Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wędrując z Mędrcami drogą wiary

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon».

Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak zostało napisane przez Proroka: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

Wtedy Herod przywołał potajemnie mędrców i wywiedział się od nich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytajcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś, wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę.

A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, postępowała przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się z powrotem do swojego kraju. (Mt 2, 1-12)

Z dzisiejszej perspektywy może nas dziwić przerażenie i reakcja Heroda. Ale on doskonale znał reguły świata władzy, w którym żył, z jego podstępami, walką i intrygami. Królobójstwo było w czasach Imperium Rzymskiego czymś, o czym słyszało się na każdym kroku. Herod nauczył się, że jeśli chce utrzymać władzę nie może nikomu ufać, nawet tym, którzy zapewniali go o miłości i oddaniu.

Kiedy zatem usłyszał od Mędrców o nowo narodzonym królu żydowskim, od razu wiedział, że musi działać z zaskoczenia. To co dziś nazywamy przemocą, było w tamtych czasach po prostu skutecznym przeciw-działaniem.

Mędrcy także wiele wiedzieli o świecie, a pragnienie poznania było w nich tak silne, że pomimo niebezpieczeństw i trudów ruszyli w drogę.

Ewangelia pokazuje moment, gdy Trzej Królowie przybywają do Betlejem, ale nie wiemy, jak wyglądał początek ich drogi. Nadszedł jednak ten dzień, kiedy pożegnali bliskich, ostatni raz zajrzeli do swoich mądrych ksiąg i musieli ruszyć przed siebie.

Nie sposób poszukiwać Chrystusa i jednocześnie trwać w tym samym miejscu. Różnica między niepoprawnym marzycielem a chrześcijaninem polega na tym, że ten drugi naprawdę postanowił zmienić swoje życie, podczas gdy marzyciel, wędrując po meandrach swojej wyobraźni, wcale nie zamierza czegokolwiek zmieniać. Karmienie się marzeniami mu wystarczy.

Możemy oczywiście marzyć o nawróceniu, o uzdrowieniu naszych relacji z innymi, o poprawie jakości naszej modlitwy, ale jeśli nie zdobędziemy się na konkretny krok i działanie, nic się nie zmieni. Same dobre postanowienia, choćby były najbardziej wzniosłe – lecz nigdy nie wprowadzone w życie – nic tak naprawdę nie wnoszą do naszego duchowego rozwoju!

Mędrcy ze Wschodu, zanim dotarli do celu, spotkali się z Herodem. Dla nas jest to swoista katecheza, żeby liczyć się z trudnościami, które będą się pojawiać w naszej wierze. Wątpliwości, znużenie czy grzech, prędzej czy później zastąpią nam drogę. „Aby wiara stała się mocna, musi być wypróbowana, musi przejść przez tygiel doświadczeń, przez wiele prób i burz. Wiara powierzchowna, oparta jedynie na wychowaniu, uczuciu i pewnych przyzwyczajeniach, w obliczu trudności załamuje się. Bóg chce, by człowiek wierzący został w wyniku prób wiary ogołocony z tego, co stanowiło jedynie podpórki wiary; co nie było autentycznym przylgnięciem do Chrystusa, oparciem się na Nim i powierzeniem się Jemu” – pisze w książce Rozważania o wierze ks. prof. Dajczer. Mędrcy uczą nas swoją postawą, że problemy związane z poszukiwaniem Chrystusa nigdy nie mogą być powodem, by ogłosić kapitulację i ze spuszczoną głową wrócić do domu. Być może, tak jak w wypadku Mędrców, konfrontacja ze złem będzie ostatnim przystankiem przed odnalezieniem Boga.

W końcu Wędrowcy odnajdują Jezusa. Czy byli zdziwieni, gdy zobaczyli przed sobą zwyczajne niemowlę w nędznej grocie? Prawdziwa mądrość pozwala, by rzeczywistość zaskakiwała. A Pan Bóg objawia się często w sposób absolutnie zaskakujący. Mędrcy dlatego byli zdolni rozpoznać Króla w niemowlęciu z betlejemskiej stajni, bo wiedzieli, że prawdziwa potęga wcale nie jest otoczona pychą, że prawdziwa wszechmoc nie kieruje się przemocą, a miłość jest większa niż nienawiść.

