Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Modląc się, nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim jeszcze Go poprosicie. (Mt 6, 7-8)
Z pewnością to nie przypadek, że Jezus nauczając o modlitwie nawiązuje właśnie do wielomówstwa. Kto lepiej niż On znał ludzkie serca i ludzki sposób modlitwy, jeśli nie On, do którego człowiek te modlitwy kieruje? Jezusowy udział w widzeniu Boga każe Mu przestrzec nas przed bezmyślnym powtarzaniem samych w sobie może nawet pięknych i prawdziwych sformułowań, które jednak mogą nie mieć nic wspólnego z rozmową z Bogiem.
Ktoś mógłby zarzucić Jezusowi nieścisłość w nauczaniu, skoro w innym miejscu kazał nam modlić się nieustannie. Oczywiście w nauczaniu Jezusa nie ma żadnej sprzeczności. Mówiąc o modlitwie zależy Mu przede wszystkim na tym, żeby uświadomić swoim uczniom, a także nam rozważającym Jego słowa po niemal dwudziestu wiekach, że jakości modlitwy nie mierzy się ilością wypowiadanych słów, lecz tym, co dzieje się w trakcje jej trwania w naszym sercu.
Dlatego warto pytać się: Co mną kieruje, gdy modlę się? Czy źródłem mojej modlitwy jest zawsze czyste pragnienie spotkania z Osobą, która jest dla mnie ważna i dla której ja jestem ważny?
Uczeń, który słucha mistrza i wypełnia jego polecenia, rozwija się. Tak samo chrześcijanin, gdy jest zasłuchany w słowo Jezusa, gdy regularnie spotyka się z Nim, gdy umie zamilknąć i wsłuchać się w Jego głos, wzrasta duchowo.
Medytacja monologiczna jest nauką przełamywania mocno zakorzenionych w nas stereotypów o modlitwie, że gdy będziemy dużo mówić, Bóg lepiej nas usłyszy. Uczy nas świadomości tego, że na modlitwie można nie wypowiedzieć zbyt wielu słów i naprawdę doświadczyć spotkania z Panem, a można wyrzucić z siebie setki zdań, które nie zbliżą do Niego nawet o centymetr, bo zostaną tylko na poziomie zaangażowania naszego intelektu i nie dotkną serca.
Thomas Merton w jednej ze swoich konferencji do nowicjuszy w klasztorze Getshemani powiedział: „Myślę, że modlitwę można porównać do spotkania zakochanych. Czasami tylko siedzą, patrząc się na siebie, czasami wymienią zaledwie kilka zdań, bo do tego by odkryć to, co jest głęboko ukryte w sercu nie trzeba wielu słów. Najważniejsze jest to, żeby spotykać się ze sobą w duchu otwartości na drugiego, zasłuchać się w siebie i być gotowym do stanięcia w prawdzie”. Bóg zawsze nas słucha, zna prawdę o nas i wie, co jest ukryte w naszym sercu. Medytacja monologiczna uczy nas udziału w tej otwartości Boga nie tylko na Jego słowo i obecność, która w nim się objawia, ale też na siebie samych, bo bez spotkania ze sobą w prawdzie i ze swoim sercem nie będzie też możliwe prawdziwe spotkanie z Bogiem.
Niech zachętą do trwania w modlitwie monologicznej będą proste i piękne słowa św. Jana Pawła II, który mówił w czasie jednej z audiencji środowych w Rzymie: „modlić się znaczy dać trochę swojego czasu Chrystusowi, zawierzyć Mu ten czas z zaufaniem, że On jest najlepszym przewodnikiem w modlitwie i pozostawać w milczącym słuchaniu Jego słowa i pozwalać by to słowo odbiło się echem w naszym sercu”. (Jan Paweł II, Rzym – 15.08.2000)
Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy pościł już czterdzieści dni i czterdzieści nocy, poczuł w końcu głód.
Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem».
Lecz On mu odparł: «Napisane jest: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”».
Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisane jest bowiem: „Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień”».
Odrzekł mu Jezus: «Ale napisane jest także: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”».
Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon».
Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”».
Wtedy opuścił Go diabeł, a oto przystąpili aniołowie i usługiwali Mu. (Mt 4, 1-11)

Pierwsze czytanie, z Księgi Rodzaju, mówi o stanie szczęścia w ogrodzie Eden zanim Adam i Ewa okazali Bogu nieposłuszeństwo. Początki dziejów ludzkości zostały skażone nieposłuszeństwem człowieka względem Boga, w czym wyraziła się pogarda wobec woli Bożej.
