Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na wszystkich. (Dz 4, 32-37)
Piękny jest ten tekst z dzisiejszego czytania z Dziejów Apostolskich, dlatego pozwoliłem sobie przywołać go, jako motto dzisiejszej medytacji. Sądzę bowiem, że jest to właśnie rzeczywistość, której możemy zakosztować medytując wspólnie, kiedy to jeden duch i jedno serce ożywia wszystkich. Bez względu na to, czy medytujemy w kościele, czy medytujemy oddzieleni od siebie w naszych domach, duch nie zna barier, podobnie jak wiara, która łączy nas. Ponadto medytacja otwiera nas zawsze na łaskę, która w tej modlitwie – używając słów apostoła – spoczywa na nas.
Przyszło mi pisać to dzisiejsze wprowadzenie w cieniu dwóch ważnych wydarzeń: pierwszą jest Niedziela Miłosierdzia, którą przeżywaliśmy przed dwoma dniami; drugim dziesięciolecie obecności w stolicy Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Dlatego wybaczcie od razu, ale to wprowadzenie będzie nico inne. Bardziej retrospektywne i trochę przydługie. Można je czytać na raty! Ale to przecież w tej historii, którą pamiętamy mamy nieustannie odkrywać Bożą obecność i Boże działanie. Mamy jak apostołowie dostrzegać, że tu jest Pan.
Każde z rzeczonych wydarzeń daje nam powody do radości, do refleksji i do wdzięczności.
Miłosierdzie Boże, to rzeczywistość, która wymyka się naszej ludzkiej percepcji. Tym bardziej, że nawet siostra Faustyna Kowalska odnotowuje w sowim Dzienniczku, że jest ono niepojęte nawet dla aniołów i świętych. Może zatem bardziej trzeba je kontemplować sercem niż próbować ogarnąć umysłem. Medytacja uczy nas jak w miłosierdziu Bożym szukać schronienia. Im bardziej uświadamiamy sobie i pragniemy, aby modlitwa pełna ufności zanurzała nas w oceanie Bożego miłosierdzia, tym bardziej mamy szansę doświadczyć, że staje się ona najpiękniejszą chwilą naszego dnia. Wiele osób idących drogą modlitwy monologicznej właśnie w wezwaniu „Jezu, ufam Tobie!” znalazło werset towarzyszący ich medytacji. To piękne wezwanie dające mnie osobiście zawsze poczucie bezpieczeństwa. Jak zwykł mawiać jeden z nieżyjących już kapłanów, będącym przez lata duchowym opiekunem ośrodka przy Łazienkowskiej 14 jeszcze sprzed epoki Wspólnot Jerozolimskich: „Wezwanie Jezu ufam Tobie, to moje jedynie ubezpieczenie na życie.” Lubię przywoływać te słowa, bo wielokrotnie rzeczony kapłan dawał dowody, że są prawdziwe.
A skoro już o Łazienkowskiej mowa, to nie wiem kiedy minęło te dziesięć lat. Byłem świadkiem rozkwitu tego szczególnego miejsca, bo z ośrodkiem na Łazienkowskiej związany jestem od trzydziestu lat, kiedy posługiwałem tu jeszcze w czasach kleryckich we wspólnocie Rodziny Rodzin, widząc jak wiele dobra rodzi to miejsce i z pasją służący tam ludzie. Potem wraz z tymi, którzy przez lata wkładali tam swój czas i serce przeżywałem zredukowanie a w zasadzie zamknięcie duszpasterstwa, którym przez lata opiekowali się ojcowie Pallotyni. Zawsze jednak, od kiedy w 1994 roku po raz pierwszy zetknąłem się podczas mojego pobytu w Paryżu ze Wspólnotami Jerozolimskimi w kościele św. Gerwazego, gdzie chodziłem na liturgię, wielkim pragnieniem mojego serca było to, żeby kiedyś mogły Wspólnoty zawitać do Polski a jedynym miejscem, które wydawało mi się przestrzenią wymarzoną dla Nich był właśnie klasztor i kościół przy ul. Łazienkowskiej. I co? Chciałoby się rzec… I jestem tym, który na własnej skórze doświadczył, że marzenia się spełniają. Że Pan Bóg odpowiada na pragnienia serca maluczkich. Choć kiedy po raz pierwszy o tym zamarzyłem nawet nic nie zwiastowało, że ośrodek na Łazienkowskiej zmieni gospodarza.
