Kiedy Jezus przybliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał przeciągający tłum, wypytywał się, co to się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi.
Wtedy zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!»
Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się przybliżył, zapytał go: «Co chcesz, abym ci uczynił?» On odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał».
Jezus mu odrzekł: «Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła».
Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu. (Łk 18, 35-43)
Są takie fragmenty Ewangelii, obok których nie da się przejść obojętnie, zwłaszcza jeśli jest się homo meditantes, czyli człowiekiem medytującym. Bez wątpienia do takich fragmentów należy przywołany wczoraj w Liturgii fragment o uzdrowieniu niewidomego z Jerycha. I nie tylko dlatego przy czytaniu tej perykopy mocniej bije nasze serce, że stała się ona treścią Modlitwy Jezusowej, ale również z tego powodu, że w sposób prosty opisuje czym jest doświadczenie modlitwy, często lepiej niż całe traktaty poświęcone tej praktyce.
Jak pięknie a zarazem lapidarnie opisuje sto Katechizm Kościoła Katolickiego: „Modlitwa – czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie – jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560). Co więcej to pragnienie obecne w modlitwie staje się kanwą przemiany człowieka. Jeśli bowiem modlitwa jest szczera i prawdziwa, to zawsze musi być przemieniająca dla człowieka modlącego się, choć nie zawsze widać to od razu, jak w przypadku niewidomego z Jerycha.
Inną kwestią, której uczy nas ta scena ewangeliczna jest autentyczność i prostota naszego pragnienia, z którego rodzi się modlitwa. Człowiek zawsze przychodzi na modlitwę z jakimś pragnieniem. Jednak pytanie Jezusa: „Co chcesz, abym ci uczynił?” jest podyktowane chęcią uświadomienia nam z czym, z jakim pragnieniem przychodzimy na modlitwę. Jest to pytanie, które może także oczyszczać nasze motywacje. Bo możemy przychodzić na spotkanie z Bogiem by Go przede wszystkim o coś prosić, ale możemy przychodzić z pragnieniem uwielbienia Boga, pragnieniem by nasza modlitwa przyczyniała się do Jego większej chwały. Można zatem powiedzieć, że im głębsza będzie nasza duchowość tym bardziej punkt ciężkości w naszej modlitwie winien się przesuwać z pragnień podyktowanych skupieniem się na naszym „ja” do pragnień skupionych na boskim „Ty”. Stąd jak widzimy pytanie Jezusa: „Co chcesz abym ci uczynił?” nie jest bezzasadne, ale staje się prawdziwym probierzem intencji i dojrzałości naszej modlitwy…
Modlitwa jest również – jak wynika z powyższego fragmentu Ewangelii – doświadczeniem, w którym Bóg „zatrzymuje się przy nas”. Oczywiście Bóg jest nieustannie obecny w naszym życiu, ale nam czasem brakuje tej umiejętności patrzenia, która potrafi dostrzec ten fakt. Stąd prośba „abyśmy przejrzeli” jest jak najbardziej aktualnym wołaniem. Tak długo bowiem jak nasz sposób patrzenia na rzeczywistość, na człowieka, jak również a może przede wszystkim na Boga nie stanie się Jezusowym sposobem patrzenia, prośba o to, „abyśmy przejrzeli” winna być naszą osobistą modlitwą. Można powiedzieć, że jest to warunek autentyczności naszego chrześcijaństwa – uczyć się patrzeć tak jak Jezus. Pytanie czy to jest naszym pragnieniem, które przynosimy też na medytację? Bóg bowiem odpowiada na osobistą i autentyczną potrzebę człowieka. Nie może to być jedynie przelotna zachcianka ani ogólnie przyjęta oczywistość. Musimy wiedzieć czego chcemy od Boga! Dlatego praktyka autentycznej modlitwy musi odznaczać się determinacją, wytrwałością i zaufaniem. I to także postawa, której uczy nas dzisiejszy fragment Ewangelii, postawa bez której nie będzie owocna ani przemieniająca także praktyka naszej medytacji.
