Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Oświeceni przez Chrystusa

Jezus, przechodząc, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc.

A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: «Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?» Jedni twierdzili: «Tak, to jest ten», a inni przeczyli: «Nie, jest tylko do tamtego podobny». On zaś mówił: «To ja jestem».

Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: «Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę».

Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: «Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu». Inni powiedzieli: «Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?» I powstał wśród nich rozłam. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: «A ty, co o Nim mówisz, jako że ci otworzył oczy?» Odpowiedział: «To prorok».

Rzekli mu w odpowiedzi: «Cały urodziłeś się w grzechach, a nas pouczasz?» I wyrzucili go precz.

Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go, rzekł do niego: «Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?» On odpowiedział: «A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?» Rzekł do niego Jezus: «Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie». On zaś odpowiedział: «Wierzę, Panie!» i oddał Mu pokłon. (J 9, 1. 6-9. 13-17. 34-38)

Dzisiejsza Ewangelia – podobnie jak ta która usłyszeliśmy w ubiegłym tygodniu i ta, która usłyszymy – jeśli Bóg pozwoli – za tydzień przez wieki towarzyszyła przygotowaniom katechumenów do chrztu.

Większość z nas została ochrzczona w dzieciństwie, więc nie mieliśmy okazji świadomie przeżyć stopniowego wtajemniczania w chrześcijaństwo. Warto jednak wykorzystać przesłanie Ewangelii liturgii, aby jeszcze mocniej utwierdzić naszą wiarę i wybór Chrystusa, jako Pana swojego życia, który dokonuje się w sakramencie chrztu.

Spróbujmy odczytać tę ewangeliczną opowieść o niewidomym od urodzenia w kontekście tego, co mówi ona o nas samych, jako uczniach Chrystusa.

Gdyż tak naprawdę przecież każda i każdy z nas jest człowiekiem, który urodził się w całkowitych ciemnościach: nie ze swojej winy ani z winy naszych rodziców. To konsekwencje dziedzictwa grzechu, który jest wpisany w naszą ludzką naturę. Można powiedzieć, że człowiek tkwi w ciemnościach, dopóki Chrystus nie podaruje mu wzroku a dzieję się tak – analogicznie do historii niewidomego z dzisiejszej Ewangelii – gdy Jezus obmywa nas w wodzie chrzcielnej.

Opowieść jednak na tym się nie kończy. Uzdrowiony nie do końca wie, za sprawą czyjej mocy przejrzał. Gdy analizuje krok po kroku to, co się stało, rodzi się w nim wiara, o której daje świadectwo przed ludźmi. A za to spotyka go prześladowanie i wykluczenie.

Dla pierwszych pokoleń chrześcijan to podobieństwo losów było oczywiste – dla nas, przeżywających swoje chrześcijaństwo w krajach, gdzie jest ono zaadaptowane na miarę ogólnie akceptowanych obyczajów, już niekoniecznie.

Można powiedzieć, że ta dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami ważne wielkopostne zadanie odświeżenia pamięci o naszym chrzcie. Święty Paweł podpowiada: „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości. Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie, co jest miłe Panu”. Badajcie i tym żyjcie!

Oświecenie, które przynosi nam wiara w Chrystusa nie jest jedynie jakąś nową, nieznaną nauką, nowym typem mądrości, lecz udziałem w sposobie patrzenia samego Boga. Dzięki temu uczestnictwu możemy patrzeć tak, jak On patrzy. W dużej mierze jednak od nas zależy czy to światło Bożej łaski w sobie podtrzymujemy, czy sprawiamy, że przygasa lub jedynie się tli. Wszystko zależy od naszego postępowania, naszych wyborów…

Ewangelia dzisiejsza przestrzega nas przed przyjmowaniem postawy faryzeuszy, która niestety grozi też nam. Źródłem ślepoty faryzeuszy było ich zadufanie w sobie. Żyli przeświadczeni, że nie potrzebują żadnego światła, gdyż byli przekonani, że mają go dosyć w sobie. Jeśli chcemy mieć udział w widzeniu Pana Boga, musimy najpierw z pokorą uznać swoją ślepotę, co wcale nie jest łatwe. Wystarczy rozejrzeć się dokoła. Wszyscy dziś są specjalistami od wszystkiego, wielu wydaje się, że ich sposób patrzenia jest obiektywny a ich racje nie podlegają dyskusji. A z pewnością większość z nich to ludzie ochrzczeni…

Uzdrowienie niewidomego dodaje nam wiary, że sprawy Boże mogą się spełnić również na nas. Czy jednak mam w sobie tyle odwagi, by otworzyć się na Boże światło, które może przecież ujawnić moją ślepotę? I czy mam tyle pokory, by się do niej przyznać, i ufności, by prosić o ratunek?

