Z Ewangelii według św. Marka
Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. A tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze szukają Ciebie».
Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?» I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką».(Mk 3, 31-35)
***
Jednym z podstawowych symboli Jezusa jest Słowo. Mamy właśnie za sobą niedzielę, którą papież Franciszek ogłosił Niedzielą Słowa Bożego.
Jezus przynosi nam światło swego Słowa, abyśmy się nawrócili, to znaczy zawrócili z drogi egoizmu i poszli ku Miłości, czyli nowemu życiu z wiary – jak to określi św. Paweł.
Bóg wypowiadając swoje słowo kieruje je do ogółu ludzkości, ale jednocześnie przychodzi ze swoim słowem do konkretnego człowieka: do Proroków, do Maryi, do Apostołów… do Ciebie i do mnie. To Jego przyjście domaga się od nas bardzo osobistej odpowiedzi. To jest odpowiedź, którą dajemy Mu w medytacji, w doświadczeniu, w które nikt poza nami i Nim nie ma wglądu. I właśnie dlatego, że jest tak bardzo osobiste i intymne, jest również autentyczne, bo oducza nas i uwalnia od udawania, które grozi nam, gdy tej odpowiedzi próbujemy udzielić na forum publicznym, „po to, aby się ludziom pokazać”…
Modlitwa wewnętrzna, jaką jest medytacja monologiczna wprowadza nas w przestrzeń relacji między Bogiem w Trójcy Świętej a nami. Jak zwykła mawiać św. Teresa z Avila modlitwa to wzajemne bycie z Bogiem i bycie dla Boga. Czasem takie przebywanie wyraża się w słowach, czasem w milczeniu; podobnie jak mąż i żona rozmawiają ze sobą i to buduje ich jedność i porozumienie, choć jednocześnie wiedzą, że istotą ich relacji a zatem bycia ze sobą i dla siebie jest obecność jednego przy drugim w miłości.
Regularna, codzienna medytacja sprawia, że Jezus codziennie może przychodzić do nas ze swoim Słowem. Mówi do nas w naszym zwyczajnym, codziennym życiu. Praktyka medytacji monologicznej (Modlitwy Jezusowej), której celem jest zakorzenienie słowa Bożego w ludzkim sercu uświadamia nam, że Jezus nie przestaje do nas mówić.
Niemniej przyjęcie Jego Słowa zależy od nawrócenia serca. Tylko serce wolne od grzechu i nieuporządkowanych przywiązań jest zdolne do życia na sto procent Jego słowem. Stąd Jezusowe wezwanie do nawrócenia, które tak często powraca w Ewangelii jest ciągle aktualne. To między innymi zaproszenie by z bycia bardzo zajętymi samymi sobą, przenieść nasz wzrok na Chrystusa. Bez tego warunku trudno będzie Jezusowi rozmiłować nas w sobie i natchnąć nas Jego słowem. Tymczasem Każde Jego natchnienie kryje w sobie ogromną moc. Może zmienić całe nasze życie, podobnie jak zmieniło życie Maryi i Apostołów. Jednocześnie jest bardzo delikatne i szanuje naszą wolność.
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu (Mt 4,12-23).
* * *
„Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie”. Światło można zobaczyć tylko wtedy, gdy przebywa się w ciemniejszym miejscu, w jakimś mroku lub ciemności. Nie musi to być miejsce całkowicie pozbawione światła. Jeśli jednak uznam, że częściowa ciemność, w której przebywam jest jasnością, wtedy nie będę poszukiwał światła. Wystarczy mi to, co jest. Jeśliby odnieść tę postawę do życia duchowego, robi się niebezpiecznie.
Kilka dni temu obserwowałem piękny wschód słońca. Cały horyzont był zabarwiony na pomarańcz i tonął w czerwieniach. Przyglądałem się mu z radością. A skoro Bóg jest Stwórcą słońca, to o ileż jaśniejszy jest On sam od wschodzącej na horyzoncie kuli ognia!
W naszym życiu jest wielka pokusa, aby uznać, że to, co w danej chwili widzimy jest takie jakie jest dzięki światłu naszego rozumu, wyczucia, intuicji czy nawet wiary. Czasem jesteśmy tak bardzo przekonani o mądrości naszego spojrzenia, o naszym światłym spojrzeniu na ludzi, siebie, świat a nawet na Boga, że nie dopuszczamy do siebie myśli, że możemy się mylić; że może być inaczej niż to widzimy czy myślimy.