Wydarzenie z Jerycha uczy, że modlitwa uzdrawia, daje światło, przejrzenie. Musimy o tym pamiętać bo bardzo często w życiu duchowym jesteśmy w sytuacji niewidomego z tej Ewangelii: jak słyszymy„…niewidomy siedział przy drodze”. Każdy z nas w pewien sposób jest w sytuacji człowieka przy drodze. To obraz odzwierciedlający drogę duchową człowieka. Duchowość i wpisane w nią doświadczenie modlitwy/medytacji to nic innego jak szukanie tej właściwej drogi, na której możemy spotkać Boga.
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».
Zapytali Go: «Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to się dziać zacznie?»
Jezus odpowiedział: «Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „To ja jestem” oraz: „Nadszedł czas”. Nie podążajcie za nimi! I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw „musi się stać”, ale nie zaraz nastąpi koniec».
Wtedy mówił do nich: «„Powstanie naród przeciw narodowi” i królestwo przeciw królestwu. Wystąpią silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie.
Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.
A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 5-19)
Dzisiejsze czytania niosą w sobie znamię spraw ostatecznych. Ze Starego Testamentu czytamy fragment Księgi Malachiasza. Prorok mówi o dniu palącym jak piec, o dniu sądu dla niesprawiedliwych i słońcu sprawiedliwości dla czczących imię Boga. Z Drugiego Listu do Tesaloniczan, w którym jest mowa o okolicznościach powtórnego przyjścia Chrystusa, czytamy fragment sprowadzający nas na ziemię, abyśmy „pracując ze spokojem, własny chleb jedli” (2 Tes 3, 12). Ewangelia Łukasza wspomina przede wszystkim o potrzebie wytrwałości w każdym czasie, a zwłaszcza podczas wojen i prześladowań. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 19).
Z jednej strony czasy ostateczne, koniec wszystkiego, dzień sądu, o których nie wiemy, kiedy nastąpią; z drugiej trzeźwe i spokojne mówienie o pracy i codziennej wytrwałości. W życiu i doświadczeniu chrześcijanina obie te rzeczywistości powinny być złączone, choć pozornie wydaje się to trudne do pogodzenia. Istnieje wszak niebezpieczeństwo rozdzielenia ich i przyjęcia jednej z dwóch postaw: pierwszą cechuje to, że ulega się wszelkiego rodzaju zapowiedziom końca świata, choć chrześcijanin nie powinien poddawać się sugestiom różnych mistyfikatorów czy jasnowidzów. Inna skrajność polega na tym, że człowiek tak bardzo zaangażowany jest w sprawy doczesne, że zupełnie obce staje się mu myślenie o sprawach ostatecznych, choć od chrześcijanina powinno wymagać się, że wobec niewiadomej godziny końca życia na ziemi, powinien być zawsze na nią gotowy. Sergio Quinzio w niezwykłej książce Przegrana Boga przypomniał słowa Kafki o tym, że Mesjasz nadejdzie, gdy nikt już nie będzie na Niego czekał. Stąd też zasadne wydaje się pytanie Chrystusa: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”
Dzisiaj wydaje się, że dominuje ta druga z wymienionych postaw: iż w tak powszechnym dziś zabieganiu łatwo zapominamy o naszej śmierci. A przecież – jak trzeźwo zauważył stary mnich – mamy tylko dwie pewne chwile naszego życia: chwilę obecną i moment śmierci. I warto sobie uświadomić, że z perspektywy życia duchowego to są też dwa momenty, w których możemy spotkać przychodzącego Jezusa. Przy czym warto pytać czy z powodu ogromnego tempa życia również chwila obecna nie przelatuje nam zbyt często przez palce?
„Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony»” (Łk 21, 5-6).
Zdarza się czasem, że popadamy w przesadny zachwyt nad tym, co piękne, szlachetne, co cieszy oko i buduje ducha. Wiele jest przecież wokół nas wielkich dzieł, które inspirują i zdumiewają swoim rozmachem. Również w każdym z nas znajdują się takie przestrzenie, które napawają nas dumą; coś, za sprawą czego zyskujemy uznanie innych. Wydawać by się mogło, że właśnie w nich ukryty jest nasz skarb i że na tym można poprzestać.