Jeśli jesteśmy światłością, powinniśmy postępować jak dzieci światłości.

Tylko nie pytaj siebie czy tak postępujesz, bo to może być zwodnicze. Pytaj innych, czy patrząc na ciebie widzą w Tobie tego, który jest odbiciem Jezusa.

Zwolnij trochę

Cisza – przestrzeń spotkania

Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela:

«W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie,

w ciszy i ufności leży wasza siła.

Pan czeka, by wam okazać łaskę,

i dlatego stoi, by się zlitować nad wami,

bo Pan jest sprawiedliwym Bogiem.

Szczęśliwi wszyscy, którzy w Nim ufają! [Iz 30, 15.18]

Często powracam do tego tekstu z Izajasza, który od ponad trzydziestu lat towarzyszy mojej duchowej podróży. Do dzisiaj pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłem go jako motto towarzyszące tym, którzy przybywali do Domu Gości – dawnej opatówki w opactwie Benedyktynów w Tyńcu. I był tam zawsze, ilekroć wracałem do tego miejsca jako student, potem alumn seminarium, wreszcie kapłan czy oblat benedyktyński.

Ten tekst wrócił do mnie w dużą mocą w jednej z medytacji, kiedy fala epidemii zaczęła rozlewać się po Europie, dlatego przywołuję go dzisiaj by podzielić się nim z Wami. Niech dźwięczy w naszych sercach jako motto tego szczególnego czasu, w którym Bóg zaprasza nas byśmy w całkowitym zaufaniu Jemu złożyli naszą nadzieję i z niego czerpali siłę. Czego Wam kochani i sobie z całego serca życzę.

Kiedyś w jednej z konferencji dla oblatów Benedyktyńskich o. Tomasz Maria Dąbek, benedyktyn z Tyńca i biblista komentując ten tekst z Izajasza powiedział, że milczenie traktowane jako przeciwieństwo mowy albo świadome wstrzymywania się od słownych wypowiedzi nie musi oznaczać wcale braku komunikacji. Szczególnie dzisiaj korzystanie z innych rodzajów komunikacji – stanowi ważny element ludzkiego życia. Ale jest też inny, dużo głębszy wymiar porozumiewania się, niedostępny dla tych, którzy zaniedbali swoje życie duchowe. Wiele jednak osób z zachwytem odkrywa tę „mowę milczenia” kiedy dane jest im zatrzymać się w biegu, wejść w praktykę medytacji, w skupieniu i ciszy wejść we własne wnętrze, z którym niejednokrotnie długo nie mieli kontaktu. Jest to doświadczenie, które pozwala osiągnąć dystans niezbędny do właściwej oceny sytuacji, ale również konieczny do tego, aby umieć dostrzec, że poza naszym ludzkim sposobem patrzenia jest jeszcze inny, duchowy, Boży sposób, który jako jedyny daje nam pełny ogląd rzeczywistości.

Współczesny hałaśliwy sposób życia bardzo utrudnia, a wielu osobom wręcz uniemożliwia taki sposób widzenia a przecież jest on najbardziej pierwotnym sposobem, wpisanym w nasza naturę przez samego Boga. Medytacja pozwalając nam poprzez otwarcie na słowo i łaskę powracać do tego Bożego sposobu widzenie rzeczywistości podkreśla znaczenie i potrzebę tego dystansu do narzucanych nam przez świat wzorców myślenia i zachowania, by móc właściwie ocenić ludzką godność oraz to wszystko, co ją umacnia i co jej szkodzi.

