Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Dopiero w ciemności można zobaczyć światło Bożej łaski

Siostry Łazarza posłały do Jezusa wiadomość: «Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz». Jezus, usłyszawszy to, rzekł: «Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą».

A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza.

Gdy posłyszał o jego chorobie, pozostał przez dwa dni tam, gdzie przebywał. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: «Chodźmy znów do Judei».

Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie.

Kiedy więc Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta więc rzekła do Jezusa: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga».

Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie».

Marta Mu odrzekła: «Wiem, że powstanie z martwych w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym».

Powiedział do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?»

Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat».

Jezus wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzie go położyliście?»

Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!» Jezus zapłakał. Żydzi więc mówili: «Oto jak go miłował!» Niektórzy zaś z nich powiedzieli: «Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?»

A Jezus, ponownie okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień.

Jezus powiedział: «Usuńcie kamień!»

Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie».

Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?»

Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie tłum to powiedziałem, aby uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś». To powiedziawszy, zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce przewiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić».

Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. (J 11, 3-7. 17. 20-27. 33b-45)

Wielokrotnie Ewangelia daje świadectwo o przyjaźni Jezusa z Łazarzem i jego siostrami: Marią i Martą, w domu których Jezus chętnie gościł. Bez wątpienia były to bliskie Mu osoby.  Może właśnie dlatego dziwi nas fakt, że Jezus pozwolił, aby Łazarz umarł. Kiedy się dowiedział, że Jego przyjaciel choruje, nie udał się od razu do Betanii, ale zatrzymał się i poczekał trzy dni.

Opowieść o wskrzeszeniu Łazarza przeplatają dwa refreny. Zarówno Marta, jak i Maria, gdy spotykają się z Jezusem, wypowiadają te same słowa: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Jak głos chóru dołączają się do nich inni Żydzi: „Czy Ten (…) nie mógł sprawić, żeby Łazarz nie umarł?”. Nie mają oni zatem wątpliwości, że uzdrowienie Łazarza nie stanowiłoby dla Jezusa większego problemu. Wyznają swą wiarę w Jezusa–Uzdrowiciela. Wierzą, że jest On Mesjaszem posłanym przez Boga. Jednak nie spodziewają się zobaczyć już niczego więcej. Ich wiara jest jeszcze mała.

W opowieści pojawia się także drugi refren. Jezus mówi do Marty: „Ja jestem zmartwychwstanie i życie. Wierzysz w to?”. Przy grobie Łazarza, gdy Marta nie chce się zgodzić na otwarcie pieczary, raz jeszcze Jezus ją pyta: „Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?”. W końcu Jezus modli się: „Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. (…) Powiedziałem to, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał”.

Wskrzeszenie Łazarza, to ważna lekcja dla otaczających Jezusa ludzi a zwłaszcza dla Apostołów. Jezus pragnie, aby uczniowie byli przekonani nie tylko o Jego władzy nad chorobami, lecz również uwierzyli w Jego panowanie nad życiem i śmiercią, nad całym stworzeniem – a taką władze ma tylko Bóg.

Wiara, w zależności od decyzji człowieka, może wzrastać, ale może też maleć. I właśnie tu, przy grobie Łazarza znajdujemy odpowiedź na pytanie: Dlaczego Jezus zwlekał z przybyciem do Betanii. Zrobił to z troski o wiarę Marty, Marii i swoich uczniów. Chciał postawić ich przed sytuacją aby, w której będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy rzeczywiście wierzę w boskość Jezusa?”

Wzrastanie w wierze stanowi ogromną wartość, pozwala coraz bardziej doświadczać obecności wszechmocnego i miłującego Boga we własnym życiu. Warto jednak pytać siebie: Czy jesteśmy gotowi zapłacić za tę wiarę nie tylko cenę rozstania z ukochaną osobą, lecz nawet straszliwe doświadczenie przekroczenia granicy życia i śmierci. Jezus uczy nas, że warto! Gdyby tak nie było,  nigdy by się nie zdecydował na zwlekanie z przybyciem do przyjaciela.

Historia Łazarza rzuca mocne światło na dzieje naszego życia. Wiele niejasnych, często trudnych lub bolesnych wydarzeń może nabrać właściwego znaczenia dopiero w świetle wiary. Kiedy patrzymy na te wydarzenia nie z perspektywy wiary wydają się być dla nas jakimś dopustem czy nawet przekleństwem, które skłania nieraz do pytania: „Gdzie w tym wszystkim jest Bóg?” Czasem tak trudno nam uwierzyć, że Pan Bóg przeprowadza nas przez trudne sytuacje właśnie po to, aby jak w przypadku jak Marty, Marii i Apostołów, mogła wzrastać nasza wiara.

