Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przechadzać się przez życie w obecności Boga

Obchodzono w Jerozolimie uroczystość Poświęcenia Świątyni. Było to w zimie. Jezus przechadzał się w świątyni, w portyku Salomona.

Otoczyli Go Żydzi i mówili do Niego: «Dokąd będziesz nas trzymał w niepewności? Jeśli Ty jesteś Mesjaszem, powiedz nam otwarcie!»

Rzekł do nich Jezus: «Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Czyny, których dokonuję w imię mojego Ojca, świadczą o Mnie. Ale wy nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec.

Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne. Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy». (J 10,22-30)

Chyba od zawsze Ewangelia św. Jana była moją ulubioną Ewangelią. Po pierwsze, dlatego że Jan mówi o wielu rzeczach, które są nieobecne u pozostałych ewangelistów; a po drugie, dlatego że o wydarzeniach, które wspomniane są u Synoptyków Jan mówi inaczej, nieco głębiej. Dla mnie to nie tylko relacja apostoła, naocznego świadka, ale też kontemplatyka.

Przykładem jest dzisiejszy fragment. Z jednej strony kontynuuje on obraz Chrystusa – Dobrego Pasterza, ale dodaje też nową informację: tylko Ewangelia Jana wspomina portyk Salomona jako miejsce, w którym Jezus dyskutuje z Żydami w świątyni. To miejsce wspomniane jest także w Dziejach Apostolskich (3,11; 5,12) jako przestrzeń, w której przebywali uczniowie Chrystusa, może właśnie ze względu na sentyment do tego miejsca świątyni, w którym często spędzali czas z Mistrzem.

Jan pisze, że Chrystus przechadza się w świątyni, która była dla każdego wierzącego Żyda miejscem obecności Boga na ziemi. Można powiedzieć, że Jezus przechadza się zatem w obecności Ojca. Ponieważ ta świadomość obecności Ojca nieustannie wypełnia Jego serce może śmiało powiedzieć jedno z najbardziej gorszących dla Żydów zdań w całej czwartej Ewangelii: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”.

I tu pierwsza myśl a zarazem pytanie, które się rodzą z tej refleksji: „Na ile żyjemy świadomością obecności Boga?” Medytacja, Modlitwa Jezusowa przez praktykę mają właśnie za zadanie prowadzić nas coraz bardziej do życia świadomością obecności Boga, tego że przechadzamy się przez życie w Jego bliskości. O tym też przypominają nam Dzieje Apostolskie: „W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”  [Dz 17,28]

Nie mam jednak wątpliwości, że aby żyć nieustannie świadomością tego, że wszystko w naszym życiu jest miejscem obecności Boga trzeba być człowiekiem głębokiej wiary.

Jednak w dzisiejszej Ewangelii Jezus stawia dyskutującym z Nim Żydom zarzut: «Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Na pierwszy rzut oka wydaje nas się, że to zdanie nas nie dotyczy, ale czy tak jest naprawdę? Czy nie jest tak, że często testujemy słowo Jezusa, poddajemy je w wątpliwość, nie ufamy mu. Najbardziej dobitnym przejawem takiej postawy jest grzech, który wprost jest odrzuceniem słów Jezusa. Pójście za Jezusem i słuchanie Jego głosu gwarantuje nam bezpieczeństwo. I to nie jakieś doraźne, ale wieczne. Problem w tym, że my za każdym razem, kiedy popełniamy grzech dajmy wyraz niewiary w to słowo. Dopiero kiedy dopadają nas bolesne konsekwencje grzechu, przekonujemy się, że to jednak Bóg miał racją a nie my i że warto było Go posłuchać i zawierzyć Jego słowu do końca.

Zawierzyć słowu Bożemu bez zastrzeżeń – tego także pragnie nas nauczyć medytacja.