Do dzisiaj pamiętam dzień otwarty w seminarium, przed dziesięciu laty, na który zawitali Siostry i Bracia z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich i razem z alumnami naszego seminarium cieszyliśmy się ich obecnością i nowo powstającą fundacją. Maria Magdalena brylowała, rozsiewając wokół swoją charyzmatyczną radość! Pamiętam też dzień świętowania początków fundacji, gdzie z powodu niemożności przybycia zaproszonych gości ze świata świętowaliśmy w kameralnym gronie nowo-rodzącej się Rodziny. Być może przez taką a nie inną reżyserię tego wydarzenia Pan Bóg przygotowuje nas do tego byśmy byli gotowi odrywać się od własnych planów na rzez całkowitego powierzenia się Jego opiece i prowadzeniu. I być może tegoroczna lekcja niemożności świętowania dziesięciolecia Wspólnot Jerozolimskich w Warszawie tak jak byśmy chcieli a w której uczestniczymy, to kolejne zaproszenie skierowane do nas przez Pana Boga, by zwrócić się bardziej ku temu, co najcenniejsze, co wewnętrzne a odwracać się do tego, co zewnętrzne. Czasem tak trudno na gorąco odczytywać to, co jest wolą Bożą a tym bardziej docenić, że wszystko, do czego Pan Bóg nas zaprasza jest łaską.
Mając w pamięci i nosząc w sercu minione dziesięć lat nie mam wątpliwości, że im bardziej kontemplacyjnie dane nam będzie przeżyć te piękne dni, tym mocniej zapiszą się one w naszych sercach i tym więcej duchowego pożytku przyniosą zgodnie ze słowami z dzisiejszych czytań. Bo czyż nie najważniejsze jest to, aby jedna wiara, jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich? A tego – jak ufamy – nie mogą zniweczyć żadne zewnętrzne przeszkody.
Na koniec przywołam jeszcze konkretne osoby, bez których pewnie nie dane nam byłoby świętować tego jubileuszu ani znaleźć dla naszej wspólnoty domu, w którym moglibyśmy podążać drogą medytacji monologicznej, tak pięknie wpisującej się w charyzmat Sióstr i Braci Jerozolimskich. W kronice Siostry i Bracie wspominają szczególnie trzy: założyciela Wspólnot Brata Pierre-Marie Delfieux, który jak ufam patrzy na nas z domu Ojca i wspiera nas swoim wstawiennictwem. Dwie kolejne postaci to prof. Stefan Świerzawski (bliskiego także mojemu sercu) i siostra Kinga Strzelecka – urszulanka. Ja przywołam jeszcze dwa, których namowy miały ogromny wpływ na ostateczną decyzję prymasa Glempa. To ks. prof. Józef Naumowicz – patrolog i ówczesny rektor ośrodka na Łazienkowskiej a obecnie biskup pomocniczy naszej diecezji Rafał Markowski – wielcy sympatycy Wspólnot Jerozolimskich. Pragnę pamiętać również o tych, którzy na dłuższy lub krótszy czas towarzyszyli naszej wspólnej wędrówce, uczestnicząc w spotkaniach medytacyjnych – ich wszystkich nosimy w sercach, bo wielu z nich, choć dzisiaj niekoniecznie bezpośrednio uczestniczy w życiu wspólnoty, to jednak często dają sygnał, że są z nami sercem i otaczają nas modlitwą, zgodnie ze słowami piosenki: „ci, co odchodzą, wciąż z nami są…”. Za każdą osobę, która choć raz przekroczyła próg kościoła na Łazienkowskiej, aby zasiąść wraz z nami do medytacji pragnę Panu Bogu dziękować.
