Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Troje Was – troje nas, pobłogosław Panie nas!

W informacji rozsyłanej do Wspólnoty Medytacyjnej wspomniałem o jednym krótkim filmie (ok. 14 minut) czerpiącym z doświadczenie Kościoła Wschodniego i mogącym być dobrym wprowadzeniem do medytacji. To bardzo piękny i poruszający film, nawiązujący swoją treścią do prozy Lwa Tołstoja. Być może ktoś go zna, ale jeśli nie gorąco polecam, bo jest piękną szkoła modlitwy monologicznej, modlitwy prostoty. A przy okazji można będzie zaczerpnąć coś z ducha ekumenizmu. Pozdrawiam i życzę miłego oglądania:-)

https://youtu.be/1uF1d0WR3ws 

Nasze życie powinno być eucharystyczne

W Kafarnaum lud powiedział do Jezusa:

«Jaki więc Ty uczynisz znak, abyśmy go zobaczyli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: „Dał im do jedzenia chleb z nieba”».

Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój daje wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu».

Rzekli więc do Niego: «Panie, dawaj nam zawsze ten chleb!»

Odpowiedział im Jezus: «Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie». (J 6, 30-35)

Mieszkańcy Kafarnaum żyją przeszłością, wspomnieniami przeszłych znaków, dlatego nie potrafią dostrzec tego największego Znaku – Jezusa Chrystusa obecnego wśród nich. Nam także nie rzadko zdarza się żyć przeszłością lub przeszłością, co sprawia, że nie jesteśmy w pełni obecni w tu i teraz. I dlatego nam również czasem trudno odkrywać Bożą obecność w teraźniejszości. Tymczasem chwila obecna to wszystko, co mamy, to miejsce działania Boga, to „Chrystusowe teraz”, w którym jesteśmy zaproszeni by nieustannie odkrywać Jego obecność.

Żeby mieć dużo pieniędzy, trzeba się często naharować. Żeby ludzie nas szanowali, również trzeba włożyć w to wiele wysiłku. Aby zjednoczyć się Bogiem wystarczy pójść do Kościoła i przyjąć go w Komunii świętej. Bóg jest na wyciągnięcie ręki. Nie musze się wcześniej umawiać, wystawać w kolejce, rezerwować wizyty. „Bóg na wiecznym dyżurze”.

Niestety w naszej zachodniej mentalności panuje często przekonanie, że jak coś nic nie kosztuje, to nie ma zbyt dużej wartości. Jednak to, że możemy spotkać się z Bogiem za darmo, w Komunii świętej, nie oznacza, że jest ona mało wartościowa, oznacza jedynie, że Jezus zapłacił już za nią na krzyżu najwyższą cenę, której my sami nigdy nie bylibyśmy w stanie uiścić. To Jego ofiara i zmartwychwstanie sprawiły, że teraz możemy przyjmować Go w Komunii za darmo.

Jezus odsłania nam w dzisiejszej Ewangelii największy cud swojej obecności, który będzie trwał do końca świata. Jest nim cud Eucharystii. Jeśli się nią karmimy, to nasze życie powinno być eucharystyczne, otwarte na innych, z całą ofiarnością. Duchowość chrześcijańska powinna być duchowością chleba życia, duchowością eucharystyczną. A ta zaprasza nas do tego, by przeżywać nasze życie w duchu ofiarowania, czyli bycia dla Boga i bycia dla bliźnich. Zgodnie ze słowami modlitwy: „Daj mi taką życzliwość, by wszyscy, którzy zetkną się ze mną, odczuli Twoją obecność. I niech będę dla innych chlebem, jak Ty jesteś nim dla mnie każdego dnia”. (kard. L. Suenens)

Słowo „communio” w języku łacińskim oznacza „zjednoczenie”. To właśnie dzieje się, gdy przyjmujesz Jezusa w Najświętszym Sakramencie. On jednoczy się z Tobą tak ściśle, że zaczyna krążyć w Twoich żyłach razem z Twoją Krwią. On przenika każdą komórkę Twojego ciała. Módlmy się o to, aby świadomość tego zjednoczenia z Chrystusem trwała w nas nieustannie.

