Jezus, widząc tłumy, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo».
Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.
A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził.
Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie». (Mt 9, 36 – 10, 8)
Chciałbym, żebyśmy dzisiaj zwrócili uwagę na jedno słowo, na które w przed chwilą przywołanym fragmencie Ewangelii zazwyczaj nie zwraca się uwagi.
Czy myśleliście kiedyś, co dzieje się w sercu Boga, gdy widzi naszą biedę, porzucenie, utrudzenie? Dzisiejsza Ewangelia odpowiada na to pytanie w słowach: „widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi”.
Termin „litość” nie kojarzy się w naszym języku za dobrze. Nie lubimy gdy ktoś się nad nami lituje. Tymczasem gdybyśmy zajrzeli do greckiego oryginału Ewangelii zobaczylibyśmy, że przywołany czasownik litować się pochodzi od takich słów jak: serce, serdeczność, czułość, miłość. Zatem „litość” o której mówi św. Mateusz, to nie było jakieś lekkie wzruszenie czy chwilowy dyskomfort, który poczuł Jezus. To, co Nauczyciel z Nazaretu zobaczył, poruszyło jego Boże serce aż do głębi Jego istoty.
Bóg stając się człowiekiem chciał zadać kłam przekonaniu, że jest kimś odległym, niewzruszonym, kimś kto stworzył człowieka, ale tak naprawdę nie za bardzo jest niezainteresowanym jego losem.
Jezus chce nas przekonać, że Bóg całym sobą przeżywa to, czego doświadcza człowiek. Opowiadając przypowieść o synu marnotrawnym Jezus również używa wspomnianego czasownika na opisanie reakcji ojca widzącego powracającego do domu syna.
Jezus chce nam ukazać oblicze Boga, tak inne od naszych wyobrażeń. Jest to obraz Boga, który wychodzi naprzeciw człowieka szukającego Jego miłości; współczującego z nim w jego cierpieniach. Bóg całym sobą cieszy się, gdy widzi swoje dziecko szczęśliwe.
Nie tak dawno na jednym z facebookowych profili znalazłem wpis młodego człowieka, który pyta: Czy moje życie ma jakąś większą wartość? A może jest takie sobie, przypadkowe, bez sensu? Dobrze by usłyszeć, że czyjś świat byłby beze mnie choć trochę uboższy. To mocne słowa. Kiedy je czytałem przypomniała mi się historia Nicka Vujicica, człowieka, który na skutek genetycznej choroby urodził się bez nóg i bez rąk. Jego rodzice, gdy go zobaczyli nawet nie wzięli go ze szpitala. Kiedy dorastał tułając się po sierocińcach nie radził sobie ze swoją niepełnosprawnością. Żył z poczuciem, że życie kogoś takiego jak on nie może mieć sensu. Kto może potrzebować człowieka, który nie ma rak ani nóg. Chciał odebrać sobie życie…
Przełomowym momentem dla niego okazało się spotkanie kogoś, kto opowiedział mu o swoim życiu wiary. Nie mówił tego, żeby nawrócić swojego rozmówcę. Ot tak. Po prostu rozmowa zeszła na temat wiary i ten ktoś podzielił się tak całkiem po ludzku doświadczeniem swojej miłości Boga.
Dlaczego opowiadam tę historię? Bo Nick Vujicić często odwołuje się w swoim świadectwie do słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. Mówi, że jego wiara została mu po prostu podarowana i wlała nowy sens w jego życie.
Dzisiaj jest znany ewangelizatorem, mężem pięknej żony i ojcem czworga uroczych dzieci. Jeździ po świecie dając radosne świadectwo o tym, jak Bóg ulitował się nad nim i przemienił Jego życie.
To co kiedyś wydawało się niemożliwe i nieosiągalne dla człowieka bez rąk i nóg stało się doświadczeniem przekraczającym nie tylko jego wyobrażenia, ale i wielu tych, którzy słuchają jego świadectw i katechez. Bardzo je polecam, bo są antidotum na pogrążone w smutku i beznadziei serca.
Mówię o tym, bo w dzisiejszej Ewangelii Jezus posyła swoich uczniów, żeby dzielili się z innymi doświadczeniem swojej wiary. My tak często ten nakaz ewangeliczny odnosimy do kapłanów, misjonarzy, może sióstr zakonnych. Jakby tylko oni byli uczniami Chrystusa. A przecież do ich grona należy każda i każdy z nas.
