Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Święte chwile

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim.

Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza».

Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!» Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.

A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się!» Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.

A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: «Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie». (Mt 17, 1-9)

Są różne drogi. Każdy z nas idzie swoją. Czasem te drogi się przecinają. Ale jedno dla tych dróg, którymi idziemy przez życie jest wspólne – wszystkie kończą się śmiercią. Jedni są przekonani, że śmierć kończy definitywnie wszystko, że dalej już nic nie ma. Inni, że jest jedynie progiem wieczności. Dlatego jednych śmierć będzie przerażała bardziej, inni będą się jej obawiali mniej…

Jakiś czas temu jeden z kolegów poprosił mnie, żebym odwiózł go na lotnisko. Bardzo był przejęty i bał się, żeby nie spóźnić się na samolot, dlatego umówiliśmy się pół godziny wcześniej, niż proponowałem. Obyło się bez problemów i gdy już dotarliśmy na miejsce, powiedział: – Chyba jestem o pół godziny za wcześnie.

Wtedy zaproponowałem, żebyśmy wykorzystali te pół godziny i odprawili Mszę świętą w lotniskowej kaplicy, co zawsze lubię robić na różnych lotniskach, gdzie jestem, jeśli tylko mam na to czas.

Każdy z nas ma swój sposób podróżowania. Słyszymy o tym w dzisiejszych czytaniach. Świętemu Piotrowi jest dobrze – chce zostać z Mojżeszem, Eliaszem i z Jezusem. Ale to niemożliwe. Zamiast poczucia szczęścia uczniów nagle opanowuje trwoga. Jednak Syn Boży przybliża się do nich, dotyka ich i strach mija. Nie mogą zostać na Górze Przemienienia, bo Chrystus, choć uczniowie tego nie wiedzą, musi po drodze wspiąć się na inną górę, na Golgotę.

Tymoteusz – adresat listu św. Pawła – ma wielkie opory w podjęciu trudów i przeciwności dla Ewangelii. Paweł uspokaja go i zachęca, wskazując na dwie sprawy. Po pierwsze – mówi – nie podejmujesz tej misji samodzielnie, polegając wyłącznie na swoich siłach, ale na mocy Boga. Ale jest i drugi, ważniejszy wymiar podjęcia Ewangelii – to dzięki niej Chrystus pokazał, co to znaczy życie i nieśmiertelność, ta Ewangelia jest o tym, że Jezus zakończył królowanie śmierci. Bycie uczniem Jezusa i Jego świadkiem a więc bycie chrześcijaninem to nie służenie jakiejś abstrakcyjnej idei czy też absurdalnej organizacji, ale ukazanie światu tej prawdy! A nawet więcej – nie tylko o pokazanie, ale o zaproszenie do udziału w życiu, bo o to właśnie chodzi w chrześcijaństwie – o życie.

I na koniec Abraham – zupełnie inny niż Piotr czy Tymoteusz. Choć jego żona Sara była bezpłodna (Rdz 11, 30), otrzymuje obietnicę bycia ojcem wielkiego narodu. Zostawia swój kraj, swoich krewnych, dom swego ojca – i wyrusza. Nie wie dokąd. Ale idzie, bo otrzymał obietnicę a on ufa słowu Boga bezgranicznie.

Dziś, każdego dnia otrzymujemy obietnicę nieskończenie większą niż Abram. Ta obietnica nie opiera się wyłącznie na słowach. Każda Eucharystia to dotyk samego Jezusa, który podchodzi do każdej i każdego z nas i mówi: Nie bój się. Śmierć jest pokonana. Możesz iść spokojnie.

Nie oznacza to, że droga ta nagle stanie się łatwa. Pytanie tylko: czy ja wierzę słowom Jezusa?