Wróćmy jednak raz jeszcze do kontekstu dzisiejszej Ewangelii. Wypowiadając kontrowersyjne słowa, zamykające dzisiejszy fragment Ewangelii Chrystus kończy swój wywód na temat misji ocalenia życia owiec. Stwierdza on kilka wersetów wcześniej, że działa „w imię” Ojca, czyli wykonuje w widzialny sposób Jego wolę. A zatem mówiąc o byciu jedno z Ojcem, wskazuje na współdziałanie z Ojcem w walce o każdą i każdego z nas.

Czy chrześcijaństwo nie jest  zaproszeniem, byśmy w naszym działaniu stali się jak Chrystus? My też mamy być „jedno z Ojcem”. Nie staniemy się przez to osobami boskimi jak Chrystus, ale mamy szansę na przedłużenie Jego misji poprzez modlitwę i życie tak, by zbliżać się w ten sposób do świętości a innych do Boga.

Medytacja uczy nas nieustannego wsłuchiwania się w głos Boga. Uczy nas dostrojenia naszego bicia serca do rytmu serca Jezusa. Uczy nas jak być jedno z Nim w modlitwie, po to by być jedno z Nim w naszym działaniu.

Prośmy o to, aby nasza modlitwa coraz bardziej utwierdzała nas w jedności z Bogiem, aby z niej wypływało także cale nasze życie.

Owocnej medytacji!

Dobry Pasterz

Jezus powiedział:

«Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, owce zaś postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych».

Tę przypowieść opowiedział im Jezus, lecz oni nie pojęli znaczenia tego, co im mówił.

Powtórnie więc powiedział do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce. Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie, i miały je w obfitości».  (J 10, 1-10)

Kiedy przez blisko dziesięć lat współpracowałem przy organizowaniu Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymki Metropolitalnej przy kościele św. Anny w Warszawie za pamiętnych czasów Wójasa, czyli ks. Zygmunta Malackiego, który był rektorem kościoła zwykliśmy wyjeżdżać często w góry a konkretnie do Kir, gdzie środowisko akademickie wynajmowało bacówkę.  Naszym bliskim sąsiadem był baca, który od maja do października zajmował się owcami a przy okazji robił świetne oscypki. Od czasu do czasu pod wieczór, wpadaliśmy na Siwą Polanę. Tam zawsze był pasterz i owce. Kiedyś zapytałem go: Ile ma pan tych owiec? Odpowiedział: Sto czterdzieści. Wtedy zapytałem: jak to możliwe, żeby je rozpoznawać je przy takiej liczbie? Dla mnie wszystkie były takie same. Tymczasem baca bez problemu potrafił wskazać, które owce były z którego miotu, która była matką a która córką. Nie bardzo w to wierzyłem, więc zapytałem: To jak wy je, baco, rozpoznajecie? Na co on, ze stoickim spokojem odpowiedział: No normalnie… po mordach.

Ta pełna prostoty i pewności odpowiedź przypomina mi się za każdym razem, gdy czytam Ewangelię o Dobrym Pasterzu. Dobry pasterz zna swoje owce. Wystarczy rzut oka i On wszystko wie i widzi. Jest to przyjazne spojrzenie, pełne troski i życzliwości.

Dla słuchaczy Jezusa był to obraz bliski a jednocześnie pełen treści. Jezus porównując siebie do Dobrego Pasterza pragnie nam uświadomić, że nikt z nas nie jest częścią jakiejś nieokreślonej masy, anonimowej wspólnoty, która tworzy Kościół. Dobra Nowina, którą przynosi Słowo Boże, jest taka, że mamy Pasterza, dla którego każda owca (a więc każda i każdy z nas) jest jedyny, wyjątkowy i niepowtarzalny i co najważniejsze, wszyscy jesteśmy dla Niego równie ważni.

Żeby się nie zgubić się po drodze, którą On pragnie nas prowadzić do wieczności, trzeba znać Jego głos i chcieć go słuchać. I to kolejne przesłanie dzisiejszej Ewangelii.

