Dzisiejszy komentarz do medytacji powstała w całości w trakcie wczorajszego koncertu live Marcina Stycznia. Zatem jakby coś, to zasługa jego i jego muzy. Zwłaszcza, że w konsekwencji słuchania jego piosenek napisałem coś zupełnie innego niż początkowo zamierzałem. To kolejny przykład wpływu muzyki na nasze życie i wybory…

Z Księgi Pieśni nad Pieśniami:
Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Umiłowany mój podobny do gazeli, do młodego jelenia. Oto stoi za naszym murem, patrzy przez okno, zagląda przez kraty. Miły mój odzywa się i mówi do mnie: «Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! [Pnp 2,8-10]
Pozostając jeszcze w temacie ciszy, o której mówiliśmy we wprowadzenie z ubiegłego tygodnia, ze zdziwieniem stwierdziłem, że słowniki biblijne podają, że słowo „cisza” występuje w Biblii Tysiąclecia tylko… dziesięć razy. Czyżby aż tak małe znaczenie miał ten wyraz w opowiadaniu o Historii Zbawienia; w liście Pana Boga do nas, jakim jest Pismo Święte; w relacji o tym, jak Pan Bóg chce nas przywołać do Siebie?
Myślę, że tęsknotę człowieka za Bogiem najlepiej oddaje cytat z Pieśni nad Pieśniami: „Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi!”, dlatego przywołano go w dzisiejszym komentarzu.
Ostatnio mówiliśmy o tym, że cisza jest warunkiem spotkania z Bogiem, początkiem owocnej modlitwy. I chociaż bywa rozpoznawana jako naturalna tęsknota serca ludzkiego, to jednak dość często życie nauczyło nas jak skutecznie ją zagłuszać.
Tłem całego Pisma Świętego jest miłość Boga, który stworzył człowieka, powierzył mu świat i cierpliwie czeka na chwilę, w której człowiek zrezygnuje z pędu i hałasu, aby zwrócić swoją uwagę ku Bogu. Można zatem powiedzieć, że w Bogu odnajdujemy ciszę cierpliwego wyczekiwania, miłujące serce gotowe do dialogu z człowiekiem, byle ten zechciał tylko słuchać. A tylko wtedy człowiek usłyszy to Boże słowo, gdy zgodzi się na wyciszenie swego serca, gdy przyjmie ten dar lub przy pomocy Bożej łaski w sobie go wypracuje. Bo jak wciąż od dwudziestu siedmiu wieków przypomina nam prorok Izajasz „w nawróceniu i spokoju, jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła” (Iz 30, 15).
Cisza zatem rozumieniu duchowym to coś więcej niż brak hałasu czy dźwięku…
Czasem dobrze posłuchać, co ludzie mówią o ciszy, jakie są ich skojarzenia czy doświadczenia związane z ciszą: Lekarza, który potrzebuje ciszy, by mógł usłyszeć bicie serca chorego. Leśniczego, który mówi o pięknej ciszy uśpionego nocą lasu. Nurka, który mówi o niezwykłym doświadczeniu ciszy, którą można odnaleźć w głębi oceanu, albo człowieka, który po przeżyciu wielu trudnych chwil, mówi o uspokajającej ciszy, którą znalazł w pustelni w Poletyłach, która stała się dla niego „skałą ocalenia”.
Wiele osób mówi też o różnych próbach ucieczki od ciszy, o tak powszechnych słuchawkach na uszach, który często staje się przejawem lęku przed ciszą.
Doświadczenie medytacji, która zaprasza nas do zmierzenia się z doświadczeniem ciszy uświadamia nam, że cisza bywa trudna, bo staje się przestrzenią mierzenia się z prawdą o nas samych a ta niejednokrotnie okazuje się trudna do przyjęcia. A jednak przywoływany w tym miejscu jezuita Franz Jalics, który czerpiąc ze swojego ogromnego doświadczenia nauczyciela modlitwy kontemplacyjnej przekonuje, że cisza – jeśli w niej wytrwamy mimo pokusy ucieczki od niej – potrafi wyprostować poplątane ścieżki ludzkiego życia. Oczywiście doświadczenie medytacji uczy nas, że to prostowanie poplątanych ścieżek jest nie tyle owocem samej ciszy, co obecności Boga, który ciszę uczynił przestrzenią działania swojej łaski i swojego słowa. Medytacja umacnia nasza wiarę, bo staje się konkretnym doświadczeniem tego, że Pan Bóg da sobie radę z każdą niemożnością, ale wymaga to stanięcia w prawdzie przed sobą i przed Bogiem, do czego prowadzącą nas ścieżką jest właśnie cisza, która towarzyszy praktyce medytacji.