Emaus

W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej o sześćdziesiąt stadiów od Jeruzalem. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali.

On zaś ich zapytał: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?» Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało».

Zapytał ich: «Cóż takiego?»

Odpowiedzieli Mu: «To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Ale po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto, jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli».

Na to On rzekł do nich: «O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?» I zaczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: «Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił». Wszedł więc, aby zostać wraz z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili między sobą: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?»

W tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jeruzalem. Tam zastali zebranych Jedenastu, a z nimi innych, którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi». Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba. (Łk 24, 13-35)

Kto z nas nie chciałby się odciąć od bolesnej przeszłości? Zwłaszcza od tej grzesznej.

Kto z nas nie chciałby odciąć się od porażki i rozczarowania?

Łukasz i Kleofas w drodze do Emaus właśnie próbują to zrobić. Ze wzrokiem wbitym w ziemię rozpamiętują to, co się wydarzyło, i nie mogą się pogodzić z niezrealizowanym scenariuszem na życie, który układali w towarzystwie Mistrza z Nazaretu.

Obaj uczniowie tak zapamiętale dyskutują o ważnych dla siebie sprawach, że stracili z oczu otaczający świat – a nawet samego Jezusa który jest tematem ich kontrowersji. Bywa, że zaczynamy rozmowę z chęci dotarcia do prawdy czy też jakiegoś porozumienia – a w trakcie zapominamy o tym i dyskusja staje się celem samym w sobie.

Być może warto skorzystać z przykładu uczniów idących do Emaus – i to jest pierwszy wniosek płynący z dzisiejszej Ewangelii – i częściej zapraszać Jezusa naszych rozmów, jeśli chcemy by przynosiły lepsze owoce.

Uczniowie otwierając przed Jezusem swoje serca przypominają nam – o czym my sami często zdajemy się nie pamiętać – że mamy jedno serce: jeśli zatem boimy się ludzi, to boimy się też zazwyczaj Boga; jeśli wściekamy się na ludzi, to wściekamy się na Boga; jeśli ufamy ludziom, to ufamy też Bogu. Tego nie da się rozdzielić.

Dlatego warto żyć w kontakcie z własnym sercem…

Jeśli częściej będziemy się w nie wsłuchiwali i będziemy wobec siebie szczerzy, więcej możemy się o sobie dowiedzieć. A wówczas w większej prawdzie będziemy także stawali przed Bogiem na modlitwie.

Pan Jezus swoją otwartą postawą inspiruje uczniów do szczerości i do opowiedzenia o swoich zawiedzionych nadziejach. Wchodzi środek ich rozbitych oczekiwań, ich zagubienia. Podsuwa im Pismo Święte jako wzorzec pomocny do zrozumienia tego co doświadczają w swoim życiu. Bo Słowo Boże ma ten szczególny walor, że potrafi ukazać nam właściwą perspektywę, że uczy nas sięgać dalej i głębiej, niż tylko do granic własnej perspektywy, wyznaczanej zazwyczaj naszymi oczekiwaniami, naszymi krzywdami i rozczarowaniami. Pokazuje, jak trudno nam się czasem pogodzić ze stratą swoich planów na życie. To dzielenie się rozczarowaniami, oczekiwaniami i nadziejami z Jezusem i słuchanie Jego pouczenia rodzi ogromną więź między uczniami zmierzającymi do Emaus a towarzyszącym im Wędrowcem. Dlatego przymuszają Go, by został z nimi na noc.

I tu rodzi się kolejny wniosek wart przemyślenia: Czy w naszych wspólnotach, w których funkcjonujemy na co dzień nie brakuje głębokich relacji osobowych, szczerej rozmowy, po prostu miłości i empatii, które nierzadko zastąpiły utylitaryzm i przedmiotowość w podejściu do człowieka? To są powody, które niszczą dziś wewnętrznie wiele wspólnot rodzinnych, zawodowych, przyjacielskich czy zakonnych…

Autor Ewangelii sugeruje, że uczniowie rozpoznali Jezusa, gdy usiadł z nimi przy stole, po charakterystycznych czterech gestach: wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im, które przypomniały im pierwszą Eucharystię, którą przeżyli podczas Ostatniej Wieczerzy. Może dostrzegli też Jego rany, które pomogły im zidentyfikować już zmartwychwstałego Pana.

