytacji przekonuje nas, że słowo działa także w sposób niewidzialny a przynajmniej nie zawsze dostrzegalny dla nas i dla naszych zmysłów.
Działanie Ducha – jak zapewnia nas św. Paweł – dokonuje się często delikatnie, w ciszy, nie naruszając naszej wolności. I jak zapewnia dalej św. Paweł by opisać działanie Ducha nie trzeba wyszukanych słów ludzkiej mądrości. Synonimem tej prawdy jest prostota wezwania, które towarzyszy medytacji monologicznej. To może być jedno słowo lub jedno zdanie niosące jednak ze sobą wielką moc i wielkie znaczenie.
Potęga słowa, po które sięgamy w medytacji bierze się stąd, że sam Jezus, którego obecności przyzywamy w tej modlitwie jest Słowem wszechmocnym, przez które świat został stworzony. Od tej prawdy Apostoł Jan rozpoczyna głoszenie swojej Ewangelii. Prawdę tę głosi też św. Paweł, gdy pisze: „W Nim wszystko zostało stworzone – i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne (…). Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie”. [Kol 1, 16-17]
Jego słowo jest przede wszystkim Słowem Bożej miłości i jako takie przychodzi do nas w medytacji.
Kiedy doznajemy mocy słowa Bożego, jako owocu praktyki medytacji, to jest to zawsze przejaw tej wszechmocnej miłości, którą zostaliśmy ogarnięci w Jezusie Chrystusie. „Żywe jest słowo Boże, skuteczne – czytamy w Liście do Hebrajczyków – ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikający aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12).
Zarazem wszechmocne Słowo Boże jest pokorne. Jezus czeka na to, że Go zaprosimy do siebie – do naszego wnętrza i do naszego serca. Przypomnijmy słowa Pana Jezusa z Apokalipsy św. Jana: „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20).
Każda medytacja jest takim zaproszeniem Jezusa do naszego serca. Jest otwieraniem drzwi dla Jego mocy, ale jest także uczeniem się pokornego obcowania ze słowem. Wymaga ono od nas całkowitego powierzeni się jego działaniu i prowadzeniu, choć nie wiemy dokąd nas ono poprowadzi i przez jakie doświadczenia każe nam przejść. Postawa pokory jest fundamentalna dla praktyki medytacji, żeby móc cieszyć się jej owocami.
Pokory wymaga od nas również trwanie w ciszy, z którą współczesny człowiek często ma kłopot, której często nie szanuje i przed którą ucieka, lecz to ona jest naturalnym środowiskiem wsłuchiwania się w Słowo Boże i jego oddziaływania na nas. Cisza jest przestrzenią, w której wchodzimy w kontakt z naszym sercem a przez to w kontakt z prawdą o Bogu i o sobie. Kontakt, który dokonuje się bardziej na płaszczyźnie serca niż na płaszczyźnie rozumu, którego aktywność nieco wyciszamy w medytacji sprawia – zgodnie ze słowami św. Pawła – że możemy korzystać wprost z pouczeń Ducha nie przefiltrowanych przez nasz intelekt. To właśnie dlatego praktyka medytacji uczy nas powoli, ale wytrwale przedkładać sprawy ducha nad sprawy ciała i materii nie tylko w czasie medytacji, ale też w codziennym życiu.
Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie». Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: «Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku».
Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania». (Mt 16, 21-27)
Kardynał Stefan Wyszyński – można powiedzieć, że błogosławiony, bo jego wyniesienie na ołtarze jest przesądzone, choć zostało jedynie opóźnione przez pandemię – w swoich Zapiskach więziennych, będących diariuszem z czasu uwięzienia go przez komunistów wspomina sytuację, która miała miejsce tuż przed jego aresztowaniem w 1953 roku. Kiedy wychodził po liturgii z warszawskiej katedry, ktoś wręczył mu obraz uwięzionego Chrystusa. Kardynał mocno zapamiętał szczegół z tego obrazu, którym były skrępowane ręce Pana Jezusa.