Jezus stawia niekiedy przed swoimi przyjaciółmi bardzo wymagające zadania. Pragnie, abyśmy uczestniczyli w objawieniu chwały Bożej, jednak aby się to dokonało, trzeba czasem przejść, podobnie jak Łazarz, przez śmierć duchową, dręczące nas ciemności lub wątpliwości. Czasem wydaje nam się, że Jezus w odpowiedzi na nasze prośby przychodzi trochę spóźniony. Ale nie robi tego, bo o nas nie dba, lecz właśnie po to, żeby – jak w przypadku bohaterów dzisiejszej Ewangelii – mogła umocnić się nasza wiara. Niewątpliwie są to trudne doświadczenia, do których zaprasza jednak najbliższych. Nie dziwi więc wyrzut św. Teresy Wielkiej: „Boże, jeśli tak traktujesz swoich przyjaciół, to nie dziw się, że masz ich tak mało”. Jednak dopiero w ciemności można zobaczyć światło Bożej łaski…

Wydarzenie, które odmieniło los świata

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.

Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”.

Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.

Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.

Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”

Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.

Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”

Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1, 26-38)

Wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie. Młoda dziewczyna z galilejskiej wioski, zapewne pośród codziennych zajęć, spotkała anioła, który zapowiedział Jej rzeczy niezwykłe.

Bajka? Pobożna fantazja? A jednak to wydarzenie odmieniło dzieje świata i wciąż pociąga kolejne pokolenia chrześcijan. Zwiastowanie pokazuje nam, jak mamy zauważać Pana Boga i Jego działanie pośród naszej codzienności. Potrzebna jest do tego szczególna wrażliwość i wiara, przede wszystkim w to, że nawet w szarości naszego dnia Bóg ma nam coś do powiedzenia. Warto o tym pamiętać w kontekście obecnych wydarzeń.

Jeden ze znanych chrześcijańskich pisarzy pisze, że niejednokrotnie wydaje się nam, że szukanie Boga przypomina poszukiwanie sztabki złota w kupie gruzu. Prawda jest jednak taka, że Bóg jest już obecny w kupie gruzu. Biorąc do ręki pierwszą cegłę – zaczynając trud życia wiarą, sakramentami – już wchodzimy w relacje z Bogiem.

Ale Zwiastowanie zaprasza nas również do zaufania Panu Bogu i temu, że on wciąż działa, choć nie do końca zgodnie z naszymi oczekiwaniami i nie zawsze od razu to działania potrafimy zrozumieć.

Po środku Wielkiego Postu, pomiędzy Drogą Krzyżową a Gorzkimi Żalami Ewangelia zaprasza nas byśmy zatrzymali się by wraz za Maryją wsłuchać się w głos archanioła Gabriela, który w imieniu Boga mówi każdej i każdemu z nas: Nie bój się. Moja miłość i łaska jest z tobą. Zawsze!

Kontemplacja – powołaniem każdego chrześcijanina

Jezus rzekł w odpowiedzi: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: Oni wszyscy będą uczniami Boga. Każdy, kto od Ojca usłyszał i przyjął naukę, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne. [J 6, 44-47]

 

Wspominano już niejednokrotnie w naszych rozważaniach o tym, że życie wewnętrzne ma swoją dynamikę. Jeśli osoba modląca się będzie wierna łasce modlitwy, to najogólniej mówiąc za św. Janem od Krzyża będzie się ona rozwijała w dwóch etapach: etapie przed-kontemplacyjnym i kontemplacyjnym. Święty Jan na długo wcześniej nauczał o tym, co jednym prostym zdaniem ujął dwudziestowieczny teolog, jezuita ojciec Karl Rahner: „Powołaniem każdego modlącego się chrześcijanina jest bycie kontemplatykiem”.

Problem w tym, że wielu chrześcijan nie jest świadomych tego powołania lub błędnie uznaje się za niegodnych lub zbyt słabych by dostąpić udziału w doświadczeniu kontemplacyjnym. Tymczasem kontemplacja jest łaską, której udziela sam Bóg tym, którzy pozostają wierni duchowi i powołaniu do życia modlitwą.