Doświadczenie spotkania uczniów z Jezusem uświadamia nam, że wspólny posiłek jednoczy, wnosi pokój i miłość, daje radość. Taką samą rolę pełni Eucharystia. Chrystus zmartwychwstały obecny w Eucharystii jest Pocieszycielem, który pragnie nas jednoczyć, wlewać w nasze serca pokój, radość i miłość. Dlatego nalega, abyśmy się często nią karmili.

Dlatego warto przychodzić na Eucharystię nie tylko, gdy wszystko jest dobrze, ale też z nocy naszego życia, kiedy pozornie nic się nie układa.

Warto też postawić sobie pytanie: Czy wierzymy, że Jezus w Eucharystii ma moc przemienić szarą rzeczywistość naszego życia, tak jak przemienił sytuacje apostołów idących do Emaus?

Bo kiedy Chrystus łamie dla nas i błogosławi „chleb życia”, to nie dla zachowania tradycji, ale po to, aby także w nas miało miejsce zmartwychwstanie, przemienienie i powstanie do nowego prawdziwego życia. Życia pełnego nowej nadziei i radości, po którym my – uczniowie Jezusa – powinniśmy być rozpoznawani w świecie.

Miłosierdzie i dziesięciolecie

Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na wszystkich. (Dz 4, 32-37)

Piękny jest ten tekst z dzisiejszego czytania z Dziejów Apostolskich, dlatego pozwoliłem sobie przywołać go, jako motto dzisiejszej medytacji. Sądzę bowiem, że jest to właśnie rzeczywistość, której możemy zakosztować medytując wspólnie, kiedy to jeden duch i jedno serce ożywia wszystkich. Bez względu na to, czy medytujemy w kościele, czy medytujemy oddzieleni od siebie w naszych domach, duch nie zna barier, podobnie jak wiara, która łączy nas. Ponadto medytacja otwiera nas zawsze na łaskę, która w tej modlitwie – używając słów apostoła – spoczywa na nas.

Przyszło mi pisać to dzisiejsze wprowadzenie w cieniu dwóch ważnych wydarzeń: pierwszą jest Niedziela Miłosierdzia, którą przeżywaliśmy przed dwoma dniami; drugim dziesięciolecie obecności w stolicy Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Dlatego wybaczcie od razu, ale to wprowadzenie będzie nico inne. Bardziej retrospektywne i trochę przydługie. Można je czytać na raty! Ale to przecież w tej historii, którą pamiętamy mamy nieustannie odkrywać Bożą obecność i  Boże działanie. Mamy jak apostołowie dostrzegać, że tu jest Pan.

Każde z rzeczonych wydarzeń daje nam powody do radości, do refleksji i do wdzięczności.

Miłosierdzie Boże, to rzeczywistość, która wymyka się naszej ludzkiej percepcji. Tym bardziej, że nawet siostra Faustyna Kowalska odnotowuje w sowim Dzienniczku, że jest ono niepojęte nawet dla aniołów i świętych. Może zatem bardziej trzeba je kontemplować sercem niż próbować ogarnąć umysłem.  Medytacja uczy nas jak w miłosierdziu Bożym szukać schronienia. Im bardziej uświadamiamy sobie i pragniemy, aby modlitwa pełna ufności zanurzała nas w oceanie Bożego miłosierdzia, tym bardziej mamy szansę doświadczyć, że staje się ona najpiękniejszą chwilą naszego dnia. Wiele osób idących drogą modlitwy monologicznej właśnie w wezwaniu „Jezu, ufam Tobie!” znalazło werset towarzyszący ich medytacji. To piękne wezwanie dające mnie osobiście zawsze poczucie bezpieczeństwa. Jak zwykł mawiać jeden z nieżyjących już kapłanów, będącym przez lata duchowym opiekunem ośrodka przy Łazienkowskiej 14 jeszcze sprzed epoki Wspólnot Jerozolimskich: „Wezwanie Jezu ufam Tobie, to moje jedynie ubezpieczenie na życie.” Lubię przywoływać te słowa, bo wielokrotnie rzeczony kapłan dawał dowody, że są prawdziwe.