Już po uwięzieniu obraz ten stał się dla niego symbolem jego własnego losu. Ale właśnie to doświadczenie prześladowania i pozornej porażki zaowocowało planem wielkiej narodowej nowenny, która wlała w serca Polaków nowy duchowy impuls.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus daje uczniom zapowiedź wydarzeń, które mają nastąpić. Mówi, że uczeń Chrystusa musi liczyć się z tym, że za swoją wiarę i wierność Ewangelii może doświadczyć odrzucenia, cierpieniu a nawet śmierci. Apostołowie, nie tylko nie rozumieją tych słów, ale można powiedzieć wręcz, że rodzą one w nich bunt. Wyrazicielem ich uczuć jest Piotr: „Panie, niech Cię Bóg broni!”.
Królestwo Boże, które sobie wymarzyli, nie mogło być zbudowane na odrzuceniu, cierpieniu i śmierci. Wręcz przeciwnie, królestwo to powinno być królestwem triumfu. Czasy mesjańskie w wyobrażeniu każdego Żyda miały być czasem zapłaty za lata niewoli i pohańbienia narodu izraelskiego. Mesjasz, którego tak długo oczekiwali, miał przynieść im wolność i dostatek. Dlatego tak trudno było apostołom zgodzić się z zapowiedzą Jezusa.
Tymczasem to, co Apostołom wydaje się być „porażką” Chrystusa jest kluczowym doświadczeniem chrześcijaństwa. Dzisiaj wiemy dobrze, że bez Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Bez królestwo Boże byłoby tylko utopią, a Jezus co najwyżej rewolucjonistą. Owa „porażka” widziana oczyma Apostołów jest potrzebna, by zrobić miejsce Bogu.
Prorok Jeremiasz i Piotr Apostoł nie mają łatwo z Panem Bogiem, choć obaj zdecydowali się pójść za Nim i Jemu służyć.
Bohater pierwszego czytania od długiego już czasu głosi potęgę Boga i wzywa swój naród do nawrócenia. Jest zmęczony ciągłym napominaniem grzeszników. Jego proroctwa denerwują ludzi, więc kolejny raz wszystkich ma przeciwko sobie.
Piotrowi, choć dopiero od niedawna jest wyznawcą Chrystusa wydaje się, że wie lepiej od samego Mistrza, jak powinny wyglądać dzieje Mesjasza.
Obaj patrzą bardzo po ludzku. Jeremiasz i Piotr wpadli w pułapkę.
Ileż to razy ulegamy opinii innych ludzi? I nie chodzi tu jedynie o ich wpływ na nasze codzienne życie, ale o naszą wiarę. Warto zapytać siebie: Ile razy trudno nam było się przyznać do naszej wiary przed innymi? Albo: Czy nie zdarza nam się ulegać ludzkiej kalkulacji? Nawet w sprawach Bożych? Czy to nie zabija gdzieś w nas wielkoduszności?
Świętemu Pawłowi ów problem też nie był obcy. Ten, który walczył z chrześcijanami, od chwili nawrócenia potrzebował około dziesięciu lat, by podjąć trud głoszenia Jezusa Chrystusa. Paweł wie, co trzeba w sobie zmienić: „Proszę was, bracia, (…) abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża”.
Słowa Pawła to zaproszenie do wolności. Do ciągłej pracy i przyglądania się sobie, czy rzeczywiście to, co robimy, służy Bogu, czy może zaspokajaniu naszych ambicji i zachcianek? To jednocześnie ostrzeżenie przed szatanem, który skrzętnie potrafi wykorzystać naszą nierozwagę.
Paweł Apostoł pisze dziś też o roli ciała. Warto się na chwilę zatrzymać na tej pawłowej antropologii, którą znajdujemy w jego listach. Ciało dla chrześcijanina jest „narzędziem zbawienia”. Wcielenie Boga jest niczym innym dla św. Pawła, jak dowartościowaniem ludzkiego ciała. Nie jest przeszkodą w drodze ku zbawieniu, ani jedynie więzieniem dla duszy – jak sugerowała filozofia grecka, z którą św. Paweł polemizował.