Tymczasem Jezus mówi, że zachwyt nad tym, co widzialne, nie jest najistotniejszy, ponieważ nawet z tego, co wydaje się nam najszczytniejsze i najszlachetniejsze, „nie zostanie kamień na kamieniu” (por. Łk 21, 6b). Wszystko, co budujemy i tworzymy, w co się angażujemy – także nasze ambicje i wysiłki – okaże się o tyle trwałe, o ile położymy pod to mocny fundament. Innymi słowy, jeśli będą one oparte na wierze i chęci dawania świadectwa, o które upomina się dzisiaj Chrystus – przetrwają.
Święty Paweł wielokrotnie podkreślał bazując na własnym doświadczeniu, że czas obecny jest czasem próby. Zatem w doświadczenie wiary wpisane jest to, że musimy zostać wypróbowani, nie tylko przez naszych wrogów czy prześladowców, ale również przez rodziny, braci i przyjaciół, którzy zakwestionują nasze decyzje i wybory. To jest właśnie ta próba, która ma moc zawalenia najbardziej solidnych murów naszych osiągnięć, by odsłonić fundament – prawdziwą wartość budowli naszego życia i tego, na czym tak naprawdę to życie opieramy.
„Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 19). Nasza wielkość nie zależy wyłącznie od liczby naszych zasług. Jej fundament leży o wiele głębiej: w naszej ufności Jezusowi. Prawda jest taka, że Zły, chce niszczyć to, co stworzył Bóg a pierwszą rzeczą w którą uderza jest właśnie ufność i nadzieja, którą pragnie usunąć z serc ludzi wierzących.
Jezus poucza też swoich uczniów, aby nie przerażały ich nawet wojny, ale też aby pomimo zła nie ustawali w czynieniu pokoju i dobra wokół siebie.
Chrystus wszedł w świat rozdarty wojnami i do takiego świata posyła w każdym pokoleniu swoich uczniów. Niejednokrotnie trudno jest odpowiedzieć dobrem na zło, przebaczeniem na przemoc, ale chrześcijanin, to ktoś, komu nie wolno popadać w rezygnację, nawet jeśli inni to robią, bo widzą wokół siebie tyle zdającego się wszystko dominować zła.
Nie jest jednak tak, że jako ludzie wierzący mamy się niczego nie bać. Jezus mówi wprost: powinniśmy się bać zatracenia własnej duszy. Ten strach nie ma nas jednak paraliżować, lecz motywować do dbałości o życie w łasce, o głęboką relację z Chrystusem. Nie jest to relacja jak każda inna, lecz więź szczególna, najważniejsza w naszym życiu. Jezus zapewnia, że jeżeli tylko wybieramy Go dzień po dniu, aby na relacji z Nim budować nasze życie – On sam stanie się dla nas ratunkiem i schronieniem w obliczu największych prześladowań i oszczerstw.
Jako wspólnota Kościoła wierzymy, że Chrystus ponownie przyjdzie w chwale. Wówczas ujawni to, co teraz jest dla naszych oczu zakryte; ukaże zamysły serc, odkryje ów prawdziwy fundament naszego życia, owoce naszego głoszenia i świadectwa.
Obyśmy mogli wówczas powiedzieć za św. Pawłem: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego”. (2 Tm 4, 7- 8)
Jezus powiedział:
«Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”». (Łk 17, 7-10)
Jezus znowu proponuje nam solidną „rewolucję” w sposobie myślenia. Na ogół bowiem wyświadczając komuś dobro myślimy, że zyskujemy zasługi, bądź wyrządzamy komuś łaskę. Stąd często oczekujemy w zamian za nasze dobro lub naszą ofiarność wdzięczności a przynajmniej docenienia. Tymczasem by ofiarować komuś miłość trzeba ją najpierw otrzymać. Można by zatem powiedzieć, że nie dajemy nigdy od siebie, ale czerpiemy z tego, co otrzymaliśmy od Boga lub od innych. Przypomina mi się motto książki, której współautorem jest o. Maksymilian Nawra OSB, gdzie pisze: „Dzielę się tym, co otrzymałem”.