Obserwując pasterza pasącego owce łatwo zobaczyć, że owce słysząc głos pasterza, czują się bezpiecznie. Czy mamy takie poczucie słuchając Słowa Bożego?

Jest taka bajka, która opowiada o tym, jak młoda owca znalazła dziurę w płocie, przecisnęła się przez nią i ruszyła w poszukiwaniu wolności. Biegała wszędzie, ciesząc się z tego, co nowe i fascynujące, aż w pewnym momencie się zorientowała, że zgubiła drogę i nie wiedziała, jak wrócić. Tymczasem w okolicy pojawił się wilk, który poczuł łatwą zdobycz. Pasterz ruszył jednak za zgubą, odnalazł ją i ponownie przyprowadził do stada. Jednak ku zdumieniu wszystkich, dziury w płocie nie naprawił. Dobry Pasterz wie, że prawdziwa miłość jest możliwa i kwitnie tylko tam, gdzie jest wolność.

Jaki jest morał tej bajki? Otóż możemy uciekać przed Bożą miłością przez różne dziury w płocie, lecz każdy, kto to robi nie rozumie, że prawdziwą wolność możemy znaleźć i nauczyć się nią żyć jedynie przy Bogu. W końcu to On nam tę wolność podarował ni nie zamierza nam jej odbierać! Każda inna wolność, którą oferuje nam świat a zwłaszcza wolność bez Boga jest jedynie iluzją wolności, na która często dajemy się nabrać.

Nie musimy szukać dziur, żeby wymknąć się Bogu. On nikogo z nas nie zniewala. Wręcz sam siebie nazywa Bramą, otwartą na oścież dla każdego. Jedyną bramą prowadzącą do wyjścia z bezsensu i lęku ku pełni życia, które tylko On może dać. Jezus jest „bramą”, przez którą mamy dostęp do Ojca, bo: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14, 6).

Chciałbym przywołać w tym miejscu francuską mistyczkę Gabrieli Bossis, która w swoim dzienniku pod datą 1 stycznia 1942 pisze: „Moje postanowienie na ten rok?”. Odpowiedź na słowa Jezusa: „Przechodźcie przeze Mnie jak przez bramę w trakcie swojego życia. W ten sposób będziemy mogli przejść Niego, jak przez bramę do wieczności w chwili śmierci. Przechodzić przez Jezusa jak przez Bramę, to żyć w zjednoczeniu z Nim, to modlić się w zjednoczeniu z Nim, to słuchać Jego głosu, aby w ten sposób wraz z Jezusem być zawsze blisko Ojca”.

I jeszcze jedna, osobista refleksja, którą przywołuje dzisiejsza Ewangelia. W tę niedzielę, nazywaną Niedzielą Dobrego Pasterza, zwykle modlimy się za biskupów, kapłanów i o powołania kapłańskie. To bardzo ważne, bo Kościół ich potrzebuje. Dla każdego kapłana Ewangelia, która przypomina, że to Jezus jest Dobrym Pasterzem czy wręcz bramą owiec, jest bardzo pocieszająca i wyzwalająca. I to nie dlatego, że zdejmuje z nas ostateczną odpowiedzialność za powierzone nam owce, choć nie jest to bez znaczenia: z przekonania, że to własnymi siłami podtrzymujemy firmament niebieski rodzi się wyłącznie schizofrenia. Ważniejsza jest świadomość, że owce są naprawdę w dobrych rękach. I nawet mój grzech – choć zawsze raniący wspólnotę, którego trzeba się usilnie strzec – nie jest w stanie wyrwać ich z pełnej miłości ręki Dobrego Pasterza.

