Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Proś o to, co mam ci dać…

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją».

«Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Zrozumieliście to wszystko?» Odpowiedzieli Mu: «Tak».

A On rzekł do nich: «Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare». (Mt 13, 44-52)

 

W czytaniu z Księgi Królewskiej zupełnie jak w bajce Pan Bóg mówi do Salomona: „Proś o to, co mam ci dać”.

To nie była łatwa decyzja. Paleta „ofert” Pana Boga była nieskończona. Salomon mógł wybrać właściwie wszystko, o czym zamarzył.

Młody król nie prosił o długie życie. Nie prosił o bogactwa ani o zgubę swoich nieprzyjaciół. Młody król poprosił Boga o mądre serce, o zdolność rozróżniania dobra i zła, o umiejętność wydawania sprawiedliwych wyroków.

„Proś o to, co mam ci dać”. To jest bardzo poważne, niebajkowe wezwanie. Bóg przychodzi z nim do każdego z nas. Można powiedzieć, że nieustannie odpowiadamy na to wezwanie całym naszym życiem. Dokonujemy różnych wyborów, podejmujemy tysiące decyzji często w sprawach, które pozornie nie dotyczą naszej wiary. Ciągle jednak jest to ten sam dialog z Bogiem i próba odpowiedzi na pytanie, czego naprawdę pragniemy, czego się spodziewamy, czego od Boga oczekujemy.

Mistrz Eckhart – niemiecki mistyk, filozof i teolog zwykł mawiać, że warto uważnie przyglądać się nie wielkim i najważniejszym decyzjom naszego życia, lecz drobnym, pozornie nieistotnym na pierwszy rzut oka wydarzeniom i wyborom naszej codzienności, gdyż to one mówią najwięcej o nas samych, naszych pragnieniach i o naszej sytuacji. Dlatego poznanie siebie jest nieodzownym krokiem na drodze do Boga.

Chrystus pod osłoną dzisiejszej przypowieści chce nam przekazać ważną prawdę: Mamy szukać skarbu! Mamy szukać Boga we wszystkim. Mamy Go szukać wokół nas i w nas samych, wszak często jest bliżej, niż nam się wydaje. Co więcej mamy być gotowi zostawić wszystko, by zachować ten skarb i by to on decydował o wszystkich naszych wyborach.

Najważniejszym jednak przekazem dzisiejszej Ewangelii jest to, że chrześcijaństwo, to już teraz uczestniczenie w radości przebywania z Bogiem. To świadomość, że nosimy już Boga w swoim sercu. To największy dar, jaki Bóg chce nam ofiarować. Pytanie tylko, czy to proste przebywanie z Bogiem my także traktujemy, jako największe bogactwo, z którego – podobnie jak Salomon – czerpiemy naszą życiową mądrość?

Dobre przeżywanie wiary wymaga także mądrości. Do wiary, podobnie jak do każdego innego skarbu można się szybko przyzwyczaić. Można przestać doceniać jego wartości, a nawet uznać, że nam się słusznie należy. A przecież jest niezasłużonym darem.

Może nam –  współczesnym chrześcijanom mającym być z zasady poszukiwaczami Królestwa Bożego, za bardzo zdarza się przesiąknąć duchem, sposobem myślenia i wartościowania tego świata, zapominając o tym, kim jesteśmy.

Jest taka pouczająca opowieść zrodzona w kościele koptyjskim, która opowiada o królewskim synu wysłanym do Egiptu, by tam odnalazł i zdobył piękną, drogocenną perłę i z nią powrócił do królestwa. Opuszcza więc dom ojca, wyrusza w drogę, przebywa wśród mieszkańców pogańskiej krainy. By się nie wyróżniać, przywdziewa ich strój i przyjmuje ich obyczaje, i tak bardzo się do nich przyzwyczaja, że zapomina, kim naprawdę jest. Żyje jak poganin i staje się sługą pogan. Wtedy ojciec pisze do niego list: „Od Ojca twego, Króla królów – tobie, naszemu synowi, pozdrowienie. Zbudź się i wstań ze swego snu i pojmij słowa naszego listu. Przypomnij sobie, że jesteś synem Króla. Pamiętaj o perle i nie roztrwoń twoich talentów na małostkowość, aby twoje imię zapisano w księdze bohaterów, i abyś odziedziczył Królestwo”.

W tej opowieści jest tak naprawdę mowa o nas! A Słowo Boże to nic innego jak list, który Bóg do nas pisze – by nas obudzić i przypomnieć nam, kim jesteśmy i do czego jesteśmy wezwani.

