Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ciasna brama modlitwy monologicznej

Jezus powiedział do swoich uczniów:

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!» (Mt 7, 6. 12-14)

Już Jan Kasjan nauczając o modlitwie monologicznej mówił, że przypomina ona raczej przeciskanie się wąską ścieżką i ciasną bramą. Jest tak dlatego, że modlitwa ta wymaga od nas porzucenia bagażu wielu naszych nawyków i przyzwyczajeń w modlitwie i choć pozornie wydaje się prostą modlitwą, to ostatecznie często oznacza drogę zmagania się z tym, co chce nas z tej drogi zawrócić. Bowiem również w modlitwie ulegamy często pokusie tego, że to my winniśmy kontrolować jej przebieg i że to my jesteśmy tymi, którzy przecierają drogi modlitwy. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie: prawdziwa modlitwa jest zawsze wyrazem zawierzenia się i zgody na to, że Bóg poprowadzi nas tam, gdzie On chce.

Mistrz Eckhart – przedstawiciel mistyki nadreńskiej – komentując słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, że ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują, odnosi te słowa do poszukiwania w modlitwie Jezusa, gdyż to On sam nazwie siebie w Ewangelii Bramą. I przeciwnie – naucza Eckhart – kroczenie szeroką bramą i przestronną drogą jest niczym innym, jak szukaniem w modlitwie własnego „ja”, dlatego w konsekwencji obranie takiej drogi nie może prowadzić na manowce życia duchowego.

Większość naszego życia poświęcamy na odmianę czasowników: „chcieć”, „mieć”, „robić”. Tymczasem zapominamy, że żaden z nich nie ma naprawdę głębokiego znaczenia, jeśli nie nabierze wymiary transcendentnego. Mistrz Eckhart mówi, że esencją prawdziwego życia duchowego jest czasownik: ”być”. I tego być mamy się nieustannie uczyć, bo ono stanowi nasze podobieństwo do Boga, który przedstawia się imieniem: JESTEM. Jezus chce by doświadczenie bycia i to bycia naprawdę stało się naszym udziałem. Często przez pokusę nieustannej chęci robienia czegoś, świadomość bycia gdzieś nam umyka.

Mistrz Eckhart przestrzegał swojego ucznia Henryka Suzo: „ucz się rezygnować z nadmiernej aktywności, z nieustannego robienia czegoś na rzecz zwyczajnego bycia”.

Takiego zwyczajnego bycia pragnie nas uczyć modlitwa monologiczna. To modlitwa, która chce nas wyrwać tak powszechnej presji działania na rzecz nie-działania a właśnie świadomego bycia: bycia wobec Boga, wobec siebie i wobec otaczającej nas rzeczywistości.

Uczy nas, że świadome bycie może stać się dla nas chwilą wytchnienia i nieco innego spojrzenia na świat. Jak ktoś to ładnie określił: „Modlitwa monologiczna – wyspa spokoju w pędzącym strumieniu czasu, która pozwala nam na chwile wytchnienia, na to by po prostu być!”

Jest to modlitwa, która zmusza nas do zatrzymania się w biegu naszego życia i skupienia należnej uwagi na tym, co najważniejsze. Dlatego ma moc dotknąć naszego serca.

Wspomniany już Henryk Suzo w swojej Księdze Mądrości Przedwiecznej mówi o czterech wskazówkach, jakich udzieliła mu owa Przedwieczna Mądrość:

  1. Trzymaj się z dala od ludzi. Nie chodzi tu jednak o ucieczkę przed światem, ale o równowagę między naszym światem wewnętrznym a zewnętrznym, gdyż często na korzyść zaangażowania w ten drugi zaniedbujemy ten pierwszy wymiar naszego życia.

  2. W czasie medytacji zostaw wszystko za sobą i bądź wolny od wszelkich myśli i wyobrażeń. Modlitwa winna być swego rodzaju „kuracją odwykową” dla duszy i dla umysłu, po to by stały się one wolne dla spraw istotnych.

  3. Uwolnij się od wszystkiego, co może być balastem w modlitwie, co może ci przynieść zastój i smutek: od przywiązań i wszystkiego, co za sobą wleczemy, obojętnie czy chodzi o dobra materialne czy duchowe a nade wszystko trzeba, abyś gruntownie uwolnił się od samego siebie. Tylko taka postawa pozwoli zanurzyć się w bezdennej przestrzeni, w której mieszka Tajemnica.