I na początku taka dygresja: Diabeł to nie ponura legenda czy bezsilny straszak na tych, których trzeba powstrzymać przed popełnianiem zła, lecz podstępny przeciwnik Boga. Istnieje naprawdę, nie tylko w wyobraźni, choć jak wieści stara opowieść Cliva Levisa paradoksalnie jego największym sukcesem jest właśnie to, że ludzie przestali wierzyć w jego istnienie.
Aby nas przekonać o istnieniu szatana już na początku Wielkiego Postu Jezus zabiera nas na pustynię, by dać nam lekcję tego jak się z nim zmierzyć. To nie przypadek, że właśnie od tego doświadczenia Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność. Przyszedł przecież właśnie w tym celu, by zwyciężyć złego ducha, i „odnowić ziemię”, która w wyniku grzechu stała się w wielu wymiarach duchową pustynią.
Czytając dzisiejszą Ewangelię, warto zwrócić uwagę na dwie kwestie związane z walką ze złym duchem. Po pierwsze – na sam przedmiot walki, a po drugie – na strategię zastosowaną przez Jezusa.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z trzema pokusami: pokusą chleba, pokusą cudowności i pokusą władzy. Każdej i każdemu z nas w jakimś momencie swojego życia przyjdzie w taki lub w inny sposób zmagać się z tymi pokusami. Czy to będzie jakiś brak, który szatan będzie chciał wypełnić jego namiastką; czy pragnienie uznania ze strony innych, czy też możliwości płynących z posiadania władzy (nawet niewielkiej).
Jeśli jednak przypatrzymy się głębiej tym trzem pokusom, to zauważymy, że mają one jedną wspólną cechę. Szatan, rozpoczynając kuszenie, mówi do Jezusa słowa, które mogą nam umknąć: „Jeśli jesteś Synem Bożym…”. Dopiero potem przedstawia konkretną pokusę. Zobaczmy, że wszystkie pokusy skierowane są przeciw Bogu Ojcu. „Jeśli jesteś Synem…”. W tych słowach tkwi żądło pokusy i prawdziwy jej cel, jaki chce osiągnąć zły duch. Wcale nie chodzi o nakarmienie ludzi, ale o Ojca, który nic nie robi, by zaradzić ich biedzie. Szatan za wszelką cenę chce zasiać w sercu Jezusa zwątpienie i doprowadzić do tego, by postawił się wyżej niż Ojciec. Jest to główna pokusa życia duchowego. Metodę tę zastosował Szatan w raju i wtedy ona zadziałała.
Jako druga pojawia się pokusa cudowności. Próbie zostało poddane ufne zawierzenie Bogu, które ma się sprawdzić w sytuacji błahej, a w każdym razie niepotrzebnej. Diabeł usiłuje narzucić kierunek i kształt takiego zaufania Bogu, które chce uniknąć jakichkolwiek niedogodności. Co więcej, wystawianie Boga na próbę, aby Go sobie podporządkować, sprawia, że religijność i pobożność przeobrażają się w magię.
Trzecia pokusa w pełni obnaża rzeczywiste intencje diabła: „Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon”. Są sytuacje, w których trzeba jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Boga, gdyż przeciwna postawa oznacza oddanie się na służbę Złemu.
Podczas kuszenia na pustyni szatan przegrał, ponieważ Jezus nie wszedł z nim w dialog. Nie rozmawiał z nim, ale odwołuje się do trzech aspektów:
Na początek – jest to moc Jego słowa, Pisma świętego. Chrystus uczy nas szukać ratunku przed pokusą w Słowie Bożym. To ono jest słowem życia, nie zwodnicze stwierdzenia złego ducha. Biblia jest świadectwem wielkiej miłości Boga do człowieka. Jej słowa są nie tylko historią, ale i egzorcyzmem, który ma moc ochronić nas przed pokusami. To dlatego ojcowie pustyni uczyli się jej na pamięć i często w ciągu dnia powracali do słowa, które nosili w sercu.
Drugim narzędziem w walce z demonem, którego używa Jezus jest to moc wolności. Święty Paweł mówi, że wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę (1 Kor 6,12). Jezus, poszcząc, mówi nam: „Nie jesteś niewolnikiem, nie ma takiej sytuacji, w której nie możesz wybrać dobra”.