Jesteśmy zaproszeni do takiego odczytywania chrześcijańskiego powołania, aby w życiu dokonywać coraz mądrzejszych wyborów i aby nieustannie odpowiadać na skierowane do nas wezwanie Pana Boga: „Proś o to, co mam ci dać”…

Każdego dnia Bóg stawia przed nami obfity stół darów i pyta, które z nich chcielibyśmy otrzymać. W tym miejscu piękne opowiadanie o Salomonie uwspółcześnia się i styka z naszym losem.

Inaczej mówiąc, w świecie jest wiele wspaniałych rzeczy, pełnych uroku. Można się znaleźć pod urokiem wiedzy, bogactwa ludzkiego intelektu, sztuki, muzyki, literatury, wszelkich osiągnięć ludzkiego ducha. Można uznać za piękno idee służenia bliźnim, nawet jeśli ta służba wypływa jedynie z pobudek humanitarnych a nie koniecznie z wiary. Zachwycająca może być przyjaźń, miłość. To wszystko jest  dobre i piękne, ale nie jest dobrem najwyższym. Co zatem jest najwyższym dobrem?

Prawdziwa mądrość polega na tym, że umiemy sobie odpowiedzieć na to pytanie a odpowiedź na nie może być tylko jedna, bo tylko jedna wartość może być dla nas dobrem najwyższym!

Mądrość jest perłą, która nie jest dana raz na zawsze, dlatego wymaga ciągłej troski o jej rozwój, ciągłego chronienia, by nie przyćmiły jej inne skarby. Salomon przy końcu życia utracił tę najcenniejszą perłę, zdradził otrzymany dar, porzucając wiarę w jedynego Boga na rzecz kultu bóstw.

Również dar, jaki otrzymaliśmy, nasza perła, którą jest godziwe i mądre życie w bliskości Boga, nie jest nie do utracenia, dlatego wymaga od nas ciągłej troski i walki o nią!

Camino

Święto świętego Jakuba Apostoła od 15 lat kojarzy mi się z jednym…

z Camino de Santiago. Wtedy po raz pierwszy miałem szczęście i łaskę wyruszyć w tę drogę. Wtedy nie przygotowywałem się do niej zazbytnio. Chciałem pozwolić się Panu Bogu zaskoczyć. I rzeczywiście okazała się drogą niezwykłą…

Dopiero później zacząłem czytać książki i świadectwa innych osób, którzy przemierzyli ten szlak, oglądać filmy i reportaże upamiętniające doświadczenia z tej pielgrzymki. I uświadomiłem sobie, że każdy przeżywa ją na inny sposób. Warto przejść te kilometry, żeby zrozumieć coś wielkiego, znaleźć radość w zwykłych czynnościach, pobyć z Bogiem, przyjaciółmi, nieznajomymi z całego świata idących w jednym kierunku…

Piszę te słowa, bo w zeszłorocznych planach mieliśmy wraz ze znajomymi wyruszyć raz jeszcze w tę drogę, choć inną, bo portugalską trasą. Niestety pandemia pokrzyżowała te plany. Ufam jednak, że co się odwlecze, to uda się odkryć jako jeszcze większy dar od Boga.

Dla mnie pielgrzymka ta stała się ważnym symbolem. Bo jak pisze o tym znany podróżnik Marek Kamiński, który przeszedł Camino wyruszając z samego Kaliningradu, miasta Immanuela Kanta, „bieguna rozumu”, by po stu dniach marszu i przebyciu 4000 km zakończyć swoja wędrówkę w Santiago de Compostela, miejscu spoczynku Świętego Jakuba Większego, który określa „biegunem wiary”, droga ta symbolizuje drogę naszej wiary, będącej wędrówką od rozumu do serca…

Matka synów Zebedeusza podeszła do Jezusa ze swoimi synami i oddając Mu pokłon, o coś Go prosiła.

On ją zapytał: «Czego pragniesz?».

Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie, jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Odpowiadając Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?».

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

On rzekł do nich: «Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował».

Gdy dziesięciu pozostałych to usłyszało, oburzyli się na tych dwóch braci.

A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym. Na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu». (Mt 20, 20-28)

Można wierzyć, że Pan Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem, a jednocześnie nie przejmować się ani tajemnicą krzyża, ani obietnicą życia wiecznego.