Cisza przez św. Benedykta – którego wspominaliśmy w ubiegłym tygodniu – porównywana jest do lustra duszy. Ale znalazłem też inne, niezwykłe porównanie zaczerpnięte ze współczesnej książki mówiące, że cisza to lornetka zwrócona w stronę Bożego oblicza i dlatego pozwalająca skupić się właśnie na kontemplacji tego oblicza. To skupienie sprawia, że tracą na znaczeniu wszystkie inne sprawy, od których jesteśmy zmuszeni oderwać nasz wzrok, jeśli mamy go rzeczywiście utkwić jedynie w Bogu.
I taką szkołą skupienia się na Bogu jest właśnie medytacja monologiczna. Niedyskursywna – a więc uwalniająca nas od przymusu ciągłego myślenia a poprzez wypowiadanie w sercu modlitewnego wezwania wypełniająca nasz umysł i serce tym, co najważniejsze i najskuteczniejsze w przemianie ludzkiego życia – słowie pochodzącym od samego Boga.
Medytacja uczy nas doświadczenia i docenienia ciszy. Ważne, aby nie zdezerterować przed nią nawet, jeśli na początku tej drogi odczuwamy lęk przed ciszą i nie przynosi ona spodziewanego odpoczynku a raczej przypomina zmaganie. Pan Bóg jak ceniony wirtuoz czeka, aż umilkną inni „muzycy” grający w naszym wnętrzu, aby w pełni mogła wybrzmieć w naszym sercu melodia Jego miłości, której nikt i nic nie zdoła już zagłuszyć. Równocześnie doświadczenie medytacji, w której stawiamy na umiejętność słuchania Boga jest doskonałym ćwiczeniem słuchania ludzi, którzy są obok nas.
W przywołanym dziś fragmencie Pieśni nad Pieśniami słyszymy na końcu wezwanie: „Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź!” Medytacja, Modlitwa Jezusowa, Modlitwa Serca to zawsze wejście na drogę, to proces, który wymaga czasu i systematycznej praktyki, aby mógł wydać w naszym życiu swoje owoce. Najważniejsze jednak, że tę wędrówkę można zacząć w każdym miejscu i każdym czasie.
Psalm 131
Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły.
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.
Izraelu, złóż w Panu nadzieję
odtąd i aż na wieki!

Wakacje sprzyjają ucieczce od codziennej gonitwy. Łatwiej w tym czasie o znalezienie spokoju niż w ciągu roku. Szukamy ciszy w codzienności, bo wiemy, że jest nam ona potrzebna.
Minionej niedzieli dobiegła nas smutna wiadomość o śmierci wybitnego kompozytora Ennio Morricone. Miałem szczęście być na ostatnim jego koncercie w Polsce, który odbył się w ubiegłym roku w Krakowie. Przy tej okazji Morricone udzielił wywiadu, w którym mówił między innymi o roli ciszy w muzyce: „Każda muzyka zaczyna się ciszą – mówił kompozytor. Cisza porządkuje nasze emocje i naszego ducha, i przygotowuje w nas miejsce do przyjęcia dźwięków. Doświadczył tego każdy, kto kiedykolwiek się nad muzyką pochylał, aby usłyszeć co ma mu do powiedzenia”. Te słowa tak bardzo podkreślają rolę ciszy. O takiej samej, porządkującej roli ciszy, ale w odniesieniu do całego naszego życia pisze ojciec Jalics w swojej książce „Rekolekcje kontemplatywne”. To piękny komentarz do psalmu, który przywołaliśmy na początku naszego wprowadzenia: Cisza jest czymś, co nie godni za tym, co wielkie i właśnie dlatego ma zdolność wprowadzać ład i spokój do wnętrza człowieka.
