Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Rzeczywistość miłosiernej miłości Boga

Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: «Widzieliśmy Pana!»

Ale on rzekł do nich: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę».

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł, choć drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!» Następnie rzekł do Tomasza: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym».

Tomasz w odpowiedzi rzekł do Niego: «Pan mój i Bóg mój!»

Powiedział mu Jezus: «Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli».

I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)

Próbuję sobie wyobrazić scenę z dzisiejszej Ewangelii: Stanąć za plecami Tomasza, patrzeć w oczy Jezusa i słyszeć Jego łagodny głos: Podnieś tutaj swój palec… Ten sam łagodny głos, który zapyta Piotra: Czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? I który zwróci się do Szawła: Dlaczego Mnie prześladujesz?

Nie znajdujemy w tym głosie żadnego oskarżenia, żadnego wypominania. Tylko pytanie kogoś, kto zna mnie lepiej niż ja sam. Może łatwiej byłoby przyjąć litanię pretensji i zarzutów. Wysłuchać krytyki i odetchnąć: wszystko za nami, rachunek wyrównany. Pytanie jednak domaga się odpowiedzi. A tych się często boimy, zwłaszcza wówczas, gdy dotykają samego sedna naszych niedomagań.

Nikt nie lubi przyznawać się do słabości, szczególnie gdy dotyczy ona tego, na czym mu zależy. Niespełniona duma jedynie pogłębia samo-nie-zadowolenie. Piotrowi, który miał przewodzić apostołom, brakuje miłości. Tomasz, który przed wskrzeszeniem Łazarza tak ochoczo zachęcał pozostałych: Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć, stoi jak sparaliżowany przed ranami Zmartwychwstałego. Szaweł owładnięty misją oczyszczenia judaizmu dowiaduje się, że prześladował samego Boga…

Za tą kolejką świętych grzeszników stoi każdy z nas. Stoimy przed miłosiernym spojrzeniem Jezusa ze wstydem, bo aż za dobrze wiemy, że nie jesteśmy takimi, jakimi chcielibyśmy być przed Panem. Czterdzieści dni postu niekoniecznie poprawiło naszą sytuację. Jedyne, co nam pozostaje, to pokornie spojrzeć w miłosierne oczy Jezusa, wsłuchać się w Jego łagodny głos, dotknąć Jego ran, które w dzisiejszej Ewangelii odsłania przed nami.

Ta scena jest zupełnie inna niż to, co znamy ze zwykłych stosunków międzyludzkich. Rany najczęściej się pokazuje, żeby kogoś oskarżyć lub poprosić o pomoc: Zobacz, co mi zrobiłeś, lub zobacz, jak cierpię!

Pan Jezus pokazuje ręce i bok i mówi: Pokój wam. Jego rany nie są powodem oskarżania nas. Są ceną naszego zbawienia. Jak zapowie to prorok Izajasz: „W Jego ranach jest nasze uzdrowienie” [Iz 53,5]

Miłosierdzie niekoniecznie przychodzi przez to, co silne i zdrowe, przez tych, którzy są święci i wolni od słabości, ale przez kroczenie razem, w towarzystwie naszych słabości.

Wieczorne odwiedziny Jezusa w Wieczerniku i przekazany przez Niego dar pokoju musiały przekonać Apostołów o przebaczeniu zaciągniętej winy. Wewnętrzny niepokój wynikający z niewierności zniknął, a bo ich grzech został przebaczony. Nie przez przypadek kapłan, sprawując sakrament pojednania, modli się o udzielenie penitentowi „przebaczenia i pokoju”. Przebaczenia grzechu zazwyczaj się nie czuje, dlatego zostaje ono powiązane z darem pokoju, aby człowiek został także w swym sercu przekonany o udzielonej łasce.

W Pierwszym Liście apostoł Jan pisze, że wiara jest tym, co zwycięża świat. „Świat” oznacza tu tę rzeczywistość, która jest wroga Bogu. Apostołowie w dniu zmartwychwstania w sobie samych doświadczyli zwycięstwa nad swym grzesznym „światem”. Otrzymali również moc Ducha Świętego, aby zwycięstwo nad grzechem nieść także innym, którzy uwierzą w Jezusa.