Znamienny jest moment, w którym matka Jakuba i Jana prosi Pana Jezusa o specjalne przywileje dla swoich synów. Pan Jezus właśnie podejmuje swoją ostatnią drogę do Jerozolimy i zapowiada swoim uczniom, że będzie tam ukrzyżowany, ale uczniowie w ogóle tego nie słyszą. Albo szłyszą to, co chcą usłyszeć. Oni usłyszeli tylko tyle, że jest to najważniejsza podróż ich Mistrza do Jerozolimy i wreszcie zostanie ustanowione królestwo mesjańskie. Pan Jezus idzie do Jerozolimy, żeby umrzeć na krzyżu i wyraźnie im o tym mówi, a ich obchodzi głównie to, jakie miejsce im przypadnie w Jego Królestwie.

Z tej Ewangelii warto wyciągnąć ważną lekcję: wiara w Chrystusa, w której nie ma miejsca i zgody na krzyża, jest wiarą zdeformowaną. „Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” – pyta Jezus synów Zebedeusza, amatorów zrobienia kariery w Jego Królestwie.

„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech weźmie swój krzyż i niech mnie naśladuje”. Nieść krzyż to znaczy kochać także wtedy, kiedy to trudne. Nieść krzyż to znaczy trzymać się mocno Pana Jezusa także wtedy, kiedy to niemodne. Nieść krzyż to być wiernym Bożym przykazaniom także wtedy, kiedy różni ludzie przekonują mnie, że to nie ma sensu, że lepiej pomyśleć o profitach. Nieść krzyż to chcieć raczej służyć, niż być obsługiwanym.

Jeśli ktoś tego wszystkiego nie rozumie, to prawdopodobnie nie słucha Ewangelii, albo słyszy w niej to, co chce usłyszeć.

Ewangelia nie boi prawdziwszego spojrzenia na człowieka. Apostołowie nie od razu stali się świętymi. Ewangelia odsłania ułomności uczniów, byśmy mogli zrozumieć, kim stali się dzięki łasce.

Na jakim etapie drogi do Boga byli apostołowie? Węgierski jezuita Franz Jalics SJ nazwałby ten etap duchowością, w której „wszystko musi grać”. W takiej duchowości pozwalamy Bogu, aby czynił wszystko, to, co nam wydaje się dobre.

Rzeczywistość obumierania, cierpienia, krzyża wprowadza dysharmonię, niepokój. Nie pasuje do tego schematu. Myślimy, że Bóg powinien więc zapewnić wszystko, czego potrzebujemy: powodzenie, zdrowie, dobre imię. Wtedy warto wierzyć. Dopóki wszystko układa nam się dobrze, nawet tego nie zauważamy, bo sądzimy, że tak właśnie ma być.

W sumie nie ma w tym nic złego, bo Bóg rzeczywiście troszczy się o nas. Ale jest też inny rodzaj trudniejszych Bożych darów, które kłócą się z naszymi oczekiwaniami. Jeśli człowiek zatrzyma się na etapie „wszystko musi grać”, nie pójdzie za Chrystusem do końca, bo On żąda straty, oddania życia. A to nie pasuje do tego typu duchowości.

Ruminatio – droga do zjednoczenia z wolą Boga

Gdy Jezus przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim rozmawiać. Ktoś rzekł do Niego: «Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą pomówić z Tobą».

Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?»

I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką». (Mt 12, 46-50)

 

Ten fragment przywołany przed chwilą z Ewangelii św. Mateusza zatytułowany jest w Biblii Tysiąclecia: „Prawdziwa rodzina Jezusa”.

Jezus uświadamia nam, że tym, co decyduje o najgłębszej relacji z Nim, jest pełnienie woli Bożej. Każdy człowiek jest Mu najbliższy wtedy, gdy ponad wszystko umiłuje Ojca i Jego wolę. Źródłem odkrywania woli Bożej jest słowo Boże, w które się wsłuchujemy. Często powtarzamy, że medytacja monologiczna jest szkołą słuchania słowa, ale nie chodzi w niej o słuchanie dla samego słuchania, lecz o zgodę na to, aby to słowo mocą łaski, którą niesie stało się zaczynem przemiany naszego serca i naszego myślenia i aby w konsekwencji prowadziło nas do coraz głębszego jednoczenia naszej woli z wolą Boga.