Trzeci element to moc wstawiennictwa świętych i aniołów. Aniołowie przystąpili i usługiwali Mu – tak kończy św. Mateusz swoje opowiadanie. To piękne świadectwo tego, że w duchowej walce nigdy nie jesteśmy sami z naszymi słabościami, z naszym trudami. Zawsze możemy liczyć na przemożne wsparcie świętych i aniołów. Tylko czy pamiętamy o tym podejmując duchową walkę?
Porzucając nasz grzech, podejmując się wyrzeczeń wielkopostnych, wychodzimy w sensie duchowym na pustynię. I choć pustynia zawsze jest miejscem zmagania, to koniec końców jednak okazuje się, że jest miejscem, gdzie ze szczególną siłą doznajemy mocy Boga żywego. Jak pięknie napisał o tym o. Charbel: „Tak naprawdę nie ma innej drogi powrotnej do raju niż ta, która biegnie przez pustynię i choć ta nie zawsze oznacza nieobecność człowieka, to zawsze jest miejscem obecności Boga”.
A skoro już przywołałem tego świętego, niech wolno mi będzie przywołać tez jego pięć rad na Wielki Post:
-
Staraj się być cały czas blisko Boga.
-
Nie mów za wiele.
-
Wielki Post to dobry czas, by zbadać do czego naprawdę dążysz w życiu.
-
Pamiętaj o tym, że jesteś umiłowanym dzieckiem Boga a twoim powołaniem jest świętość.
-
I o tym, że tylko jedna rzecz jest ważna – Miłość, to jedyny skarb, jaki możemy zabrać ze sobą na tamten świat.
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie». (Mt 6, 1-6. 16-18)
Od dzieciństwa jesteśmy przyzwyczajani do robienia różnego rodzaju planów. Budżety, projekty, założenia programowe, wytyczne edukacyjne, strategie rozwoju to nasza codzienność. Sprawnie wychodzi nam ich tworzenie, które w konsekwencji wcale nie musi przekładać się na ich realizację. Ten papierowy świat naszych marzeń i oczekiwań stwarza poczucie bezpieczeństwa i porządku, choć często niestety niewiele ma wspólnego z otaczającą nas rzeczywistością. Wszystko można sobie zaplanować. Jednak doświadczenie uczy nas, że dużo trudniej jest z realizacją naszych pomysłów.
Co roku, kiedy przychodzi kolejna Środa Popielcowa, wielu z nas staje z tym samym pytaniem: co by tu postanowić, zaplanować tak od siebie na ten wielki post? Rodzą się w naszej głowie bardziej lub mniej oryginalne postanowienia, które mają nam stworzyć poczucie dobrze przeżytego okresu nawrócenia. Tylko ile z tych naszych pokutnych planów jesteśmy w stanie zrealizować?
Ktoś powie, że nie jest najważniejsze, jak daleko zajdziemy, ważne, aby wyruszyć. Tylko czy na tym polega istota wielkiego postu? Na udowodnieniu sobie, że potrafię przez czterdzieści dni nie jeść słodyczy, nie palić papierosów, nie pić alkoholu, nie tracić godzin przy komputerze?
Jeżeli odkrywamy w sobie zalążki jakiegoś zniewolenia, to nie ma co czekać na Popielec. Nie wystarczy się nauczyć panowania nad sobą, odmawiania sobie przyjemności. Trzeba jeszcze wiedzieć, po co to robię. Do czego to ma mnie doprowadzić?
Post jest doświadczeniem braku, głodu, nienasycenia…
Ma on na celu uwrażliwić każdego z nas na Boga. Pomaga nam zrobić trochę miejsca, wygospodarować chwilę czasu dla Tego, który w moim życiu powinien być na pierwszym miejscu.
Środa Popielcowa, to dobry dzień by zawierzyć Bogu wszystkie dni Wielkiego Postu, które po raz kolejny od Niego otrzymujemy. Warto pytać siebie przede wszystkim o to czy jest w nas głębokie pragnienie nawrócenia?
Rodzi się jednak pytanie ważniejsze od naszych planów i postanowień: Czego najbardziej oczekuje ode mnie w tym czasie Bóg? Być może od tego właśnie pytania postawionego Jezusowi należałoby zacząć Wielki Post i dopiero później próbować podejmować postanowienia.
Istnieje bowiem ryzyko, że podejmując postanowienia typu: nie jem słodyczy w Wielkim Poście, nie piję alkoholu, spróbuje oglądać mniej telewizji, czy krócej siedzieć przed komputerem etc. wcale nie dotkniemy problemu, który jest najbardziej palący dla naszego życia duchowego.