Warto podjąć się pewnego duchowego zadania i postawić sobie pytanie: „Kiedy ostatni raz uznałem, że się mylę, że czegoś kompletnie nie rozumiem?”. Bo jeśli żyjemy tak, że nie zmieniamy zdania, uznajemy, że rzadko albo nigdy się nie mylimy – to ni mniej i ni więcej znaczy to, że w głębi serca nie chcemy się nawracać! Nawrócenie bowiem wymaga zmiany sposobu myślenia, niejednokrotnie radykalnego.
„Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. Zmiana Bogu nie jest potrzebna. Zmiana potrzebna jest w nam! Jezus wzywa do nawrócenia. W greckim oryginale dzisiejszej Ewangelii jest ono opisane słowem „metanoia”, co dosłownie znaczy: „przemienić się”, „wznieść się ponad dotychczasowy stan umysłu”. Znaczy tyle, co poszerzyć swoje myślenie o to, co podsuwa mi Bóg w swoim słowie i w swoich natchnieniach.
Dzisiejsza Ewangelia opisuje moment powołania Apostołów. Jezus mówi: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”.
Jest w tej scenie coś niesamowitego. Jedno zdanie Jezusa radykalnie zmienia życie prostych rybaków.
Być może Piotr i Andrzej zastanawiali się co to znaczy „stać się rybakami ludzi? Jak się w ogóle „łowi ludzi”…???
Ale mimo wszystko… natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Zostawili natychmiast…
Nie było wahania… nie było pytań jak, dlaczego, jakim cudem?
W postawie Apostołów nie ma też racjonalizowania… mówienia: może potem.., albo dzięki stary, ale nie kupuję tej historii o „łowieniu ludzi”…
Jest akcja i reakcja…. Pójdźcie za mną! I idą… natychmiast!
Podobnie było w przypadku dwóch kolejnych braci Jakuba i Jana.
Nam się to tak fajnie się czyta. „Oni natychmiast zostawili wszystko i poszli za Nim”…
Warto stawiać siebie czasem w miejscu Apostołów by zapytać siebie: Czy ja, współczesny człowiek poszedłbym za Jezusem natychmiast?
A może tłumaczyłbym się tym ile to spraw mam niezamkniętych…, że to wymaga przygotowania…, że tak od razu to się nie da…, ale może potem…, jutro… a może za rok.
Mówię o tym, bo my trochę tak traktujemy nasze wezwanie do nawrócenia, które Jezus do nas kieruje. A przecież prawdziwe nawrócenia wymaga natychmiastowej decyzji!
Ktoś kiedyś powiedział: „Potem znaczy nigdy”… Dlatego nawrócenie to zawsze pewien radykalizm…
To coś, co dzieje się natychmiast… To dotknięcie Boga, który sprawia, że w jednej chwili masz ochotę wszystko zostawić… A jeśli nie mam, to może dlatego, że słowo Chrystus wcale do mnie nie przemawia!?
Aby pójść za Jezusem trzeba mieć puste ręce. Innymi słowy: trzeba być naprawdę wolnym! W jakimś sensie fascynuje mnie ten obraz pustych dłoni Apostołów. Gdy są jeszcze zwykłymi rybakami – ich ręce są zawsze czymś zajęte: przygotowaniem łodzi, sprawdzaniem sieci, pakowaniem sprzętu, łowieniem i sortowaniem ryb… Gdy podejmują decyzję, aby odpowiedzieć na wezwanie Jezusa ich dłonie się otwierają. Sieci wypadają z ich dłoni, a one stają się puste i wolne. Szczególnie mocno ten gest widać na obrazie średniowiecznego katalońskiego malarza Luisa Borrassy. Myślę, że w życiu duchowym warto stawiać sobie co jakiś czas pytanie: „Na czym są zaciśnięte moje dłonie? Czego tak kurczowo się trzymam w życiu, co trudno byłoby mi zostawić?”. Mogą to być nie tylko rzeczy materialne, ale różne przywiązania do myśli, poglądów, ocen, krytycznych sądów itd.
Święty Paweł poświęcając wiele miejsca w swoich listach kwestii powołania przypomina, że jednym z powołań, które jest wspólne dla wszystkich chcących naprawdę iść za Chrystusem jest powołanie do wolności: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Gal 5, 1). Potrzebujemy wolności wewnętrznej, paradoksalnie również wolności od nas samych, od dyktatu naszego ego, aby móc prawdziwi wierzyć, prawdziwie kochać, aby być na 100% człowiekiem i chrześcijaninem..