Zobaczmy, że Jezus wypowiada słowa dzisiejszej perykopy ewangelicznej w obecności Maryi, która jest dla Niego najbliższą osobą na ziemi nie tylko przez więzy krwi, ale także przez głębokie więzy duchowe. To Maryja jest nam wskazywana nieustannie jako wzór osoby, która całym sercem przylgnęła do woli Boga. A droga do zjednoczenia Jej woli z wolą Boga zaczyna się właśnie – jak mówi Ewangelia – od wsłuchiwania się w słowo Boże i zachowania go w swoim sercu. W tym sensie życie Maryi jest nieustanną medytacją. Nosząc w sercu słowo, Maryja praktycznie się z nim nie rozstaje. Maryja nosi słowo w sercu i poddaje się jego działaniu. Pozwala mu się przemieniać od wewnątrz. To jest postawa, którą podejmują następnie pierwsi chrześcijańscy mnisi, określając ją mianem ruminatio, czyli „przeżuwanie”. Św. Antoni – nazywany ojcem mnichów egipskich – polecał tę praktykę i jako wzór dla swoich duchowych uczniów wskazywał wielbłąda, który przez cały dzień żuje swój pokarm i tym samym wytrzymuje cały dzień bez jedzenia i picia, tak też – zdaniem świętego Antoniego – medytujący nad słowem powinien przeżuwać święte słowo, aż się z nim zjednoczy i stanie się ono dla niego pokarmem duchowym karmiącym go przez cały dzień i całą noc, zgodnie z zapewnieniem Ewangelii, która mówiąc o właściwościach słowa Bożego porównuje go do ziarna wrzuconego w ziemię, które czy człowiek śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. (por. Mk 4,26 – 27)

Przeżuwanie słowa w sercu w procesie medytacji jest procesem cichym, subtelnym i bardzo osobistym. Nic szczególnego się przy tym nie dzieje. Medytujący może odczuwać coś w rodzaju aury milczenia, otaczającej medytowane słowo i będącej dla niego przestrzenią wzrostu i działania. Praktyka ta upodabnia nas do samego Chrystusa, o którym pisze św. Jan od Krzyża, że „jest Słowem wyłonionym z milczenia”.

Świat jest dobry czy zły?

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł.

A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: „Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?” Odpowiedział im: „Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: „Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?”

A on im odrzekł: „Nie, byście zbierając chwast, nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”». (Mt 13, 24-30)

Czasem ktoś stawia pytanie:  Czy świat jest dobry czy zły? Nie jest prosto jednoznacznie udzielić odpowiedzi na to pytanie, bo przecież wciąż jesteśmy świadkami, że w świecie dzieją się rzeczy dobre i złe. Ludzie, pośród których żyjemy także różnie się zachowują: jedni wspaniale, szlachetnie, inni obojętnie bądź samolubnie, jeszcze inni całkiem nieprzyzwoicie. My sami też miewamy różne dni: czasem, jak to się popularnie mówi „wstajemy lewą nogą” i bywamy trudni do zniesienia dla najbliższych. Bywa, że narzekamy, choć nie koniecznie mamy po temu powody.

Jak to więc jest z tym światem: Jest dobry czy zły?

Dzisiejsza Ewangelia próbuje udzielić nam odpowiedzi na to pytania. Wprawdzie wypowiedź Pana Jezusa dotyczy Królestwa Bożego, ale Pan Jezus często przypomina, że to Królestwo mamy budować już tu i teraz, na tym świecie a jego obrazem jesteśmy my – ludzie i relacje, które między sobą tworzymy.

Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości już na początku – gdzie w Księdze Rodzaju czytamy, że Bóg stworzył świat dobry i piękny. I pragnął bardzo, aby to dobro i piękno się rozwijały. Ale ten piękny świat zaczął się psuć a źródłem tego zepsucia okazał się nieprzyjaciel Boga i ludzi. Do niego nawiązuje dzisiaj Pan Jezus, że rozsiewa on chwast, czyli zło.

Czy już na zawsze w świecie będą się działy rzeczy dobre i złe?

Wygląda na to, że zawsze. Zło będzie istniało obok dobra, ludzie szlachetni obok mniej szlachetnych. Oczywiście czasem gdy oglądamy telewizję, słuchamy radia to zło wydaje się takie silne i zdaje się nas zewsząd przytłaczać. Ale jest tak nie dlatego, że zło jest silniejsze od dobra, ale dlatego, że zło zazwyczaj robi dużo hałasu. Nie zmienia to jednak faktu, że człowiek jest wolny i nikt – nawet szatan – nie może go zmusić do czynienia i wybierania zła. Kiedy zdarza nam się popełnić zło często lubimy się usprawiedliwiać szukając przyczyny tego zła poza nami, bo taka jest ludzka natura zraniona przez grzech. Ale – podkreślmy to raz jeszcze – jeśli czynimy zło, zawsze jego powodem jesteśmy my sami. Nasz wybór. Nasza źle wykorzystana wolność.