Dzisiejsze czytania uzmysławiają nam, że człowiek, który uwierzy w Jezusa, nie tylko może zostać wyzwolony z grzechu, lecz wkracza także jakby w inny wymiar rzeczywistości.

Jest to rzeczywistość miłosiernej miłości Boga, która nigdy nas nie przekreśla, nigdy nie zniechęca się naszymi słabościami. To także miłość cierpliwa wobec nas. Tomasz ma wątpliwości. Jezus nie odrzuca go z tego powodu. Chce nam przez to uzmysłowić, że my także możemy mieć wątpliwości w wierze, ale ważne jest, byśmy się w nich nie zamykali, lecz pozwolili działać i prowadzić się Duchowi Jezusa obecnemu w nas.

Słowo, które sprowadza obecność Boga

Maria Magdalena stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli siedzących, jednego przy głowie, a drugiego przy nogach, w miejscu, gdzie leżało ciało Jezusa. 
I rzekli do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz?”
Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”.
Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus.
Rzekł do niej Jezus: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”
Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę”.
Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: Nauczycielu.
Rzekł do niej Jezus: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego»”.
Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: „Widziałam Pana i to mi powiedział”. 
(J 20,11-18)

 

W dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji chciałbym odnieść się do jednego słowa, które pada w dzisiejszej Ewangelii. To słowo, to właściwie określenie: Rabbuni, jakim Maria Magdalena nazywa Jezusa w odpowiedzi na wypowiedziane przez Mistrza jej imię.

Tylko dwukrotnie w Ewangeliach pojawia się ten zwrot. Poza Marią Magdalaną używa go jeszcze niewidomy żebrak z Jerycha, Bartymeusz (por. Mk 10,51). To słowo pochodzi z języka aramejskiego i znaczy dosłownie: mój nauczycielu.

Warto dostrzec, że obydwie osoby, które w ten sposób zwracają się do Jezusa mają problem z zobaczeniem Go. Bartymeusz jest ślepcem, więc nie widzi Jezusa z naturalnych powodów. Maria Magdalena – jak relacjonuje to św. Jan w swojej Ewangelii – także nie umiała rozpoznać Jezusa, bo w pierwszym odruchu uznała Go za ogrodnika. Nie wnikając w to, dlaczego Maria Magdalena, która przecież doskonale znała Mistrza nie potrafiła Go rozpoznać (różne autorytety teologiczne i biblijne próbują różnie to uzasadnić) ważne jest jedno: otóż Bartymeusz i Maria Magdalena uczą nas, że można być tak blisko Jezusa, a można nie móc Go zobaczyć. Myślę, że to doświadczenie każdej i każdego z nas. Jak często my też nie potrafimy dostrzec Jezusa w naszym życiu, chociaż On jest tuż obok? Jednym z powodów takiej postawy może być to, że jesteśmy „zaślepieni” czymś albo kimś, a przez to nie umiem rozpoznać Jezusa!

Tymczasem Bóg jest zawsze blisko Ciebie i mnie. Jest zawsze na wyciągnięcie ręki, ale my często mamy chore oczy lub chore serce, które nie pozwalają nam dostrzec bliskości Boga.

Jeśli chcemy nauczyć się dostrzegać obecność Boga blisko nas, może trzeba zastosować receptę Bartymeusza i Marii Magdaleny.

Bartymeusz uczy nas modlitwy: „Jezusie synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Tak, do Modlitwa Jezusowa. To wołanie o uzdrowienie naszego wzroku i naszego serca, tak często skupionych na nas samych, że nie potrafią już dostrzec niczego poza sobą, także Boga. Modlitwa Jezusowa, to wołanie o uzdrowienie naszego sposobu patrzenia…

Bartymeusz krzyczy za Jezusem, bo jego modlitwa, to ostatnia deska ratunku, to walka o życie.

Modlitwa Jezusowa winna być wewnętrznym wołaniem naszego serca. Naszą modlitwą, która jest walką o uratowania Bożego życia w nas.

Natomiast Maria Magdalena uczy nas tęsknoty. Płakała, bo zabrano Tego, który był dla niej całym światem, jej Miłością, który nadał sens jej życiu. I w odpowiedzi na swoją tęsknotę serca słyszy słowo, które wyrywa ją ze smutku… Słyszy swoje imię… i wtedy oczy jej się otworzyły.