Bo chrześcijaństwo to nieustanne przekraczanie siebie.
Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: „Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi».
Jan dał takie świadectwo: «Ujrzałem ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym”. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym».(J 1, 29-34)
Chyba nie ma pokolenia, które nie wyglądałoby jakiegoś autorytetu, który podpowie, czy to, co widzimy, co robimy, co wybieramy jest dobre czy złe? Autorytety są nam potrzebne, bo chronią nas przed zagubieniem. Niestety oglądamy dzisiaj próby skutecznego obalania autorytetów podejmowane przez niektóre osoby czy organizacje mające na celu skazanie człowieka na jeszcze większe zagubienie w życiu i w świecie, ze świadomością, że takimi osobami łatwiej jest manipulować.
Dzisiejsza Ewangelia przedstawia nam spotkanie Jana Chrzciciela z Jezusem. Jan rozpoznaje w Jezusie Najwyższy Autorytet, Mistrza i Nauczyciela, którego nadejście przygotowywał. Jan wskazuje prawdziwego Mistrza, nie dał się zwieść nikomu innemu, a przecież podających się za mesjasza w tamtych czasach było wielu. Jan, choć otwarty na znaki od Boga, był również człowiekiem trzeźwo myślącym, kierował się rozumnym rozeznaniem. Może być dla nas patronem nie tylko przyjęcia Chrystusa za Mistrza, ale również rozeznawania, komu z ludzi możemy zawierzyć a komu nie.
„Oto jest Ten, na którego czekamy”. Wskazywanie na Jezusa jako oczekiwanego Zbawiciela – to sedno misji Jana Chrzciciela. Można powiedzieć, że prorok znad Jordanu zanim wskazał Mesjasza najpierw przeprowadził dla Izraelitów prawdziwe „rekolekcje” przygotowujące na Jego przyjście.
Temat identyfikacji przychodzącego na świat Mesjasza przez Jana Chrzciciela zajmuje nas od blisko trzech tygodni. Moglibyśmy zapytać: „Po co tak długo wałkować tę scenę z Ewangelii?” Może po to, aby przypominać sobie nieustannie, że celem chrześcijaństwa a więc i każdego chrześcijanina jest wskazywanie na Jezusa Chrystusa, na Tego, który jest rozwiązaniem wszystkich problemów ludzkości i każdego człowieka, po to, aby i inni, którzy Go jeszcze osobiście nie znają, mogli Go poznać i pokochać.
Jeśli chrześcijanin przestaje wskazywać swoim życiem na Jezusa, jeśli jakiekolwiek inne cele, nawet szlachetne, przesłaniają ten pierwszy zasadniczy, który jest zadaniem każdego ucznia Chrystusa, wówczas chrześcijaństwo traci rację bytu. Staje się solą bez smaku skazaną na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata”. Symbolika „Baranka” była znana Izraelitom. To zamiast Izaaka Abraham złożył go w ofierze. To krew baranka, którą pomazano odrzwia domów, ochroniła Izraelitów w noc paschalną przed mieczem anioła przechodzącego przez Egipt. To Sługa Jahwe jak baranek szedł na zabicie i był niemy jak owca wobec strzygących ją. Tyle tylko, że tamte obrazy były jedynie zapowiedzią Tego, który miał przyjść jako ocalenie dla pogrążonego w grzechu człowieka. Teraz ci, którzy towarzyszyli Janowi Chrzcicielowi nad Jordanem mają świadomość, że na ich oczach spełnia się zapowiadana przez wieki obietnica Boga.
To Jezus jest prawdziwym i jedynym Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata. Jest jedynym Zbawicielem i nie ma innego. Dzieło zbawienia dotyczy całej ludzkiej natury i każdego człowieka. Święty Paweł tłumaczy to, zestawiając skutki grzechu popełnionego przez „pierwszego Adama” i skutki usprawiedliwienia wysłużonego przez „drugiego Adama” – Chrystusa: „Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła łaska i dar Boży, łaskawie wysłużony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa”.
Bóg ma swój plan zbawienia człowieka i stopniowo go realizuje, ale nie bez naszego udziału w nim. Przede wszystkim nie daje nam zbawienia na siłę. Uzależnia je od tego czy chcemy, czy nie chcemy go przyjąć! On odpowiada na pragnienie ludzkiego. Ale Bóg jest cierpliwy, wie, że nieraz trzeba czasu, aby otworzyć ludzkie serce na przyjęcie Jego daru.