Ciało ludzkie jest istotną, wcale nie gorszą, częścią człowieka, jako całości. Zasługuje, więc na taki sam szacunek, jaki należy się duszy. Dusza i ciało są, bowiem współzależne. Dusza korzysta ze zdrowego ciała: „w zdrowym ciele, zdrowy duch” – to przysłowie znane było już starożytnym Rzymianom.
Ciało, ze swojej strony, często uzewnętrznia stan naszej duszy: Jeśli dusza ma się dobrze, ciało wyraża to na przykład, uśmiechem, który pojawia się na twarzy i czyni ją piękną. Kiedy dusza ma się niedobrze, również można odczytać to z twarzy człowieka. Święty Paweł przypomina też z właściwym sobie realizmem, że nasze ciało to nie zabawka, to świątynia!
Oczywiście św. Paweł nie ma złudzeń, że właśnie w naszym ciele najboleśniej możemy doświadczyć grzechu i jego skutków. Sam daje tego świadectwo w tym samym Liście: „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie” (7, 18). Wewnętrzne rozbicie, brak współbrzmienia wszystkich przestrzeni życia człowieka jest naszym wspólnym dziedzictwem. Kiedy Paweł mówi o „dawaniu swoich ciał na ofiarę Bogu, jako wyraz rozumnej służby Bożej”, to pokazuje drogę do przyjęcia owoców odkupienia. Wiedzie ona nie przez odrzucenie i zanegowanie ciała, czyli tego, co w nas trudne, skomplikowane, zranione i bolesne, ale przez zaakceptowania swojego człowieczeństwa, z jego ciemnymi stronami i oddania się Bogu na wzór Jezusa, który w swoim ciele zjednoczył sprawy Boże ze sprawami ludzkimi. Chrześcijanin to człowiek żyjący darem odkupienia, które ogarnia i przemienia go całego a także całego go integruje.
„Chwałą Boga żyjący człowiek”, mówił św. Ireneusz z Lyonu. Człowiek żyjący, czyli człowiek, który nie jest sztucznym tworem – bez uczuć, bez emocji. Do takiego człowieka przychodzi Bóg. Owszem doświadczeniu wiary nie są obce wątpliwości, ciemności wewnętrzne, przez które przechodzi Jeremiasz, św. Paweł, św. Piotr i które wielu z nas także nie są obce. A jednak również pośród ciemności zawsze Bóg udziela nam swojego światła.
My także lubimy słuchać Ewangelii gdy mówi o radościach, zwycięstwach, nagrodach czekających tych, którzy idą za Chrystusem. Kiedy słyszymy konieczności wzięcia krzyża i cierpieniu, które łączy się z wiarą podobnie jak w Piotrze Apostole rodzi się w nas wewnętrzny opór.
A jednak w życiu duchowym niezrozumienie przez innych, odrzucenie, cierpienie są czasem konieczne, bo dzięki nim dojrzewamy do tego, aby jak Jeremiasz, św. Piotr czy św. Paweł budować nie tyle na własnej sile i doskonałości, ile na Bożej mocy, Jego łasce i miłosierdziu.
Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?»
A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków».
Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?»
Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego».
Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr, czyli Opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie».
Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem. (Mt 16, 13-20)
Postacią, która wysuwa się na plan pierwszy dzisiejszej Ewangelii jest bez wątpienia Piotr. Wyznaje mesjańską godność Jezusa – Syna Boga żywego.