Ważne jest także to by pamiętać, że okres przed-kontemplacyjny jest bardzo ważny w doświadczeniu wewnętrznym a formy obecne w czasie jego trwania (lectio divina, prośby, dziękczynienie) pozostają obecne także u osób, które weszły już bardzo głęboko w doświadczenie życia kontemplacyjnego. Błędem jest zatem przekonanie, że wchodząc w doświadczenie kontemplacyjne należałoby porzucić modlitwę dyskursywną. Każdy, kto ma za sobą jakieś doświadczenie modlitwy kontemplacyjnej wie, że kontemplacja przenika i przemienia dotychczasowe formy modlitwy, nadając im nową jakość, głębię i świeżość.

Znakiem tego, że Pan Bóg zaprasza nas do rozpoczęcia przygody z modlitwą kontemplacyjną może być fakt, że obecne formy modlitewne oparte na intelekcie, wyobraźni, afekcie i tradycyjnych formach, którymi się posługiwaliśmy przestają nam wystarczać a nasze serce tęskni za czymś innym, za wypłynięciem na głębię modlitwy. Ważne jednak, żeby nie pomylić tego stanu z oschłością czy lenistwem w modlitwie. Niezawodnym znakiem tego by wejść w doświadczenie kontemplacji, poza tym, że dotychczasowe formy modlitwy przestały nas już karmić jest głębokie pragnienie modlitwy. W doświadczeniu duchowym istotne jest, aby tego momentu nie przegapić, dlatego dobrze mieć kogoś zaufanego i doświadczonego w modlitwie, kto pomoże nam ten stan ducha rozeznać.

Wejście w doświadczenie kontemplacyjne jest bowiem zawsze świadomą decyzją, będąca odpowiedzią serca na zaproszenie, które Bóg do nas kieruje i które właśnie na poziomie serca możemy odczytać. Możemy oczywiście na to zaproszenie z różnych powodów nie odpowiedzieć, tak jak możemy w wolności nie odpowiedzieć na pójście drogą powołania, jakim Pan Bóg pragnąłby nas prowadzić. Zawsze jednak wiąże się to z pewnym ryzykiem zatrzymania się w rozwoju życia wewnętrznego, jakiego Pan Bóg dla nas pragnie.

Kontemplacja to czas, w którym osoba modląca się aktywnie podejmuje modlitwę ciszy i ze swej strony dokłada starań, by pozostawać w skupieniu wyrzekając się myśli, wyobrażeń czy innych poruszeń intelektu (nawet najbardziej pobożnych) traktując je jako rozproszenia. Dlatego modlitwa kontemplacyjna zawsze wiąże się z pewnego rodzaju wysiłkiem i ascezą. Istotą modlitwy kontemplacyjnej, do której prowadzi medytacja monologiczna jest koncentracja na obecności Boga starając się odrzucić wszelką aktywność poza stanem, który Johannes Lotz określa mianem „uważności”. Celem tej modlitwy jest odpowiedź na zachętę do bycia ubogim w duchu.

Medytacja monologiczna uczy nas rezygnować z tego, co wydaje się naszym ludzkim atrybutem modlitwy – intelektu, wyobraźni. Przez tę praktykę będąc w szkole Modlitwy Jezusowej nabywamy pewnego rodzaju nowej umiejętności modlitwy. Nie należy jednak tej formy modlitwy rozumieć w sensie jakiejś „techniki”, lub ćwiczenia koncentracji, co zubożałoby jej istotę. Zgodnie ze słowami Jezusa: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli go nie pociągnie Mój Ojciec” [J 6,44] – kontemplacja pozostanie zawsze modlitwą wezwania, obdarowania i doświadczenia Bożej mocy. Już sama decyzja o wejściu na drogę modlitwy kontemplacyjnej, choć staje się owocem naszego wyboru, to nie obywa się bez łaski, która uprzedza nasz wybór. Dlatego trzeba mocno podkreślić wielką różnicę wynikającą z perspektywy teologii życia wewnętrznego pomiędzy chrześcijańską modlitwą kontemplacyjną a medytacjami niechrześcijańskimi, w których – niejako z definicji – działanie zależne jest od człowieka a nie od Boga. Perspektywa chrześcijańska każe nam spoglądając na doświadczenie modlitwy i jej owoce w naszym życiu powiedzieć za św. Teresą – „Wszystko jest łaską.”

Oświeceni przez Chrystusa

Jezus, przechodząc, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc.

A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: «Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?» Jedni twierdzili: «Tak, to jest ten», a inni przeczyli: «Nie, jest tylko do tamtego podobny». On zaś mówił: «To ja jestem».

Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: «Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę».

Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: «Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu». Inni powiedzieli: «Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?» I powstał wśród nich rozłam. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: «A ty, co o Nim mówisz, jako że ci otworzył oczy?» Odpowiedział: «To prorok».