Trzej Królowie dotarli na miejsce, ponieważ prowadził ich niezawodny znak – gwiazda. Tym znakiem dla nas jest słowo Boga i sakramenty.

Bez względu na to, jak długo będziemy iść i z jakimi przeciwnościami przyjdzie nam się mierzyć w życiu, one pozwolą nam dotrzeć do upragnionego celu.

Raz jeszcze podkreślmy to, że Bóg objawia się w sposób absolutnie zaskakujący. Jeżeli nie chcemy rozminąć się z Panem, warto być gotowym na niespodziankę. Chrystus objawi się w naszym życiu, ale zrobi to w sposób, który sam uzna za właściwy.

Jeżeli zatem – podobnie jak Trzej Mędrcy – nie przestraszymy się wyzwań, które czekają na nas na drodze wiary, to nawet jeśli przyjdzie nam doświadczyć tego, co w naszej wierze bywa niezwykle trudne jedno jest pewne, nie wrócimy z tej podróży tacy, jacy byliśmy.

Odkryć sens

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.

Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Dzięki Bogu, że mamy cztery Ewangelie. To tak, jak byśmy czytali o tym samym wydarzeniu w różnych gazetach. Ewangelista Mateusz mówi o Jezusie z perspektywy spełniających się nadziei narodu wybranego: Jezus jest jego Mesjaszem. Dla Łukasza Jezus to Nowy Adam, człowiek z krwi i kości, który był dzieckiem, miał rodzinę i dom. Dla Marka liczą się fakty, to, co Jezus zdziałał i co naprawdę się stało przez ostatnie trzy lata Jego życia.

I wreszcie mamy Ewangelię św. Jana, całkowicie różna od pozostałych, ale może dzięki tamtym łatwiej ją zrozumieć. Jest niczym tajemna księga pośród codziennych wiadomości, księga która sięga do tajemnicy samego Boga, do tego co było na początku, do tego do czego nie mają wglądu żadne, nawet najbardziej zaawansowane naukowe dociekania. „Na początku było Słowo a Słowo było u Boga i Bogiem było słowo…” Perspektywa, jaką ukazuje św. Jan, perspektywa stworzenia człowieka, perspektywa wybrania przez Boga konkretnego narodu, perspektywa konkretnego wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat nabiera pełnego światła w spojrzeniu ewangelisty, który podsumowuje historię świata stwierdzeniem, że ów świat ma głęboki sens! Że miał go od początku! I że ów sens odsłania się nam w historii, ale i w pojedynczym życiu każdego człowieka!

Chrystus – niemowlę i Boży Syn w jednej osobie, zapowiadany i przeczuwany jako Boża Mądrość – postanowił zamieszkać wśród nas (J 1, 14). Dosłownie tłumacząc tekst oryginalny musielibyśmy powiedzieć za autorem Księgi Mądrości Syracha, że rozbił swój namiot między nami i zaprasza, aby się schować w jego cieniu.

Nieco kłopotu może sprawić zrozumienie tych słów na początku stycznia, kiedy przestępując z nogi na nogę na przystanku autobusowym, bardziej tęsknimy za odrobiną słońca niż cienia.

Pamiętam jednak dobrze pielgrzymkę do Jordanii – podczas której cały dzień spędziliśmy na pustyni w pełnym słońcu, temperatura 50 stopni Celsjusza. Wtedy człowiek doświadcza jak tego upragnionego cienia bardzo brakuje. Dopiero po południu jeden z Beduinów zaprosił nas do swojego namiotu. Był to właściwie sam dach, bez ścian. Teoretycznie więc gorące powietrze miało wszędzie dostęp. A jednak była różnica. Odrobina cienia dawała wytchnienie.

Można zapytać: Co to daje, że Bóg zamieszkał pośród nas? Przecież zło dalej wkrada się do naszego życia. Przecież nie przestaliśmy się denerwować, kłócić, osądzać jeden drugiego. Wczorajsze kłopoty nie przestały nas martwić a tu dochodzą jeszcze ciągle nowe. O co więc chodzi? Czy kiedy mamy świadomość, że Bóg jest z nami, to jest inaczej?