  4. Bacz, abyś tej Tajemnicy nie stracił z oczu. W każdym czasie kieruj swoje spojrzenia i serce ku Bogu, ku Jego spojrzeniu. Niech nieustanna pamięć o Bogu będzie dla ciebie miarą i środkiem do celu.

Tym czterem wskazówkom powinny być podporządkowane wszystkie ćwiczenia duchowe. Najważniejsze jednak – jak pisze Suzo – jest konkretnie przeżywane życie, tu i teraz.

Modlitwa monologiczna to ćwiczenie zostawiania za sobą wszystkiego, co trzeba porzucić na rzez jednego wezwania, na którym skupiamy się w tej modlitwie, które jest dla nas ową drogocenną perłą, o której mówi dzisiejsza Ewangelia i przepustką do doświadczenia kontemplacji, gdzie uczymy się świadomości nieustannego bycia przed Bogiem, której nic i nikt nie będzie mógł nam odebrać.

Nie musimy się bać!

Jezus powiedział do swoich apostołów:

«Nie bójcie się ludzi! Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach.

Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.

Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie». (Mt 10, 26-33)

Choć Jezus zapewnia o Bożej opiece i nagrodzie, która czeka na wytrwałych uczniów, dzisiejsza Ewangelia może niepokoić. Opowieści o prześladowaniach jakoś nie pasują do klimatu długo wyczekiwanych wakacji. Z chęcią posłuchalibyśmy czegoś przyjemniejszego.

Tak często życie zasypuje nas złymi wiadomościami. Czy przynajmniej Ewangelia, skoro jest Dobrą Nowiną nie powinna przynosić dobrych wieści?

Jednak Jezus nie chce kusić swoich uczniów z tanim entuzjazmem. On jest Prawdą, zatem nie może przemilczeć niebezpieczeństw, jakie czekają każdego, kto nie tylko decyduje się iść drogą Ewangelii, ale też odważnie i bezkompromisowo chce przyznawać się do Jezusa przed światem. Wierność Ewangelii, niezrozumienie a nierzadko i cierpienie z powodu wierności Bożemu Słowu, ale też doświadczenie Bożej opieki stanowią nierozdzielną trójcę.

Warto, żebyśmy o tej logice pamiętali zarówno w jesiennej szarudze, i na słonecznej plaży. Ona uchroni nas od lęku przed koniecznością nieustannej walki (zarówno tej w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym) i trudnościami, które nie są wyjątkowym dodatkiem do naszej wiary, ale naturalną konsekwencją bycia uczniami Jezusa.           Na szczęście nie do nich należy ostatnie słowo, ale do Boga, który zawsze upomina się o swoich przyjaciół.

Ale czytania dzisiejszej niedzieli zarysowują nam również jeden z podstawowych momentów egzystencjalnych: oto człowiek, żyjąc, oswaja świat, buduje w nim swoje miejsce, wiążąc się przeróżnymi relacjami z tym, co napotyka w owym świecie; a jednak niezależnie od swoich wysiłków wszystko to zaczyna mu się dramatycznie wymykać.

A wówczas pojawia się doświadczenie bólu utraty – od utraty stanu posiadania, przez utratę poczucia stabilności i bezpieczeństwa, aż po utratę przyjaźni, miłości, życia…

Dobra, którymi się cieszymy w tym świecie okazują się często takie kruche, sama zaś myśl o możliwości ich utraty zasiewa w naszych sercach i umysłach lęk i poczucie zagrożenia.

Grzeszność, którą w sobie nosimy, objawia się tym, że często próbuje nas skupić nas na samych sobie i na sprawach tego świata, jak też na lęku przed ich utratą – mechanizm ten dostrzegł już Seneka, rzymski pisarz i filozof gdy radził: „Pamiętaj odrzucać niepokój płynący z rzeczy i w każdej z nich widzieć to i tylko to, co w niej naprawdę jest. Należy zdzierać maski nie tylko z ludzi, ale i z rzeczy, i przywracać im prawdziwe oblicze”.

Jezus w Ewangelii idzie o wiele dalej: „Nie bójcie się tych, co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą!”.

Innymi słowy Jezus zapewnia, że zło tego świata nie może nas pokonać, jeśli nie damy mu dostępu do naszej duszy!

„Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle!”

Istnieje wielkie duchowe niebezpieczeństwo, które polega na tym, że jeśli zamkniemy się w waszym strachu o sprawy ciała, zdrowia, o stabilność i bezpieczeństwo naszego skrzętnie budowanego świata, to możemy przeoczyć to, co najważniejsze – samego Boga obecnego i działającego w naszym życiu, a utrata Jego to utrata wszystkiego, to piekło…

Jezus zatem przywraca ludziom i rzeczom prawdziwe oblicze, zdziera z nich maski nakładane przez grzeszność, która zawsze zniekształca nasz sposób widzenia.