I nie chodzi wcale o jakąś ewangelizację przez wielkie „E”. Chodzi o gotowość podzielenia się swoim doświadczeniem i radością swojej wiary. Bez kalkulowania, bez oczekiwania na jakieś spektakularne owoce. Nigdy nie wiemy, czy nasze, nawet najprostsze świadectwo nie wleje nowej nadziei w serce kogoś, kto ja utracił, tak jak rozmówca Nicka Vujicica nie przypuszczał, że opowiadając o swoim doświadczeniu wiary uratuje nie tylko życie tego chłopaka, ale wleje w jego serce nową nadzieję.
Przypominają mi się słowa słynnego wiersza ks. Twardowskiego:
Nie przyszedłem pana nawracać
nie zacznę panu wlewać do ucha świętej teologii łyżeczką
po prostu usiądę przy panu
i zwierzę swój sekret
że ja (…) wierzę Panu Bogu jak dziecko
Czasem trzeba tak niewiele… Czasem trzeba przypomnieć, że skoro Pan Bóg chciał kogoś na tym świecie, to znaczy, że ma dla niego swój plan.
Prawdziwe dawanie świadectwa chrześcijańskiego życia nie polega na wielkich słowach, ale jest wpisane w naszą zwykłą codzienność, w małe gesty, przez które niczym promienie słońca przenikają nasza wiara i miłość.
Tylko tyle i aż tyle.
Bo prawdziwa miłość i wiara nie patrzy nigdy na to czy okoliczności są sprzyjające czy niesprzyjające, ale kocha i dzieli się tym, co sama otrzymała zawsze i w każdych warunkach. „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!”
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie». (Mt 5, 13-16)
Jedna z historii o mnichach egipskich z IV wieku opowiada o tym, że pewien brat w Sketis zgrzeszył. Zwołano więc zebranie i posłano także po abbę Mojżesza, ale nie chciał przyjść. Ponownie bracia skierowali do niego wezwanie: „Przyjdź, bo cały lud na ciebie czeka”. Wstał więc i poszedł, ale wziął dziurawy koszyk, napełnił go piaskiem i poniósł na plecach. Ci, którzy wyszli na jego spotkanie, zapytali go: „Ojcze, co to znaczy?” Starzec im odpowiedział: „Moje grzechy sypią mi się za plecami, ale ja ich nie widzę, a przychodzę dzisiaj sądzić cudze winy”. Kiedy to usłyszeli, nic już nie powiedzieli tamtemu bratu, ale mu przebaczyli.
Thomas Merton w jednej ze swoich konferencji do nowicjuszy w klasztorze w Gethsemani powiedział, że: „Droga do Światła zaczyna się tam, gdzie przestajemy osądzać innych a zaczynamy rozdawać miłosierdzie. Światło zaczyna jaśnieć tam, gdzie stajemy w prawdzie o swoim życiu i dobro w sobie nazywamy dobrem, a grzech grzechem”. Niby oczywiste, a jednak nie zawsze.
Wiele osób pytanych o to, dlaczego podejmuje praktykę medytacji odpowiada najczęściej: „Aby pogłębić swoje życie duchowe” lub „aby się nawracać”. Tak często wydaje nam się że nasze nawrócenie zaczyna się od przemiany naszego „JA”. Tymczasem to tylko połowa prawdy. Nasze nawrócenie zaczyna się od chwili, gdy nasze „JA” oddaje pierwsze miejsce w życiu Boskiemu „TY”. Reszta jest łaską! Ten prosty wniosek wyznacza nową jakość, nadaje nowy smak naszemu życiu. W byciu chrześcijaninem nie chodzi o kroczenie drogą duchowego postępu, zdobywania cnót ani o to, abyśmy więcej osiągnęli zasług. W życiu chrześcijanina chodzi o to, aby bardziej zacząć ufać i żeby najpierw doświadczyć, że moc w słabości się doskonali. I to jest właśnie doświadczenie, którego uczymy się w medytacji. Stawiamy na łaskę. Stawiamy na zaufanie słowu Bożemu i jego przemieniającej mocy a nie na nasze umiejętności. Stawiamy na to, co pozornie słabe, aby w naszej słabości objawiła się Boża moc.