Ojciec Maksymilian Nawara OSB przyznaje, że milczeniu nie tyle przeszkadza hałas, ile błąkające się po głowie myśli. Dlatego medytacja monologiczna zachęca nas do wejścia w doświadczenia milczenia duchowego, które rodzi się właśnie z ubóstwa myśli i wyciszenia naszych namiętności. W medytacji nie chodzi o to, aby zaprzeczać ich istnieniu, ale o to, aby oddać je całkowicie Bogu, by wypuszczone z naszych rak nie tkwiły w nas i nie stawały się ościeniem utrudniającym naszą modlitwę. Milczenie duchowe pragnie nas poprzez medytację stawiać wobec tego, co najważniejsze a więc wobec obecności Boga w chwili obecnej. Myśli i namiętności rodzące się w nas przychodzą i odchodzą. To zaś co trwa, co jest niezmienne, to nasze zanurzenie w obecność Boga. I tę rzeczywistość pragnie nam uświadomić medytacja. Niestety często panujący w nas hałas myśli i emocji sprawia, że ta świadomość nieustannej obecności Boga nam umyka a wraz a nią umyka nam to, co rzeczywiście najważniejsze w naszym życiu i w doświadczeniu naszej wiary.
„W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” – przypomni św. Paweł w Dziejach Apostolskich [Dz 17,28]. Czy jednak możemy powiedzieć, że ta świadomość nieustannie nam towarzyszy w życiu? A właśnie do obudzenia tej świadomości ma prowadzić praktyka medytacji. Jej istotą jest zanurzenie nas w modlitwę nieustanną, czyli nieustanna pamięć o Bogu.
W Pierwszym Liście do Koryntian św. Paweł przypomina, że „przemija postać tego świata” [1 Kor 7,31], chcąc nas zachęcić, abyśmy nie zatrzymywali się na tym co przemijające i nie poświęcali temu więcej uwagi niż na to zasługuje. W doświadczeniu duchowym ważne jest to, abyśmy skupiali się na tym co trwałe, niezmienne i wieczne a co stanowi prawdziwy fundament naszej wiary i relacji z Bogiem: a więc na miłości Boga, której świeżość możemy odkrywać na każdym kroku wraz z pięknem otaczającego nas świata i wraz z oddechem, który przypomina nam, że to Pan w swojej miłości podtrzymuje nasze życie [por. Ps 54,6].
Pozwólcie, że przywołam raz jeszcze słowa Ennio Morricone z rzeczonego wywiadu: „Dźwięk powinien być otulony w ciszę, dźwięk powinien spoczywać w ciszy jak drogocenny kamień w aksamitnej szkatule”. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem te słowa pomyślałem sobie: „Jakie to medytacyjne!”
Podobnie jest ze słowem, które towarzyszy praktyce naszej medytacji. Słowa, po które sięgamy w naszej praktyce są ubogie, bo mają nas prowadzić do ubóstwa duchowego, mają podtrzymywać w nas skupienie, ostatecznie prowadząc nas do ciszy. Wówczas staną się niczym drogocenny kamień pozwalający nam coraz głębiej i głębiej zanurzać się w świecie ducha.
Na koniec pozwólcie, że przytoczę jeden fragment poezji, która powstała jako owoc medytacji. Słowo, które zrodziło się z ciszy. I mimo, że ta poezja składa się ze słów, to w swoim przesłaniu jest zaproszeniem do szukania ciszy:
W ciszy szukam słów, by podziękować za Twą miłość.
W ciszy jest mój Bóg, tam zawsze szukam Go.
W ciszy serca brzmi pokorne fiat mojej duszy.
W ciszy pragnę być milczeniem u stóp Twych.
W ciszy modlitw szmer każdego dnia do Ciebie wznoszę
I życie składam swe, Ty w ciszę zmieniasz je.
Dziękuję za miłość Twą, nie pragnę już niczego więcej,
Nie szukam pustych słów, bo ciszą jest mój Bóg.
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić.
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie». (Mt 11, 25-30)
„Poznanie Boga jest do zbawienia koniecznie potrzebne” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Jezus przyszedł na świat, abyśmy mogli poznać Ojca, aby pokazać nam jaki On jest. Tylko On Go zna w całej pełni. Po grzechu pierworodnym mamy wiele trudności z tym, co duchowe. Potrzebujemy świadectwa Jezusa a także potrzebujemy Ducha Świętego, by wiedzieć, jak szukać Boga, jak Go poznawać.