Warto o tym pamiętać w naszych niecierpliwych czasach, kiedy wszystko chcemy dostać od razu, bez zwłoki. Zasada ta jednak nie sprawdza się w duchowości. W życiu duchowym nie ma bowiem szybkich owoców. Tu osiągnięcie ich wymaga wielkiego nakładu pracy i współpracy z łaską. Abyśmy mogli prawdziwie otrzymać dar, zwłaszcza dar od Boga (!), musimy być na to przygotowani, bo ten dar nas zawsze przerasta. Zobaczmy, że nawet po tylu latach przygotowania Izraela – od czasów pierwszego proroctwa z Izajasza o Mesjaszu minęło ok. 500 lat! – Żydzi nie rozumieli sensu przyjścia Pana Jezusa. Czekali oni na innego mesjasza, takiego, którego przykroili do własnych wyobrażeń.
To jest niebezpieczeństwo, które grozi każdej i każdemu z nas. Będąc uczniami Chrystusa musimy się bronić przed tworzeniem Boga na własne podobieństwo i przykrawaniem Ewangelii do naszych wyobrażeń.
Musimy zgodzić się, że Bóg przychodzi ze swoją łaską na swoich warunkach, a nie według ludzkiej miary. I to w sposób, który będzie nas często zaskakiwał.
Dzisiejsza Ewangelia jest pełna optymizmu, bo przypomina nam, że jak na początku życia otrzymujemy naturę obciążoną grzechem pierworodnym, tak z chwilą, gdy Bóg wchodzi w nasze życie przez swoją łaskę, czyli z chwilą chrztu jesteśmy uwolnieni z grzechu pierworodnego.
Pytanie tylko: Czy to wszystko? Czy to wystarczy?
I wszystko, i nie wszystko. I wystarczy, i nie wystarczy.
Bo przed nami jest życie i to, jaki kształt nadamy naszemu człowieczeństwu zależy przede wszystkim od nas, od naszych decyzji i wyborów.
Oby, koniec końców, kształt, jaki nadamy naszemu życiu był takim, którego nie będziemy musieli się nigdy wstydzić ani przed ludźmi ani przed Bogiem.
Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć od niego chrzest. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?»
Jezus mu odpowiedział: «Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił.
A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły się nad Nim niebiosa i ujrzał ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego. A oto głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie». (Mt 3, 13-17)
Jan Chrzciciel nie był pewny tego, w jaki sposób przyjdzie Mesjasz. W Ewangelii według św. Łukasza Jan zapowiada Mesjasza w kontekście sądu, podczas którego ludzie zostaną potępieni za swoje grzechy, o ile się nie nawrócą.
Jednak człowiek, którego spotyka Jan nad brzegiem Jordanu, nie wygląda na okrutnego sędziego. Wiara Jana podpowiada mu, że stoi przed nim Pan, mimo że nie widzi cudów, nie ma żadnego ognia z nieba, nie ma surowego sądu, a jedynie znak gołębicy. Choć wiara Jana zapewne do końca pozostanie zmaganiem, bo kiedy będzie już w więzieniu, za pośrednictwem posłańca zapyta Jezusa:
Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11, 3).
Obraz Boga, który nosimy w sobie, może się wiązać głównie z przekonaniem o Jego władzy, strachem czy sądem. Jednak nie jest to sposób, w jaki Bóg chce się nam objawić.
Kiedy spoglądamy na Dzieciątko Jezus leżące w żłobie, jest dla nas jasne, że Bóg przyszedł do nas jako ktoś delikatny, bezbronny, ktoś, kto jest od nas zależny i kogo nie powinniśmy się bać. Owszem mówimy o bojaźni Bożej, co może trochę niefortunnie sugerować postawę lęku, ale bojaźń Boża jest bardziej wyrazem szacunku i czci niż przerażenia potęgą Boga. Bóg przychodzi na świat jako niemowlę, byśmy w naszej słabości nie czuli strachu, abyśmy nie bali się do Niego zbliżyć.