Jest w dzisiejszym wyznaniu wiary św. Piotra pewna nadwyżka. „Nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”. Apostoł wypowiada słowa, których do końca nie rozumie. Więcej nawet, wypowiada słowa które nie mogły pochodzić od „ciała i krwi”, czyli od człowieka kruchego słabego i prostego. Co więcej są to słowa, których prawdopodobnie Piotr, w chwili kiedy je wypowiada nawet do końca nie rozumie. Kościołowi zajmie kilka wieków rozgryzienie, co to znaczy, że Jezus jest Zbawcą i Synem Boga żywego. Dla Piotra z kolei zrozumienie tych słów będzie się dokonywało nie tyle na drodze formułowania dogmatów, ile przez podążanie – niejednokrotnie bardzo oporne – za Jezusem: obserwowanie Mistrza nauczającego i czyniącego znaki, doświadczenie Wieczernika i przespanie wydarzeń z Ogrodu Getsemani, zaparcie się na dziedzińcu pałacu arcykapłana, ucieczkę przed rzeczywistością Krzyża i wreszcie przemieniające spotkanie Jezusa zmartwychwstałego. Każde z tych wydarzeń nadawać będzie nowy ciężar gatunkowy wypowiedzianym dziś słowom. Wyryje je w Piotrze, ale też jego samego w nich wyryje. Z czasem przestaną być one tylko teorią, sformułowaniem wyciągniętym z zakurzonych zwojów prorockich, ale samym życiem Apostoła.
Wyznanie Piotra jest dla nas niezwykle pocieszające, bo mimo tej kruchości i słabości stał się narzędziem Bożym. Co więcej, Jezus nazwał Piotra – skałą.
Skałę możemy rozumieć tutaj jako synonim pewnego oparcia dla stóp. W obecności ludzi, którzy dają nam takie oparcie, łatwiej nam stawać w prawdzie i przyznać się do siebie takich, jakimi jesteśmy.
Wszyscy potrzebujemy oparcia w kimś, kto mocno stoi na własnych nogach, kto wie, czego chce od życia. Tylko ktoś taki potrafi zrezygnować z przeforsowywania na siłę własnego zdania. Skała to przeciwieństwo – używając współczesnego języka – „betonu”. To ktoś, kto mając swoje własne, mocno ugruntowanie przekonania pozwala jednocześnie innym mieć własne zdanie. To ktoś kto daje pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa, a także spokój i pokój wewnętrzny. Jeśli, jak Piotr, uznamy swoją słabość i ciemne strony własnego życia i z pokorą poddamy je Bogu i działaniu Jego łaski, będzie On mógł posłużyć się nami – podobnie jak Piotrem – jako swoimi narzędziami.
W tym sensie ta dzisiejsza Ewangelia opisuje drogę każdego chrześcijanina i uzmysławia, że moja wiara nie jest moim dziełem. Nie znalazłem jej, nie stworzyłem, ale otrzymałem – przez ludzi, we wspólnocie Kościoła, ale zawsze jako łaskę, dar. W przeżywaniu i wyznawaniu wiary zawsze będzie ten element, którego nie rozumiem i nie ogarniam, który przekracza moje pojmowanie i dlatego wymaga ufnego powierzenia się prowadzeniu Ducha Świętego, który jako jedyny może poprowadzić mnie do pełniejszego zrozumienia tajemnicy. Podobnie jak w przypadku Piotra owo zrozumienie przychodzi nie przez wiedzę, teoretyzowanie, ale przez osobiste doświadczenie relacji z Jezusem. Bez niego pozostaniemy co najwyżej na płaszczyźnie teorii, która ani nas nie zmienia ani tym bardziej nie zbawia a z czasem, gdy nas przytłacza swoją wielością grozi nawet jej porzuceniem, jako substytutem wiary, który niestety wielu myli z wiarą, mówiąc: „porzuciłem wiarę”. Prawda jest jednak taka, że wiary, jeśli jest prawdziwa i żywa, nie można jej porzucić!
W książce Kłamstwa, w które wierzymy znaleźć można takie stwierdzenie: „Gdy miałem dwadzieścia lat, martwiłem się, co inni o mnie myślą. Gdy miałem lat czterdzieści, mówiłem sobie: niech myślą, co chcą. Później odkryłem, że większość ludzi wcale o mnie nie myśli”.