Może jest tak, że wprawdzie dziś nie wszystko nam wyszło, ale Bóg daje kolejny dzień i kolejna nadzieję. Może dziś znowu pokłóciliśmy się z kimś, na kim bardzo nam zależy. Czy to oznacza koniec świata? Nie – bo Bóg jest hojny w swoim miłosierdziu: nie skąpi nam go i dodaje wiary w to, że zawsze możemy nauczyć się przebaczać. Razem z Nim ciągle zaczynać od nowa.

Jest jeszcze jeden szczególny moment, który przychodzi mi na myśl, gdy czytam dzisiejsze czytania. To czas spędzony z Bogiem, na modlitwie, na medytacji, na adoracji Najświętszego Sakramentu. Gdyby Jezus nie przyszedł na świat i nie nauczył na jak korzystać z takich chwil trwania przed Bogiem, jak wiele byśmy tracili!? Każdy z nas skarży się dziś na zabieganie: tysiąc spraw, setki napotkanych ludzi, problemów, sprzeczek. I na koniec dnia pół godziny spędzone w obecności Boga, kiedy to wszystko mogę zostawić. Sprowadzić do właściwych rozmiarów. Oddać to Bogu, który zachęca nas mówiąc: „Przyjdźcie do Mnie, kiedy jesteście utrudzenia i obciążeni a Ja was pokrzepię” .

Choćby nie wiem jak posypały nam się plany minionego, choćbyśmy opadli z sił i zostali pokonani przez nasze słabości On zaprasza nas byśmy odpoczęli w Jego cieniu, abyśmy – jak o tym pisze dziś św. Paweł – pozwolili by Bóg wlał w nas ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego i światłe oczy serca, byśmy wiedzieli, jak postępować, byśmy na nowo odnaleźli nadzieję naszego życia i powołania. (por. Ef 1, 15-18)

Jakiś twardogłowy racjonalista mógłby stwierdzić, że takie rozważania nie mają sensu… Co z tego, że wieczorem oddam Bogu moje problemy, skoro i tak następnego dnia one do nas wrócą i znów będziemy musieli się z nimi zmagać.

Stwierdzenie, że coś nie ma sensu, jest jedną z najczęściej używanych form oburzenia i dezaprobaty. Domagamy się sensu. Ale jakiego? Domagamy się sensu „dla nas”, już, tu i teraz. Można powiedzieć, że żyjemy w nieustannej tyranii sensu! Tymczasem taka uzurpacja jest wrogiem życia duchowego, bo sens jest nam dany, darowany, odsłaniany przed nami z czasem, a nie wydarty Bogu i światu na siłę.

Matka Teresa z Kalkuty zapisała w swoich rozważaniach: „Zasypiać głęboką nocą, uznając, że nie rozumiem wydarzeń tego świata i wydarzeń mojego życia, to wielki akt wiary. Wiary w jutro. Wiary, że historia się nie kończy, a Pan Bóg rano zmartwychwstanie i dokończy dzieła, bo w dziejach świata i człowieka nic nie dzieje się bez Jego zgody”.

Jest takie słowo w języku hiszpańskim, które przychodzi mi na myśl w kontekście tych rozważań a którym często posługują się Hiszpanie a które długo mnie denerwowało zanim nie zrozumiałem jego znaczenia: to słowo mañana, czyli dosłownie jutro rano. Mój kolega pracujący w Boliwii jako misjonarz mówił, że jego, podobnie jak wielu Europejczyków, który przyjeżdżają do Ameryki Południowej to słowo irytowało, bo on chciałby wszystko na dziś, na zaraz… Tymczasem ten prosty zwrot: mañana to obrona przed uzurpacją naszego umysłu – że muszę wszystko zrozumieć i skończyć dzisiaj, teraz. Mañana, czyli jutro też jest dzień. Świat jest Boży i Bóg dokończy objawiać sens codziennych zdarzeń. Musze tylko umieć na to poczekać. Umieć zaufać!