Bóg mówi do mnie i Ciebie po imieniu. Jego Imię, które przywołujemy w medytacji nieustannie uświadamia nam, że On stoi obok i chce wlać w nasze serce nadzieję, radość, pokój, że chce przynieść naszemu sercu uzdrowienie.

Aby jednak usłyszeć, to co mówi do nas Bóg musimy jak Bartymeusz i Maria Magdalena dać Bogu odrobinę swojego czasu i uwagi. Dlatego medytujemy trochę rano, trochę wieczorem.

On jest SŁOWEM, które przychodzi w ciszy. Słowem, które ma moc uzdrawiania. Słowem, które sprowadza obecność Boga. Słowem, które uświadamia nam, że Bóg jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Trzeba jednak słuchać Go sercem, bo Bóg mówi do naszego serca.

Modlitwa na rozpoczęcie medytacji

Ojcze niebieski,

Otwórz nasze serca na cicha obecność Ducha Twojego Syna.

Wprowadź nas w misterium ciszy, w której Twoja miłość objawia się wszystkim, którzy wołają:

Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem!

Dwie perspektywy zmartwychwstania

Gdy anioł przemówił do niewiast, one pośpiesznie oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i pobiegły oznajmić to Jego uczniom.

A oto Jezus stanął przed nimi, mówiąc: «Witajcie!» One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: «Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech udadzą się do Galilei, tam Mnie zobaczą».

Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdy spaliśmy. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu».

Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami, i trwa aż do dnia dzisiejszego. (Mt 28, 8-15)

Mateusz przedstawia nam jedno jedyne zmartwychwstanie, które dokonało się w historii świata i dwie perspektywy jego przyjęcia – wierzących i pogan.

Najpierw zamieszanie wszczynają kobiety. Po rozmowie z aniołem biegną z entuzjazmem do zatrwożonych uczniów. Kobietom brak pewnie tchu. Chcą się podzielić dobrą wieścią. Ich wiara znalazła swoje wypełnienie.

Inaczej jest z żołnierzami. Są w drodze do miasta… Idą ciężkim krokiem, z niespokojnym sercem. Co z nimi będzie? Zadanie nie zostało wykonane, grób jest pusty. Może Go znajdą? Może da się jeszcze wszystko naprawić? Nie wiedzą, co robić, co myśleć. Potrzebują rady.

Tymczasem Jezus przychodzi w ciszy. Jak niegdyś Bóg przemawiał z całą mocą w delikatnym powiewie (1 Krl 19, 12), tak zmartwychwstały Chrystus staje przed niewiastami i mówi: „Witajcie!” „Nie lękajcie się!”

Gdy zderzamy się z rzeczywistością, która przekracza nasze wyobrażenie, potrzebujemy czasu, aby ją zrozumieć. Unosimy wysoko brwi, z niedowierzaniem potrząsamy głową. Sprawdzamy, czy to, co zobaczyliśmy, jest prawdą. Narastająca radość spełnionej nadziei miesza się z lękiem, by nie doznać zawodu. Zmartwychwstanie Jezusa jak żadne inne wydarzenie zasługuje na takie zdumienie.

Liturgia Kościoła odpowiada na nasze ograniczenia, bo nawet jako ludzie wiary potrzebujemy czasu, żeby nadążyć za tajemnicą ostatnich dni.  Dlatego świętujemy oktawę – innymi słowy Zmartwychwstanie obchodzimy przez osiem dni, upewniając się wciąż, że grób jest pusty.

Jezus jednak nie każe nam się śpieszyć, bo jest Panem czasu.

I możemy być pewni, że już nas nie opuści, bo jak sam powiedział jako Zmartwychwstały pozostanie z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata.

Od tamtego poranka możemy Zmartwychwstałego Jezusa każdego dnia spotykać i dotykać w Eucharystii dopóki nasze serca nie nabiorą pewności, że On żyje i jest obecny w naszej historii.

To właśnie dlatego przez najbliższe dni będziemy słuchać Ewangelii o spotkaniach ze Zmartwychwstałym.