A skoro już o Łazienkowskiej mowa, to nie wiem kiedy minęło te dziesięć lat. Byłem świadkiem rozkwitu tego szczególnego miejsca, bo z ośrodkiem na Łazienkowskiej związany jestem od trzydziestu lat, kiedy posługiwałem tu jeszcze w czasach kleryckich we wspólnocie Rodziny Rodzin, widząc jak wiele dobra rodzi to miejsce i z pasją służący tam ludzie. Potem wraz z tymi, którzy przez lata wkładali tam swój czas i serce przeżywałem zredukowanie a w zasadzie zamknięcie duszpasterstwa, którym przez lata opiekowali się ojcowie Pallotyni. Zawsze jednak, od kiedy w 1994 roku po raz pierwszy zetknąłem się podczas mojego pobytu w Paryżu ze Wspólnotami Jerozolimskimi w kościele św. Gerwazego, gdzie chodziłem na liturgię, wielkim pragnieniem mojego serca było to, żeby kiedyś mogły Wspólnoty zawitać do Polski a jedynym miejscem, które wydawało mi się przestrzenią wymarzoną dla Nich był właśnie klasztor i kościół przy ul. Łazienkowskiej. I co? Chciałoby się rzec… I jestem tym, który na własnej skórze doświadczył, że marzenia się spełniają. Że Pan Bóg odpowiada na pragnienia serca maluczkich. Choć kiedy po raz pierwszy o tym zamarzyłem nawet nic nie zwiastowało, że ośrodek na Łazienkowskiej zmieni gospodarza.

Do dzisiaj pamiętam dzień otwarty w seminarium, przed dziesięciu laty, na który zawitali Siostry i Bracia z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich i razem z alumnami naszego seminarium cieszyliśmy się ich obecnością i nowo powstającą fundacją. Maria Magdalena brylowała, rozsiewając wokół swoją charyzmatyczną radość! Pamiętam też dzień świętowania początków fundacji, gdzie z powodu niemożności przybycia zaproszonych gości ze świata świętowaliśmy w kameralnym gronie nowo-rodzącej się Rodziny. Być może przez taką a nie inną reżyserię tego wydarzenia Pan Bóg przygotowuje nas do tego byśmy byli gotowi odrywać się od własnych planów na rzez całkowitego powierzenia się Jego opiece i prowadzeniu. I być może tegoroczna lekcja niemożności świętowania dziesięciolecia Wspólnot Jerozolimskich w Warszawie tak jak byśmy chcieli a w której uczestniczymy, to kolejne zaproszenie skierowane do nas przez Pana Boga, by zwrócić się bardziej ku temu, co najcenniejsze, co wewnętrzne a odwracać się do tego, co zewnętrzne. Czasem tak trudno na gorąco odczytywać to, co jest wolą Bożą a tym bardziej docenić, że wszystko, do czego Pan Bóg nas zaprasza jest łaską.

Mając w pamięci i nosząc w sercu minione dziesięć lat nie mam wątpliwości, że im bardziej kontemplacyjnie dane nam będzie przeżyć te piękne dni, tym mocniej zapiszą się one w naszych sercach i tym więcej duchowego pożytku przyniosą zgodnie ze słowami z dzisiejszych czytań. Bo czyż nie najważniejsze jest to, aby jedna wiara, jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich? A tego – jak ufamy – nie mogą zniweczyć żadne zewnętrzne przeszkody.