A nade wszystko nieustannie dziękuję Panu Bogu za łaskę tego miejsca, jakim jest kościół i klasztor przy Łazienkowskiej a zwłaszcza za ich Gospodarzy, bo bez ich otwartości serca i miłości historia naszej Wspólnoty wyglądałaby zgoła inaczej.
W Liście na jubileusz Przełożeni warszawskich w Wspólnot piszą: „To czego wyglądamy, czego się spodziewamy, co jest przedmiotem naszych oczekiwań, a przynajmniej powinno nim być, to oczywiście Jeruzalem Niebieskie, które będzie nam dane na końcu czasów”. Jedno jest pewne, że dzięki obecności Wspólnot Monastycznych mamy świadomość, że na tej drodze nie jesteśmy sami, że wokół są nasi Siostry i Bracia, na których zawsze możemy liczyć a we wspólnocie zawsze idzie się łatwiej. Także do nieba. Bo przecież istotą chrześcijaństwa jest zawsze bycie w drodze z innymi.
Pozostaję w ufności i o to módlmy się w naszej jubileuszowej medytacji (która pierwotnie miała odbyć się w kościele jako otwarte spotkanie dla wszystkich chętnych), aby nadal jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy przychodzą, aby medytować do Kościoła Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Tam czujemy, że wszystko jest wspólne, jak w prawdziwym domu. Niech to miejsce nadal z wielką mocą świadczy o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska nich spoczywa na wszystkich.
Dziękuję, że jesteście!
Był wśród faryzeuszy pewien człowiek imieniem Nikodem, osoba wysoko postawiona wśród Judejczyków. Przyszedł on do Jezusa w nocy i powiedział: „Rabbi, wiemy, że jako nauczyciel przybyłeś od Boga. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim”. Jezus na to mu rzekł: „O tak, zapewniam cię: jeśli ktoś na nowo się nie narodzi, nie jest zdolny ujrzeć królestwa Bożego”. Nikodem zapytał Go: „Jak stary Już człowiek może się narodzić? Czy może ponownie wejść do łona matki i narodzić się?” Jezus odpowiedział: „O tak, jeśli ktoś nie narodzi się z wody i Ducha, nie jest zdolny wejść do królestwa Bożego. Co z ciała narodzone, ciałem jest, a co narodzone z Ducha, jest duchem. Nie dziw się, że ci powiedziałem: „Musicie na nowo się narodzić”. Wiatr wieje, gdzie chce. Słyszysz głos jego, lecz nie wiesz, skąd przylatuje ani dokąd podąża. Tak jest z każdym, kto narodził się z Ducha”. [J 3,1-8]

Przez najbliższe dni będziemy świadkami rozmowy Jezusa z Nikodemem, uczonym w Piśmie i członkiem Sanhedrynu. Stąd pozwalam sobie na początku nowego tygodnia na kilka słów komentarza do tej duchowej lektury.
Spotkanie Jezusa z Nikodemem, to jedna z piękniejszych i głębokich rozmów, jakie znajdujemy w Ewangelii. Jezus w dialogu z Nikodemem wchodzi na nieco wyższy poziom, gdyż rozmawia z człowiekiem uczonym, doświadczonym życiem, ówczesnym specjalistą od życia duchowego. Tym, co uderza w postawie Nikodema jest jego otwartość, której nie znajdujemy u innych uczonych w Piśmie. Dzięki tej otwartości to nocne spotkanie z Mistrzem okazuje się dla Nikodema przemieniające. To noc spotkania, które rzuca nowe światło na całe późniejsze życie Nikodema.
Świętemu Janowi zawdzięczamy zapis kilku bardzo osobistych spotkań i rozmów z ludźmi, o których nie wspominają trzy pozostałe Ewangelie. Dzięki Janowi możemy być świadkami rozmów Jezusa z pojedynczymi osobami, podczas których budzi się ich wiara. Te spotkania zresztą miały być tematami naszych kolejnych konferencji towarzyszących sesjom medytacyjnym, które brutalnie przerwała szerząca się epidemia.