Jezus nosząc w sobie tę szczególną wrażliwość człowieka duchowego, przepełnionego łaską nieustannie zachwyca się działaniem Boga w świecie: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i uczonymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25). Cechą każdego człowieka mającego w sobie Ducha Bożego, jest zachwyt, którego źródłem jest spotkanie z Bogiem i odkrywanie Jego działania w świecie. Ten zachwyt ludzi Boga widzimy wielokrotnie w Biblii. Aby jednak umieć dostrzec znaki Bożej obecności i działania w świecie trzeba mieć w sobie tę duchową wrażliwość, która jest owocem otwartości na łaskę, której Bóg udziela człowiekowi i współpracy z nią.
Zdarza nam się widzieć Boga w sposób fałszywy, podobnie, jak faryzeusze i uczeni w Piśmie widzieli Jezusa. Owszem poruszało ich niejednokrotnie spotkanie z Nim i wypowiadane przez Niego słowa, ale częściej zamiast pobudzać ich do zachwytu, rodziło w nich bunt i zawiść. Słowa Jezusa budziły się w nich lęk i jako mechanizm obronny przed nim wybierali drogę pychy. Jezus często przestrzegał ich przed taką postawą. Przywołując chociażby znaną nam przypowieść o faryzeuszu i celniku, aby ukazać odmienne podejście do Boga mądrego i prostaczka, Jezus komentuje: „Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18, 14). Zresztą Jezus ni tylko nauczał takiej postawy, ale zrealizował ją swoim wcieleniem, męką, śmiercią i zmartwychwstaniem.
Dzisiaj Jezus zaprasza nas, byśmy postępowali tą samą drogą: „Weźcie moje jarzmo i uczcie się ode mnie” (Mt 11, 29) i dodaje obietnicę: „a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem moje jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie” (Mt 11, 29-30).
A jaka jest nasza odpowiedź? Jakiego Boga widzimy w tych słowach? Tak często powielamy postawę faryzeuszy, bo ogarnia nas lęk na samą myśl o tym, że mielibyśmy przejść tą samą drogą i doświadczyć tego, co Jezus. Czujemy się wobec tych słów słabi i zupełnie nie wyobrażamy sobie, jak miałyby się wypełnić w naszym życiu. Niestety lęk jest postawą przeciwną duchowości, bo każe nam uciekać, wycofać się albo pójść – jak w przypadku faryzeuszy – droga pychy. Tak trudno nam wybrać w życiu raczej mądrość prostaczka i postawę modlitwy celnika. Dlaczego tak jest. Najlepiej odszyfrował powód takiego podejścia św. Jan mówiąc, że tam, gdzie w życiu duchowym dominuje lęk nie pozwoliliśmy się jeszcze uzdrowić Bożej miłości. (por. 1 J 4,18)
Właśnie spędzam urlop w górach, w miejscu, gdzie przez lata jako student jeździłem na rekolekcje oazowe a potem jeszcze wielokrotnie z tzw. Wujasem (pod którym to określeniem wszystkie znające go osoby bez trudu rozszyfrują ks. Malackiego, niegdysiejszego rektora kościoła akademickiego św. Anny) i przyjaciółmi. Do dziś pozostały we mnie wspomnienia i podziw dla górali odznaczających się nieprawdopodobną wręcz cierpliwością dla młodocianych, pobożnych i gorliwych natrętów ze stolicy.
Nauczeni biblijnych numerków i cytatów tak często nie rozumieliśmy mowy prostych ludzi. Ich opowieści o Księdze Stworzenia, o drzewach, pracy, o znaczeniu siedzenia przed domem, by pogawędzić z innymi góralami. W nas, młodych, ambitnych, nie mających czasu na trwonienie ani chwili z życia raczej nie budziły one szacunku. Zamknięci w swej religijnej i rzekomo oświeconej wierze nie umieliśmy zrozumieć tego, co najważniejsze i proste, ale tylko dla ludzi prostych. Dla ludzi ducha.