Jeden z wielkich współczesnych misjonarzy Ameryki Południowej, święty człowiek ojciec Giovanni Salerno, którego miałem szczęście poznać, pracujący od ponad 30 lat w wysokich Andach wśród indiańskich plemion, którym niesie Chrystusa powiedział mi kiedyś że słowo mañana, które człowiekowi Zachodu uwikłanego w dyktaturę pośpiechu kojarzy się z gnuśnością i lenistwem, jest tak naprawdę jedną z najpiękniejszych modlitw wieczornych. „Nie mówimy mañana rano, kiedy cały dzień w naszych rękach, ale mówimy mañana wieczorem, uznając, że ja nie jestem Bogiem, że świat się jeszcze nie skończył, że jutro Bóg w nowy sposób ukaże, jak wielkie sensy można odnaleźć w rzeczach małych, a ostateczny sens odnaleźć można jedynie w Bogu”.

Mañana to prośba o cierpliwość w odkrywaniu sensu świata i sensu mojego życia, które często Bóg pozwala nam odnajdywać powoli, bo to ostatecznie On jest Panem czasu i wieczności.

Dla mnie osobiście Janowy Prolog jest właśnie takim kluczem do odkrywania sensu, bo uzmysławia mi, że te słowa, które czytamy możemy przyłożyć do najmniejszej części naszego życia, aby zostało napełnione Bożym Życiem i Światłem, pod warunkiem, że nie przestaniemy wierzyć, że Słowo Przedwieczne wciąż działa między nami i w nas, mając moc ożywiania,  oświecania i przemieniania każdego, kto tym słowem żyje na co dzień.

Theotokos

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli, co im zostało objawione o tym dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, zdumieli się tym, co im pasterze opowiedzieli.

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to zostało przedtem powiedziane.

Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał Anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2, 16-21)

Początek nie jest wszystkim, ale od początku wiele zależy, chociażby w sporcie. Wyjście z progu, oderwanie od bloków startowych, czy pierwsza bramka mogą mieć wpływ na późniejsze zwycięstwo.

Coś podobnego ma miejsce w życiu duchowym. Kiedy rozpoczynamy bez Boga, to już coś tracimy. Kiedy jednak zawierzymy Mu „od początku”, to możemy być pewni, że On nas nie opuści, że nas poprowadzi. Tak się dzieje na początku każdego roku kalendarzowego.

Kiedyś w Nowy Rok obchodzono święto nadania Imienia Jezus, bo po ośmiu dniach Chrystus Pan został obrzezany i nadano Mu imię, którym Go nazwał anioł przy zwiastowaniu. Dziś jest to Uroczystość Bogurodzicy – Tej, która porodziła Wcielone Słowo, gdy nadeszła pełnia czasu.

Maryja jest początkiem odkupienia, ale jest też, nawet jeśli o tym nie pamiętamy, przewodniczką po każdej chwili naszego życia. Wiele jednak zależy od naszej decyzji, od tego czy damy się Jej poprowadzić. Maryja ma bowiem tym większy na nas wpływ, im mocniej Jej orędownictwa pragniemy. Ważne jest zatem, aby na początku nowego roku Jej, a w Niej samemu Jezusowi oddać siebie i wszystko zawierzyć. Z miłością i ufnością! Ona, nasza Matka, niczego nie pragnie bardziej niż tego, aby Bóg nam błogosławił i nieustannie wylewał na nas swoje miłosierdzie.

Kardynał Robert Sarah pisze w swojej książce: Pismo Święte wielokrotnie uzmysławia nam, że na Boga nie da się patrzeć, aby nie stracić życia. Silne światło potrzebuje filtru. Jan Ewangelista spędził z Jezusem wiele lat, wydaje się, że dobrze Go poznał, ale gdy na wyspie Patmos podczas widzenia, które towarzyszyło pisaniu Apokalipsy zobaczył Zmartwychwstałego, upadł jak martwy na ziemię. Na słońce możemy spojrzeć jedynie wtedy, gdy przesłania je księżyc. Takim księżycem jest Maryja, która odbija blask swojego Syna. To dzięki niej możemy spojrzeć w twarz samemu Bogu, w przeciwnym razie nie przeżylibyśmy tego spotkania. Jeśli zatem widzisz ciemność w swoim życiu, to może właśnie dlatego, że jesteś bliżej Boga, niż mógłbyś sądzić?