Jezus poznaje ludzi głębiej niż potrafią to inni ludzie. Nikodem posiada ogromną wiedzę biblijną ale ma także wiedzę o nauczaniu Jezusa i znakach jakie czyni. Z jego rozmowy z Mistrzem wynika, że to coś więcej niż informacje, które można było zaczerpnąć z plotek na temat Nauczyciela z Nazaretu. Być może Nikodem przez dłuższy czas obserwował Jezusa i Jego działalność zanim zdecydował się na rozmowę z Nim. Z pewnością Nikodem jest jednym z niewielu reprezentujących Sanhedryn przychylnie nastawionym do Jezusa, lecz w rozmowie z Jezusem przekonuje się boleśnie, że mimo swojej wiedzy i doświadczenia jest tak naprawdę niewierzącym nauczycielem religijnym. W dialogu z Jezusem Nikodem stopniowo odsłania swoje przekonania. Jezus jest dla niego nauczycielem o autorytecie przekraczającym nauczycieli religijnych Judei. Nikodem jednak nie ma odwagi wypowiedzieć na głos ukrytego pytania, które nosi na dnie swojego serca a które doskonale zna Jezus. To pytanie brzmi: „Czy Ty jesteś Mesjaszem?”
O ile inni ewangeliści mówią o bliskim Królestwie, o zdobywaniu Królestwa, to św. Jan mówi o czymś, co pozwala zobaczyć i wejść do tego Królestwa. To rodząca się w rozmowie z Jezusem wiara pozwoli Nikodemowi dostrzec, że Jezus jest Bogiem, Królem Izraela. Jednak warunkiem tej wiary Nikodema jest jego narodzenie się na nowo. To drugie narodzenie dokonuje się z Ducha Bożego, z Boga. Pierwsze narodzenie jest naturalne, drugie duchowe, co próbuje uświadomić Nikodemowi Jezus jednocześnie uświadamiając mu, że ktoś, kto jest religijny a nawet jest znawcą Biblii niekoniecznie musi być człowiekiem wierzącym.
I tu mała dygresja: To na czym polega nowotestamentowe nowe stworzenie, nowe życie i ponowne narodzenie o którym próbuje przekonać Jezus Nikodema pięknie opisuje Valentino Salvoldi, włoski teolog i biblista kreśląc piękne zdanie, które jest konkluzją jednej z jego książek: “Kto rodzi się dwa razy, umiera jeden raz. Kto rodzi się jeden raz, umiera dwa razy.”
A skoro już wspominam o tej książce, to sądzę, że to doskonała lektura duchowa na obecne – epidemiczne czasy, mówiąca o narodzinach i śmierci. Mówiąca o początku i końcu. A mostem, który łączy te rzeczywistości jest «miłość potężniejsza od śmierci», miłość o jakiej mówi Pieśń nad Pieśniami a potem św. Jan w swojej Ewangelii i Listach. Miłość, której żaden grób nie może uwięzić. Miłość rodząca do pierwszego życia (doczesnego) a następnie prowadząca do tego, które nigdy nie będzie miało końca. Miłość, która kształtuje oblicze pierwszego i ostatniego płaczu człowieka: płacz nowonarodzonego dziecka i ostatnią łzę umierającego.
A ostatnie westchnienie na ziemi jest pięknie opisywane przez autora książki, jako pierwszy uśmiech w niebie. Istnieje bowiem tylko jedno życie, co wyraźnie podkreśla tytuł wspomnianej książki: „Człowiek nie umiera, rodzi się dwa razy”. Przyjęcie i doświadczenie wiary w Jezusa sprawia, że śmiertelne ciało człowieka zostaje ukształtowane i przemienione, stając się ciałem duchowym, niosącym w sobie już ziarno życia nowego.
Jest to książka przeznaczona dla tych, którzy pragną zakochać się w życiu, ale też dla tych, którzy towarzyszą umierającym lub tym, którzy przeżywają stratę najbliższych, a także dla lekarzy stojących dzisiaj na pierwszej linii frontu walki o życie zarażonych koronawirusem i wreszcie dla tych wszystkich, którzy wcześniej czy później stawią czoła godzinie swojej śmierci, która jest jednocześnie godziną narodzin dla wieczności.