W byciu solą ziemi i światłem świata chodzi o to, abyśmy dawali świadectwo nie o naszych postępach na drodze życia duchowego, ale o owocach łaski, która w nas działa, zbawiając nas. Mamy być światłem świata, choć stanie się tak jedynie wówczas, gdy zgodzimy się z całą pokorą przyznać, że to nie my jesteśmy źródłem światła którym mamy świecić. Jedynie je odbijamy! Źródłem tego światła jest Bóg. Jesteśmy światłem świata, kiedy stajemy się bardziej ludzcy dla siebie i dla innych a przez to również bliżsi Bogu, bo kto nie kocha swego bliźniego, którego widzi nie może też wmawiać sobie, że kocha Boga, którego nie widzi – powie św. Jan. [por. 1 J 4,20]
Nasze światło nie ma być kolejnym neonem przydrożnej reklamy, które skupia uwagę na sobie. Ma być takim światłem, które innym nie pozwala stracić nadziei, kiedy wokół jest całkiem ciemno, bo prowadzi do tego, który nigdy naszych nadziei nie zawodzi [por. Rz 5,5].
Z kolei sól to bardzo specyficzna przyprawa, ponieważ nie tyle nadaje czemuś słony smak, ile wydobywa właściwy smak danej potrawy. Doświadczenie medytacji uczy, że to właśnie pewne i całkowite oparcie się na łasce potrafi wydobyć właściwe proporcje i nadać życiu najlepszy smak, a właściwie różne smaki którymi są miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność.
Jeśli chcemy odpowiedzieć naszym życiem na wezwanie, które kieruje do nas Chrystus byśmy byli solą ziemi i światłem dla innych, potrzebujemy codziennie w pokorze wołać: „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade maną grzesznikiem”, tak długo dopóki to wołanie nie zaszczepi w nas pokory, z którą możemy iść na spotkanie z drugim człowiekiem, nie zapominając o swoim dziurawym koszyku na plecach i o tym, że wszystko w naszym życiu jest łaską. Tylko z tak przemienioną świadomością możemy stać się prawdziwymi świadkami Boga w świecie. Medytacja monologiczna jest tym, co powoli, ale skutecznie kształtuje w nas tę świadomość.
Jezus powiedział do Nikodema:
«Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego». (J 3, 16-18)
Kiedy myślimy o tajemnicy Trójcy Świętej, chcemy przede wszystkim wyrazić wdzięczność za to, że Bóg pozwolił się poznać. Gdyby się nie odsłonił przed człowiekiem, teologia byłaby rozprawianiem o wytworach naszej wyobraźni. Inicjatywa jest od początku po Jego stronie.
Pierwsze nasze spotkanie z Trójcą Świętą ma miejsce wtedy, gdy jako dzieci uczymy się znaku krzyża. W Starym Testamencie Bóg także powoli, jak dzieciom odsłania przed nami prawdę o swojej naturze. O tym, że Bóg niekoniecznie jest w jednej osobie może nam sugerować historia spotkania Abrahama opisana w 18. rozdziale Księgi Rodzaju.
W kościele Saint-Étienne-du-Mont w Paryżu, na siedemnastowiecznym witrażu, przedstawiającym właśnie to spotkanie Abrahama z Bogiem pod dębami Mamre można przeczytać zdanie: „Zobaczył trzech i oddał cześć – jednemu”. Zdanie to należy do św. Augustyna, który w ten sposób komentuje to, że właśnie w tym spotkaniu z Abrahamem Bóg po raz pierwszy odsłania nam się jako Trójca. Obraz tego spotkania ukazuje słynna ikona autorstwa Rublowa.

Siedząc przed namiotem, Abraham ujrzał trzech mężów, oddał im pokłon, a potem – o dziwo – uporczywie zwracał się do nich w liczbie pojedynczej (Rdz 18, 1-5).
Nie rozumiem, dlaczego w liturgicznych czytaniach na Niedzielę Trójcy Świętej nigdy nie przywołuje się tego fragmentu Księgi Rodzaju, skoro tak doskonale obrazuje on zarówno nasze zagubienie wobec tajemnicy Trójjedynego Boga, jak i drogę ku jej odkryciu.