Pytanie na ile nasza wiara jest stałym myśleniem o Chrystusie? Może znakomita większość chrześcijan na postawione im ad hoc pytanie: „Za kogo ludzie uważają Chrystusa?” potrafilibyśmy coś odpowiedzieć, przytoczyć różne opinie: mesjasz, prorok, cudotwórca, mędrzec… Ale co z odpowiedzią na drugie pytanie, które stawia dziś Chrystus – bardzo osobiste i intymne? Tu nie chodzi o podanie prawidłowej, obiektywnie trafnej odpowiedzi: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. To trochę jak na sprawdzianie z matematyki – liczy się nie tylko wynik, który można od kogoś ściągnąć, ale liczy się cały proces szukania i dochodzenia do odpowiedzi. Śmiem twierdzić, że odpowiedź na to pytanie pokazuje czy wiara odpowiadającego jest żywa, czy też jest zbiorem różnych „plagiatów”, tradycji, zachowań, które jednak nie mają odniesienia do jego codziennego życia…
Kim dla mnie jest Chrystus? Jest to pytanie zasadnicze. Nie tylko dlatego, że nie ma chrześcijaństwa bez Chrystusa (co dziś dla wielu – również deklarujących się jako chrześcijanie – wcale nie jest oczywiste!) I nie dlatego, że On jest Zbawicielem. Nie dlatego też, że głosił Ewangelię, wyrzucał złe duchy, karmił głodnych, uzdrawiał chorych, że umarł i zmartwychwstał. To wszystko prawda – czytamy o tym w Ewangeliach, potwierdzone to zostało przez wielu świadków.
Jest to pytanie zasadnicze także dlatego, że pozwala znajdować odpowiedzi na te podstawowe i uniwersalne pytania, które człowieka od zawsze nurtują i które zawsze będzie sobie zadawał: Kim jestem? Skąd pochodzę? Do czego zmierzam? Innymi słowy decyduje o tym, w czym lokujemy cały sens naszego życia.
Jan Paweł II w swojej pierwszej encyklice napisał: „Chrystus objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi (…). Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca (…) musi ze swoim niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, przybliżyć się do Chrystusa” (Redemptor hominis, nr 10).
Chcę dobra, a czynię zło – dlaczego? Tęsknię za życiem, a doświadczam śmierci – dlaczego? Pragnę miłości, a tyle we mnie złości, niechęci, pretensji – dlaczego? Co jestem wart? Jaki jest sens moich starań, wysiłków, ofiar? Człowiek nie może zrozumieć siebie i swojego życia bez osobistej odpowiedzi na te pytania.
Dla mnie i dla wielu osób wierzących, które znam osobista relacja z Chrystusem sprawia, że odpowiedź na te pytania staje się oczywista a przynajmniej dużo łatwiejsza. Ale śmiem powiedzieć, że dzieje się tak tylko wówczas, gdy Jezus jest przede wszystkim kimś żywym i bardzo bliskim. Jest Panem, Mistrzem i Przyjacielem. Jest po prostu życiem. A nie wtedy, kiedy jest tylko kimś teoretycznie obecnym w naszym życiu.
Nie znaczy to oczywiście, że żyjąc doświadczeniem wiary znajdziemy odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości. Wiele z nich pozostanie zapewne bez odpowiedzi aż do chwili, kiedy Piotr swoimi kluczami otworzy nam wejście do Domu Ojca. Istotne jest jednak – jak sądzę – aby słowa z dzisiejszej Ewangelii nie przestały być dla nas ciągłą inspiracją a słowa wyznania wiary powtarzane za Piotrem: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”, by nie były jedynie zrozumiałe, ale by kształtowały nas według siebie i byśmy pragnęli żyć według ich miary.
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, powiadam wam: Bogatemu trudno będzie wejść do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego».
Gdy uczniowie to usłyszeli, bardzo się przerazili i pytali: «Któż więc może być zbawiony?»