Wspominam o tej książce, bo bardzo kojarzy mi się ona z rozmową Jezusa z Nikodem, który musi się narodzić na nowo do wiary w Jezusa, do wiary w to, że to On jest oczekiwanym Mesjaszem Synem Bożym, Zbawicielem świata, do wiary w to że to o Nim mówi całe Pismo, którego Nikodem był znawcą, nauczycielem i interpretatorem. Nikodem powinien był wiedzieć, że Jezusowi w rozmowie z nim chodzi o nawrócenie. Nigdy jednak nie przyszło mu do głowy, że Żyd potrzebuje nawrócenia na prawdziwą wiarę.
Thomas Merton napisał kiedyś piękne zdanie: „Na granicy królestwa Bożego leży to, co w człowieku stanowi przejście między niewiarą, a wiarą. Tym przejściem do wiary jest uwierzenie”.
A rozwijając to zdanie w jednej ze swoich konferencji do nowicjuszy w opactwie Getshemani mówił: „Wiara rodzi się z niewiedzy, z wątpliwości, z pytania, z obawy przed nieznanym, niekiedy pośród myślenia magicznego a nierzadko i pychy. Tymczasem aby uwierzyć trzeb czegoś więcej: trzeba spróbować zrozumieć, trzeba zaufać, trzeba zapragnąć a nade wszystko przylgnąć całym sercem do Osoby, bo uwierzenie jest owocem relacji, jest jak okrzyk zdobywcy i odkrywcy: <<Eureka, znalazłem>>. To właśnie to doświadczenie ma na myśli św. Paweł gdy pisze w Liście do Efezjan: „Obudź się, śpiący, i powstań z martwych, a światłem ci będzie Chrystus”.
Jezus jeszcze wiele razy będzie zmuszony wyjaśniać swoim rozmówcom, także Apostołom konieczność rodzenia się z Ducha Świętego, gdyż to jest właściwa droga rodzenia się naszej wiary. Z pewnością – choć trudno nam to często przyznać – nie jest nią nasza głowa, nasz intelekt. Dla ludzi chrześcijańskiego Wschodu – mniej dogmatycznego a bardziej otwartego na mistykę bez trudu przychodzi przyznać, że wiara rodzi się przede wszystkim w sercu nie w umyśle. Co nie znaczy, że intelekt nie jest ważnym narzędziem kształtowania wiary. Nikodem w rozmowie z Jezusem zrozumiał podstawę nowego narodzenia i dlatego zapyta Jezusa o sposób narodzenia się na nowo, choć trudność zaakceptowania słów Jezusa wynikała właśnie z faktu, że za bardzo próbował rzeczywistość, o której mówił Jezus ogarnąć umysłem zamiast sercem.
Warto, abyśmy i my w naszej medytacji pytali o to Jezusa, ale odpowiedzi szukali bardziej na poziomie serca niż intelektu.
Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.
A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».
Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: «Widzieliśmy Pana!»
Ale on rzekł do nich: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę».
A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł, choć drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!» Następnie rzekł do Tomasza: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym».
Tomasz w odpowiedzi rzekł do Niego: «Pan mój i Bóg mój!»
Powiedział mu Jezus: «Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli».
I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)

Próbuję sobie wyobrazić scenę z dzisiejszej Ewangelii: Stanąć za plecami Tomasza, patrzeć w oczy Jezusa i słyszeć Jego łagodny głos: Podnieś tutaj swój palec… Ten sam łagodny głos, który zapyta Piotra: Czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? I który zwróci się do Szawła: Dlaczego Mnie prześladujesz?
Nie znajdujemy w tym głosie żadnego oskarżenia, żadnego wypominania. Tylko pytanie kogoś, kto zna mnie lepiej niż ja sam. Może łatwiej byłoby przyjąć litanię pretensji i zarzutów. Wysłuchać krytyki i odetchnąć: wszystko za nami, rachunek wyrównany. Pytanie jednak domaga się odpowiedzi. A tych się często boimy, zwłaszcza wówczas, gdy dotykają samego sedna naszych niedomagań.