Chrystus także powoli przygotowywał Apostołów do ukazania im prawdy o tym, że Bóg jest w rzeczywistości Trójcą osób.
Ostatecznie przypieczętował tę prawdę słowami swego posłannictwa skierowanego do uczniów: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28, 19).
Zgłębianie tej prawdy zajęło nam kilka wieków i choć dzisiaj możemy się odwołać do genialnych definicji i wspaniałych teologicznych traktatów na temat Trójcy Świętej, to wciąż się gubimy w pochodzeniach, relacjach, hipostazach… Tak łatwo jest skapitulować wobec tego, czego do końca nie rozumiemy.
Bóg jednak nie objawia swojej tajemnicy po to, by się popisać przed nami tym, jak bardzo jest skomplikowany. Objawienie jest zawsze bardziej zaproszeniem do uczestnictwa niż do zrozumienia. Wiara, to zgoda na to, że Bóg do końca pozostanie dla nas tajemnicą, która w pełni odsłoni się przed nami dopiero w przyszłym świecie. Jednak jak pisze autor „Obłoku niewiedzy”: owa niewiedza i niezrozumienie nie przeszkadzają nam uczestniczyć w życiu Boga i pozwolić się zanurzyć w oceanie Jego miłości.
Intrygujące, że dzisiejsze czytania nie mówią wprost o relacji między Ojcem, Synem i Duchem – a można takie fragmenty znaleźć w Piśmie Świętym, szczególnie u św. Jana – wielkiego teologa Trójcy Świętej. Dzisiejsza Liturgia Słowa opowiada za to o Bożej relacji do nas, jednocześnie domagając się odkrywania na nowo, co to znaczy dla nas, dla mnie, że Bóg jest Jeden, ale w Trzech Osobach.
Czytanie z Księgi Wyjścia podkreśla motyw Bożej obecności pośród ludu Izraela. Pomimo ich win i grzechów Święty, Ten, który nie ma nic wspólnego z grzechem, jest blisko nich, a nawet więcej: czyni ich swoim dziedzictwem (Wj 34, 9). Ten motyw podejmuje też św. Paweł w pozdrowieniach dla wspólnoty w Koryncie: „Bóg miłości i pokoju niech będzie z wami!”, a później precyzuje, jak ta obecność się realizuje: poprzez „łaskę Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym” (zob. 2 Kor 13, 11. 13).
Ewangelia ostatecznie pokazuje, jak wielka to miłość, jak wielka to łaska i jak wielka to jedność (por. J 17). Nie chodzi o mało znaczącą sprawę: w centrum Bożego zainteresowania jest nasze zbawienie, czyli nasze ocalenie. Przez wiarę w Syna Bożego wchodzimy w Tajemnicę Trójcy, czyli Boga, który daje nam siebie samego, abyśmy żyli.
Każdy z nas został stworzony na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1, 26-27), dlatego tak kolosalne znaczenie ma to, że wierzymy w Boga Trójjedynego: jesteśmy Jego ikoną, dlatego, aby w pełni żyć, musimy dawać siebie – innym.
Prawda o Trójcy Świętej, z pozoru odległa, abstrakcyjna, ma genialne przełożenie na nasze życie. Uczy nas, że człowiek nie może być sam! Musi żyć w relacji do innych. Ale prawdziwie ludzkie relacje to takie, które nie tylko, że nie umniejszają oryginalności żadnej z osób, ale wydobywają jej wyjątkowość na światło dzienne.
Jezus zostawia uczniom ostatni nakaz, aby nauczali i udzielali chrztu „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.
Sensem chrztu jest to, że poza zgładzeniem grzechu zanurza nas w Bogu. I dobrze byłoby, żebyśmy żyjąc łaską chrztu nigdy nie zapomnieli, że od tej pory dla chrześcijanina „być u siebie” znaczy ostatecznie być zanurzonym w Bogu.
Bez tego zanurzenia chrześcijanin nigdy i nigdzie nie będzie się czuł u siebie.
Uczeni w Piśmie i starsi posłali do Jezusa kilku faryzeuszów i zwolenników Heroda, którzy mieli pochwycić Go w mowie. Ci przyszli i rzekli do Niego: Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i na nikim Ci nie zależy. Bo nie oglądasz się na osobę ludzką, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić?