Jezus spojrzał na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe». (Mt 19, 23-26)
Słowa te nie są skierowane przeciwko posiadaniu dóbr materialnych. Bo przecież dóbr materialnych potrzebujemy. I to Pan Bóg tak nas stworzył, że ich potrzebujemy. Potrzebujemy ich codziennie. Potrzebujemy codziennie jeść i pić, ubrać się, musimy mieć gdzie mieszkać. Pieniądze są nam potrzebne również do zaspokajania potrzeb duchowych, choćby po to, żeby kupić książkę czy pomóc potrzebującemu. Ale nie wolno nam nigdy zapomnieć, że to są tylko środki – nie cel ani nie podstawa znaczenia naszego ludzkiego życia.
Dlatego Pan Jezus ostrzega nas, abyśmy dóbr tego świata nie czynili celem naszego życia, ani nie szukali w nich potwierdzenia swojej wartości, czy też poczucia bezpieczeństwa, które mogłoby zepchnąć Pana na dalszy plan.
Praktyka medytacji, w której odwołujemy się do imienia Jezus ma nam ciągle przypominać o tym, kto jest prawdziwym i jedynym oparciem w życiu człowieka wierzącego. Ma także uwalniać nasze myślenie, tak często zaprzątane kwestiami materialnymi. Medytacja jest szkołą pozwalającą nam nieustannie wracać do prawdy o tym, że prawdziwa wartość człowieka znajduje się w jego sercu. Dlatego jednym z celów medytacji jest uwalnianie serca medytującego od skupiania się na tym, co ulotne, przemijające, doczesne. „Tylko serce rozszerzone wolnością jest w stanie otworzyć się na łaskę, którą pragnie je napełnić Bóg” – naucza Mistrz Eckhart.
Warto przywoływać znaną sentencję z Księgi Hioba: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Bóg dał i Bóg zabrał. Niech imię Pańskie Będzie błogosławione!” [Hi 1,20] Może ona być piękną modlitwą o wolność naszego serca.
Medytacja monologiczna podążając tą samą ścieżką jest szkołą pełnego ufności przyzwolenia na to, aby to Bóg był tym, który prowadzi nas w naszym życiu. I to nie w sensie ogólnym, ale krok po kroku, chwila po chwili. Taka postawa uczy nas nie sprzeciwiać się temu, co nas spotyka. Nie chodzi jednak o postawę kapitulacji czy rezygnacji, lecz całkowitego zawierzenia w to, że doświadczenia, przez które Pan Bóg nas przeprowadza służą naszemu uświęceniu a jednocześnie stają się okazją odkrywania Jego mocy i Jego obecności w naszym życiu.
Taki brak sprzeciwu znajdujemy właśnie u Chrystusa, o którym św. Paweł pisze w Liście do Filipian: „Nie skorzystał ze sposobności aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi” [Flp 2,6-7]
A praktyka medytacji monologicznej jest przecież szkołą upodobnienia się do Jezusa, którego imieniem oddychamy.
Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.
Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».
Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».
A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».
On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».
A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».
Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

Wiara Kościoła powszechnego nie jest „na wiarę”. Nie jest tylko aktem zaufania, który pozwala skoczyć w gęsty mrok z bezpodstawną nadzieją, że może na samym dole jest ktoś, kto nas ewentualnie złapie. To nie jest katolicka wizja wiary. Bóg nie domaga się zaufania „w ciemno”, nie powie: „Jeśli masz problem, to uwierz mocniej”. Zaufanie buduje się na wspólnym doświadczeniu – na tym, że nie zostałem zawiedziony. Bóg zawsze wychodzi pierwszy z inicjatywą. To On jest Stwórcą, to On zaproponował pakt o nieagresji i wzajemnym świadczeniu sobie dobra zwany Przymierzem, to On posyła proroków, a w końcu – choć bardzo Go zawiedliśmy – posyła swojego jedynego i ukochanego Syna. Dlaczego?!
Bo Bóg wierzy w nas mocniej niż my w Niego.