Każde z tych spotkań niesie ze sobą szczególny powiew nowości.

I uświadamia nam, że nie ma innego remedium na świeżość naszej wiary, na świeżość chrześcijaństwa niż podążanie śladem ewangelicznych postaci tego tygodnia.

Zmartwychwstanie jest najbardziej zdumiewającym wydarzeniem w historii świata i na tym właśnie wydarzeniu opiera się wiara chrześcijan. Paweł naucza: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15, 14).

I choć dla świata pusty grób Jezusa jest przedmiotem dyskusji od dwóch tysięcy lat, to my, chrześcijanie – jakby na przekór światu wiemy jedno – że to właśnie wiara w zmartwychwstanie stanowi o sile naszej wiary i niezawodności naszej nadziei.

Ujrzał i uwierzył

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra oraz do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: «Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono».

Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka.

Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą w jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych. (J 20, 1-9)

 

 

Triduum Paschalne prowadzi nas od Ostatniej Wieczerzy poprzez sąd, drogę krzyżową i śmierć na Golgocie do pustego grobu. Czterej ewangeliści, tak często rozbieżni w swoich opowieściach, ostatni rozdział o Zmartwychwstaniu zaczynają jednakowo: „Pierwszego dnia tygodnia, gdy jeszcze było ciemno”.        O świcie tego pierwszego dnia rodzi się wiara paschalna, nasza wiara.

Magdalena widzi odsunięty kamień, biegnie, aby zawiadomić Piotra i Jana, i wypowiada tak straszne słowa, że myśl o śmierci Jezusa staje się jeszcze cięższa: „Nie wiem, gdzie Go położono”.

Ale Jan i Piotr biegną, odkrywają pierwsze oznaki „czegoś innego”: pusty grób oraz płótna i chustę starannie zwinięte. Konsternacja! Piotr czuje się bezradny.

Jan, opierający się bardziej na intuicji niż Piotr, stawia olbrzymi krok wiary: „Ujrzał i uwierzył”. Ewangelista podkreśla to niesłychane „uwierzył”, które od tej pory rozdzielać będzie dwa światy przed i po Zmartwychwstaniu.

Ujrzeć, rozumieć, wierzyć to słowa kluczowe narodzin naszej wiary.

Ewangelista mówi o sobie: „Ujrzał i uwierzył”. O Magdalenie  zaś powie, iż oznajmiła: „Widziałam!”. Potem również uczniowie „widzą”, i wreszcie Tomasz „widzi i wierzy”.

Ale wówczas Zmartwychwstały wypowiada wielkie błogosławieństwo: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Jest to szansa dla nas; wielka rzeka wiary łączy nas z tamtym porankiem Zmartwychwstania.

Wiara nie jest rozmyślaniem o Bogu, jest darem Boga, który otwiera nas na to, co pierwsi wierzący zobaczyli i zrozumieli: pusty grób, spotkanie z Jezusem zmartwychwstałym. Wiara to zawsze dar Boga i zmaganie się człowieka. Od samego początku wiara musiała wydobyć się z cienia, z niepewności, z opieszałości w zrozumieniu.

Większość z nas przyjęła wiarę z łatwością i niestety nie rzadko w tej biernej łatwości pozostała. „Ależ tak, jestem chrześcijaninem i to nawet praktykującym”, albo jeszcze gorzej:  „jestem wierzącym ale nie praktykującym – co zdaniem św. Pawła jest nie do pogodzenia”.

Ale atmosfera, którą my – ludzie wierzący oddychamy na co dzień, jest coraz częściej zabójcza dla naszej wiary i pobożności. W klimacie, w którym liczy się zysk i konsumpcja, przy nieustannym nacisku naukowców, psychologów oraz telewizyjnych showmanów, wiara w Zmartwychwstanie domaga się kultury wiary, domaga się odważnych świadków, żeby ci, którzy będą po nas, mieli jeszcze z czego czerpać i od kogo się uczyć.