Jest to ten sam sposób myślenia, który w swojej słynnej maksymie charakteryzuje o. Richard Rohr, który mówi, że „doświadczenie wiary chrześcijańskiej jest bardziej odejmowaniem niż dodawaniem, zgodą na tracenie niż na zyskiwanie”. W tę tezę doskonale wpisuje się dzisiejsza Ewangelia, albo innymi słowy ta teza dobrze wpisuje się w ewangeliczne myślenie, które pragnie zaszczepić w nas Chrystus. Jezus zaprasza nas do takiego właśnie patrzenia na nasze życie – jak na dar, z wdzięcznością. Możemy oczywiście zamknąć się na dar i go odrzucić, zarówno ten, który chce nam ofiarować człowiek, jak i ten, który chce nam podarować Bóg. Jeśli jednak godzimy się już przyjąć dar, a zwłaszcza dar miłości, to trzeba pamiętać, że jeśli otrzymanej miłości nie dajemy innym, to ona umiera. Człowiek, który bierze miłość, ale nie rozdaje jej, utwierdza się w postawie duchowego egoizmu a jego serce podobne jest do worka bez dna.
Medytacja jest doświadczeniem otwartości na łaskę i na miłość Chrystusa, która przychodzi zawsze wraz z Jego obecnością i słowem. W medytacji to Chrystus przez swoje słowo staje się naszym Sługą, który wypełnia nas swoją miłością, po to, abyśmy mogli z niej czerpać zarówno dla siebie jak i dla innych. Stąd tak konieczna jest w medytacji postawa otwartości i wdzięczności. Otwartości, by móc jak najlepiej otworzyć się na Bożą łaskę i wdzięczności, by mieć w sobie poczucie, że wszystko, co otrzymujemy jest darem. Kiedy będziemy o tym pamiętać łatwiej będzie nam dzielić się owocami, które praktyka medytacji zaszczepia i rozwija w naszym życiu.
Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: „Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat pojmie ją za żonę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu”. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy pojął żonę i zmarł bezdzietnie. Pojął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».
Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.
A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzewie, gdy Pana nazywa „Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba”. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją».(Łk 20, 27-38)
Pośród piękna jesiennych liści, rodzi się pytanie – o umieranie. Jeśli w umierających liściach widzimy piękno i nie budzi to lęku lecz zachwyt, to dlaczego z podobnym zachwytem nie przyjmujemy ludzkiego przemijania?
W przywoływanym każdej niedzieli wyznaniu wiary, czyli CREDO powtarzamy: „Wierzę w zmartwychwstanie ciała”. Listopadowe odwiedziny cmentarzy u większości nawiedzających je pozostawiają refleksje o rozłące z drogimi zmarłymi i nierzadko rodzą pytania: Na czym polega zmartwychwstanie? Jak będzie po drugiej stronie? Czy spotkamy tam żonę, męża, dzieci, rodziców? To pytania, które często nasuwają się nam, gdy myślimy o końcu…
Z podobnymi dylematami przyszli do Jezusa Saduceusze. Trudno powiedzieć czy byli naprawdę ciekawi, choć nie wierzyli w zmartwychwstanie, czy jedynie chcieli – jak niejednokrotnie dotąd – wystawić Jezusa na próbę, ośmieszając przeciwne ich przekonaniom poglądy?
Zwróćmy uwagę na to, że również dzisiaj niewiara w zmartwychwstanie jest często spotykana wśród ludzi, podobnie jak niewiara w Boga. I równie często próbuje się argumenty strony przeciwnej czyli wierzących zbić lub ośmieszyć. Ale również wśród wierzących rozmowy o życiu wiecznym są rzadkim tematem a gdy już się pojawiają, to często w tonie żartobliwym. Tymczasem to temat bardzo poważny, bo dotyczy tego, co jest (a przynajmniej powinno być) celem naszego życia, nadającym sens wszystkim innym jego aspektom.
Jako ksiądz miałem przywilej towarzyszenia wielu ludziom, gdy odchodzili z tego świata. To mi uzmysłowiło, że w obliczu śmierci pytamy zazwyczaj o dwie kwestie: Po pierwsze, spoglądamy w przeszłość i pytamy, ile warte było nasze życie? Św. Jan od Krzyża napisał, że u kresu naszych dni będziemy sądzeni z tego, jak i czy naprawdę kochaliśmy!?