W tym kontekście warto popatrzeć na zdziwionego Jezusa, przed którym klęczy upokorzona kobieta kananejska. Przedpaschalna misja Jezusa i uczniów jest skierowana przede wszystkim do Ludu Wybranego, bo oni nie muszą wierzyć w ciemno. Ich zaufanie do Boga budowało się bardzo długo na konkretnych wydarzeniach całej historii zbawienia, na doświadczeniach całych pokoleń Żydów, przez które poznali, że Bóg ich nie zawiódł, kiedy oni potrzebowali pomocy, choć oni często Boga zawodzili. Można zatem powiedzieć, że wiara ludzi otoczonych objawieniem Boga jest odpowiedzią na to, kim jest Bóg i jak działa.
Lecz bohaterka dzisiejszej Ewangelii jako poganka była poza doświadczeniem tak cudownej ingerencji Boga w rzeczywistość jej życia czy życia jej narodu. Jednak przyszła błagać o litość. Jezus początkowo niechętnie odpowiada na błaganie kobiety. Jednak ostatecznie przekonany jej wielką wiarą nie zostawił jej prośby bez odpowiedzi.
Można retorycznie zapytać: „Co się stało pomiędzy 15. a 28. rozdziałem Ewangelii według św. Mateusza, że Pan Jezus, który początkowo był w stanie pójść tylko do swoich, ostatecznie wychodzi ze swoją łaską także na przeciw obcym?
Używając współczesnego języka można by powiedzieć, że Pan Jezus się rozwinął. Ale dobrze wiemy, że Jezus niczego nie robi bez powodu. Niejednokrotnie dał dowód tego, że doskonale wie, co Go czeka w Jego ewangelicznej wędrówce przez Palestynę. Być może wiedział także, co lub kto Go spotka w okolicach Tyru i Sydonu, którędy przechodził nie przez przypadek. Ewangelia często pokazuje, że Jezus bardzo świadomie wybiera miejsca, w które zabiera swoich uczniów, gdzie w ich obecności dokonuje cudów. Dzisiejszy cud wydaje się mieć podwójny wymiar: To nie tylko wyjście z łaską naprzeciw prośbie poganki, co dla Żydów musiało być znakiem a może nawet powodem zgorszenia dla wielu z nich; to także wezwanie do rozwoju dla Jego uczniów. Rozwój to jeden z podstawowych procesów w życiu każdego człowieka. Również ważny na płaszczyźnie życia duchowego. Trud rozwoju, jest często tożsamy z trudem przemiany myślenia, trudem przemiany zwyczajów, trudem przekraczania ograniczeń.
Jezus chce nas nauczyć swoją postawą z dzisiejszej Ewangelii trudu szczególnie trudnego – otwierania się nie tylko na swoich, ale też na innych, a zwłaszcza na obcych.
To lekcja potrzeba nam szczególnie w dzisiejszych czasach. Widać to gołym okiem. Bo znowu powstają mury, mimo że Chrystus zburzył rozdzielający mur – wrogość. I to nie gdzieś daleko rosną mury. Rosną u nas i w nas. Nieodżałowany Jan Paweł II mówił: „Czyż nie można powiedzieć, że po upadku jednego muru, tego widzialnego, jeszcze bardziej odsłonił się inny mur, niewidzialny – mur, który przebiega przez ludzkie serca? Jest on zbudowany z lęku i agresji, z braku zrozumienia dla ludzi o innym pochodzeniu i innym kolorze skóry, przekonaniach religijnych, jest on zbudowany z egoizmu politycznego i gospodarczego oraz z osłabienia wrażliwości na wartość życia ludzkiego i godność każdego człowieka” (3 czerwca 1997 roku – Gniezno)
Po Zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego Kościół głosi wszystkim ludziom bez wyjątku – bez względu na to czy chcą tę prawdę przyjąć czy też ja odrzucają – że nasz Bóg jest ich Bogiem przez odkupienie całej ludzkości.
Warto próbować Go choć trochę zrozumieć, kiedy spotykamy tych, którzy nie są z nas. Bóg zawsze rozumie nas pierwszy a my mamy się do Niego upodabniać.
Za Karlem Rahnerem warto sobie czasem powiedzieć, że moja wiara należy bardziej do Niego niż do mnie, bo to nie ja wyszedłem pierwszy z propozycją przyjaźni, wręcz przeciwnie.