Lecz On poznał ich obłudę i rzekł do nich: Czemu Mnie wystawiacie na próbę? Przynieście Mi denara; chcę zobaczyć.
Przynieśli, a On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis?
Odpowiedzieli Mu: Cezara.
Wówczas Jezus rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.
I byli pełni podziwu dla Niego. (Mk 12,13-17)

Człowiek ze swej natury jest istotą pytającą. Ale pytania można zadawać z różnych motywów: po to, aby znaleźć prawdę; po to, aby pogłębić swoją wiedzę, czy rozwikłać jakiś problem… Można też pytać w celu przysłowiowego „dokopania” komuś, skompromitowania lub postawienia drugiego człowieka w niekomfortowej sytuacji… Uczeni w Piśmie z dzisiejszej Ewangelii stawiają pytanie, które wcale nie ma się przyczynić do ich duchowego rozwoju, lecz tylko do zastawienia swoistej pułapki na Mistrza z Nazaretu.
Dzisiejsza Ewangelia jest swego rodzaju przestrogą a zarazem pytaniem o czystość naszych intencji w posługiwaniu się słowem. Ta przestroga dotyczy szczególnie nas – chrześcijan, których wiara rodzi się właśnie ze wsłuchiwania się w słowo. Na ile wsłuchując się w słowo Boże sami stajemy się jego odbiciem, rezonujemy tym słowem w naszym myśleniu czy sposobie postępowania? Taki jest bowiem cel modlitwy monologicznej: pozwolić się na tyle przeniknąć słowu, w które wsłuchujemy się w medytacji, aby ono nas wewnętrznie przemieniało rodząc w nas nowy – Jezusowy – sposób myślenia i patrzenia.
Sytuacja, w której rozmówcy z dzisiejszej Ewangelii stawiają Jezusa wydaje się bez wyjścia. Jeśli opowie się za płaceniem podatku można będzie Go oskarżyć o kolaborację z okupantem, jeśli odmówi konieczności płacenia stanie w roli buntownika wobec ustanowionego przez Rzymian porządku. Ale jak pisze św. Paweł w drugim liście do Tymoteusza na szczęście „Słowo Boże nie uległo skrępowaniu” (2 Tm 2,9) i świat, choć często ucieka się do manipulowania słowem w celu osiągnięcia swoich korzyści nie ma mocy skrępowania jednego słowa – Słowa Bożego! Dlatego jeśli chcemy być wolni od skrępowania naszego sposobu myślenia i mówienia przez mentalność świata trzeba byśmy nieustannie wsłuchiwali się w słowo Boże.
Jak powiedziano wcześniej człowiek ze swoje natury lubi zadawać pytania. Adresatem tych pytań jest nie tylko człowiek, ale często i Bóg. W doświadczeniu medytacji rezygnujemy z zdawania pytań na rzecz wsłuchiwania się w słowo i to, co ono samo chce nam powiedzieć. Nie chcemy krępować słowa Bożego lecz zgodzić się na to, aby to ono przejęło rolę naszego przewodnika zarówno w życiu duchowym jak i w codziennym życiu.
Krótka odpowiedź Pana Jezusa udzielona wysłannikom saduceuszy jest swego rodzaju normą pragnącą wprowadzać ład w nasze często rozchwiane życie: „Zatem oddajcie cesarzowi to, co cesarskie, ale Bogu oddajcie to, co Boże”. Na monecie jest wizerunek cesarza. Ale w każdym z nas jest wizerunek Boży. Jeśli we mnie i w tobie jest wizerunek Boży, zatem my sami jesteśmy Boży. Dlatego winniśmy oddać Bogu to, co Boże. To znaczy oddać mu samych siebie!
I to właśnie czynimy w medytacji. Pragniemy oddawać się Bogu bez warunków i bez zastrzeżeń a medytacja pragnie uczyć nas przenosić to doświadczenie w nasze codzienne życie.
Jeśli jesteśmy stworzeni na obraz Boży i mamy Bogu oddawać samych siebie, to znaczy, że nie wolno nam stawać się niewolnikami rzeczy, czy w szerszym znaczeniu niewolnikami świata i jego sposobu myślenia.