Robi tak jednakże nie po to, aby nauczyć nas postawy stoickiego spokoju wobec świata.

Jezus chce nas nauczyć patrzeć na świat w postawie zaufania Ojcu, w którego rękach jesteśmy, który przenika nas, zna wszystkie nasze kroki i czuwa nad nami tak troskliwie, że nawet włosy na naszych głowach są policzone.

Dla Boga każda i każdy z nas jest kimś ważnym, dlatego nie musimy się bać!

Niech to zdanie będzie dla nas prawdą, którą zabierzemy dziś w naszych sercach i której pozwolimy kształtować nasz sposób myślenia, wolny od lęków, którymi świat i pan tego świata tak bardzo chcą nas zniewolić.

Bóg, który wzywa do doskonałości

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził.

A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.

Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?

Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski». (Mt 5, 43-48)

Dobrze przeżywane życie religijne powinno być traktowanie holistycznie, czyli całościowo. Nie powinno zaniedbywać żadnego z istotnych wymiarów ludzkiego życia. Ciało, dusza i duch (psychika) wpływają wzajemnie na siebie. Gdy boli mnie ząb, to automatycznie mam kiepskie samopoczucie – a i motywacja do ożywionego życia duchowego spada. Dopóki zęba nie wyleczę, modlitwa, której towarzyszy ból fizyczny będzie dla mnie udręką. Podobnie jest z bólem emocjonalnym, gdy jest silny wpływa na moją modlitwę.

Często pół żartem pół serio traktuje się słynne powiedzenie św. Tomasza z Akwinu, który ukuł tezę, że „Łaska buduje na naturze” a z przymrużeniem oka dodawał: „a najlepiej buduje wówczas, gdy ta natura jest wyspana i najedzona”. W tym żartobliwym powiedzeniu jest jednak zawarta wielka mądrość. Bowiem troska o życie duchowe to troska o wszystkie trzy sfery ludzkiego życia.

Dzisiaj Jezus zapraszając nas do miłości dotyka spraw najważniejszych, a jednocześnie najtrudniejszych, czyli naszych relacji z innymi. Te realizują się w naszych postawach wobec innych, w naszych emocjach, które inne osoby w nas budzą. Ważne, aby ich nie lekceważyć, bo to wszystko, co staje się naszym doświadczeniem w relacjach z innymi przynosimy także na modlitwę. Zdefiniowanie kogoś, jako nieprzyjaciela często rodzi w nas silne emocje. Już Ewargiusz z Pontu przestrzegał, że te mogą stać się dla nas przeszkodą w modlitwie. Zwłaszcza, że modlitwa serca z natury będzie nas konfrontowała z tym wszystkim, co przynosimy w naszym sercu na modlitwę.

Na liście siedmiu grzechów głównych, które komentuje Ewargiusz z Pontu jako namiętne myśli (logismoi) znajdują się dwa grzechy, które same w sobie nie są grzechami. Są nimi gniew i zazdrość. Dlaczego nie są grzechami? Ponieważ są emocjami, a emocje, jak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 1767 nie są dobre ani złe, nie mogą podlegać ocenie moralnej, a co za tym idzie – nie mogą być postrzegane jako grzech. Dlaczego zatem gniew i zazdrość, mimo że są uczuciami, widnieją na liście siedmiu grzechów głównych? Ponieważ czyny, których możemy dokonywać pod ich wpływem, mogą być grzeszne. Mogą, ale nie muszą!

Życie emocjonalne wymaga również pewnej czujności a tej bez wątpienia pragnie nas uczyć przestrzeń ciszy, która towarzyszy modlitwie monologicznej. Choć emocje nie powinny być przez nas postrzegane jako dobre lub złe, musimy pamiętać, że to nasza wolna wola ma nad nimi panować. Niejednokrotnie emocje puszczone „samopas” sprawiały, że traciliśmy nad nimi kontrolę. Sprawiają wówczas, że nasze postrzeganie świata może być nieco wykrzywione, a decyzje, które podejmujemy pod ich wpływem mogą prowadzić do grzechu.