Jakże inaczej spoglądam na te lekcje dzisiaj. I jestem im wdzięczny – nawet jeśli muszę to przyznać ze wstydem po latach – że to oni okazali się tymi naprawdę mądrymi i roztropnymi przed Bogiem a nie my, którzy się w tamtych czasach za takich uważaliśmy!
Dzisiaj patrzę wstecz z wielką wdzięcznością w sercu za tamte wyjazdy, za spotkania z tymi ludźmi, którzy uczyli nas właśnie tej prawdziwej wdzięczności, która rodzi się z dobrego patrzenia dotykającego rzeczy zakrytych. Uczyli owej przedziwnej zdolności widzenia świata od wewnątrz, od strony Bożego zamysłu. Owocem takiego spojrzenia jest pokój duszy, świadomość bycia na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Cierpliwość wobec pytań, na które nie tak łatwo znajdujemy wyczerpujące odpowiedzi. Znowu przypomina mi się Merton z jego sposobem patrzenia, którego w tamtym czasie niemal równolegle uczyłem się zaczytując się w jego książkach a który tak bardzo pokrywał się ze sposobem patrzenia naszych zaprzyjaźnionych górali.
Dzisiaj wiem, że Boga nie da się poznać tylko rozumem. A nawet – i tu narażę się wielu filozofom i teologom – noszę w sobie przekonanie, że na tej drodze poznajemy Go najmniej. Życiorysy wielu światłych teologów i filozofów aż nadto pokazały, że zbliżanie się do tajemnic wiary drogą rozumu może człowieka uczynić zarozumiałym posiadaczem prawd. Dlatego tak bardzo potrzebujemy łagodności i pokory, która oznacza świadomość własnej kruchości i niepełności naszego poznania. Chrześcijanie poznają swojego Pana przez wiarę, a więc otwartość na tajemnicę Tego, który objawia się człowiekowi na wiele sposobów, ale właśnie jako Tajemnica. To poznanie jednak jest możliwe przede wszystkim, gdy kochamy. Wtedy wszystko, co się wydarza, co nas otacza, jest językiem Boga; językiem do nauczenia się i odczytania.
Jezus a za Nim św. Paweł zachęcają nas byśmy nie obawiali się „żyć według ducha”, który nas, ludzi zmęczonych i tak często zniechęconych pragnie napełnić Sobą. Aby jednak tak mogło się stać oznacza to konieczność wejścia w bliskość bogiem. Celem naszego życia jest upodobnić się do Niego, czy jak mówią mistycy, zjednoczyć i stać się Nim. Może to zbyt odległe i mgliste dla ludzi oddanych sprawom tego świata, ale nie dla wierzących, którzy chcą widzieć więcej i mają świadomość, że zawsze pozostaną tylko uczniami a nie mistrzami tego, jak rozpoznawać obecność i działanie Boga w świecie. Mistrz był, jest i pozostanie tylko jeden – Chrystus.
Wiara pozwala nam bez lęku „wziąć jarzmo”, czyli zgodzić się na trud życia według Bożych zasad, a więc i Bożego widzenia spraw człowieka. Wbrew podejrzeniom, które kierujemy pod adresem Boga w chwilach zwątpień i wydawałoby się zbyt ciężkiego jarzma, warto pamiętać, że On zawsze był obecny we wnętrzu każdej naszej sprawy, tęsknoty, niezaspokojonego oczekiwania.
Jeżeli zaprzęgnięci zostaniemy w jarzmo Jezusa, możemy mieć pewność, że On nie zrezygnuje i nie odpuści, a w chwili próby będzie zawsze po naszej stronie. Bo Boża strona jest jednocześnie najbardziej i najprawdziwiej ludzką stroną. O tym doskonale wiedzą górale…
Z Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie.
A oto zerwała się wielka burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!»
A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, ludzie małej wiary?» Potem, wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza.
A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?» (Mt 8, 23-27)
Jak często ta sytuacja z dzisiejszej Ewangelii przypomina to, co dzieje się w naszym sercu… To obraz strapienia, które nas dotyka. Burze, które stają się czasem naszym udziałem są czymś obiektywnym, jednak to, co sprawia, że urastają one często do rangi czegoś, co nas zatopi i zwycięży, to już owoc złudzenia, że Boga przy nas nie ma.