Wbrew pozorom, aby wyruszyć w drogę do Boga i wziąć udział „w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii”, potrzeba odwagi. Najpierw, musi to być taka odwaga, która pozwala człowiekowi usłyszeć głos Boga. Trzeba też odwagi, aby porzucić nieraz swoje plany, polisy na życie, przede wszystkim zaś, by wyrzec się lęku i niepewności przed nieznanym. Na koniec trzeba odrobinę odwagi rodzącej wiarę w obietnicę, którą Bóg błogosławi nas „na drogę”.

Droga bowiem będzie niejednokrotnie wiodła przez ogień i wodę, przez trud i wyrzeczenie, gdyż jest to droga upodobnienia się do Chrystusa. Tylko w ten sposób możemy mieć udział w zbawieniu przyniesionym przez Jezusa, który przyjął nasze człowieczeństwo. Zanim będziemy gotowi u kresu drogi stanąć na spotkanie z Wszechmogącym, wiele naszych wyobrażeń powinno spłonąć w ogniu miłości, a liczne pragnienia muszą być oczyszczone w wodach prawdy. To może czasem kosztować nas cierpienie, zwątpienia, i co najgorsze, może postawić sens naszej wędrówki pod znakiem zapytania. Dobrze być tego świadomym, bo w życiu duchowym pokusa, by zawrócić, będzie pojawiała się raz po raz.

Bóg, doskonale wiedząc, czego nam potrzeba, wie także, jak łatwo omdlewają nasze stopy i słabnie duch. Dlatego chce nas umacniać.

Przemienienie na górze Tabor jest obrazem tych chwil, w których Jezus chce byśmy doświadczali Jego bliskości i Jego mocy, spotykając Go na modlitwie, w sakramentach, w dobrych rekolekcjach, czy w słowie Bożym, które nagle i nieoczekiwanie rzuci światło na różne kwestie naszego życia, które są w nas i czekają na rozświetlenie.

Warto przechowywać w naszej pamięci takie święte chwile, w których doświadczyliśmy nieco więcej Bożego światła i Bożej miłości. Bóg pozwala nam ich doświadczać, aby nasza wiara nie zachwiała się, kiedy przyjdzie godzina próby.

Są takie piękne słowa św. Augustyn, który bazując na własnym doświadczeniu długich lat poszukiwań sensu życia podpowiada: „Pamiętaj, aby idąc przez świat w podróży zwanej życiem, często wracać do siebie samego. To we wnętrzu człowieka mieszka prawda. Rzeczy są prawdziwe nie dzięki światłu słońca, ale przez Światłość, która oświeca każdego człowieka i która została ukryta w naszych sercach przez Ducha Świętego. Nasze rozumowanie nie stwarza prawdy, tylko ją odkrywa. To Duch Święty, porusza nas, byśmy odkrywając ją nieustannie odnawiali się w naszym myśleniu”. [cytat zasłyszany na rekolekcjach]

Dziś tak wiele osób narzeka na brak czasu, który często odbija się tez na modlitwie. Może warto w czasie Wielkiego Postu zawalczyć o więcej takich chwil z Bogiem, w których dane nam będzie usłyszeć tak potrzebne i wzmacniające nas słowa: „Ty jesteś moim umiłowanym dzieckiem, w tobie mam upodobanie”

Życzenia

Przełamując stereotypy o modlitwie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Modląc się, nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim jeszcze Go poprosicie. (Mt 6, 7-8)

Z pewnością to nie przypadek, że Jezus nauczając o modlitwie nawiązuje właśnie do wielomówstwa. Kto lepiej niż On znał ludzkie serca i ludzki sposób modlitwy, jeśli nie On, do którego człowiek te modlitwy kieruje? Jezusowy udział w widzeniu Boga każe Mu przestrzec nas przed bezmyślnym powtarzaniem samych w sobie może nawet pięknych i prawdziwych sformułowań,  które jednak mogą nie mieć nic wspólnego z rozmową z Bogiem.