Dzisiaj w dobie pewnego kryzysu zaufania, który ujawnia szerząca się epidemia takiego powrotu do Bożego widzenia spraw nam bardzo potrzeba, po to, aby niepotrzebne lęki jeszcze bardziej nie burzyły tej ufności i jedności nie przesłaniały nam ludzkiej godności i tego co możemy i co powinniśmy uczynić z miłości do innych, bo miłość powinna być potężna jak śmierć – o czym przypomina autor Pieśni na Pieśniami [Pnp 8,6]

Dzisiaj w czasie, gdy zostaliśmy zachęceni by pozostać w naszych domach tak bardzo aktualne wydają się też inne słowa tej samej Księgi: „Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Umiłowany mój podobny do gazeli, do młodego jelenia. Oto stoi za naszym murem, patrzy przez okno, zagląda przez kraty. Miły mój odzywa się i mówi do mnie: «Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! Bo słodki jest głos twój i twarz pełna wdzięku». [Pnp 2, 8-10]

Bóg patrzy na nas zewsząd, widzi nas gdziekolwiek jesteśmy. Nawet jeśli dziś pozostaniesz w domu, On stoi za murem, spogląda na ciebie przez okno zawsze z tą samą miłością i tęsknotą. Nigdzie nie musisz iść, aby Go spotkać. Wystarczy usłyszeć Jego głos, który w medytacji mówi do Twojego serca.

BÓG  – Święty Izraela – ma dla nas takie przesłanie:

„Ocalić was może jedynie powrót do mnie i pokorne na mnie oczekiwanie.

Zachowajcie więc spokój i trwajcie niezłomnie w ufności do mnie.”

Niech cisza medytacji będzie dziś dla nas przestrzenią w której dane nam się będzie spotkać z Bogiem i ze sobą.

Modlitwa na rozpoczęcie medytacji

Ojcze niebieski,

Otwórz nasze serca na cicha obecność Ducha Twojego Syna.

Wprowadź nas w misterium ciszy,

W której Twoja miłość objawia się wszystkim, którzy wołają:

Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem!

O przyjmowaniu Komunii świętej na rękę

We wczorajszym wpisie odniosłem się już do zalecanego w czasach szerzącej się epidemii sposobu przyjmowania Komunii świętej an rękę.

Pozwólcie, że dziś raz jeszcze wrócę do tego tematu, bo w Internecie można przeczytać wiele niepokojących słów na ten temat.

Sposób przyjmowania Pana Jezusa na rękę to nie jest wymysł współczesnych wrogów Eucharystii – jak twierdzą niektórzy. Ten sposób wywodzi się jeszcze ze starożytnego Kościoła o czym wspomniałem wczoraj przywołując katechezy św. Cyryla Aleksandryjskiego.

Jednym z najczęściej zadawanych pytań jest: „Proszę Księdza, ja mogę dotykać Ciała Pana Jezusa? Przecież to profanacja!”.

Jest taka piękna jest historia, która wydarzyła się w życiu św. s. Faustyny i jest dobrą odpowiedzią na tę wątpliwość. Opisuje ją ona w swoim „Dzienniczku”: „Kiedy przyjęłam Hostię, którą mi podał kapłan, druga upadła mi na ręce. Ksiądz poszedł od końca balustrady komunikować, a ja trzymałam Pana Jezusa na rękach przez cały ten czas. Kiedy się kapłan zbliżył powtórnie, podałam mu Hostię, aby zabrał do kielicha. Kiedy miałam Hostię w ręku, odczułam taką moc miłości, że przez dzień cały nie mogłam nic ani jeść, ani wrócić do przytomności. Z Hostii usłyszałam te słowa: ”Pragnąłem spocząć na rękach twoich, nie tylko w sercu twoim”.

Gdyby to jednak było mało, to pozwólcie, że odwołam się do pięknego tłumaczenia arcybiskupa Grzegorza Rysia, który wczoraj zwrócił się do osób starszych w swojej Archidiecezji: „Wiem: zostaliście wychowani w wielkim szacunku do Eucharystii. Komunia święta „na rękę” w żaden sposób jej nie ubliża! Przyjrzyjcie się swoim rękom: one tak wiele o Was mówią – wypisane jest na nich wasze życie, wiele lat pracy i trudu, czasami choroby i słabości. Wasze ręce to czysta miłość. By przyjąć Pana Jezusa możecie je złożyć na krzyż – lewą dłoń na prawą, możecie przez moment zachwycić się tym widokiem – Jezusa położonego na waszych dłoniach, a potem prawą dłonią podnieść Go do swoich ust. Krzyż z dłoni – jak objaśniali ten znak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa Ojcowie Kościoła – to prawdziwy TRON dla Jezusa. Jezus za swego życia nie znał, i nie chciał znać (!), innego tronu jak tylko Krzyż”.