I jeszcze jeden cytat z kard. Saraha:

Tak często ulegamy pokusie dostosowania świata do siebie i swoich wyobrażeń, tymczasem Maryja uczy nas właściwej perspektywy. Pewnie byłoby prościej: modlę się, korzystam z sakramentów, otrzymuję światło, a moje życie staje się pasmem radości. Ja daję, Bóg błogosławi. Sprawiedliwie, czyli po mojemu.

Maryja pokazuje nam jednak coś innego: jeśli chcesz wzrostu, pozwól Bogu być Bogiem, pozwól Mu działać w swoim życiu, tak jak On chce. [słowa wypowiedziane w Niepokalanowie w 2017 r] 

Kiedy czytamy hymn Magnificat warto dostrzec, że nie ma w nim ani jednej prośby, żadnego lamentu nad niesprawiedliwym losem w rodzaju: „Nie podołam”, „Dlaczego ja?”, „Miałam przecież inny pomysł na życie”. Jest jedynie wdzięczność i zaufanie, że Bóg wie najlepiej, co jest dla człowieka dobre.

Maryja nigdy nie uległa kuszącemu stwierdzeniu, któremu ulega dzisiaj wielu współczesnych chrześcijan: „W życiu musi być po mojemu, Bóg powinien się dostosować”.

Tymczasem Maryja nawet z tego, co człowiekowi ciąży najbardziej, czyli z samotności czy rutyny, uczyniła swoją drogę do świętości. Bez narzekania, bez postawy cierpiętniczej.

Weryfikacją dojrzałości naszej wiary nie jest wcale zadowolenie ze swojego życia, podziw u innych, czy ewangelizacyjne sukcesy. Sprawdzianem autentyczności więzi z Chrystusem jest postawa pełnego ufności zawierzenia. Tego właśnie pragnie nas nauczyć Święta Boża Rodzicielka.

Niech zatem rok, który rozpoczynamy będzie też Jej rokiem, abyśmy zawierzając się Jej opiece i ucząc się od Niej byli zawsze pełni wdzięczności i radości płynącej z wiary, która usuwa lęk, ocala i zbawia…

Stary – Nowy Rok

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Tak to się dzieje już od wieków, że w ten dzisiejszy wieczór, ludzie się cieszą, tańczą; strzelają fajerwerki, petardy i korki szampanów. Płynie między ludźmi potok życzeń. A pośród nich przemija bezpowrotnie postać tego świata. Tej nocy, kiedy tak szczególnie uświadamiamy sobie, że za nami kolejny wielki krok, życzymy sobie, aby to przemijanie było lepsze niż w kończącym się roku.

Tej nocy, zegar wybije nie tylko nowy czas jaki mamy przed sobą, ale również ten miniony, i przypomni, że „czas ucieka, i wieczność czeka”.

Ostatnie tygodnie i dni poprzedzające zakończenie starego roku, pełne są gorączkowych podsumowań, bilansów, raportów, sprawozdań i różnego rodzaju rozstrzygnięć. Ludzie liczą dochody, zyski, wydatki i straty; w telewizji, w radio mówią a w prasie piszą o najważniejszych wydarzeniach w kraju, na świecie, w polityce, w gospodarce, w kulturze i sporcie; ogłasza się zwycięzców: sportowca roku, kobietę roku, polityka roku, biznesmena roku.

A wszystko to splecione jest z minionymi zwycięstwami i porażkami, radością i łzami, nadziejami i tragediami, szczęściem i bólem, życiem i śmiercią, pokojem i niepokojem. W jednym zakątku świata ktoś się śmieje i cieszy, w innym ktoś płacze bo nie widzi żadnego światła do życia.

Dlatego warto w ostatnim dniu Roku Pańskiego 2019 zrobić sobie swoisty rachunek sumienia i zapytać siebie: Jaki był miniony rok? Nie w złotówkach i liczbach, ale w człowieczeństwie i w wierze.

Co dzisiaj mówi mi moje sumienie? Jak wykorzystałem dany mi przez Boga czas?

Kończy się kolejny etap mojego i Twojego życia.