Nierzadko zdarza się i tak, że naszą relację z Bogiem budujemy na emocjach. To także postawa przed która przestrzegają mistrzowie życia duchowego. (Ewargiusz z Pontu, św. Jan od Krzyża)

Doświadczenie medytacji monologicznej, które konfrontuje nas z naszym wnętrzem pozwala nam odkrywać dwie prawdy: Pierwsza polega na tym, że każdy z nas nosi w sobie głód Boga, który nas otwiera na Jego poszukiwanie, Jego obecność i Jego miłość. Dzieje się tak, bo człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga jako ontycznie bardzo dobry i ukierunkowany na bycie z Nim. Z tego wynika wyraźnie, że człowiek ze swej natury, a nie z wyboru, jest dobry i antropologicznie „niedomknięty”, otwarty na Boga. Ten wymiar duchowego podobieństwa do Boga jest zasadniczym wymiarem życia ludzkiego i nie można go wykluczać, co najwyżej zagłuszyć, ale dzieje się to zawsze ze szkodą dla człowieka.

Druga prawda, którą odkrywamy a raczej doświadczamy w medytacji monologicznej, to odkrycie, że ja – człowiek jestem jednocześnie rozbity, pęknięty, w stanie ciągłej dysharmonii będącej skutkiem grzechu.

Owocem medytacji a konkretnie towarzyszącego jej słowa, które jest nośnikiem łaski jest to, że ona powoli, ale trwale porządkuje w nas to, co nieuporządkowane. Szerzej ten proces opisuje w swoich książkach jezuita ojciec Jalics. Dlatego medytacja jest doświadczeniem, w którym odwołując się do podobieństwa do Boga, które w sobie nosimy powierzamy się bez zastrzeżeń działaniu łaski, która jako jedyna może w nas uporządkować, to co nieuporządkowane, począwszy od naszego serca, które jest zawsze źródłem porządku i towarzyszącego mu pokoju, lub chaosu z towarzyszącym mu niepokojem.

„Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” – oczekiwanie Jezusa względem nas sformułowane w dzisiejszej Ewangelii wydaje się jakąś utopią. Zdajemy  sobie dobrze sprawę z naszej niedoskonałości. By jednak nie zwątpić w to, że Jezus nie może się mylić potrzebujemy ciągle powrotu do źródła, do prawdy, że nosimy w sobie obraz i podobieństwo Boże. A to oznacza, że doskonałość Boża jest w jakiś sposób w zasięgu naszych możliwości. Choć oczywiście zawsze jest bardziej owocem łaski działającej  w nas niż naszych wysiłków. Wchodząc w ciszę medytacji pozwólmy zatem działać Bożej łasce, realizując Boży zamysł wobec nas.

Bóg, który się lituje

Jezus, widząc tłumy, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo».

Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.

A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził.

Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie». (Mt 9, 36 – 10, 8)

Chciałbym, żebyśmy dzisiaj zwrócili uwagę na jedno słowo, na które w przed chwilą przywołanym fragmencie Ewangelii zazwyczaj nie zwraca się uwagi.

Czy myśleliście kiedyś, co dzieje się w sercu Boga, gdy widzi naszą biedę, porzucenie, utrudzenie? Dzisiejsza Ewangelia odpowiada na to pytanie w słowach: „widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi”.

Termin „litość” nie kojarzy się w naszym języku za dobrze. Nie lubimy gdy ktoś się nad nami lituje. Tymczasem gdybyśmy zajrzeli do greckiego oryginału Ewangelii zobaczylibyśmy, że przywołany czasownik litować się pochodzi od takich słów jak: serce, serdeczność, czułość, miłość. Zatem „litość” o której mówi św. Mateusz, to nie było jakieś lekkie wzruszenie czy chwilowy dyskomfort, który poczuł Jezus. To, co Nauczyciel z Nazaretu zobaczył, poruszyło jego Boże serce aż do głębi Jego istoty.

Bóg stając się człowiekiem chciał zadać kłam przekonaniu, że jest kimś odległym, niewzruszonym, kimś kto stworzył człowieka, ale tak naprawdę nie za bardzo jest niezainteresowanym jego losem.

Jezus chce nas przekonać, że Bóg całym sobą przeżywa to, czego doświadcza człowiek. Opowiadając przypowieść o synu marnotrawnym Jezus również używa wspomnianego czasownika na opisanie reakcji ojca widzącego powracającego do domu syna.

Jezus chce nam ukazać oblicze Boga, tak inne od naszych wyobrażeń. Jest to obraz Boga, który wychodzi naprzeciw człowieka szukającego Jego miłości; współczującego z nim w jego cierpieniach. Bóg całym sobą cieszy się, gdy widzi swoje dziecko szczęśliwe.