We wcieleniu Chrystus bierze na siebie to, co ludzkie, ale także pokazuje nam, kim naprawdę jesteśmy. Być może powodem, dla którego trudno nam zaakceptować pokorę, słabość i bezbronność Boga, jest to, że musielibyśmy uznać, że i my jesteśmy słabi i bezradni i że te cechy są wpisane w nasze życie nawet gdy lubimy udawać, że jest inaczej. Jezus przychodzi do nas jako dziecko i prosi nas, byśmy Go w taki dziecięcy sposób przyjęli w naszych sercach.
Dzisiaj istnieje dość powszechne przekonanie, że ważne rzeczy dzieją się w świetle fleszy i przed obiektywami kamer. Istnieje to, co zostało wystarczająco mocno nagłośnione. Tylko wtedy jest szansa na sukces.
W Piśmie Świętym najważniejsze sprawy dzieją się po cichu, bez rozgłosu.
Ci, którzy przychodzili przyjąć chrzest nawrócenia od Jana Chrzciciela, zostawiali w wodach Jordanu swój ciężar, grzech, niemoce i słabości. I nie dziwi, że robili to po cichu, bo czym tu się chwalić?
Również Jezus w ciszy zanurza się w wodach Jordanu i bierze na siebie to, co inni tam zostawiali. Dokonuje się milcząca wymiana. Bóg Człowiek oczyszcza wodę i pokazuje, że przyszedł, aby się ze mną utożsamić. Daje to, co Boskie i czyste, a zabiera to, co moje i brudne.
Ojcowie Kościoła widzieli w tym wydarzeniu analogię z potopem. Tak jak wówczas świat został oczyszczony ze swych nieczystości przez wodę, a gołębica przyniosła do Arki Noego gałązkę oliwną, zwiastując pokój na ziemi, tak teraz Duch Święty zstępuje w postaci gołębicy, aby ogłosić światu odpuszczenie grzechów i Boże miłosierdzie. Dlatego Jan Damasceński pisze: „Tam gałązka oliwnego drzewa, tutaj miłosierdzie naszego Boga”.
Po co to wydarzenie? Żebym widział i wierzył, że Bóg wchodzi w moje doświadczenia, że niczego nie unika, nie krzyczy i nie podnosi głosu, nie gasi tlącego się knota, nie łamie nadłamanej gałązki, ale przynosi pokój, nadzieję i światło.
Istnieją takie słowa, które wypowiedziane nawet szeptem brzmią potężniej niż najsilniejszy grzmot. To słowa miłości, mające większą moc niż najmądrzejsze rady i najsłuszniejsze strofowania.
Dlatego, kiedy nad Jezusem rozlega się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”, możemy poczuć się spokojni, bo przecież Jezus to nasz brat. W tym jednym zdaniu zawarta jest odpowiedź na wielkie pragnienie każdego serca – być umiłowanym i mieć pewność, że jest Ktoś, kto znajduje w nas upodobanie.
Przy okazji każdego chrztu Bóg wypowiada nad każdą i każdym z nas te właśnie słowa. A to wszystko zmienia.
Dwukrotnie dane życiu stałem nad brzegiem Jordanu, w miejscu, w którym Chrystus miał przyjąć chrzest od ostatniego z proroków Starego Testamentu. Jordan jest przeciętną rzeką – jak tysiące innych rzek, potrafi groźnie wylać, lecz zwykle toczy swe wody spokojnie i bez hałasu. Kraj, przez który płynie, jest zwyczajnym krajem – to soczewka Biblii każe nam patrzeć na niego jak na centrum świata. Nic więc dziwnego, że Bóg, który wykracza poza wszelkie najbardziej wyszukane ludzkie przymiotniki, unika cywilizacji „NAJ”. On szuka miejsc zwyczajnych i wchodzi w codzienność, nie potrzebuje blasku złota, odcienie szarości zupełnie Mu wystarczą. Nie żąda też od nas niczego wyjątkowego. Nawet słowa Apokalipsy, które ganią letniość (Ap 3, 15), nie każą nam być najgorętszymi lub najzimniejszymi – wystarczy, jeśli będziemy gorący lub zimni. Babcia jednej z moich znajomych na pytanie, dlaczego się zdecydowała w czasie wojny ukrywać żydowskich sąsiadów, odpowiedziała: „To było normalne”.
Bo dla tego, kto kieruje się miłością dobro jest takie normalne i zwyczajne.
Jeśli chcesz spotkać Boga, szukaj tego, co zwykłe, normalne. W tym, co epikurejsko-stoicka filozofia z upodobaniem nazywała „złotym umiarkowaniem” – tam najłatwiej Go odnaleźć.
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.