Jezus daje nam w Ewangelii dzisiejszej trzy punkty oparcia do dobrego przeżycia czasu przemiany: uczynki miłosierdzia, modlitwa i post. Może warto zacząć od pytania: Który z nich najbardziej zaniedbuję w moim życiu?
Wspomniane trzy wartości Wielkiego Postu wynikają z wielkiej logiki reguł głębokiego życia duchowego.
Można powiedzieć, że sugestia Jezusa z dzisiejszej Ewangelii stanowi dla nas strategiczny plan działania, w jaki sposób nie tylko dobrze przeżyć Wielki Post, ale w ogóle poprawić nasze relacje z Bogiem i z ludźmi. Spróbujmy przyjrzeć się tym trzem etapom Chrystusowej strategii:
Pierwszym jest post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się na przykład, nie ogląda się telewizji. Polega na tym, że się nie je (Taka jest pierwotna i niezmienna idea postu). Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od różnych rzeczy, która z prawdziwym postem ma niewiele wspólnego.
Ojcowie Kościoła, którzy są dla nas wzorem w przeżywaniu postu mówią, że post to po prostu nic innego, jak ograniczenie naszych posiłków, po to poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek, jak również po to, by doświadczyć solidarności z tymi, którzy naprawdę cierpią głód czy niedostatek i wreszcie po to, by wzmacniać nasza wolę, której słabość jest najczęstszym powodem wchodzenia w pokusę a potem grzech.
W nauce Ojców Kościoła post jest zatem fundamentem, z którego logicznie maja wyrastać pozostałe dwie postawy: modlitwa i jałmużna. Poszcząc bowiem, odmawiamy sobie pokarmów i jakichś przyjemności i zyskujemy w ten sposób czas i określone środki finansowe.
Zaoszczędzony czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi. Bez tych dwóch elementów uzupełniających post samo poszczenie – a w konsekwencji i sam Wielki Post – nie mają żadnego sensu [Ewargiusz z Pontu].
Pan Jezus uzupełnia swoje zalecenia tym, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Nie chodzi o to, byśmy wstydzili się naszych praktyk religijnych czy naszego chrześcijaństwa, co raczej – z jednej strony – o okazanie szacunku tym, którym pomagamy (nasza pomoc nie może ich upokarzać!), a z drugiej – o dbałość, aby nasza modlitwa była przede wszystkim budowaniem relacji z Bogiem, a nie naszego dobrego wizerunku w oczach innych bądź też naszych własnych.
Pozostaje jeszcze jedno pytanie: Czy te trzy etapy Wielkiego Postu mają jakiś element wspólny? Tak. Jest nim miłość, bez której całe życie nie ma sensu.
Z miłości mamy się modlić, z miłości wspierać naszych bliźnich w potrzebie, z miłości wreszcie mamy odmówić sobie pokarmu dla ciała, aby odkryć, że tym, co daje nam prawdziwe życie, jest Bóg, Jego łaska i Jego Słowo
Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?» Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy.
On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich». Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: «Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał». (Mk 9, 33-37)
Apostołowie byli trzy lata „w szkole Jezusa”. Bliskość Mistrza i wsłuchiwanie się w Jego słowo były czasem ich formacji, kształtowaniem osobowości, tożsamości i mentalności.
Podobnie jest z doświadczeniem medytacji. To bycie w szkole Jezusa, gdzie kształtowani jesteśmy przez wsłuchiwanie się w słowo, ale również przez otwarcie się na obecność i bliskość Jezusa.
Uczniowie często potykali się o to, że mentalność Jezusa znacznie różni się od mentalności świata a przy okazji mentalności, którą przesiąkli oni sami. O ile z perspektywy świata to, czym często mierzy się wartość człowieka to pozycja społeczna, pieniądze, stosunki, kultura; o tyle Jezus próbuje zaszczepić w sercach i umysłach swoich uczniów świat Ewangelii, który cechuje bezinteresowność, dyskrecja, prostota, duch służby i postawa dziecka. Kto chce być pierwszy, będzie ostatni. Komu się wydaje, że jest wielki, w rzeczywistości jest mały.
„Jezus nie znosi hierarchii. Ale uczy patrzenia na nią… z innej perspektywy – od dołu” – pisze Alessandro Pronzato. Dlatego w swoim nauczaniu niejednokrotnie odwołuje się do postawy dziecka. W mentalności hebrajskiej dziecko było znakiem Bożego błogosławieństwa. Niemniej w sensie prawnym czy społecznym dzieci nie cieszyły się żadnymi względami.