Z drugiej strony boimy się rzeczywistości, z którą przychodzi nam się zmagać. Czasem wpadamy w wewnętrzne roztrzęsienie lub wręcz panikę bo wciąż to samo: bo kolejny dzień, w którym nam coś nie idzie, bo znowu, ktoś odniósł się do nas nieżyczliwie, bo nadal brak perspektyw na lepsze jutro itd. I znów patrzymy na to, z czym się zmagamy wyłącznie z ludzkiego punktu widzenia. Nie dostrzegamy, że Jezus jest przy nas. Wprawdzie On nie przychodzi w burzy – używając komentarza z Pierwszej Księgi Królewskiej [por. 1 Krl 19,11]. On jest z nami w łodzi naszego życia. Jest w naszym sercu o czym przypomina nam modlitwa serca, której ścieżką podążamy. Przychodzi w ciszy, którą ta modlitwa tworzy.
I choć nasze wołanie do Pana Boga, tak jak wołanie uczniów obecnych w łodzi może być modlitwą wiary, to najważniejsze jest, abyśmy w modlitwie dotarli do momentu, w którym przestajemy mówić.
Bóg przecież nie potrzebuje naszych słów. On zna każde poruszenie w ludzkiego serca.
Kapitalne jest dla mnie świadectwo św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Gdy zasypiała na modlitwie, miała do siebie o to pretensje i oskarżała się, aż dotarła do przekonania, że Bogu to w ogóle nie przeszkadza. Mało tego, wtedy wreszcie Jezus mógł mówić, bez przeszkód, wprost do jej serca.
Na pytanie postawione Jezusowi przez uczonego: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”, Jezus odpowiada: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny” (Mk 12,28). To niezwykłe, że w chwili, gdy przestajemy mówić a zaczynamy słuchać Boga, łatwiej także zaczynamy ufać Bogu. Medytacja monologiczna uświadamia nam że zarówno Bóg jak i ja potrzebujemy naszego zamknięcia ust, bo inaczej słuchamy samych siebie na modlitwie.
„Zatrzymaj się w ciszy przed PANEM i Jemu zaufaj” – powie Psalmista (Ps 37,7)
Pierwszą zatem sprawą jest: ZATRZYMAĆ SIĘ!
Pozwolić wszystkim pilnym sprawom, żeby odeszły. Zatrzymać gonitwę myśli, troski. Psalm 139 to niezwykłe świadectwo takiego zaufania. „Panie, przenikasz i znasz mnie (…) choć jeszcze nie ma słowa na moim języku, Ty, Panie już znasz je w całości.” To wcale nie jest łatwe, ale modlitwa monologiczna uczy nas właśnie takiego mówienia wszystkim naszym sprawom: POCZEKAJCIE! W tej chwili jest coś ważniejszego od was! Jest KTOŚ ważniejszy od was!
Druga sprawa: CISZA. Fascynuje mnie ten dzisiejszy fragment Ewangelii, bo za każdym razem próbuję sobie wyobrazić czym była owa „głęboka cisza”, która nastała po wypowiedzeniu słów Jezusa. To jest ta cisza, którą próbujemy odnaleźć w modlitwie monologicznej. Tu także Jezus jest tym, który wypowiada swoje słowo. Na tym słowie opiera się przecież nasza medytacja. A zatem cisza, która przychodzi, jako owoc tego słowa jest Jego darem, jest Jego łaską.
Nie chodzi nawet o brak dźwięków z zewnątrz. Chodzi o tę ciszę, która rodzi się, gdy mimo hałasu świata, odnajduję ją w sobie, w moim sercu. Nie zawsze mamy luksus otoczenia się ciszą w miejscu medytacji, dlatego trzeba byśmy prosili Pana o ciszę w swoim sercu a On jej udzieli jako swojego daru.
I sprawa trzecia: JEEMU ZAUFAJ!