Nikt nie lubi przyznawać się do słabości, szczególnie gdy dotyczy ona tego, na czym mu zależy. Niespełniona duma jedynie pogłębia samo-nie-zadowolenie. Piotrowi, który miał przewodzić apostołom, brakuje miłości. Tomasz, który przed wskrzeszeniem Łazarza tak ochoczo zachęcał pozostałych: Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć, stoi jak sparaliżowany przed ranami Zmartwychwstałego. Szaweł owładnięty misją oczyszczenia judaizmu dowiaduje się, że prześladował samego Boga…
Za tą kolejką świętych grzeszników stoi każdy z nas. Stoimy przed miłosiernym spojrzeniem Jezusa ze wstydem, bo aż za dobrze wiemy, że nie jesteśmy takimi, jakimi chcielibyśmy być przed Panem. Czterdzieści dni postu niekoniecznie poprawiło naszą sytuację. Jedyne, co nam pozostaje, to pokornie spojrzeć w miłosierne oczy Jezusa, wsłuchać się w Jego łagodny głos, dotknąć Jego ran, które w dzisiejszej Ewangelii odsłania przed nami.
Ta scena jest zupełnie inna niż to, co znamy ze zwykłych stosunków międzyludzkich. Rany najczęściej się pokazuje, żeby kogoś oskarżyć lub poprosić o pomoc: Zobacz, co mi zrobiłeś, lub zobacz, jak cierpię!
Pan Jezus pokazuje ręce i bok i mówi: Pokój wam. Jego rany nie są powodem oskarżania nas. Są ceną naszego zbawienia. Jak zapowie to prorok Izajasz: „W Jego ranach jest nasze uzdrowienie” [Iz 53,5]
Miłosierdzie niekoniecznie przychodzi przez to, co silne i zdrowe, przez tych, którzy są święci i wolni od słabości, ale przez kroczenie razem, w towarzystwie naszych słabości.
Wieczorne odwiedziny Jezusa w Wieczerniku i przekazany przez Niego dar pokoju musiały przekonać Apostołów o przebaczeniu zaciągniętej winy. Wewnętrzny niepokój wynikający z niewierności zniknął, a bo ich grzech został przebaczony. Nie przez przypadek kapłan, sprawując sakrament pojednania, modli się o udzielenie penitentowi „przebaczenia i pokoju”. Przebaczenia grzechu zazwyczaj się nie czuje, dlatego zostaje ono powiązane z darem pokoju, aby człowiek został także w swym sercu przekonany o udzielonej łasce.
W Pierwszym Liście apostoł Jan pisze, że wiara jest tym, co zwycięża świat. „Świat” oznacza tu tę rzeczywistość, która jest wroga Bogu. Apostołowie w dniu zmartwychwstania w sobie samych doświadczyli zwycięstwa nad swym grzesznym „światem”. Otrzymali również moc Ducha Świętego, aby zwycięstwo nad grzechem nieść także innym, którzy uwierzą w Jezusa.
Dzisiejsze czytania uzmysławiają nam, że człowiek, który uwierzy w Jezusa, nie tylko może zostać wyzwolony z grzechu, lecz wkracza także jakby w inny wymiar rzeczywistości.
Jest to rzeczywistość miłosiernej miłości Boga, która nigdy nas nie przekreśla, nigdy nie zniechęca się naszymi słabościami. To także miłość cierpliwa wobec nas. Tomasz ma wątpliwości. Jezus nie odrzuca go z tego powodu. Chce nam przez to uzmysłowić, że my także możemy mieć wątpliwości w wierze, ale ważne jest, byśmy się w nich nie zamykali, lecz pozwolili działać i prowadzić się Duchowi Jezusa obecnemu w nas.
Maria Magdalena stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli siedzących, jednego przy głowie, a drugiego przy nogach, w miejscu, gdzie leżało ciało Jezusa.
I rzekli do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz?”
Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”.
Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus.
Rzekł do niej Jezus: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”
Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę”.
Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: Nauczycielu.
Rzekł do niej Jezus: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego»”.
Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: „Widziałam Pana i to mi powiedział”. (J 20,11-18)
W dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji chciałbym odnieść się do jednego słowa, które pada w dzisiejszej Ewangelii. To słowo, to właściwie określenie: Rabbuni, jakim Maria Magdalena nazywa Jezusa w odpowiedzi na wypowiedziane przez Mistrza jej imię.
Tylko dwukrotnie w Ewangeliach pojawia się ten zwrot. Poza Marią Magdalaną używa go jeszcze niewidomy żebrak z Jerycha, Bartymeusz (por. Mk 10,51). To słowo pochodzi z języka aramejskiego i znaczy dosłownie: mój nauczycielu.
Warto dostrzec, że obydwie osoby, które w ten sposób zwracają się do Jezusa mają problem z zobaczeniem Go. Bartymeusz jest ślepcem, więc nie widzi Jezusa z naturalnych powodów. Maria Magdalena – jak relacjonuje to św. Jan w swojej Ewangelii – także nie umiała rozpoznać Jezusa, bo w pierwszym odruchu uznała Go za ogrodnika. Nie wnikając w to, dlaczego Maria Magdalena, która przecież doskonale znała Mistrza nie potrafiła Go rozpoznać (różne autorytety teologiczne i biblijne próbują różnie to uzasadnić) ważne jest jedno: otóż Bartymeusz i Maria Magdalena uczą nas, że można być tak blisko Jezusa, a można nie móc Go zobaczyć. Myślę, że to doświadczenie każdej i każdego z nas. Jak często my też nie potrafimy dostrzec Jezusa w naszym życiu, chociaż On jest tuż obok? Jednym z powodów takiej postawy może być to, że jesteśmy „zaślepieni” czymś albo kimś, a przez to nie umiem rozpoznać Jezusa!
Tymczasem Bóg jest zawsze blisko Ciebie i mnie. Jest zawsze na wyciągnięcie ręki, ale my często mamy chore oczy lub chore serce, które nie pozwalają nam dostrzec bliskości Boga.
Jeśli chcemy nauczyć się dostrzegać obecność Boga blisko nas, może trzeba zastosować receptę Bartymeusza i Marii Magdaleny.
Bartymeusz uczy nas modlitwy: „Jezusie synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Tak, do Modlitwa Jezusowa. To wołanie o uzdrowienie naszego wzroku i naszego serca, tak często skupionych na nas samych, że nie potrafią już dostrzec niczego poza sobą, także Boga. Modlitwa Jezusowa, to wołanie o uzdrowienie naszego sposobu patrzenia…
Bartymeusz krzyczy za Jezusem, bo jego modlitwa, to ostatnia deska ratunku, to walka o życie.
Modlitwa Jezusowa winna być wewnętrznym wołaniem naszego serca. Naszą modlitwą, która jest walką o uratowania Bożego życia w nas.
Natomiast Maria Magdalena uczy nas tęsknoty. Płakała, bo zabrano Tego, który był dla niej całym światem, jej Miłością, który nadał sens jej życiu. I w odpowiedzi na swoją tęsknotę serca słyszy słowo, które wyrywa ją ze smutku… Słyszy swoje imię… i wtedy oczy jej się otworzyły.
Bóg mówi do mnie i Ciebie po imieniu. Jego Imię, które przywołujemy w medytacji nieustannie uświadamia nam, że On stoi obok i chce wlać w nasze serce nadzieję, radość, pokój, że chce przynieść naszemu sercu uzdrowienie.
Aby jednak usłyszeć, to co mówi do nas Bóg musimy jak Bartymeusz i Maria Magdalena dać Bogu odrobinę swojego czasu i uwagi. Dlatego medytujemy trochę rano, trochę wieczorem.
On jest SŁOWEM, które przychodzi w ciszy. Słowem, które ma moc uzdrawiania. Słowem, które sprowadza obecność Boga. Słowem, które uświadamia nam, że Bóg jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Trzeba jednak słuchać Go sercem, bo Bóg mówi do naszego serca.