Dzisiaj często słyszy się jak rodzice martwią się, że ich dzieci odchodzą od wiary i zastanawiają się, w jaki sposób mogliby ją lepiej przekazywać. Pierwszą odpowiedzią jest pytanie: jaką wiarę, jakie zrozumienie wiary mamy do przekazania? Bo jeśli taką, która nie ma za wiele wpływu na nasze codzienne wybory, do której się wstydzimy publicznie przyznawać – to może nie ma czego przekazywać!? A to jest właśnie kultura wiary – czyli życie nią na co dzień; budowaniu w oparciu o nią naszych relacji, wyborów… Czy tak właśnie jest?

Refleksja na ten temat może pomoże nam zrozumieć, że prawdziwa wiara to nie jakaś idea, którą powtarzamy, nie zbiór praktyk pobożnych czy obowiązków kultu, ale to żywa osoba Jezusa Chrystusa. Jeżeli nie spotkam Go tak jak ci, którzy spotkali Go po zmartwychwstaniu, jeśli nie nawiążę z Nim osobowej relacji, to skażę moja wiarę na powierzchowność.  

Nasza wiara jest tak naprawdę ciągle wiarą poranka Wielkanocnego. Wiarą, która ubogaca się właśnie przez to, że jest przeżywana w sposób osobowy, jako relacja miłości. Nie wystarczy śpiewać „Pan zmartwychwstał”, trzeba zgodzić się, że jej wyznawanie będzie pociągało za sobą w moim życiu konkretne konsekwencje. Czy nie jest tak, że częściej boimy się tych konsekwencji, boimy się dostosować naszych wyborów dnia codziennego do wiary i jej radykalizmu, albo nie mam odwagi pokazać tych konsekwencji wynikających z mojej wiary innym – ciągle jeszcze jestem niewierzącym. Ale – jak powie św. Jan – ten, kto się boi nie wydoskonalił się w  miłości. Jeśli po zmartwychwstaniu Chrystusa, po Jego zwycięstwie nad grzechem, śmiercią i złem jest jeszcze we mnie jakiś lęk (lęk o przyszłość, o swoją opinię, swój status) to znaczy, że ciągle jest w nas jeszcze jakiś deficyt miłości, który musi zostać uzdrowiony przez Jezusa.

Słuchając Ewangelii okresu Zmartwychwstania Pańskiego, warto zwrócić uwagę, że wszyscy, którzy spotkali Chrystusa i wyznali wiarę w Jego zmartwychwstanie, nie potrafią milczeć.

W czasie, kiedy tak często mówi się o zagrożeniu laicyzacją, może warto zadać sobie pytanie: Czy niezbyt często milczę zamiast mówić o Jezusie zmartwychwstałym, zamiast dzielić się moją wiara z innymi?

Bo być może brak naszego wyraźnego głosu, brak naszego wyraźnego sprzeciwu wobec cywilizacji śmierci, brak naszego głosu broniącego ewangelicznych wartości w świecie przyczynia się do postępu tej laicyzacji.

I nie potrzebujemy już zewnętrznych wrogów, bo sami stajemy się nimi dla siebie przez brak naszego czytelnego świadectwa życia i miłości…

Nasza wiara jest prawdziwa jeśli rzeczywiście wynika ze spotkania z Chrystusem zmartwychwstałym .

Co jednak powinniśmy zrobić, by to spotkanie mogło się odbyć?

Musimy pozostawić w życiu miejsce na tajemnicę!

Bohaterowie Ewangelii nieśli w sobie pamięć o Jezusie sprzed Jego śmierci, a nade wszystko doświadczenie spotkania aniołów, mówiących, że On żyje. Wiedzieli zatem, że ich życie dotyka spraw, które przez swą głębię pozostają niepojęte.

Niech będzie to i nasze przygotowanie na spotkanie ze Zmartwychwstałym: dostrzec, że dotykam spraw niepojętych, a nawet więcej, sam jestem ich częścią, że w tajemnicy naszego życia Zmartwychwstały Chrystus nieustannie wychodzi nam naprzeciw i odnawia wszystko.

I nie bójmy się o tym mówić innym. Nie bójmy się dzielić doświadczeniem naszej wiary!

Nie ma bowiem prawdziwego chrześcijaństwa bez świadectwa i bez pragnienia, żeby dzielić się naszą wiarą z innymi.

I o tę odwagę dawania świadectwa naszej wiary prośmy dzisiaj dla siebie! AMEN!

Surrexit Christus, Alleluja!