Księga Przysłów w rozdziale 3,5 mówi: „Z całego serca Panu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku”. Ciągle wracamy do kwestii myśli, które przychodzą w czasie modlitwy. Modlitwa monologiczna zaprasza nas, abyśmy odtrącali przychodzące myśli jako rozproszenia. Ktoś może mieć wątpliwości: „Czy nie odganiam w ten sposób myśli, które właśnie podsuwa mi Bóg?” Może powinienem przyjrzeć się im spokojnie. Zaufajmy, że Bóg ma o wiele lepsze rozeznanie sytuacji, niż my i jeśli jakaś myśl jest dobra i pochodzi z Jego natchnienia, cisza modlitwy monologicznej nie tylko jej nie zniszczy, ale pozwoli by ona jeszcze mocniej zakorzeniła się w naszym oczyszczonym przez ciszę sercu i wróciła ze zdwojoną siłą w innym czasie.
Medytacja monologiczna jest szkołą ćwiczenia się w słuchaniu a cisza jest przestrzenią w której pozwalamy słowu Bożemu docierać do naszego serca. To jedyna droga do tego, by to słowo mogło naprawdę realnie przemieniać nasze życie i umacniać naszą wiarę. Św. Paweł pisze „Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś co się słyszy, jest słowo Chrystusa.” (Rz 10,17). Pozwólmy zatem by słowo Chrystusa, które w czasie medytacji wybrzmiewa w naszych sercach uciszało nasze wewnętrzne burze, przynosząc głęboką ciszę, w której możemy doświadczyć obecności Boga.
Jezus powiedział do swoich apostołów:
«Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.
Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.
Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma.
Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody». (Mt 10, 37-42)
Od zawsze Kościół przypominał, jak wielką wartością jest rodzina. To w niej uczymy się relacji międzyludzkich, umiłowania dobra wspólnego, to w rodzinie przekazujemy wiarę.
Papieże i święci powtarzają cały czas, że jeśli załamie się przekaz wiary w rodzinie, bardzo trudno będzie go odbudować. To samo odnosi się również do życia społecznego. To w rodzinie uczymy się solidarności i patriotyzmu. Dlatego tak wiele wysiłku Kościół wkłada w dowartościowanie małżeństwa i rodziny nie godząc się na różnego rodzaju wariacje oferowane przez nowe trendy myślowe?
Pewne światło na tajemnicę życia rodzinnego rzucają dzisiejsze czytania.
W pierwszym tekście przyglądamy się prorokowi Elizeuszowi, który w imieniu Boga odpowiada na głębokie pragnienie posiadania potomstwa. Bóg pragnie szczęścia człowieka. Tym szczęściem dla Szunemitki było dziecko, którego długo oczekiwała. Wiele par małżeńskich doświadczyło czegoś podobnego w swoim życiu. Gdy wszystkie możliwe sposoby leczenia zawiodły, często uciekali się do wstawiennictwa świętych, licząc, że Bóg odpowie na pragnienie potomstwa, jakie małżonkowie noszą w swoim sercu. I znam wiele małżeństw, które otrzymały tę łaskę, choć lekarze byli co do spełnienia ich marzeń sceptyczni.
Z drugiej jednak strony we fragmencie z Ewangelii według św. Mateusza Pan Jezus kieruje do nas bardzo jednoznaczne słowa na temat życia rodzinnego: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”.
Chyba tylko raz Jezus mówi w Ewangelii z taką stanowczością, że ktoś nie jest Go godzien. I ciekawe, że mówi to właśnie w odniesieniu do miłości rodzinnej.
Czy więzy, które łączą nas z Jezusem, mogą być silniejsze niż więzy rodzinne? Otóż nie tylko mogą, ale i są!
Dzieje się tak dlatego, że miłość Boga jest zawsze pierwsza. To ona jest źródłem naszej miłości do żony, męża, dzieci, rodziców. Wierzymy, że oni zostali nam podarowani z Bożej miłości. Dlatego miłość Boga, która jest pierwszą miłością nigdy nie może zagrażać innym miłościom, skoro jest ich źródłem. Ona je porządkuje zgodnie ze starą maksymą Ojców Kościoła, mówiącą, że kiedy Chrystus będzie na pierwszym miejscu w naszym życiu, wszystko inne – a więc nasze relacje i nasza miłość do innych będzie na właściwym.