W Jezusowym nauczaniu dziecko jest symbolem spontaniczności, naturalności, prostoty, otwartości na nowość, świeżość i zadziwienie. Stawiając jako wzór duchowości postawę dziecka, Jezus uczy nas odrzucać własną miarę. Być wielkim w oczach Ewangelii oznacza być otwartym i wrażliwym na to, co najmniejsze, słabe, potrzebujące szacunku i miłości.
Tym, co domaga się od nas takiej wrażliwości i szacunku jest słowo Boże, z jego prostotą, które dziś łatwo zagubić w zgiełku codziennego życia. Dlatego medytacja uczy nas takiej postawy wobec słowa. Praktyka medytacji uwrażliwiając nas na słowo, które kieruje do nas Bóg, uczy przenosić tę wrażliwość na codzienne życie i to zarówno w relacji z Bogiem jak i we wsłuchiwaniu się w drugiego człowieka (który niejednokrotnie jest narzędziem, którym Bóg się pragnie posłużyć).
Kiedy Jezus wskazuje na dziecko, jako na symbol postawy duchowej, nie chodzi mu oczywiście o to byśmy pozostali infantylni. Pragnie raczej, byśmy w życiu dorosłym, dojrzałym nie zatracili takich dziecięcych cech jak: prostota, szczerość, autentyczność, czystość, czy miłość.
Praktyka medytacji sprawia, że jesteśmy w szkole Jezusa, dlatego warto pytać siebie, czy ta modlitwa sprawia, że na co dzień jesteśmy bliżej Jezusa i czy nasze życie cechuje prostota, autentyczność i radość właściwa dzieciom?
Niech medytacja będzie dla nas doświadczeniem wtulenia się jak dziecko w ramiona Jezusa, które z miłością, ufnością i prostotą szepce: „Panie Jezu, ulituj się nade mną grzesznikiem”.
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię ktoś, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.
Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził.
A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.
Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?
Bądźcie więc wy świętymi, jak święty jest Ojciec wasz niebieski». (Mt 5, 38-48)
„Oko za oko, ząb za ząb”. Trzeba zacząć od tego, że zasada wyrównania: „oko za oko, ząb za ząb” była dużym osiągnięciem ludzkości. Bo ona porządkowała prawo odwetu za doświadczone zło: że za oko tylko oko, a nie oboje oczu; a za ząb tylko ząb, a nie wszystkie zęby itd. Zasada wyrównania przez wieki była poczytywana, jako fundament sprawiedliwości prawa.
Ale Pan Jezus wie, że jeśli zasada wyrównania jest osiągnięciem ludzkości i jeśli nawet coś porządkuje, to i tak nie rozwiązuje ona kwestii przemocy i odwetu, nie mówiąc już o kwestii pokoju. Jeśli cokolwiek może przynieść ludziom pokój, to tylko przebaczenie i miłość. Dlatego proponuje inne prawo: „Nie zwalczajcie zła złem”.
Jezus, jak nikt inny zna ludzkie serce i doskonale wie, że odwet czy zemsta nigdy nie przynoszą na dłuższą metę ukojenia. Jeśli w sercu pokrzywdzonego ma koniec końców zagościć pokój, to może się to dokonać jedynie przez przebaczenie. Oczywiście Jezus jest realistą – nie mówi, że jest to łatwe. Niemniej eskalacja przemocy nie prowadzi do niczego innego, jak tylko do kolejnych odsłon przemocy. Na to nie trzeba szukać dowodów zbyt daleko.
„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za waszych prześladowców”. To trudne wymaganie. Ale prawdziwa miłość zawsze jest wymagająca. Niektórzy mogą się nawet oburzać taką propozycją: Jak to? Nie dość, że jestem skrzywdzony, to jeszcze mam sobie z tym skrzywdzeniem poradzić? Odpuścić!? Toż to przejaw słabości!
Jednak wezwanie do miłości nieprzyjaciół nie oznacza, że mamy ich polubić. Tu nie chodzi o stan emocjonalny. Miłość nieprzyjaciół nie jest także równoznaczna z relatywizowaniem zła, czy unieważnianiem sprawiedliwości. Jest ona w pierwszym rzędzie opanowaniem chęci odwetu i uzdrowienia złych emocji. Bez tego nie ma szans na próbę odbudowania tego, co zostało zniszczone przez zło.