Tym tronem są Twoje ręce…

Pozdrawiam w dobie koronawirusa, który ufamy może okazać się wielkim sprawdzianem naszej wiary i zaufania do Pana Boga, ale i wielką szansą, bo nikt bardziej niż On nie potrafi zamieniać tego, co trudne w nasze duchowe dobro.

Z modlitwą za Was wszystkich.

Czas łaski

Jezus przybył do miasta samarytańskiego zwanego Sychar, w pobliżu pola, które dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy źródle. Było to około szóstej godziny.

Wówczas nadeszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: «Daj Mi pić!» Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta, by zakupić żywności.

Na to rzekła do Niego Samarytanka: «Jakżeż Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? » Żydzi bowiem i Samarytanie unikają się nawzajem.

Jezus odpowiedział jej na to: «O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: „Daj Mi się napić”, to prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej».

Powiedziała do Niego kobieta: «Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego, Jakuba, który dał nam tę studnię, i on sam z niej pił, i jego synowie, i jego bydło?»

W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: «Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu».

Rzekła do Niego kobieta: «Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. Widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga».

Odpowiedział jej Jezus: «Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, nawet już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli szuka Ojciec. Bóg jest duchem; trzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie».

Rzekła do Niego kobieta: «Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko».

Powiedział do niej Jezus: «Jestem nim Ja, który z tobą mówię».

Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich został. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło dzięki Jego słowu, a do tej kobiety mówili: «Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, usłyszeliśmy bowiem na własne uszy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata». (J 4, 5-15. 19b-26. 39a. 40-42)

Możemy czasem usłyszeć, jak ktoś w rozmowie z drugą osobą mówi: „Życzę spełnienia wszystkich pragnień”. Innym razem słyszę, że „Pan Bóg jest Tym, który zaspokaja wszystkie nasze pragnienia”.

I wtedy myślę sobie: „Na szczęście nie wszystkie”. Bo nie wszystkie warte są tego, by je zaspokajać. Poza tym wiele z nich jestem w stanie sam rozpoznać i zaspokoić. Więc nie ma powodu, by wszystkim obarczać Pana Boga. Można to również odnieść do walki z rozprzestrzeniającym się wirusem. W Internecie czytam wiele komentarzy zarówno duchownych, jak i osób świeckich. Niektórzy nie oszczędzają krytyki Kościołowi, że dezerteruje lub wycofuje się na pozycje obronne w chwilach, gdy trzeba by raczej wzmacniać wiarę. „Do tej pory Kościół w obliczu zarazy zawsze znajdował się na pierwszej linii frontu”. I tu sypią się przykłady św. Karola Boromeusza, który w czasie zarazy w Mediolanie w XVI wieku chodził z Komunią święta po ulicach, lub procesji z Najświętszym Sakramentem, którą urządził papież Grzegorz VII w Rzymie w czasie szerzącej się zarazy.

Nie należę do zwolenników zamykania kościołów i głęboko wierzę w moc Najświętszego Sakramentu i tego, że w mocy Chrystusa jest uzdrawianie z chorób, tak jak czynił to przed dwoma tysiącami lat. Ale przestrzegam także przed traktowaniem wiary w sposób magiczny i przed wystawiamy Pana Boga na próbę, kiedy sami narażamy się na niebezpieczeństwo a potem wołamy o ratunek. Ważne, abyśmy podejmowali mądre decyzje, po to Pan Bóg dał nam rozum.

Przedwczoraj dostałem maila od kolegi, byłego mojego studenta a obecnie współbrata w kapłaństwie pracującego we Włoszech, który pisze w tonie przestrogi, ale i rzeczonej właśnie mądrości:

Tytuł maila: Wiara +Rozum

U NAS JEST TRAGICZNA SYTUACJA!

Nie ma żartów! Umierają ludzie i nie tylko osoby starsze.

Ograniczajcie kontakty, bądźcie pokorni a jeśli zamykają kościoły itp. Przyjmijcie to jako duchowy post, jako zaproszenie do wzmożonej modlitwy w Waszych domach i rodzinach i wzbudzenia w sobie głodu Eucharystii. Wiara rozumna mówi nam za trzeba być bardzo ostrożnym.

U nas jest tragedia! Zaczynają już wybierać kogo ratować a kogo nie, bo brakuje miejsc w szpitalach, środków i urządzeń do ratowania życia.