Nie tak dawno na jednym z facebookowych profili znalazłem wpis młodego człowieka, który pyta: Czy moje życie ma jakąś większą wartość? A może jest takie sobie, przypadkowe, bez sensu? Dobrze by usłyszeć, że czyjś świat byłby beze mnie choć trochę uboższy. To mocne słowa. Kiedy je czytałem przypomniała mi się historia Nicka Vujicica, człowieka, który na skutek genetycznej choroby urodził się bez nóg i bez rąk. Jego rodzice, gdy go zobaczyli nawet nie wzięli go ze szpitala. Kiedy dorastał tułając się po sierocińcach nie radził sobie ze swoją niepełnosprawnością. Żył z poczuciem, że życie kogoś takiego jak on nie może mieć sensu. Kto może potrzebować człowieka, który nie ma rak ani nóg. Chciał odebrać sobie życie…

Przełomowym momentem dla niego okazało się spotkanie kogoś, kto opowiedział mu o swoim życiu wiary. Nie mówił tego, żeby nawrócić swojego rozmówcę. Ot tak. Po prostu rozmowa zeszła na temat wiary i ten ktoś podzielił się tak całkiem po ludzku doświadczeniem swojej miłości Boga.

Dlaczego opowiadam tę historię? Bo Nick Vujicić często odwołuje się w swoim świadectwie do słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. Mówi, że jego wiara została mu po prostu podarowana i wlała nowy sens w jego życie.

Dzisiaj jest znany ewangelizatorem, mężem pięknej żony i ojcem czworga uroczych dzieci. Jeździ po świecie dając radosne świadectwo o tym, jak Bóg ulitował się nad nim i przemienił Jego życie.

To co kiedyś wydawało się niemożliwe i nieosiągalne dla człowieka bez rąk i nóg stało się doświadczeniem przekraczającym nie tylko jego wyobrażenia, ale i wielu tych, którzy słuchają jego świadectw i katechez. Bardzo je polecam, bo są antidotum na pogrążone w smutku i beznadziei serca.

Mówię o tym, bo w dzisiejszej Ewangelii Jezus posyła swoich uczniów, żeby dzielili się z innymi doświadczeniem swojej wiary. My tak często ten nakaz ewangeliczny odnosimy do kapłanów, misjonarzy, może sióstr zakonnych. Jakby tylko oni byli uczniami Chrystusa. A przecież do ich grona należy każda i każdy z nas.

I nie chodzi wcale o jakąś ewangelizację przez wielkie „E”. Chodzi o gotowość podzielenia się swoim doświadczeniem i radością swojej wiary. Bez kalkulowania, bez oczekiwania na jakieś spektakularne owoce. Nigdy nie wiemy, czy nasze, nawet najprostsze świadectwo nie wleje nowej nadziei w serce kogoś, kto ja utracił, tak jak rozmówca Nicka Vujicica nie przypuszczał, że opowiadając o swoim doświadczeniu wiary uratuje nie tylko życie tego chłopaka, ale wleje w jego serce nową nadzieję.

Przypominają mi się słowa słynnego wiersza ks. Twardowskiego:

Nie przyszedłem pana nawracać

nie zacznę panu wlewać do ucha świętej teologii łyżeczką

po prostu usiądę przy panu

i zwierzę swój sekret

że ja (…) wierzę Panu Bogu jak dziecko

Czasem trzeba tak niewiele… Czasem trzeba przypomnieć, że skoro Pan Bóg chciał kogoś na tym świecie, to znaczy, że ma dla niego swój plan.

Prawdziwe dawanie świadectwa chrześcijańskiego życia nie polega na wielkich słowach, ale jest wpisane w naszą zwykłą codzienność, w małe gesty, przez które niczym promienie słońca przenikają nasza wiara i miłość.

Tylko tyle i aż tyle.

Bo prawdziwa miłość i wiara nie patrzy nigdy na to czy okoliczności są sprzyjające czy niesprzyjające, ale kocha i dzieli się tym, co sama otrzymała zawsze i w każdych warunkach. „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!”