Ktoś mógłby zarzucić Jezusowi nieścisłość w nauczaniu, skoro w innym miejscu kazał nam modlić się nieustannie. Oczywiście w nauczaniu Jezusa nie ma żadnej sprzeczności. Mówiąc o modlitwie zależy Mu przede wszystkim na tym, żeby uświadomić swoim uczniom, a także nam rozważającym Jego słowa po niemal dwudziestu wiekach, że jakości modlitwy nie mierzy się ilością wypowiadanych słów, lecz tym, co dzieje się w trakcje jej trwania w naszym sercu.

Dlatego warto pytać się: Co mną kieruje, gdy modlę się? Czy źródłem mojej modlitwy jest zawsze czyste pragnienie spotkania z Osobą, która jest dla mnie ważna i dla której ja jestem ważny?

Uczeń, który słucha mistrza i wypełnia jego polecenia, rozwija się. Tak samo chrześcijanin, gdy jest zasłuchany w słowo Jezusa, gdy regularnie spotyka się z Nim, gdy umie zamilknąć i wsłuchać się w Jego głos, wzrasta duchowo.

Medytacja monologiczna jest nauką przełamywania mocno zakorzenionych w nas stereotypów o modlitwie, że gdy będziemy dużo mówić, Bóg lepiej nas usłyszy. Uczy nas  świadomości tego, że na modlitwie można nie wypowiedzieć zbyt wielu słów i naprawdę doświadczyć spotkania z Panem, a można wyrzucić z siebie setki zdań, które nie zbliżą do Niego nawet o centymetr, bo zostaną tylko na poziomie zaangażowania naszego intelektu i nie dotkną serca.

Thomas Merton w jednej ze swoich konferencji do nowicjuszy w klasztorze Getshemani powiedział: „Myślę, że modlitwę można porównać do spotkania zakochanych. Czasami tylko siedzą, patrząc się na siebie, czasami wymienią zaledwie kilka zdań, bo do tego by odkryć to, co jest głęboko ukryte w sercu nie trzeba wielu słów. Najważniejsze jest to, żeby spotykać się ze sobą w duchu otwartości na drugiego, zasłuchać się w siebie i być gotowym do stanięcia w prawdzie”.  Bóg zawsze nas słucha, zna prawdę o nas i wie, co jest ukryte w naszym sercu. Medytacja monologiczna uczy nas udziału w tej otwartości Boga nie tylko na Jego słowo i obecność, która w nim się objawia, ale też na siebie samych, bo bez spotkania ze sobą w prawdzie i ze swoim sercem nie będzie też możliwe prawdziwe spotkanie z Bogiem.

Niech zachętą do trwania w modlitwie monologicznej będą proste i piękne słowa św. Jana Pawła II, który mówił w czasie jednej z audiencji środowych w Rzymie: „modlić się znaczy dać trochę swojego czasu Chrystusowi, zawierzyć Mu ten czas z zaufaniem, że On jest najlepszym przewodnikiem w modlitwie i pozostawać w milczącym słuchaniu Jego słowa i pozwalać by to słowo odbiło się echem w naszym sercu”. (Jan Paweł II, Rzym – 15.08.2000)

Strategia walki ze złym duchem

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy pościł już czterdzieści dni i czterdzieści nocy, poczuł w końcu głód.

Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem».

Lecz On mu odparł: «Napisane jest: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”».

Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisane jest bowiem: „Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień”».

Odrzekł mu Jezus: «Ale napisane jest także: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”».

Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon».

Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”».

Wtedy opuścił Go diabeł, a oto przystąpili aniołowie i usługiwali Mu. (Mt 4, 1-11)

Pierwsze czytanie, z Księgi Rodzaju, mówi o stanie szczęścia w ogrodzie Eden zanim Adam i Ewa okazali Bogu nieposłuszeństwo. Początki dziejów ludzkości zostały skażone nieposłuszeństwem człowieka względem Boga, w czym wyraziła się pogarda wobec woli Bożej.