Okazuje się jednak, że to pierwsze pytanie nie jest wystarczające, nadchodząca śmierć każe nam również patrzeć w przyszłość, by zapytać: dokąd zmierzamy, co będzie po drugiej stronie? Można powiedzieć, że podobnie jak w całym naszym życiu, jak i w obliczu tego, gdy odchodzimy z tego świata, szukamy nadziei.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus naucza nas, że przez śmierć idziemy do życia. Idziemy do zmartwychwstania, choć życie zmartwychwstałych jest odmienne od tego na ziemi, bo jest pełnią życia w Bogu.
Jezus odpowiadając na pytanie saduceuszy odwołuje się do historii Mojżesza, któremu Bóg przedstawiając się powiedział, że jest On Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba, potwierdzając tym samym, że oni wciąż żyją. Nasz Bóg jest zatem Bogiem żywych a nie umarłych.
Jak komentował to św. Jan Paweł II wjendej z audiencji środowych: „życie człowieka po śmierci, podobnie, jak życie doczesne pochodzi z miłości Boga. Miłość oznacza pozostawanie w relacji. To właśnie ta relacja jest podstawą naszego doczesnego życia i wiary w życie po śmierci. Jeśli Bóg kocha mnie a ja Jego, to ta relacja miłości jest podstawą naszego trwania na wieki, gdyż Bóg kochając chce by osoba kochana była z Nim na zawsze”. I dodaje: „Bóg stworzył człowieka jako całość z duszą i ciałem i kocha nas w całości, więc i w całości nas ocali, czyli wskrzesi.
To właśnie ta miłość Boga chroni nas przed unicestwieniem. I wlewa w nas moc zdolną przezwyciężyć śmierć, podobnie jak została ona przezwyciężona przez Chrystusa.
Nasze zmartwychwstałe ciała będą tymi samymi ciałami, które mamy tu na ziemi, choć przemienionymi, co także potwierdza św. Paweł (por. 1 Kor 15, 35-58). To, co będzie cechowało ten nowy sposób życia to fakt, że nie będzie już zepsucia ani śmierci, że skończy się wszelkie cierpienie i kuszenie a każdy zostanie napełniony łaską w takim stopniu, w jakim umiłował Boga. Będziemy zatem o niebo bardziej niż teraz podobni do Boga, nie przed odcieleśnienie ludzkiej natury, ale raczej przez jej ubóstwienie i uduchowienie.
Jak jednak wyzbyć się lęku przed śmiercią i przemijaniem? Na to pytanie pięknie odpowiada kard. Robert Sarah: „Chrystus zwyciężył śmierć, ofiarowując się całkowicie Ojcu. <<W Twoje ręce oddaję ducha Mego>> – mówi Chrystus w chwili poprzedzającej swoją śmierć. Oto tajemnica! Jeżeli nie zawierzymy Bogu jak dzieci, Jemu pozostawiając naszą przyszłość, nigdy nie zdołamy uczynić gestu całkowitego oddania się, jaki stanowi istotę wiary. A tylko bezgraniczne powierzenie się Chrystusowi ma moc uzdrowienie naszych lęków”.
Św. Augustyn pisał: „niespokojne jest ludzkie serce dopóki nie spocznie w Tobie, Boże”. Zawierzenie się Bogu z ufnością jest właśnie tą drogą, która przynosi pokój naszemu sercu, eliminując często doskwierające nam lęki.
Nasze obawy umniejsza też fakt, że po tamtej stronie ujrzymy ponownie tych, których kochaliśmy. Oczywiście ta miłość też zostanie przemieniona, bo w relacjach ludzkich zawsze pozostaje jakiś brak, niedosyt, tęsknota. Jedynie miłość Boga jest w stanie zaspokoić wszystkie nasze głody, pragnienia, aspiracje czy tęsknoty.
Kiedy zanurzymy się w komunii z Bogiem i w Jego odwiecznej miłości – bo na tym właśnie polega zbawienie – to nie tyle żadne inne miłości nie będą nam już potrzebne do szczęścia, ile ostateczne szczęście w pełni odnajdując w Bogu i Jego miłości, również w tej miłości i komunii z Bogiem odnajdziemy innych ludzi, którzy wraz z nami i z Bogiem dzielili miłość już w tym życiu.
Dobiegający końca rok liturgiczny zaprasza nas do spojrzenia w wieczność. Święta Teresa z Lisieux powiedziała na łożu śmierci: „Nie umieram, ja wstępuję w życie”. Prośmy, abyśmy i my potrafili spoglądać w tamtym kierunku bez lęku i z nadzieją.