Co jest marzeniem każdego kapłana? Być narzędziem Jezusa, które stanie się użyteczne, przezroczyste, nie będzie przeszkadzać Bożemu miłosierdziu w docieraniu do pogubionego człowieka. Być narzędziem, które będzie dawać Bogu szansę do posłużenie się nim i bez wątpienie ludzka słabość nie jest w tym przeszkodą: wystarczy wspomnieć Piotra, który się zaparł; Tomasza, który nie dowierzał; apostołów, którzy uciekli ze strachu przed dramatem krzyża. Czy przez to nie wypełnili swojego zadania? Święty Paweł powie potem: „Moc w słabości się doskonali”. Misję, którą na do wypełnienia każdy z prezbiterów otrzymuje od Boga i byłoby zuchwałością, gdyby nie towarzyszyła mu świadomość, że Bóg sam wziął za nie odpowiedzialność, bo wybiera do wypełnienia tej misji słabych i grzesznych ludzi, w których słabości ma okazję objawić swoją moc.

Ale Ewangelia o Chrystusie Dobrym Pasterzu i bramie owiec zawiera w sobie także dobrą nowinę dla owiec. Jeśli osobista świętość pasterza zawiedzie, pozostaje nie byle co, bo sakramenty święte i czyste. Sakramenty Kościoła, które podobne są do starotestamentalnego słupa ognia prowadzącego lud wybrany z ziemi egipskiej do ziemi obiecanej. Pojawia się też szansa na głębsze uświadomienie sobie, że nawet wtedy gdy pasterz nie zawodzi, jest tylko i wyłącznie znakiem i narzędziem Tego, który go posłał.

To w końcu Bóg jest dawcą życia i pragnie byśmy mieli je w obfitości.

Pozwólcie, że zakończę tę refleksję pięknymi słowami św. Jana od Krzyża:

„Duszo! Czy słyszysz głos swojego Pasterza? On woła ciebie przez swoje Słowo. Jeśli rozpoznajesz ten głos, nie wahaj się i biegnij w jego stronę. Czekają Cię zielone niwy, spokojne wody. Jezus Chrystus da ci chleba niebieski, napoi cię wodą życia, pokrzepi twoją duszę łaską. Słuchaj, biegnij i wierz, bo Jego słowo nigdy cię nie rozczaruje i nie zawiedzie!”

Troje Was – troje nas, pobłogosław Panie nas!

W informacji rozsyłanej do Wspólnoty Medytacyjnej wspomniałem o jednym krótkim filmie (ok. 14 minut) czerpiącym z doświadczenie Kościoła Wschodniego i mogącym być dobrym wprowadzeniem do medytacji. To bardzo piękny i poruszający film, nawiązujący swoją treścią do prozy Lwa Tołstoja. Być może ktoś go zna, ale jeśli nie gorąco polecam, bo jest piękną szkoła modlitwy monologicznej, modlitwy prostoty. A przy okazji można będzie zaczerpnąć coś z ducha ekumenizmu. Pozdrawiam i życzę miłego oglądania:-)

https://youtu.be/1uF1d0WR3ws 

Nasze życie powinno być eucharystyczne

W Kafarnaum lud powiedział do Jezusa:

«Jaki więc Ty uczynisz znak, abyśmy go zobaczyli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: „Dał im do jedzenia chleb z nieba”».

Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój daje wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu».

Rzekli więc do Niego: «Panie, dawaj nam zawsze ten chleb!»

Odpowiedział im Jezus: «Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie». (J 6, 30-35)

Mieszkańcy Kafarnaum żyją przeszłością, wspomnieniami przeszłych znaków, dlatego nie potrafią dostrzec tego największego Znaku – Jezusa Chrystusa obecnego wśród nich. Nam także nie rzadko zdarza się żyć przeszłością lub przeszłością, co sprawia, że nie jesteśmy w pełni obecni w tu i teraz. I dlatego nam również czasem trudno odkrywać Bożą obecność w teraźniejszości. Tymczasem chwila obecna to wszystko, co mamy, to miejsce działania Boga, to „Chrystusowe teraz”, w którym jesteśmy zaproszeni by nieustannie odkrywać Jego obecność.