I na początku taka dygresja: Diabeł to nie ponura legenda czy bezsilny straszak na tych, których trzeba powstrzymać przed popełnianiem zła, lecz podstępny przeciwnik Boga. Istnieje naprawdę, nie tylko w wyobraźni, choć jak wieści stara opowieść Cliva Levisa paradoksalnie jego największym sukcesem jest właśnie to, że ludzie przestali wierzyć w jego istnienie.

Aby nas przekonać o istnieniu szatana już na początku Wielkiego Postu Jezus zabiera nas na pustynię, by dać nam lekcję tego jak się z nim zmierzyć. To nie przypadek, że właśnie od tego doświadczenia Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność. Przyszedł przecież właśnie w tym celu, by zwyciężyć złego ducha,  i „odnowić ziemię”, która w wyniku grzechu stała się w wielu wymiarach duchową pustynią.

Czytając dzisiejszą Ewangelię, warto zwrócić uwagę na dwie kwestie związane z walką ze złym duchem. Po pierwsze – na sam przedmiot walki, a po drugie – na strategię zastosowaną przez Jezusa.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z trzema pokusami: pokusą chleba, pokusą cudowności i pokusą władzy. Każdej i każdemu z nas w jakimś momencie swojego życia przyjdzie w taki lub w inny sposób zmagać się z tymi pokusami. Czy to będzie jakiś brak, który szatan będzie chciał wypełnić jego namiastką; czy pragnienie uznania ze strony innych, czy też możliwości płynących z posiadania władzy (nawet niewielkiej).

Jeśli jednak przypatrzymy się głębiej tym trzem pokusom, to zauważymy, że mają one jedną wspólną cechę. Szatan, rozpoczynając kuszenie, mówi do Jezusa słowa, które mogą nam umknąć: „Jeśli jesteś Synem Bożym…”. Dopiero potem przedstawia konkretną pokusę. Zobaczmy, że wszystkie pokusy skierowane są przeciw Bogu Ojcu. „Jeśli jesteś Synem…”. W tych słowach tkwi żądło pokusy i prawdziwy jej cel, jaki chce osiągnąć zły duch. Wcale nie chodzi o nakarmienie ludzi, ale o Ojca, który nic nie robi, by zaradzić ich biedzie. Szatan za wszelką cenę chce zasiać w sercu Jezusa zwątpienie i doprowadzić do tego, by postawił się wyżej niż Ojciec. Jest to główna pokusa życia duchowego. Metodę tę zastosował Szatan w raju i wtedy ona zadziałała.

Jako druga pojawia się pokusa cudowności. Próbie zostało poddane ufne zawierzenie Bogu, które ma się sprawdzić w sytuacji błahej, a w każdym razie niepotrzebnej. Diabeł usiłuje narzucić kierunek i kształt takiego zaufania Bogu, które chce uniknąć jakichkolwiek niedogodności. Co więcej, wystawianie Boga na próbę, aby Go sobie podporządkować, sprawia, że religijność i pobożność przeobrażają się w magię.

Trzecia pokusa w pełni obnaża rzeczywiste intencje diabła: „Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon”. Są sytuacje, w których trzeba jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Boga, gdyż przeciwna postawa oznacza oddanie się na służbę Złemu.

Podczas kuszenia na pustyni szatan przegrał, ponieważ Jezus nie wszedł z nim w dialog. Nie rozmawiał z nim, ale odwołuje się do trzech aspektów:

Na początek – jest to moc Jego słowa, Pisma świętego. Chrystus uczy nas szukać ratunku przed pokusą w Słowie Bożym. To ono jest słowem życia, nie zwodnicze stwierdzenia złego ducha. Biblia jest świadectwem wielkiej miłości Boga do człowieka. Jej słowa są nie tylko historią, ale i egzorcyzmem, który ma moc ochronić nas przed pokusami. To dlatego ojcowie pustyni uczyli się jej na pamięć i często w ciągu dnia powracali do słowa, które nosili w sercu.