Jest taka historia o pewnym słynnym malarzu – ponoć prawdziwa – który przed ponad dwustu laty przemierzał Europę z torbą pełną farb i pędzli i wędrując od miasta do miasta świadczył swoje usługi mieszkańcom, którzy chcieli aby tworzył dla nich obrazy. Upodobał on sobie tworzenie portretów ludzi. W jednym z miast zgodził się, aby miejscowy bezdomny włóczęga pomagał mu trochę przy pilnowaniu warsztatu i noszeniu sztalug i w ten sposób zarobił trochę pieniędzy. Kiedy malarz miał opuścić już miasto zapytał czy mógłby namalować portret owego włóczęgi? On się zgodził. Po kilku godzinach pracy malarzu ukończył swoje dzieło i wręczył go temu bezdomnemu. Wówczas on wykrzyknął:

– Ależ to nie ja! – zobaczywszy na obrazie popiersie uśmiechniętego, eleganckiego i dobrze ubranego mężczyzny.

– Wręcz przeciwnie – odparł malarz – to jesteś ty, a przynajmniej mógłbyś tak wyglądać, gdybyś tylko chciał.

To spotkanie tak bardzo wstrząsnęło bezdomnym tułaczem, że od tego dnia zmienił całkowicie swoje życie. Zaczął o siebie dbać, przestał pić, najął się do pracy i stał się zupełnie innym człowiekiem.

Po co przytaczam tę historię? Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi o człowieku, który na swojej roli posiał dobre ziarno. Ta rola, to nic innego jak obraz naszego życia. Od nas w dużej mierze zależy, co na tym polu zasiejemy: czym będziemy się karmić, czego słuchać, co czytać. Bo to co zasiejemy na glebie naszego życia i serca przyniesie owoce. Jeśli będziemy siali tam dobro: przez dobre słowo, uśmiech, życzliwość, wdzięczność, to zbierzemy tego owoce. Ale taką rolą jest też życie innych osób, które spotykamy na naszych drogach. Często zapominamy o tym, że czy chcemy czy nie chcemy mamy też wpływ na życie innych. Możemy zasiać w ich życiu i w ich sercu dobro, albo zło.               I jesteśmy odpowiedzialni – szczególnie jako chrześcijanie – za to, co zasiejemy w życiu drugiego człowieka swoim słowem, swoją postawą, sposobem w jaki potraktujemy drugiego człowieka.

Pan Jezus w Ewangelii zostawia nam taka piękna zasadę, którą często nazywa się „złotą zasadą postępowania”: „Cokolwiek chcielibyście, żeby ludzie wam czynili i wy im czyńcie”. Może warto bardziej świadomie wybierać dobro, zasiewając je swoimi słowami i czynami na polu swojego życia i życia innych, jeśli chcieli byśmy aby świat stawał się z dnia na dzień lepszy i abyśmy uniknęli sytuacji, w której przez popełnione zło staniemy się nieprzyjaciółmi innych a zwłaszcza samych siebie.

„Wszystko co dajesz, dajesz samemu sobie’ – napisał kiedyś jedne z wybitnych chrześcijańskich filozofów. Zabierzmy ze sobą tę myśl, niech ona nam towarzyszy i będzie dla nas inspiracją do rozsiewania wokół siebie jedynie dobra.

Wspomnienie Matki Bożej z Góry Karmel – Patronki modlitwy kontemplacyjnej

Święta Maryjo, Dziewico kontemplacji

Królowo i Ozdobo Karmelu

Siostro nasza we wchodzeniu na Górę Karmel,

Matko nocy ciemnych

i jasnych chwil naszego życia

Zamku i Mieszkanie Trójcy

Łagodne tchnienie Ducha Świętego,

Żywy Płomieniu Miłości.

Ty, która jesteś Dziewicą modlitwy,

która kontemplujesz tajemnice swojego Syna

słuchając i rozważając Jego słowa,

uproś nam ducha modlitwy

i uczyń nas świadkami obecności Boga w życiu.

Ucz nas ścieżek, które prowadzą na Świętą Górę chwały.