Dlatego niech mi będzie wolno przywołać w tym miejscu mądrzejszych ode mnie:

Kardynał Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI napisał: „Minione dni tracą z dzisiejszej perspektywy wiele ze swej ostrości, a poniesione wczoraj, dziś już prawie zapomniane wysiłki pozwalają nam ufniej i spokojniej patrzeć w przyszłość, ponieważ zło, które może się pojawić jutro, tak samo minie jak to, które groziło nam w roku odchodzącym. Wraz ze starym rokiem mijają nie tylko dni przykre i złe, ale zapada w przeszłość także to, co było piękne w tym roku. Im bardziej przesuwa się nasze życie poza granice wieku dojrzałego, tym bardziej to, co dawniej widzieliśmy w kategoriach przyszłości lub współczesności, traktujemy dziś już jako przeszłość. Nie możemy zawołać: «chwilo pozostań, jesteś taka piękna». A zatem ostatnia godzina starego roku zmusza nas do zadumy nad sensem czasu.

Człowiek naszego stulecia ma więcej czasu. Medycyna przedłuża ludzkie życie. Ale czy naprawdę człowiek współczesny posiada więcej czasu? Może to nie człowiek posiada więcej czasu, ale raczej czas posiadł bardziej człowieka? Większość ludzi najmniej czasu ma dla Boga. Twierdzą, że muszą go mieć dla siebie. Tymczasem – czy istotnie mamy czas dla siebie? Chyba tego czasu – także dla siebie – najbardziej nam brak. Życie płynie jakby obok nas. Może więc prawdziwym czasem człowieka, czasem ocalonym jest ten, który mamy dla Boga?” (J. Ratzinger, „Dogma und Verkündigung”, s. 397, 402; cytat za: Służyć Prawdzie, Poznań 1983, s. 379).

Powyższe słowa – Benedykta XVI – pragnę dziś zadedykować każdej i każdemu z was, dokonującym podsumowania, bilansu, minionych dni w swoim życiu.

Ale chcę też zatrzymać się na chwilę na słowach z „Prologu” Ewangelii św. Jana.

Uświadamiają nam one nasze miejsce w czasie i naszą relację do Pana Boga, gdyż jak to czytamy w prologu Ewangelii św. Jana: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami” (J 1,14). I tak oto rozpoczęła się szczególna historia naszej więzi z Panem Bogiem, który w Jezusie Chrystusie „zechciał zstąpić w krótki i przemijający dzień doczesności” (św. Augustyn); wszedł w ludzką doczesność, naszą doczesność, Twoją i moją.

Dzisiejsza Ewangelia mówi nam zasadniczą prawdę: Należymy do Boga, ku Bogu zmierza nasze życie. Wszyscy żyjemy „w środowisku Bożym”. Bóg jest Panem historii i czasu. „Na początku było Słowo…Bogiem było Słowo”. Dzieje świata wyszły od Boga i dzieje świata ku Bogu zmierzają. Jesteśmy na progu nowego czasu. Ten czas ma na imię rok 2020. Także ten czas zmierza ku Bogu. To jest także czas dany nam po to, byśmy umieli rozpoznać Słowo, obecność Boga w naszym życiu. Muszę pamiętać, że Słowo-Jezus przyniosło światło wiary. To światło On pragnie wnosić w nasze życie każdego dnia, bo ono nigdy nie pozwoli nam zapomnieć, że każda i każdy z nas ze swoim życiem zmierzamy ku Bogu. Ta świadomość jest źródłem nadziei człowieka wierzącego, chroni go od zwątpienia w chwilach trudnych i skłania do wdzięczności w chwilach radosnych.

Czy spoglądając wstecz potrafimy dostrzec, że te 364 minione dni były dla nas miejscem obecności Boga i Jego działania w naszym życiu? Prośmy, abyśmy tej Bożej obecności nie przeoczyli także w nadchodzącym roku.

Dzisiaj jest dobry dzień, aby dziękować, przepraszać, i prosić:

– dziękować za wiarę, a przepraszać za obojętność i prosić o wytrwałość;

– dziękować za nadzieję, a przepraszać za poddawanie się zwątpieniu i prosić o umocnienie;

– dziękować za miłość, a przepraszać za niewierność i prosić o wzrastanie w miłości;

– dziękować za każde dobro, a przepraszać za niewdzięczność i prosić o potrzebne nam w codzienności Boże dary;

– dziękować za każdą chwilę, a przepraszać za stracony czas i prosić byśmy nigdy nie przestali go widzieć, jako dar od Boga.