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A pewien człowiek, imieniem Zacheusz, który był zwierzchnikiem celników i był bardzo bogaty, chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest, ale sam nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić.
Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę».
Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie».
Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło».(Łk 19, 1-10)
Refleksja nad Ewangelią ostatniej niedzieli i „odnalezieniem” Zacheusza przyniosła pewną myśl dotyczącą doświadczenia medytacyjnego, jako zgody na to, by dać się odnaleźć Jezusowi i zaprosić go do swojego domu i swojego serca, gdzie Jezus pragnie się zatrzymać przez swoje słowo.
Medytacja jest w pewnym sensie poszukiwaniem Jezusa. Niemniej medytacja monologiczna wymaga od tego, kto ją praktykuje pewnego przesunięcia akcentów w stosunku do spopularyzowanej w Kościele Zachodnim medytacji dyskursywnej (np. ignacjańskiej). O ile w tej drugiej stawiamy na intelekt, wyobraźnię i aktywność medytującego w tym poszukiwaniu, o tyle w medytacji monologicznej (niedyskursywnej) stajemy bardziej w postawie gotowości, by zostać odnalezionymi przez Chrystusa, który przychodzi do nas w swoim słowie a konkretnie w jednym wezwaniu, które towarzyszy tej formie medytacji. Z tego względu medytacja monologiczna zmusza nas do porzucenia tego, do czego często jesteśmy przywiązani: pewnych schematów naszego myślenia, dyktatu naszego intelektu a co za tym idzie naszego „ja” i pewnego rodzaju duchowości nastawionej na naszą – ludzką aktywność na rzecz pewnej bierności wobec działania słowa i łaski, której ono jest nośnikiem.
Naturalnie medytacja jest drogą wiary, zakłada więc że nastąpiło już odnalezienie Chrystusa w wierze. Odnosząc się jednak do słynnego stwierdzenia Teilharda de Chardin, że „Jezus jest odwiecznym odkryciem” wiemy, że chrześcijaństwo jest doświadczeniem, w którym dokonuje się nieustanne odnajdywanie Boga. Jednym słowem w chwili kiedy uświadamiamy sobie, że znaleźliśmy Chrystusa musimy rozpocząć dalsze poszukiwania, gdyż jak pisze Jean Guitton w swojej książce Mój testament filozoficzny: „Z chwilą kiedy człowiek przestaje szukać, traci to, co już znalazł”. Innymi słowy im więcej się znajduje tym bardziej powinno się szukać. Zresztą sam Chrystus zachęca: „Szukajcie a znajdziecie” (Mt 7,7).
Kto odpowiada na tę zachętę Chrystusa nigdy nie może stanąć na stanowisku, że nie musi już dalej szukać. Na szlaku wiary wraz z każdym odnalezieniem pojawiają się nadzieje na nowe odkrycia…
Każda medytacja jest takim rodzajem zacheuszowej ciekawości. Jest chęcią spotkania Chrystusa, który przechodzi przez nasze miasto i nasze życie. Tylko wówczas, gdy będziemy nastawieni z ciekawością na spotkanie Jezusa mamy szansę rozpoznać Jego głos, który mówi do nas pomimo zgiełku, w który często jesteśmy zanurzeni. Słowo Jezusa jest słowem, które się nie narzuca z zewnątrz, ale dochodzi do nas od wewnątrz, dotyka naszego serca, spotyka się z nami w największej intymności naszego bytu. Jest to słowo, o którym Merton pisze, że „nie musi się narzucać, przekonywać czy indoktrynować, ale prowokuje przebudzenie, prowadzać do wolności. Jest to słowo, które nie szuka poklasku, ale domaga się zharmonizowania z rytmem naszego serca”.
Na koniec warto powiedzieć, że w doświadczeniu wiary szuka się nie po to aby więcej wiedzieć, ale bardziej kochać. Dlatego właśnie medytacja monologiczna dotyczy bardziej serca niż intelektu. Kto spotyka Jezusa nie koniecznie staje się bardziej inteligentny, ale staje się zakochany. To nie ktoś, kto wie by wywyższać się ponad innych, ale ktoś kto kocha, by lepiej służyć.