Na koniec przywołam jeszcze konkretne osoby, bez których pewnie nie dane nam byłoby świętować tego jubileuszu ani znaleźć dla naszej wspólnoty domu, w którym moglibyśmy podążać drogą medytacji monologicznej, tak pięknie wpisującej się w charyzmat Sióstr i Braci Jerozolimskich. W kronice Siostry i Bracie wspominają szczególnie trzy: założyciela Wspólnot Brata Pierre-Marie Delfieux, który jak ufam patrzy na nas z domu Ojca i wspiera nas swoim wstawiennictwem. Dwie kolejne postaci to prof. Stefan Świerzawski (bliskiego także mojemu sercu) i siostra Kinga Strzelecka – urszulanka. Ja przywołam jeszcze dwa, których namowy miały ogromny wpływ na ostateczną decyzję prymasa Glempa. To ks. prof. Józef Naumowicz – patrolog i ówczesny rektor ośrodka na Łazienkowskiej a obecnie biskup pomocniczy naszej diecezji Rafał Markowski – wielcy sympatycy Wspólnot Jerozolimskich. Pragnę pamiętać również o tych, którzy na dłuższy lub krótszy czas towarzyszyli naszej wspólnej wędrówce, uczestnicząc w spotkaniach medytacyjnych – ich wszystkich nosimy w sercach, bo wielu z nich, choć dzisiaj niekoniecznie bezpośrednio uczestniczy w życiu wspólnoty, to jednak często dają sygnał, że są z nami sercem i otaczają nas modlitwą, zgodnie ze słowami piosenki: „ci, co odchodzą, wciąż z nami są…”. Za każdą osobę, która choć raz przekroczyła próg kościoła na Łazienkowskiej, aby zasiąść wraz z nami do medytacji pragnę Panu Bogu dziękować.

A nade wszystko nieustannie dziękuję Panu Bogu za łaskę tego miejsca, jakim jest kościół i klasztor przy Łazienkowskiej a zwłaszcza za ich Gospodarzy, bo bez ich otwartości serca i miłości historia naszej Wspólnoty wyglądałaby zgoła inaczej.

W Liście na jubileusz Przełożeni warszawskich w Wspólnot piszą: „To czego wyglądamy, czego się spodziewamy, co jest przedmiotem naszych oczekiwań, a przynajmniej powinno nim być, to oczywiście Jeruzalem Niebieskie, które będzie nam dane na końcu czasów”. Jedno jest pewne, że dzięki obecności Wspólnot Monastycznych mamy świadomość, że na tej drodze nie jesteśmy sami, że wokół są nasi Siostry i Bracia, na których zawsze możemy liczyć a we wspólnocie zawsze idzie się łatwiej. Także do nieba. Bo przecież istotą chrześcijaństwa jest zawsze bycie w drodze z innymi.

Pozostaję w ufności i o to módlmy się w naszej jubileuszowej medytacji (która pierwotnie miała odbyć się w kościele jako otwarte spotkanie dla wszystkich chętnych), aby nadal jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy przychodzą, aby medytować do Kościoła Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Tam czujemy, że wszystko jest wspólne, jak w prawdziwym domu. Niech to miejsce nadal z wielką mocą świadczy o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska nich spoczywa na wszystkich.

Dziękuję, że jesteście!

Jezus i Nikodem

Był wśród faryzeuszy pewien człowiek imieniem Nikodem, osoba wysoko postawiona wśród Judejczyków. Przyszedł on do Jezusa w nocy i powiedział: „Rabbi, wiemy, że jako nauczyciel przybyłeś od Boga. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim”. Jezus na to mu rzekł: „O tak, zapewniam cię: jeśli ktoś na nowo się nie narodzi, nie jest zdolny ujrzeć królestwa Bożego”. Nikodem zapytał Go: „Jak stary Już człowiek może się narodzić? Czy może ponownie wejść do łona matki i narodzić się?” Jezus odpowiedział: „O tak, jeśli ktoś nie narodzi się z wody i Ducha, nie jest zdolny wejść do królestwa Bożego. Co z ciała narodzone, ciałem jest, a co narodzone z Ducha, jest duchem. Nie dziw się, że ci powiedziałem: „Musicie na nowo się narodzić”. Wiatr wieje, gdzie chce. Słyszysz głos jego, lecz nie wiesz, skąd przylatuje ani dokąd podąża. Tak jest z każdym, kto narodził się z Ducha”. [J 3,1-8]

Przez najbliższe dni będziemy świadkami rozmowy Jezusa z Nikodemem, uczonym w Piśmie i członkiem Sanhedrynu. Stąd pozwalam sobie na początku nowego tygodnia na kilka słów komentarza do tej duchowej lektury. 