Drugim narzędziem w walce z demonem, którego używa Jezus jest to moc wolności. Święty Paweł mówi, że wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę (1 Kor 6,12). Jezus, poszcząc, mówi nam: „Nie jesteś niewolnikiem, nie ma takiej sytuacji, w której nie możesz wybrać dobra”.

Trzeci element to moc wstawiennictwa świętych i aniołów. Aniołowie przystąpili i usługiwali Mu – tak kończy św. Mateusz swoje opowiadanie. To piękne świadectwo tego, że  w duchowej walce nigdy nie jesteśmy sami z naszymi słabościami, z naszym trudami. Zawsze możemy liczyć na przemożne wsparcie świętych i aniołów. Tylko czy pamiętamy o tym podejmując duchową walkę?

Porzucając nasz grzech, podejmując się wyrzeczeń wielkopostnych, wychodzimy w sensie duchowym na pustynię.  I choć pustynia zawsze jest miejscem zmagania, to koniec końców jednak okazuje się, że jest miejscem, gdzie ze szczególną siłą doznajemy mocy Boga żywego. Jak pięknie napisał o tym o. Charbel: „Tak naprawdę  nie ma innej drogi powrotnej do raju niż ta, która biegnie przez pustynię i choć ta nie zawsze oznacza nieobecność człowieka, to zawsze jest miejscem obecności Boga”.

A skoro już przywołałem tego świętego, niech wolno mi będzie przywołać tez jego pięć rad na Wielki Post:

  1. Staraj się być cały czas blisko Boga.

  2. Nie mów za wiele.

  3. Wielki Post to dobry czas, by zbadać do czego naprawdę dążysz w życiu.

  4. Pamiętaj o tym, że jesteś umiłowanym dzieckiem Boga a twoim powołaniem jest świętość.

  5. I o tym, że tylko jedna rzecz jest ważna – Miłość, to jedyny skarb, jaki możemy zabrać ze sobą na tamten świat.

Łaska postu

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie». (Mt 6, 1-6. 16-18)

Od dzieciństwa jesteśmy przyzwyczajani do robienia różnego rodzaju planów. Budżety, projekty, założenia programowe, wytyczne edukacyjne, strategie rozwoju to nasza codzienność. Sprawnie wychodzi nam ich tworzenie, które w konsekwencji wcale nie musi przekładać się na ich realizację. Ten papierowy świat naszych marzeń i oczekiwań stwarza poczucie bezpieczeństwa i porządku, choć często niestety niewiele ma wspólnego z otaczającą nas rzeczywistością. Wszystko można sobie zaplanować. Jednak doświadczenie uczy nas, że dużo trudniej jest z realizacją naszych pomysłów.

Co roku, kiedy przychodzi kolejna Środa Popielcowa, wielu z nas staje z tym samym pytaniem: co by tu postanowić, zaplanować tak od siebie na ten wielki post? Rodzą się w naszej głowie bardziej lub mniej oryginalne postanowienia, które mają nam stworzyć poczucie dobrze przeżytego okresu nawrócenia. Tylko ile z tych naszych pokutnych planów jesteśmy w stanie zrealizować?

Ktoś powie, że nie jest najważniejsze, jak daleko zajdziemy, ważne, aby wyruszyć. Tylko czy na tym polega istota wielkiego postu? Na udowodnieniu sobie, że potrafię przez czterdzieści dni nie jeść słodyczy, nie palić papierosów, nie pić alkoholu, nie tracić godzin przy komputerze?

Jeżeli odkrywamy w sobie zalążki jakiegoś zniewolenia, to nie ma co czekać na Popielec. Nie wystarczy się nauczyć panowania nad sobą, odmawiania sobie przyjemności. Trzeba jeszcze wiedzieć, po co to robię. Do czego to ma mnie doprowadzić?

Post jest doświadczeniem braku, głodu, nienasycenia…

Ma on na celu uwrażliwić każdego z nas na Boga. Pomaga nam zrobić trochę miejsca, wygospodarować chwilę czasu dla Tego, który w moim życiu powinien być na pierwszym miejscu.