W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.
Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.
Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.
A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Na początku nowego roku pragniemy wrócić do tego, co było na początku. A na początku było Słowo…
Przepraszam, że pozwolę sobie na pewną osobistą dygresję: Pamiętam pewne zimowe przedpołudnie sprzed blisko trzydziestu lat. Siedząc z kubkiem kawy, spoglądałem przez okno chaty, której okna wychodziły na stronę Doliny Kościeliskiej, gdzie wybraliśmy się na rekolekcje w gronie studentów i zacnego, nieżyjącego już kapłana. Za oknem nic, na czym można by zawiesić wzrok, pusty biały pejzaż. Długi czas trwałem w tym zapatrzeniu, w ciszy, która mnie otaczała. Nie siedziałem, żeby się modlić. Po prostu byłem obecny, otwarty, uważny. „Medytacja przy piciu kawy” – powiedziałby ojciec Jan Bereza. I wówczas doświadczyłem tego o czym pisze Merton w Myślach w samotności: „Myślę, że Mądrość, która okryła ziemię niby mgła – jak czytamy u Syracha – przygotowywała mnie wtedy na Spotkanie”.
Medytacja jest przygotowaniem na Spotkanie, które jest jej celem a często i owocem. Można bowiem się modlić i nie spotkać się z Bogiem. Jednym z istotnych powodów dlaczego tak się dzieje jest skupienie się w modlitwie głównie na sobie. Wbrew pozorom modlitwa może być często pożywką dla naszego ego, które usuwając z pierwszego miejsca Chrystusa chętnie zajmuje Jego miejsce. Najpierw w modlitwie a potem w życiu.
Medytacja monologiczna przestawia te akcenty. Pozwala by wszystko wróciło na swoje miejsce, by jak to mówi ks. biskup Ryś: „Pierwsze było zawsze pierwsze!”
W niektórych klasztorach (ja widziałem to wielokrotnie u cystersów) można zobaczyć obraz zakonnika trzymającego palec na ustach i w ten sposób zapraszającego przychodzących do zachowania ciszy. To piękny obraz przypominający o tym, że nieodzowną przestrzenią medytacji jest cisza. Ale jest jeszcze jeden obraz, który bardzo mnie urzeka a który chciałbym tu przywołać (można go zobaczyć między innymi w klasztorze sióstr Karmelitanek na dalekiej północy Norwegii w Tromsø ). To ikona, której kopia została przewieziona przez siostry z ich macierzystego klasztoru w Hafnarfjörður na Islandii. Przedstawia Chrystusa jako Świętą Ciszę. Ta ikona sama w sobie jest pięknym komentarzem, bez słów do usłyszanego Prologu Ewangelii Janowej a zarazem katechezą o medytacji. (To jedyny obraz, który od lat towarzyszy także mojej praktyce medytacji.) Ukazany na niej Chrystus jest całkowicie otwarty na dar Ojca, sam z siebie jest Milczeniem. Słowo (Logos) od początku jest Słowem Ojca, jest „u Boga” – jak powie Jan w Prologu. Podobnie będąc Przejrzystością, jest On Obrazem niewidzialnego Boga. Nasze synostwo być może najpełniej wyraża się właśnie w milczącym nasłuchiwaniu Słowa i w pełnym miłości wypatrywaniu się w Jego Oblicze, nie dal samego wpatrywania się czy zachwytu, ale po to abyśmy sami mogli stać się odbiciem (ikoną) Tego w którego się wsłuchujemy i wpatrujemy oczyma wiary w medytacji.
Papież Benedykt XVI przestrzega w jednej ze swoich medytacji nad Prologiem przed fałszywą pokorą, która może nam grozić a która jest tak naprawdę niewiarą w to, że Bóg może mówić do człowieka „po ludzku”, że JEST nam bliski. A przecież w Chrystusie Ojciec wypowiedział się w pełni. Wypowiedział się w naszym ludzkim języku, gdy Jego Słowo przyjęło postać ludzkiego ciała. Jak konkluduje swoją katechezę papież senior współczesny człowiek nie zna Boga, bo nie przyjął Jezusa w Jego słowie. Prawda, którą głosił św. Paweł jest ciągle aktualna i pozostanie taka do końca: „wiara rodzi się ze słuchania a tym, co się słyszy jest słowo Boże”. [Rz 10,17]. Medytacja monologiczna jest tym doświadczeniem, które tę prawdę wprowadza w życie.