Spotkanie Jezusa z Nikodemem, to jedna z piękniejszych i głębokich rozmów, jakie znajdujemy w Ewangelii. Jezus w dialogu z Nikodemem wchodzi na nieco wyższy poziom, gdyż rozmawia z człowiekiem uczonym, doświadczonym życiem, ówczesnym specjalistą od życia duchowego. Tym, co uderza w postawie Nikodema jest jego otwartość, której nie znajdujemy u innych uczonych w Piśmie. Dzięki tej otwartości to nocne spotkanie z Mistrzem okazuje się dla Nikodema przemieniające. To noc spotkania, które rzuca nowe światło na całe późniejsze życie Nikodema.

Świętemu Janowi zawdzięczamy zapis kilku bardzo osobistych spotkań i rozmów z ludźmi, o których nie wspominają trzy pozostałe Ewangelie. Dzięki Janowi możemy być świadkami rozmów Jezusa z pojedynczymi osobami, podczas których budzi się ich wiara. Te spotkania zresztą miały być tematami naszych kolejnych konferencji towarzyszących sesjom medytacyjnym, które brutalnie przerwała szerząca się epidemia.

Jezus poznaje ludzi głębiej niż potrafią to inni ludzie. Nikodem posiada ogromną wiedzę biblijną ale ma także wiedzę o nauczaniu Jezusa i znakach jakie czyni. Z jego rozmowy z Mistrzem wynika, że to coś więcej niż informacje, które można było zaczerpnąć z plotek na temat Nauczyciela z Nazaretu. Być może Nikodem przez dłuższy czas obserwował Jezusa i Jego działalność zanim zdecydował się na rozmowę z Nim. Z pewnością Nikodem jest jednym z niewielu reprezentujących Sanhedryn przychylnie nastawionym do Jezusa, lecz w rozmowie z Jezusem przekonuje się boleśnie, że mimo swojej wiedzy i doświadczenia jest tak naprawdę niewierzącym nauczycielem religijnym. W dialogu z Jezusem Nikodem stopniowo odsłania swoje przekonania. Jezus jest dla niego nauczycielem o autorytecie przekraczającym nauczycieli religijnych Judei. Nikodem jednak nie ma odwagi wypowiedzieć na głos ukrytego pytania, które nosi na dnie swojego serca a które doskonale zna Jezus. To pytanie brzmi: „Czy Ty jesteś Mesjaszem?”

O ile inni ewangeliści mówią o bliskim Królestwie, o zdobywaniu Królestwa, to św. Jan mówi o czymś, co pozwala zobaczyć i wejść do tego Królestwa. To rodząca się w rozmowie z Jezusem wiara pozwoli Nikodemowi dostrzec, że Jezus jest Bogiem, Królem Izraela. Jednak warunkiem tej wiary Nikodema jest jego narodzenie się na nowo. To drugie narodzenie dokonuje się z Ducha Bożego, z Boga. Pierwsze narodzenie jest naturalne, drugie duchowe, co próbuje uświadomić Nikodemowi Jezus jednocześnie uświadamiając mu, że ktoś, kto jest religijny a nawet jest znawcą Biblii niekoniecznie musi być człowiekiem wierzącym.

I tu mała dygresja: To na czym polega nowotestamentowe nowe stworzenie, nowe życie i ponowne narodzenie o którym próbuje przekonać Jezus Nikodema pięknie opisuje Valentino Salvoldi, włoski teolog i biblista kreśląc piękne zdanie, które jest konkluzją jednej z jego książek: “Kto rodzi się dwa razy, umiera jeden raz. Kto rodzi się jeden raz, umiera dwa razy.”

A skoro już wspominam o tej książce, to sądzę, że to doskonała lektura duchowa na obecne – epidemiczne czasy, mówiąca o narodzinach i śmierci. Mówiąca o początku i końcu. A mostem, który łączy te rzeczywistości jest «miłość potężniejsza od śmierci», miłość o jakiej mówi Pieśń nad Pieśniami a potem św. Jan w swojej Ewangelii i Listach. Miłość, której żaden grób nie może uwięzić. Miłość rodząca do pierwszego życia (doczesnego) a następnie prowadząca do tego, które nigdy nie będzie miało końca. Miłość, która kształtuje oblicze pierwszego i ostatniego płaczu człowieka: płacz nowonarodzonego dziecka i ostatnią łzę umierającego.