Przebaczenie, czy nadstawienie drugiego policzka nie jest biernością w obliczu zła czy przejawem słabości. Przeciwnie – jest wyrazem ogromnej duchowej siły. To nie dezercja z pola walki, ale przyjęcie innej strategii walki ze złem. „Nie daj się zwyciężyć złu, lecz zło dobrem zwyciężaj” – powie św. Paweł przekładając tę strategie na język praktyki. [Rz 12,21] Przypominają się w tym miejscu takie postacie jak O. Maksymilian Kolbe czy mahatma Gandhi, które pokazują, że można zastosować tę strategię w praktyce.
Przywołując znane z Ewangelii powiedzenie Jezusa „jeśli zatrzymacie, będzie zatrzymane; jeśli odpuścicie, będzie odpuszczone” można je odnieść do naszych zranień, złych emocji bólu czy żalu. Przebaczenie, to przede wszystkim najlepsza lekcja radzenia sobie z trudnymi emocjami. Sytuacje, w których doświadczyliśmy skrzywdzenia sprawiają, że samo ich wspomnienie budzi w nas często ból, żal, czy gniew. Najczęściej jednak trwanie w tych trudnych emocjach uderza jeszcze mocniej w osobę skrzywdzoną a nie tego, który skrzywdził i zamiast goić rany, rozdrapuje je jeszcze bardziej.
Jak pięknie skomentowała to swego czasu św. Matka Teresa z Kalkuty: „Ile serc byłoby na tym świecie zdrowszych, spokojniejszych, gdybyśmy zamiast obmyślać strategię zemsty i odwetu potrafili sobie przebaczyć”.
Kilka lat temu została przetłumaczona na język polski książka bardzo dobrego amerykańskiego psychologa, terapeuty i teologa Marka Bakera p.t. „Jezus, największy psycholog wszechczasów”. Autor dowodzi w niej, iż najnowsze odkrycia psychologiczne nie tylko nie kłócą się z przesłaniem Ewangelii, lecz czynią je bardziej zrozumiałym. „Po ponad stu latach współczesnej psychologii wciąż nie zmieniliśmy ani nie poprawiliśmy zasad i lekcji nauczanych przez największego doktora ludzkiej duszy, Jezusa” – pisze autor. Zabiera także głos w kwestii poruszonej w dzisiejszej Ewangelii pisząc: „Jeśli przy pomocy łaski i Bożego słowa nie poradzimy sobie ze skrzywdzeniem, to nawet gdybyśmy wybili wszystkie zęby winowajcy, to i tak nie zaznam pokoju. Może chwilowej ulgi, może poczucia wyrównania, ale nasze serca są tak stworzone, że jedynym, co może je naprawdę i dogłębnie uzdrowić jest przebaczenie”.
Ale to nie koniec słów Jezusa, które budzą nasz niepokój w dzisiejszej Ewangelii: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty! Bądźcie doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski!”.
Dobrze wiemy, że nakaz ten nie jest możliwy do spełnienia, więc czy Jezus nie postępuje z nami cynicznie?
Nie, bo Jezus jest Nauczycielem, który chce rozbudzić nasze marzenia. Św. Jan Bosko mówił, że dwie cechy powinny wyróżniać dobrego wychowawcę czy nauczyciela: dawać nadzieję i uczyć realizować marzenia.
Jezus jest takim Nauczycielem, który chce, żebyśmy nie przestawali marzyć, który podsyca ambicje, uczy wznosić głowę ponad przeciętność i daleko patrzeć, ale jednocześnie wymaga pracy, cierpliwości i trzeźwego stąpania po ziemi. „Bądź święty, bo Ja jestem święty” to wezwanie, by marzyć.
W tych słowach kryje się obietnica, a Bóg nie puszcza słów na wiatr, bo wielkie marzenia niosą nadzieję.
Jezus nie dopomina, byśmy porzucili dotychczasowe życie a zaczęli nowe. Chodzi Mu raczej o to, byśmy inaczej na siebie popatrzyli. „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty” to Jezusowa szkoła patrzenia na siebie.
Przez chrzest weszliśmy na drogę świętości. Człowiek stał się świętym mieszkaniem Boga.
Ktoś powie: Ale patrząc na moje życie nie za bardzo widać tę świętość…
I właśnie dlatego Jezus wyraża dziś swoje pragnienie, byśmy patrząc na siebie nie zapomnieli, że ten potencjał świętości już jest w nas ukryty, byle byśmy tylko nie przestali marzyć w to, że przy współpracy z łaską możemy go nieustannie rozwijać .