Rzekli mu w odpowiedzi: «Cały urodziłeś się w grzechach, a nas pouczasz?» I wyrzucili go precz.

Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go, rzekł do niego: «Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?» On odpowiedział: «A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?» Rzekł do niego Jezus: «Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie». On zaś odpowiedział: «Wierzę, Panie!» i oddał Mu pokłon. (J 9, 1. 6-9. 13-17. 34-38)

Dzisiejsza Ewangelia – podobnie jak ta która usłyszeliśmy w ubiegłym tygodniu i ta, która usłyszymy – jeśli Bóg pozwoli – za tydzień przez wieki towarzyszyła przygotowaniom katechumenów do chrztu.

Większość z nas została ochrzczona w dzieciństwie, więc nie mieliśmy okazji świadomie przeżyć stopniowego wtajemniczania w chrześcijaństwo. Warto jednak wykorzystać przesłanie Ewangelii liturgii, aby jeszcze mocniej utwierdzić naszą wiarę i wybór Chrystusa, jako Pana swojego życia, który dokonuje się w sakramencie chrztu.

Spróbujmy odczytać tę ewangeliczną opowieść o niewidomym od urodzenia w kontekście tego, co mówi ona o nas samych, jako uczniach Chrystusa.

Gdyż tak naprawdę przecież każda i każdy z nas jest człowiekiem, który urodził się w całkowitych ciemnościach: nie ze swojej winy ani z winy naszych rodziców. To konsekwencje dziedzictwa grzechu, który jest wpisany w naszą ludzką naturę. Można powiedzieć, że człowiek tkwi w ciemnościach, dopóki Chrystus nie podaruje mu wzroku a dzieję się tak – analogicznie do historii niewidomego z dzisiejszej Ewangelii – gdy Jezus obmywa nas w wodzie chrzcielnej.

Opowieść jednak na tym się nie kończy. Uzdrowiony nie do końca wie, za sprawą czyjej mocy przejrzał. Gdy analizuje krok po kroku to, co się stało, rodzi się w nim wiara, o której daje świadectwo przed ludźmi. A za to spotyka go prześladowanie i wykluczenie.

Dla pierwszych pokoleń chrześcijan to podobieństwo losów było oczywiste – dla nas, przeżywających swoje chrześcijaństwo w krajach, gdzie jest ono zaadaptowane na miarę ogólnie akceptowanych obyczajów, już niekoniecznie.

Można powiedzieć, że ta dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami ważne wielkopostne zadanie odświeżenia pamięci o naszym chrzcie. Święty Paweł podpowiada: „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości. Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie, co jest miłe Panu”. Badajcie i tym żyjcie!

Oświecenie, które przynosi nam wiara w Chrystusa nie jest jedynie jakąś nową, nieznaną nauką, nowym typem mądrości, lecz udziałem w sposobie patrzenia samego Boga. Dzięki temu uczestnictwu możemy patrzeć tak, jak On patrzy. W dużej mierze jednak od nas zależy czy to światło Bożej łaski w sobie podtrzymujemy, czy sprawiamy, że przygasa lub jedynie się tli. Wszystko zależy od naszego postępowania, naszych wyborów…

Ewangelia dzisiejsza przestrzega nas przed przyjmowaniem postawy faryzeuszy, która niestety grozi też nam. Źródłem ślepoty faryzeuszy było ich zadufanie w sobie. Żyli przeświadczeni, że nie potrzebują żadnego światła, gdyż byli przekonani, że mają go dosyć w sobie. Jeśli chcemy mieć udział w widzeniu Pana Boga, musimy najpierw z pokorą uznać swoją ślepotę, co wcale nie jest łatwe. Wystarczy rozejrzeć się dokoła. Wszyscy dziś są specjalistami od wszystkiego, wielu wydaje się, że ich sposób patrzenia jest obiektywny a ich racje nie podlegają dyskusji. A z pewnością większość z nich to ludzie ochrzczeni…

Uzdrowienie niewidomego dodaje nam wiary, że sprawy Boże mogą się spełnić również na nas. Czy jednak mam w sobie tyle odwagi, by otworzyć się na Boże światło, które może przecież ujawnić moją ślepotę? I czy mam tyle pokory, by się do niej przyznać, i ufności, by prosić o ratunek?

Jeśli jesteśmy światłością, powinniśmy postępować jak dzieci światłości.

Tylko nie pytaj siebie czy tak postępujesz, bo to może być zwodnicze. Pytaj innych, czy patrząc na ciebie widzą w Tobie tego, który jest odbiciem Jezusa.

Zwolnij trochę