Żeby mieć dużo pieniędzy, trzeba się często naharować. Żeby ludzie nas szanowali, również trzeba włożyć w to wiele wysiłku. Aby zjednoczyć się Bogiem wystarczy pójść do Kościoła i przyjąć go w Komunii świętej. Bóg jest na wyciągnięcie ręki. Nie musze się wcześniej umawiać, wystawać w kolejce, rezerwować wizyty. „Bóg na wiecznym dyżurze”.

Niestety w naszej zachodniej mentalności panuje często przekonanie, że jak coś nic nie kosztuje, to nie ma zbyt dużej wartości. Jednak to, że możemy spotkać się z Bogiem za darmo, w Komunii świętej, nie oznacza, że jest ona mało wartościowa, oznacza jedynie, że Jezus zapłacił już za nią na krzyżu najwyższą cenę, której my sami nigdy nie bylibyśmy w stanie uiścić. To Jego ofiara i zmartwychwstanie sprawiły, że teraz możemy przyjmować Go w Komunii za darmo.

Jezus odsłania nam w dzisiejszej Ewangelii największy cud swojej obecności, który będzie trwał do końca świata. Jest nim cud Eucharystii. Jeśli się nią karmimy, to nasze życie powinno być eucharystyczne, otwarte na innych, z całą ofiarnością. Duchowość chrześcijańska powinna być duchowością chleba życia, duchowością eucharystyczną. A ta zaprasza nas do tego, by przeżywać nasze życie w duchu ofiarowania, czyli bycia dla Boga i bycia dla bliźnich. Zgodnie ze słowami modlitwy: „Daj mi taką życzliwość, by wszyscy, którzy zetkną się ze mną, odczuli Twoją obecność. I niech będę dla innych chlebem, jak Ty jesteś nim dla mnie każdego dnia”. (kard. L. Suenens)

Słowo „communio” w języku łacińskim oznacza „zjednoczenie”. To właśnie dzieje się, gdy przyjmujesz Jezusa w Najświętszym Sakramencie. On jednoczy się z Tobą tak ściśle, że zaczyna krążyć w Twoich żyłach razem z Twoją Krwią. On przenika każdą komórkę Twojego ciała. Módlmy się o to, aby świadomość tego zjednoczenia z Chrystusem trwała w nas nieustannie.

Emaus

W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej o sześćdziesiąt stadiów od Jeruzalem. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali.

On zaś ich zapytał: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?» Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało».

Zapytał ich: «Cóż takiego?»

Odpowiedzieli Mu: «To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Ale po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto, jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli».

Na to On rzekł do nich: «O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?» I zaczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: «Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił». Wszedł więc, aby zostać wraz z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili między sobą: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?»

W tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jeruzalem. Tam zastali zebranych Jedenastu, a z nimi innych, którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi». Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba. (Łk 24, 13-35)

Kto z nas nie chciałby się odciąć od bolesnej przeszłości? Zwłaszcza od tej grzesznej.

Kto z nas nie chciałby odciąć się od porażki i rozczarowania?

Łukasz i Kleofas w drodze do Emaus właśnie próbują to zrobić. Ze wzrokiem wbitym w ziemię rozpamiętują to, co się wydarzyło, i nie mogą się pogodzić z niezrealizowanym scenariuszem na życie, który układali w towarzystwie Mistrza z Nazaretu.

Obaj uczniowie tak zapamiętale dyskutują o ważnych dla siebie sprawach, że stracili z oczu otaczający świat – a nawet samego Jezusa który jest tematem ich kontrowersji. Bywa, że zaczynamy rozmowę z chęci dotarcia do prawdy czy też jakiegoś porozumienia – a w trakcie zapominamy o tym i dyskusja staje się celem samym w sobie.

Być może warto skorzystać z przykładu uczniów idących do Emaus – i to jest pierwszy wniosek płynący z dzisiejszej Ewangelii – i częściej zapraszać Jezusa naszych rozmów, jeśli chcemy by przynosiły lepsze owoce.