Środa Popielcowa, to dobry dzień by zawierzyć Bogu wszystkie dni Wielkiego Postu, które po raz kolejny od Niego otrzymujemy. Warto pytać siebie przede wszystkim o to czy jest w nas głębokie pragnienie nawrócenia?

Rodzi się jednak pytanie ważniejsze od naszych planów i postanowień: Czego najbardziej oczekuje ode mnie w tym czasie Bóg? Być może od tego właśnie pytania postawionego Jezusowi należałoby zacząć Wielki Post  i dopiero później próbować podejmować postanowienia.

Istnieje bowiem ryzyko, że podejmując postanowienia typu: nie jem słodyczy w Wielkim Poście, nie piję alkoholu, spróbuje oglądać mniej telewizji, czy krócej siedzieć przed komputerem etc. wcale nie dotkniemy problemu, który jest najbardziej palący dla naszego życia duchowego.

Jezus daje nam w Ewangelii dzisiejszej trzy punkty oparcia do dobrego przeżycia czasu przemiany: uczynki miłosierdzia, modlitwa i post. Może warto zacząć od pytania: Który z nich najbardziej zaniedbuję w moim życiu?

Wspomniane trzy wartości Wielkiego Postu wynikają z wielkiej logiki reguł głębokiego życia duchowego.

Można powiedzieć, że sugestia Jezusa z dzisiejszej Ewangelii stanowi dla nas strategiczny plan działania, w jaki sposób nie tylko dobrze przeżyć Wielki Post, ale w ogóle poprawić nasze relacje z Bogiem i z ludźmi. Spróbujmy przyjrzeć się tym trzem etapom Chrystusowej strategii:

Pierwszym jest post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się na przykład, nie ogląda się telewizji. Polega na tym, że się nie je (Taka jest pierwotna i niezmienna idea postu). Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od różnych rzeczy, która z prawdziwym postem ma niewiele wspólnego.

Ojcowie Kościoła, którzy są dla nas wzorem w przeżywaniu postu mówią, że post to po prostu nic innego, jak ograniczenie naszych posiłków, po to poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek, jak również po to, by doświadczyć solidarności z tymi, którzy naprawdę cierpią głód czy niedostatek i wreszcie po to, by wzmacniać nasza wolę, której słabość jest najczęstszym powodem wchodzenia w pokusę a potem grzech.

W nauce Ojców Kościoła post jest zatem fundamentem, z którego logicznie maja wyrastać pozostałe dwie postawy: modlitwa i jałmużna. Poszcząc bowiem, odmawiamy sobie pokarmów i jakichś przyjemności i zyskujemy w ten sposób czas i określone środki finansowe.

Zaoszczędzony czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi. Bez tych dwóch elementów uzupełniających post samo poszczenie – a w konsekwencji i sam Wielki Post – nie mają żadnego sensu [Ewargiusz z Pontu].

Pan Jezus uzupełnia swoje zalecenia tym, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Nie chodzi o to, byśmy wstydzili się naszych praktyk religijnych czy naszego chrześcijaństwa, co raczej – z jednej strony – o  okazanie szacunku tym, którym pomagamy (nasza pomoc nie może ich upokarzać!), a z drugiej – o dbałość, aby nasza modlitwa była przede wszystkim budowaniem relacji z Bogiem, a nie naszego dobrego wizerunku w oczach innych bądź też naszych własnych.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: Czy te trzy etapy Wielkiego Postu mają jakiś element wspólny? Tak. Jest nim miłość, bez której całe życie nie ma sensu.

Z miłości mamy się modlić, z miłości wspierać naszych bliźnich w potrzebie, z miłości wreszcie mamy odmówić sobie pokarmu dla ciała, aby odkryć, że tym, co daje nam prawdziwe życie, jest Bóg, Jego łaska i Jego Słowo