Wiara to dar Boga, wolitywny i także rozumny. Dlatego trzeba dobrze i mądrze z niej korzystać! Wiara bez używania rozumu staje się niebezpiecznym fideizmem…

Odnoszę czasem wrażenie, że zamiarem „tego świata” jest uwolnienie nas od używani rozumu a rozbudzanie naszych pragnień ale też lęków i podsuwanie kolejnych „dóbr”, które z jednej strony mają zaspokoić pragnienia a z drugiej zniwelować lęki. I tak tworzy się błędne koło. Tymczasem  życie duchowe uświadamia nam, że pragnienia potrzebują nie tylko zaspokajania, ale i wychowania, czasem nawet odmowy – chwilowej albo całkowitej. Nasze pragnienia potrzebują, a raczej my potrzebujemy, nie tylko gratyfikacji, ale i frustracji, byśmy sobie z naszymi pragnieniami umieli radzić. I dotyczy to także tych pragnień, które nazywamy pragnieniami duchowymi.

Przysłuchując się rozmowie Jezusa z Samarytanką przy studni zobaczmy, że Jezus nie rozmawia z nią o jakichkolwiek pragnieniach. A szczególnie nie o takich, które Samarytanka może zaspokoić sama. Pan Jezus rozmawia o pragnieniach właściwych naturze człowieka. Mówi, że natura człowieka jest spragniona sama w sobie, że jest tak stworzona, by była spragniona. Jezus mówi o takim pragnieniu, które zaspokoić może tylko Bóg. Desiderium naturale Dei – naturalne pragnienie Boga, o którym pisał św. Tomasz z Akwinu.

A św. Augustyn dodaje, że nie sposób żyć bez zaspokojenia przez Boga pragnień naszego serca. Każdy, kto tę prawdę odkrył i nią żyje umie rozróżnić, za czym nie warto gonić, co warto i co trzeba zrobić samemu, oraz co warto i można „rozegrać” tylko z Bogiem.

Dzisiaj pragnieniem dominującym w sercach i umysłach wielu ludzi na świecie jest szybkie powstrzymanie szerzącej się epidemii i powrót do normalnego życia.

Pomyślałem sobie: A co, jeśli koronawirus to okazja? Okazja do niezaplanowanych dwutygodniowych rekolekcji na pustyni naszego wyłączenia ze zwykłych zajęć?

Taką sugestię zawiera wydane wczoraj orędzie kard. Petera Turksona, prefekta Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka.

Przypomniał on, że obowiązkowa kwarantanna czyli zamknięcie nas w domach w celu spowolnienia rozwoju epidemii to szansa na spotkanie Pana Boga w ciszy naszych “izdebek”. “A Bóg, który jest w ukryciu odda Tobie”.

Wszystko w naszym życiu możemy potraktować jako łaskę, zwłaszcza, jeśli zapraszamy do trudności Pana Boga. Przymusowe odłączenie od dojazdów do pracy, od spotkań z ludźmi, nawet od parafialnych Mszy św. – może być okazją do pogłębienia życia wiary na innej płaszczyźnie.

Coś mi mówi, że jeśli z łaską Bożą dobrze wykorzystamy ten czas przymusowego siedzenia w domu – możemy w tym roku przeżyć naprawdę niezwykłą Wielkanoc.

Wykorzystajmy jak najlepiej czas, który Pan Bóg nam dał właśnie po to by ocenić, co jest prawdą, za czym warto iść a co trzeba odrzucić.

Cieszmy się chwilą, składając z ufnością nasze życie w ręce dobrego Boga.

*******

A tak przy okazji dwa słowa dla tych, którzy mają obawę przed przyjmowaniem Komunii świętej na rękę. Tymczasem ta właśnie forma jest najstarszą formą przyjmowania Eucharystii. O tym piszą podania z pierwszych wieków, między innymi piękne katechezy św. Cyryla Jerozolimskiego, który opisując gest przyjęcia Komunii świętej na rękę zachęca, aby z położonych jedna na drugiej dłoni zrobić tron, bo mamy przecież przyjąć do swego serca Króla. Zachęca też,a by przed spożyciem chleba przez chwilę adorować Pana Jezusa trzymanego w dłoniach z miłością i wdzięcznością i dopiero potem spożyć Go wypowiadając uprzednio słowo: Amen”, w ten sposób potwierdzając chęć złożenia naszego życia w ręce Boga i poddania go Jego woli.