– dziękuje dziś także Bogu za każdego spotkanego człowieka, którego Bóg postawił na drodze mojego życia, za wszelkie dobro, przepraszam jeśli coś było nie tak, i proszę o tak bardzo potrzebną modlitwę.

W tym miejscu, również pragnę podziękować Wam, którzy jesteście czytelnikami tego bloga, trwającym na drodze medytacji we wspólnocie z nami lub poza nią za Waszą obecność, za życzliwość i modlitwę. Niech dobry i miłosierny Bóg Wam wynagrodzi Wasz trud, Wasze dobre serca i Waszą ofiarność.

Szczególnie chcę Panu Bogu podziękować za to dobro, któreśmy mogli razem wspólnie tworzyć podążając ścieżką medytacji monologicznej a jednocześnie wspólnie idąc drogą wiary.

A w ramach życzeń pozwólcie, że przywołam słowa Św. Pawła Apostoła: „Słowo Chrystusa w Was przebywa z całym swym bogactwem”, abyście przeżywali wasze codzienne sprawy „pod wpływem łaski, śpiewając Bogu w waszych sercach”. „Wszystko, cokolwiek czynicie słowem lub czynem, wszystko czyńcie w Imię Pana naszego Jezusa, Dziękując Bogu Ojcu przez Niego”.

Niech ten Nowy Rok okaże się dla Was i Waszych bliskich prawdziwie błogosławiony i pełen pięknych chwil przeżywanych w jedności z Bogiem i z Jego Słowem oraz z ludźmi. Szczęść Boże!

Tajemnica świętej Rodziny

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”.

A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia”. On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela.

Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w stronę Galilei. Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: „Nazwany będzie Nazarejczykiem”. (Mt 2, 13-15. 19-23)

Dokonała się tajemnica wcielenia Syna Bożego.

To, co wydawało się niemożliwe, stało się rzeczywistością: „Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami”. Rodzina ludzka stała się rodziną samego Boga, w której Zbawiciel będzie rósł, nabierał mocy, napełniał się mądrością i w której spełni swe życie. To, co nosiło – i nosi – w sobie znamiona zwyczajności, staje się miejscem wyjątkowym, jedynym i niepowtarzalnym. Staje się kolebką życia i świętości.

Na czym więc polegała tajemnica szczęścia Świętej Rodziny poza niezwykłą, bo cielesną obecnością Boga? Na pewno nie na bogactwie, przepychu i pozycji w społeczeństwie, co widać po stajni betlejemskiej czy domu w Nazarecie. Tajemnica ta musi tkwić w czymś głębszym…

Można by ulec pokusie – jak wielu czyni to w Internecie – by w święto Świętej Rodziny zapytać, dlaczego życie naszych rodzin tak często nie jest podobne do życia Świętej Rodziny, można  by ponarzekać sobie nad współczesną rodziną i dokonać krytycznej analizy naszego rodzinnego życia. Pytanie tylko, czy byłoby to ewangeliczne podejście do sprawy!?

Po pierwsze: sądzę, że każdy z nas spotyka zarówno rodziny obolałe i smutne, jak również rodziny piękne i tętniące życiem, również tym Bożym życiem. Po drugie: od ciągłego powtarzania, że świat jest zły z pewnością nie staje się on lepszy. Po trzecie wreszcie, wobec tego, że mamy szansę spojrzeć na wspólne życie Maryi, Józefa i Jezusa może warto znaleźć w niej inspirację dla naszych rodzin, dla umocnienia tego, co dobre i uzdrowienia tego, co takie nie jest.

By jednak Święta Rodzina stała się dla nas inspiracją warto zadać sobie kilka ważnych pytań: Jacy oni byli na co dzień? W Betlejem, gdzie narodził się Jezus; w Egipcie, gdzie musieli uciekać przed gniewem Heroda; w Jerozolimie, gdzie Maryja i Józef na chwilę zgubili Jezusa i wreszcie w Nazarecie, który był ich rodzinnym miastem? Co było źródłem ich szczęścia pomimo tak wielu trudności, przez które musieli przejść?