Uczniowie otwierając przed Jezusem swoje serca przypominają nam – o czym my sami często zdajemy się nie pamiętać – że mamy jedno serce: jeśli zatem boimy się ludzi, to boimy się też zazwyczaj Boga; jeśli wściekamy się na ludzi, to wściekamy się na Boga; jeśli ufamy ludziom, to ufamy też Bogu. Tego nie da się rozdzielić.

Dlatego warto żyć w kontakcie z własnym sercem…

Jeśli częściej będziemy się w nie wsłuchiwali i będziemy wobec siebie szczerzy, więcej możemy się o sobie dowiedzieć. A wówczas w większej prawdzie będziemy także stawali przed Bogiem na modlitwie.

Pan Jezus swoją otwartą postawą inspiruje uczniów do szczerości i do opowiedzenia o swoich zawiedzionych nadziejach. Wchodzi środek ich rozbitych oczekiwań, ich zagubienia. Podsuwa im Pismo Święte jako wzorzec pomocny do zrozumienia tego co doświadczają w swoim życiu. Bo Słowo Boże ma ten szczególny walor, że potrafi ukazać nam właściwą perspektywę, że uczy nas sięgać dalej i głębiej, niż tylko do granic własnej perspektywy, wyznaczanej zazwyczaj naszymi oczekiwaniami, naszymi krzywdami i rozczarowaniami. Pokazuje, jak trudno nam się czasem pogodzić ze stratą swoich planów na życie. To dzielenie się rozczarowaniami, oczekiwaniami i nadziejami z Jezusem i słuchanie Jego pouczenia rodzi ogromną więź między uczniami zmierzającymi do Emaus a towarzyszącym im Wędrowcem. Dlatego przymuszają Go, by został z nimi na noc.

I tu rodzi się kolejny wniosek wart przemyślenia: Czy w naszych wspólnotach, w których funkcjonujemy na co dzień nie brakuje głębokich relacji osobowych, szczerej rozmowy, po prostu miłości i empatii, które nierzadko zastąpiły utylitaryzm i przedmiotowość w podejściu do człowieka? To są powody, które niszczą dziś wewnętrznie wiele wspólnot rodzinnych, zawodowych, przyjacielskich czy zakonnych…

Autor Ewangelii sugeruje, że uczniowie rozpoznali Jezusa, gdy usiadł z nimi przy stole, po charakterystycznych czterech gestach: wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im, które przypomniały im pierwszą Eucharystię, którą przeżyli podczas Ostatniej Wieczerzy. Może dostrzegli też Jego rany, które pomogły im zidentyfikować już zmartwychwstałego Pana.

Doświadczenie spotkania uczniów z Jezusem uświadamia nam, że wspólny posiłek jednoczy, wnosi pokój i miłość, daje radość. Taką samą rolę pełni Eucharystia. Chrystus zmartwychwstały obecny w Eucharystii jest Pocieszycielem, który pragnie nas jednoczyć, wlewać w nasze serca pokój, radość i miłość. Dlatego nalega, abyśmy się często nią karmili.

Dlatego warto przychodzić na Eucharystię nie tylko, gdy wszystko jest dobrze, ale też z nocy naszego życia, kiedy pozornie nic się nie układa.

Warto też postawić sobie pytanie: Czy wierzymy, że Jezus w Eucharystii ma moc przemienić szarą rzeczywistość naszego życia, tak jak przemienił sytuacje apostołów idących do Emaus?

Bo kiedy Chrystus łamie dla nas i błogosławi „chleb życia”, to nie dla zachowania tradycji, ale po to, aby także w nas miało miejsce zmartwychwstanie, przemienienie i powstanie do nowego prawdziwego życia. Życia pełnego nowej nadziei i radości, po którym my – uczniowie Jezusa – powinniśmy być rozpoznawani w świecie.