Kiedy nasze „JA” robi miejsce Boskiemu „TY”

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie». (Mt 5, 13-16)

Jedna z historii o mnichach egipskich z IV wieku opowiada o tym, że pewien brat w Sketis zgrzeszył. Zwołano więc zebranie i posłano także po abbę Mojżesza, ale nie chciał przyjść. Ponownie bracia skierowali do niego wezwanie: „Przyjdź, bo cały lud na ciebie czeka”. Wstał więc i poszedł, ale wziął dziurawy koszyk, napełnił go piaskiem i poniósł na plecach. Ci, którzy wyszli na jego spotkanie, zapytali go: „Ojcze, co to znaczy?” Starzec im odpowiedział: „Moje grzechy sypią mi się za plecami, ale ja ich nie widzę, a przychodzę dzisiaj sądzić cudze winy”. Kiedy to usłyszeli, nic już nie powiedzieli tamtemu bratu, ale mu przebaczyli.

Thomas Merton w jednej ze swoich konferencji do nowicjuszy w klasztorze w Gethsemani powiedział, że: „Droga do Światła zaczyna się tam, gdzie przestajemy osądzać innych a zaczynamy rozdawać miłosierdzie. Światło zaczyna jaśnieć tam, gdzie stajemy w prawdzie o swoim życiu i dobro w sobie nazywamy dobrem, a grzech grzechem”. Niby oczywiste, a jednak nie zawsze.

Wiele osób pytanych o to, dlaczego podejmuje praktykę medytacji odpowiada najczęściej: „Aby pogłębić swoje życie duchowe” lub „aby się nawracać”. Tak często wydaje nam się że nasze nawrócenie zaczyna się od przemiany naszego „JA”. Tymczasem to tylko połowa prawdy. Nasze nawrócenie zaczyna się od chwili, gdy nasze „JA” oddaje pierwsze miejsce w życiu Boskiemu „TY”. Reszta jest łaską! Ten prosty wniosek wyznacza nową jakość, nadaje nowy smak naszemu życiu. W byciu chrześcijaninem nie chodzi o kroczenie drogą duchowego postępu, zdobywania cnót ani o to, abyśmy więcej osiągnęli zasług. W życiu chrześcijanina chodzi o to, aby bardziej zacząć ufać i żeby najpierw doświadczyć, że moc w słabości się doskonali. I to jest właśnie doświadczenie, którego uczymy się w medytacji. Stawiamy na łaskę. Stawiamy na zaufanie słowu Bożemu i jego przemieniającej mocy a nie na nasze umiejętności. Stawiamy na to, co pozornie słabe, aby w naszej słabości objawiła się Boża moc.   

W byciu solą ziemi i światłem świata chodzi o to, abyśmy dawali świadectwo nie o naszych postępach na drodze życia duchowego, ale o owocach łaski, która w nas działa, zbawiając nas. Mamy być światłem świata, choć stanie się tak jedynie wówczas, gdy zgodzimy się z całą pokorą przyznać, że to nie my jesteśmy źródłem światła którym mamy świecić. Jedynie je odbijamy! Źródłem tego światła jest Bóg. Jesteśmy światłem świata, kiedy stajemy się bardziej ludzcy dla siebie i dla innych a przez to również bliżsi Bogu, bo kto nie kocha swego bliźniego, którego widzi nie może też wmawiać sobie, że kocha Boga, którego nie widzi – powie św. Jan. [por. 1 J 4,20]

Nasze światło nie ma być kolejnym neonem przydrożnej reklamy, które skupia uwagę na sobie. Ma być takim światłem, które innym nie pozwala stracić nadziei, kiedy wokół jest całkiem ciemno, bo prowadzi do tego, który nigdy naszych nadziei nie zawodzi [por. Rz 5,5].

Z kolei sól to bardzo specyficzna przyprawa, ponieważ nie tyle nadaje czemuś słony smak, ile wydobywa właściwy smak danej potrawy. Doświadczenie medytacji uczy, że to właśnie pewne i całkowite oparcie się na łasce potrafi wydobyć właściwe proporcje i nadać życiu najlepszy smak, a właściwie różne smaki którymi są miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność.

Jeśli chcemy odpowiedzieć naszym życiem na wezwanie, które kieruje do nas Chrystus byśmy byli solą ziemi i światłem dla innych, potrzebujemy codziennie w pokorze wołać: „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade maną grzesznikiem”, tak długo dopóki to wołanie nie zaszczepi w nas pokory, z którą możemy iść na spotkanie z drugim człowiekiem, nie zapominając o swoim dziurawym koszyku na plecach i o tym, że wszystko w naszym życiu jest łaską. Tylko z tak przemienioną świadomością możemy stać się prawdziwymi świadkami Boga w świecie. Medytacja monologiczna jest tym, co powoli, ale skutecznie kształtuje w nas tę świadomość.