Bóg jest Miłością. Jeśli zatem jesteśmy stworzeni na obraz Boży, to również dla nas miłość powinna być naszą pierwszą wytyczną życiową i najważniejszym motywem naszego postępowania. W ten sposób żyjąc na świecie oddamy światu to, co najlepsze, czego ma prawo spodziewać się on po uczniach Chrystusa, pozostając jednocześnie wewnętrznie wolnymi.
Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.
A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane». (J 20, 19-23)
Wydaje się, że bardzo trudno jest zbliżyć się do tajemnicy Ducha Świętego. Właściwie nie ma On nawet swego imienia, choć jest osobą – jedną z osób Trójcy Świętej. Mówimy o Nim po prostu: „Duch Święty”. Jeśli więc Duch pozostaje dla nas często tak nieuchwytny, to z pewnością nie dlatego, że jest od nas daleko, ale dlatego, że jest zbyt blisko nas. Jak oddech, o którym ledwie pamiętamy, a bez którego nie byłoby życia.
Czy istnieje zatem jakaś droga, która mogłaby w sposób pewny doprowadzić nas do prawdy o Duchu Świętym?
Niech próbą odpowiedzi będzie historia, której świadkiem byłem jakiś czas temu w banku. Stałem w kolejce do okienka, gdy w pewnym momencie w drzwiach ukazał się uśmiechnięty od ucha do ucha, wsparty na lasce staruszek, który zakrzyknął: „Dzień dobry państwu. Kto ostatni?”. Ponieważ ja byłem tą osobą, skinąłem ręką, która staruszek z radością uścisnął mówiąc: „Grabulka!” Następnie pełnym pogody ducha głosem zaczął opowiadać, że ma 94 lata, zamierza dożyć setki i w oczekiwaniu na załatwienie bankowych spraw uraczył obecnych mnie jeszcze kilkoma opowieściami, wywołując tym uśmiech na twarzach wszystkich. Klimat radości promieniujący od starszego pana udzielił się wszystkim.
Dlaczego przywołuję tę historię? Ponieważ przybycie jednej osoby zmieniło całkowicie charakter bankowej sali. Przez staruszka o lasce, lekko przygłuchego, zbliżającego się do kresu życia – wszedł w obecnych nowy powiew radości i ożywienia.
Tak właśnie jest z tajemniczym gościem, którym jest Duch Święty. Pojawia się, nie wiadomo skąd, a Jego przybycie zmienia wszystko, napełnia nowym życiem te miejsca i obszary w nas, które pozostają w uśpieniu, lęku i marazmie. Tak stało się z Apostołami, którzy siedzieli zamknięci w Wieczerniku.
Święty Jan Ewangelista przedstawia Ducha Świętego jako dar Jezusa zmartwychwstałego, obdarowującego uczniów darami, które zmieniają w ich życiu dosłownie wszystko. To dar odpuszczania grzechów, dzięki któremu człowiek może się nieustannie zanurzać w Bożym miłosierdziu. To dar języków, dzięki któremu nieuczeni ludzie mogą opowiadać Ewangelię wszystkimi językami i we wszystkich językach głosić Boża chwałę. To dar radości, którą Jego uczniowie będą dzielić się ze wszystkimi napotkanymi na swojej drodze, nawet w obliczu prześladowań i w niebezpieczeństwie śmierci.
Apostołowie znów doświadczyli, że Boga nie da się posiadać, że On ciągle wyprzedza i przekracza nasze pomysły. To dosyć niewygodne, bo wymaga zgody na to, że nie wszystko mamy pod kontrolą, choć świat próbuje nas przekonać – z różnym skutkiem – że jest inaczej.
Duch Święty uczy nas nowej wizji jedności, która zaczyna się tam, gdzie najpierw szanujemy różnorodność, choć zupełnie inaczej niż czyni to świat.