Fundament szczęścia członków tej szczególnej Rodziny zawarty jest we wnętrzu ich serc, w ich wzajemnej miłości i odpowiedzialności za siebie. Nikt z nich nie jest samotny, bo mają siebie i o tym doskonale wiedzą. Każde z nich wie, że jest u siebie i że jest potrzebne innym: Józef Maryi i Dziecku, Maryja Jezusowi i mężowi, Syn swej Matce i ziemskiemu ojcu. Są sobie potrzebni, by wzrastać w miłości i w nią wierzyć.

Trudno też powiedzieć, jak Maryja i Józef radzili sobie ze świadomością, a może presją, która towarzyszyła im od poczęcia Jezusa, że Bóg ich wybrał i uczynił częścią swojego planu? Może się przyzwyczaili to tego nadzwyczajnego Bożego wyboru? A może wręcz przeciwnie?

Nie ma zbyt wielu źródeł, by znaleźć odpowiedzi na te pytania, dlatego tym uważniej warto się wczytywać w Ewangelię opowiadająca o życiu Świętej Rodziny. Zwłaszcza święty Łukasz opisując Jej życie wielokrotnie powtarza, że rodzice Jezusa postępowali zawsze zgodnie z poleceniami Prawa Pańskiego. W Izraelu zawsze panowało przeświadczenie, że wierność Prawu to wierność Bogu. A fundamentem tej wierności jest zawsze miłość Boga i człowieka.

Jeśli sobie uświadomimy, że Ewangeliści opisujący historię Świętej Rodziny mogli czerpać wiedzę o Jej prywatnym życiu z osobistych rozmów z Maryją, to stają się oni dla nas świadkami pierwszoplanowymi. Możemy zatem traktować Ewangelię (zwłaszcza Łukasza i Mateusza, którzy szeroko opisują dzieciństwo Jezusa) jako, dziennik duszy samej Maryi. Nie ma więc przypadku, że w czytanym dziś fragmencie tak, jak w wielu innych momentach mowa jest o absolutnym posłuszeństwie Bogu, który dwukrotnie przychodzi do Józefa we śnie, oraz o odpowiedzialności za powierzonych przez Boga członków Rodziny.

Święta Rodzina uczy nas, że posłuszeństwo woli Bożej, nie każe się wyrzekać swej woli, nie niszczy indywidualności, nie zabiera nic z tego, co ludzkie, ale to wzmacnia. Jest to posłuszeństwo, które zawsze chroni; więcej staje się światłem i siłą twórczą, otwierającą na przygodę życia z Bogiem.

Jacy zatem Oni byli? Maryja, Józef, Jezus. Na czym polega tajemnica niepowtarzalności i świętości życia Świętej Rodziny!? Warto znaleźć odpowiedź na to pytanie, jeśli marzymy by nasze rodziny choć trochę przypominały tę Rodzinę z Nazaretu.

Otóż nie ma żadnej tajemnicy! Ich szczęście podobnie jak szczęście każdej rodziny wyrasta z wzajemnej miłości, szacunku i odpowiedzialności za siebie wszystkich jej członków. To te zwykłe cechy sprawiają, że nasze domy nie są tylko domami, gdzie mieszkamy, ale gdzie czujemy się bezpieczni; gdzie rozumiemy innych i jesteśmy przez innych rozumiani.

Ale Święta Rodzina zaprasza nas także byśmy odkrywali nasze rodzinne szczęście i pomoc, która do niego prowadzi we wsłuchiwaniu się w Słowo Boże. Gdyż to właśnie w słowo Boże ciągle na nowo przypomina nam, że każda rodzina w oczach Bożych jest ważna i święta, nawet jeśli nie świętością jej członków, to mocą sakramentu, który ją wiąże i umacnia. To słowo Boże uczy nas, tak jak uczyło Świętą Rodzinę doceniać i być wdzięcznymi, że mamy siebie i że każdy z domowników jest potrzebny innym: Mąż żonie, żona mężowi, rodzice dzieciom, dzieci rodzicom.

Jesteśmy sobie potrzebni, by wzrastać w miłości i w tę miłość nigdy nie zwątpić.