Ta nasza miłość do Jezusa jest pierwsza również nie dlatego, że jest doskonała, ale dlatego, że jest pierwsza w porządku łaski, jaką otrzymujemy i która uzdalnia nas do kochania w ogóle. O tym przypomina nam drugie czytanie. Nowość życia otrzymanego w chrzcie przekracza ramy ziemskiej miłości, nawet tak głębokiej jak miłość rodzicielska. Tutaj na ziemi nigdy nie pojmiemy do końca, jak wielka jest miłość Boga ku nam, że gotów jest oddać za nas swoje życie. Dzięki ofierze Syna Bożego i w Nim stajemy się nową rodziną. Owocem Jezusowego Krzyża jest stworzenie więzi łączących nas z Bogiem tak silnych, że nic nie może ich zniszczyć.
Ktoś zapyta: No jak to, a grzech? Czy nie niszczy więzi łączących nas z Bogiem?
Święty Paweł twierdzi, że w sakramencie chrztu świętego nasz „stary człowiek”, zniewolony przez grzech, został razem z Jezusem ukrzyżowany, zostaliśmy wręcz pogrzebani razem z Jezusem Chrystusem, abyśmy mogli tak, jak On po swoim zmartwychwstaniu, kroczyć w nowości życia, w życie odnowione przez Ducha Świętego. Chrzest jest więc tajemniczym zaktualizowaniem w naszym życiu misterium życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Chrzest czyni nas wolnymi od zniewolenia przez grzech. Oczywiście to jedynie umożliwienie nam przez Boga życia nowym, sprawiedliwym życiem na wzór Jezusa. Ostatecznie wyboru czy chcemy żyć takim przemienionym życiem musimy dokonać sami. Lecz nigdy już, bez względu na to jak ciężki grzech byśmy popełnili nie przyniesie on tak tragicznych skutków jak grzech pierwszych rodziców a Bóg nigdy już się nas się nie wyrzekanie jako swoich dzieci.
Z żywej wiary w Jezusa rodzi się cud nowego życia, cud życia dziecka Bożego, którego piętna nikt i nic nie może wymazać z naszej duszy. Nawet ktoś, kto wyrzekłby się Jezusa.
Być godnym Jezusa, to znaczy starać się Go kochać nade wszystko.
Bycie uczniem Jezusa wymaga od nas radykalnej zmiany naszej mentalności. Zobaczmy, że przykazanie miłości, które Jezus uznaje za najważniejsze: ukochania Boga całym sercem, całą duszą, ze wszystkich naszych sił – nie pozostawia złudzeń. Bóg nie zadowala się częściowym uwzględnianiem Jego obecności w naszym życiu.
Gotowość wzięcia krzyża oznacza zgodę na Jego wolę, która nie zawsze jest lekka, łatwa i przyjemna. Często wymaga zaparcia się siebie, zanegowania własnego widzimisię, realizowania tylko swoich własnych planów i wygodnictwa. Bóg stawiając takie wymagania robi to z troski o nas samych. Chce nam uświadomić, że najczęściej zapieramy się Jezusa ze strachu o samych siebie i o to, że Bóg pokrzyżuje nasze życiowe plany i że – po ludzku sądząc coś przez to stracimy.
Tymczasem prawda jest taka, że trzymając z Bogiem nie da się stracić, nawet wówczas, gdy coś po ludzku nam się nie uda. Za to tracąc Boga, tracimy tak naprawdę wszystko, nawet wówczas, gdybyśmy z perspektywy świata wiele zyskali.
Jezus przestrzega nas dziś przed iluzją życia łatwego, życia bez krzyża. Tak łatwo uciekać nam od naszych obowiązków, od trudnych ludzi, od trudnych spotkań. Tak łatwo buntować się wobec bólu, wobec cierpienia. Pasja Mela Gibsona jest dlatego tak trudna, że ukazuje, jak straszna jest samotność cierpiącego Boga, który do końca i mimo wszystko kocha tych, za których oddaje swoje życie.
Pokusa chrześcijaństwa bez krzyża jest w dzisiejszych światach bardzo silna – przestrzega papież Franciszek. Lecz taka droga jest zawsze drogą letniego chrześcijaństwa, bez silnej wiarę, bez wszystko uzasadniającej miłości do Boga. Na takiej drodze jednak trudno doświadczyć cudów działania Bożej mocy a jeszcze trudniej być świadkiem Chrystusowej radości i nadziei wobec naszego świata.