Żyjemy dzisiaj w świecie, który ma obsesję na punkcie oryginalności i niepowtarzalności. Im bardziej coś jest niezwyczajne, niespotykane, a najlepiej szokujące swoją nowością i odrębnością, tym lepiej. Taka musi być sztuka, taka musi być popkultura, technologia i – co najważniejsze – taki musi być człowiek. Jeśli jesteś zwyczajny, niczym się nie wyróżniasz i nie idziesz za nowymi trenami, to nic nie znaczysz. Oczywiście nie chodzi o oryginalność dla samej oryginalności, chodzi o odkrycie własnego „ja”, własnej niepowtarzalnej tożsamości, czegoś wyjątkowego, co jest w każdym gdzieś głęboko schowane. Pozostaje tylko pytanie: czy gdzieś w tym przymusowym sileniu się na oryginalność, w podążaniu za ciągle zmieniającymi się trendami bardziej nie gubimy własnej tożsamości i niepowtarzalności niż je odnajdujemy? Że odnajdujemy własne „Ja”, ale raczej to fałszywe, które świat za wszelką cenę pragnie w nas podtrzymać, nie mające kontaktu z naszą prawdziwą wartością, jaką wpisał w nas Bóg i dlatego szukająca sztucznych sposobów jej podtrzymywania.
Paradoks myślenia świata polega na tym, że obok zgodny na oryginalność często zaprzecza on samemu sobie bo twierdzi jednocześnie, że lepszy świat zbudujemy tylko wtedy, kiedy „ty” staniesz się taki, jak ja chcę, żebyś był i kiedy „twój sposób myślenia” stanie się odbiciem mojego sposobu myślenia.
I choć z pozoru komplement, że jest się oryginalnym może brzmi to całkiem nieźle, słowo Boże mówi na ten temat zupełnie coś innego.
Jezus przez wiele dni zapewniał nas w Ewangelii, że Duch Święty po Jego odejściu do nieba nie będzie mówił niczego od siebie, tylko będzie powtarzał po Synu Bożym. Nie da ludziom nic oryginalnego i swojego, ale weźmie z tego, co Jezusowe i tym będzie ich obdarzał. Co ciekawe, z Jezusem sprawa miała się bardzo podobnie. Wielokrotnie powtarzał, że mówi tylko to, co usłyszał od Ojca, i robi tylko to, co widział u Ojca. I że to wypełnianie woli Ojca jest Jego pokarmem i największą radością. Jak to powiedział jeden z biblijnych komentatorów: „ Czytając te słowa można odnieść wrażenie, że w Trójcy Świętej sami plagiatorzy i odtwórcy. Żadnej oryginalności i innowacyjności”.
Ale właśnie dlatego zarówno Jezus, jak i Duch Święty są tak fascynujący i zadziwiający jak nikt inny na świecie. Bo „prawdziwa prawda”, jej oryginalna wersja, jest tylko jedna. Ma ona swoje źródło w Bogu Ojcu, który jest początkiem wszystkiego, jest stwórcą każdego bytu, a więc wszystkie pomysły pochodzą od Niego. I tylko ktoś, kto szuka w Nim, może znaleźć swoją oryginalność i wyjątkowość. Swoje niepowtarzalne i prawdziwe „ja”. A jednocześnie tylko ten, kto szuka w Nim może uwolnić się od zniewalającego dyktatu zmieniających się mód i filozofii świata. Jak powie Chrystus: „Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli”. A prawda jest tylko jedna i tylko jedno jest jej źródło – Pan Bóg. Jakże inaczej brzmią wobec tej rzeczywistości słowa jednego ze współczesnych, popularnych i liberalnych filozofów mówiącego, że: „Dla nas jedyną przeszkodą do osiągnięcia pełnej wolności jest prawda!”
Kto zatem szuka w świecie prawdy o sobie, znajdzie jedynie skrawki tego, kim naprawdę jest. Kto szuka u Boga, nie przestanie się dziwić, jak niezwykłym jest dziełem, bo twórczość i kreatywność Boga Ojca nie mają końca, więc każdy Jego byt i każde Jego dzieło są niepowtarzalne.
Może warto zatem na końcu zadać sobie pytanie: Jak przeżyć tę dzisiejszą uroczystość, żeby nie była pustym wydarzeniem? Najpierw spróbujmy zaprosić Ducha Świętego do swojego życia i przyjmijmy to, że przyjdzie w sposób zaskakujący, tak jak sam będzie chciał, a wtedy spróbujmy pójść za Jego natchnieniami. Nie stawiajmy Mu granic – dobrze na tym wyjdziemy!
Owocem Ducha może być tylko nowe i przemienione życie.