Modlitwa na rozpoczęcie medytacji
Ojcze niebieski,
Otwórz nasze serca na cicha obecność Ducha Twojego Syna.
Wprowadź nas w misterium ciszy, w której Twoja miłość objawia się wszystkim, którzy wołają:
Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem!
Gdy anioł przemówił do niewiast, one pośpiesznie oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i pobiegły oznajmić to Jego uczniom.
A oto Jezus stanął przed nimi, mówiąc: «Witajcie!» One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: «Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech udadzą się do Galilei, tam Mnie zobaczą».
Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdy spaliśmy. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu».
Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami, i trwa aż do dnia dzisiejszego. (Mt 28, 8-15)
Mateusz przedstawia nam jedno jedyne zmartwychwstanie, które dokonało się w historii świata i dwie perspektywy jego przyjęcia – wierzących i pogan.
Najpierw zamieszanie wszczynają kobiety. Po rozmowie z aniołem biegną z entuzjazmem do zatrwożonych uczniów. Kobietom brak pewnie tchu. Chcą się podzielić dobrą wieścią. Ich wiara znalazła swoje wypełnienie.
Inaczej jest z żołnierzami. Są w drodze do miasta… Idą ciężkim krokiem, z niespokojnym sercem. Co z nimi będzie? Zadanie nie zostało wykonane, grób jest pusty. Może Go znajdą? Może da się jeszcze wszystko naprawić? Nie wiedzą, co robić, co myśleć. Potrzebują rady.
Tymczasem Jezus przychodzi w ciszy. Jak niegdyś Bóg przemawiał z całą mocą w delikatnym powiewie (1 Krl 19, 12), tak zmartwychwstały Chrystus staje przed niewiastami i mówi: „Witajcie!” „Nie lękajcie się!”
Gdy zderzamy się z rzeczywistością, która przekracza nasze wyobrażenie, potrzebujemy czasu, aby ją zrozumieć. Unosimy wysoko brwi, z niedowierzaniem potrząsamy głową. Sprawdzamy, czy to, co zobaczyliśmy, jest prawdą. Narastająca radość spełnionej nadziei miesza się z lękiem, by nie doznać zawodu. Zmartwychwstanie Jezusa jak żadne inne wydarzenie zasługuje na takie zdumienie.
Liturgia Kościoła odpowiada na nasze ograniczenia, bo nawet jako ludzie wiary potrzebujemy czasu, żeby nadążyć za tajemnicą ostatnich dni. Dlatego świętujemy oktawę – innymi słowy Zmartwychwstanie obchodzimy przez osiem dni, upewniając się wciąż, że grób jest pusty.
Jezus jednak nie każe nam się śpieszyć, bo jest Panem czasu.
I możemy być pewni, że już nas nie opuści, bo jak sam powiedział jako Zmartwychwstały pozostanie z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata.
Od tamtego poranka możemy Zmartwychwstałego Jezusa każdego dnia spotykać i dotykać w Eucharystii dopóki nasze serca nie nabiorą pewności, że On żyje i jest obecny w naszej historii.
To właśnie dlatego przez najbliższe dni będziemy słuchać Ewangelii o spotkaniach ze Zmartwychwstałym.
Każde z tych spotkań niesie ze sobą szczególny powiew nowości.
I uświadamia nam, że nie ma innego remedium na świeżość naszej wiary, na świeżość chrześcijaństwa niż podążanie śladem ewangelicznych postaci tego tygodnia.
Zmartwychwstanie jest najbardziej zdumiewającym wydarzeniem w historii świata i na tym właśnie wydarzeniu opiera się wiara chrześcijan. Paweł naucza: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15, 14).
I choć dla świata pusty grób Jezusa jest przedmiotem dyskusji od dwóch tysięcy lat, to my, chrześcijanie – jakby na przekór światu wiemy jedno – że to właśnie wiara w zmartwychwstanie stanowi o sile naszej wiary i niezawodności naszej nadziei.