A ostatnie westchnienie na ziemi jest pięknie opisywane przez autora książki, jako pierwszy uśmiech w niebie. Istnieje bowiem tylko jedno życie, co wyraźnie podkreśla tytuł wspomnianej książki: „Człowiek nie umiera, rodzi się dwa razy”. Przyjęcie i doświadczenie wiary w Jezusa sprawia, że śmiertelne ciało człowieka zostaje ukształtowane i przemienione, stając się ciałem duchowym, niosącym w sobie już ziarno życia nowego.

Jest to książka przeznaczona dla tych, którzy pragną zakochać się w życiu, ale też dla tych, którzy towarzyszą umierającym lub tym, którzy przeżywają stratę najbliższych, a także dla lekarzy stojących dzisiaj na pierwszej linii frontu walki o życie zarażonych koronawirusem i wreszcie dla tych wszystkich, którzy wcześniej czy później stawią czoła godzinie swojej śmierci, która jest jednocześnie godziną narodzin dla wieczności.

Wspominam o tej książce, bo bardzo kojarzy mi się ona z rozmową Jezusa z Nikodem, który musi się narodzić na nowo do wiary w Jezusa, do wiary w to, że to On jest oczekiwanym Mesjaszem Synem Bożym, Zbawicielem świata, do wiary w to że to o Nim mówi całe Pismo, którego Nikodem był znawcą, nauczycielem i interpretatorem. Nikodem powinien był wiedzieć, że Jezusowi w rozmowie z nim chodzi o nawrócenie. Nigdy jednak nie przyszło mu do głowy, że Żyd potrzebuje nawrócenia na prawdziwą wiarę.

Thomas Merton napisał kiedyś piękne zdanie: „Na granicy królestwa Bożego leży to, co w człowieku stanowi przejście między niewiarą, a wiarą. Tym przejściem do wiary jest uwierzenie”.

A rozwijając to zdanie w jednej ze swoich konferencji do nowicjuszy w opactwie Getshemani mówił: „Wiara rodzi się z niewiedzy, z wątpliwości, z pytania, z obawy przed nieznanym, niekiedy pośród myślenia magicznego a nierzadko i pychy. Tymczasem aby uwierzyć trzeb czegoś więcej: trzeba spróbować zrozumieć, trzeba zaufać, trzeba zapragnąć a nade wszystko przylgnąć całym sercem do Osoby, bo uwierzenie jest owocem relacji, jest jak okrzyk zdobywcy i odkrywcy: <<Eureka, znalazłem>>. To właśnie to doświadczenie ma na myśli św. Paweł gdy pisze w Liście do Efezjan: „Obudź się, śpiący, i powstań z martwych, a światłem ci będzie Chrystus”.

Jezus jeszcze wiele razy będzie zmuszony wyjaśniać swoim rozmówcom, także Apostołom konieczność rodzenia się z Ducha Świętego, gdyż to jest właściwa droga rodzenia się naszej wiary. Z pewnością – choć trudno nam to często przyznać – nie jest nią nasza głowa, nasz intelekt. Dla ludzi chrześcijańskiego Wschodu – mniej dogmatycznego a bardziej otwartego na mistykę bez trudu przychodzi przyznać, że wiara rodzi się przede wszystkim w sercu nie w umyśle. Co nie znaczy, że intelekt nie jest ważnym narzędziem kształtowania wiary. Nikodem w rozmowie z Jezusem zrozumiał podstawę nowego narodzenia i dlatego zapyta Jezusa o sposób narodzenia się na nowo, choć trudność zaakceptowania słów Jezusa wynikała właśnie z faktu, że za bardzo próbował rzeczywistość, o której mówił Jezus ogarnąć umysłem zamiast sercem.

Warto, abyśmy i my w naszej medytacji pytali o to Jezusa, ale odpowiedzi szukali bardziej na poziomie serca niż intelektu.