Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Męczennik miłości

Jezus powiedział do swoich Apostołów:

„Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić.

Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10, 17-22)

Co roku trochę się dziwię, dlaczego Kościół dzień po Narodzeniu Chrystusa świętuje męczeństwo Szczepana!? Przecież to zupełnie nie pasuje do charakteru tych świąt. Ich atmosfera zostaje od razu zachwiana: zamiast dłużej cieszyć się przyjściem Jezusa na świat, słuchamy słów o podziałach i śmierci.

Jednak śmierć Szczepana nie jest przeciwstawiona narodzinom Zbawiciela. Święty Łukasz, autor Dziejów Apostolskich, celowo pisze w taki sposób, żeby w męczeństwie Szczepana pokazać kontynuację i powtórzenie śmierci Jezusa: począwszy od oskarżenia o bluźnierstwo, przez przebaczenie prześladowcom, aż po powierzenie swojego ducha Bogu. Patrząc z tej perspektywy męczeństwo Szczepana jest jedynie wypełnieniem słów Jezusa: „Uczeń nie przewyższa nauczyciela (…). Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak nauczyciel” (Mt 10, 24n).

Oczywiście można na to wydarzenie popatrzeć jedynie po ludzku. Można spróbować zasugerować, że śmierć Szczepana to było jedno wielkie nieporozumienie!?…

Przecież Szczepan nie miał nikogo nauczać. Powierzono mu zupełnie inną misję w Kościele.

Apostołowie ustanowili siedmiu diakonów, aby obsługiwali stoły – rozdzielali jałmużnę wdowom i opiekowali się ubogimi we wspólnocie. Dzięki temu dwunastu mogło bez reszty poświęcić się głoszeniu dobrej nowiny.

Dziś ktoś mógłby westchnąć: Po co Szczepan pchał się do tego, o co go nie proszono, do czego nie miał odpowiedniego przygotowania i przez co w konsekwencji zabrakło mu zręczności wypowiedzi w dyskusji z przeciwnikami. Popełnił błąd nowicjusza i spotkało go to, co go spotkało…

Historia Szczepana jest nie tylko kamieniem obrazy dla ludzkiego sposobu planowania. Bóg przyjmuje ofiarę życia świętego i pokazuje, że Jego ścieżki niekoniecznie pokrywają się z naszymi kalkulacjami.

Jest jednak coś o wiele istotniejszego w tej historii. Czy to przypadek, że pierwszym męczennikiem nie jest „zawodowy” kaznodzieja, ale człowiek odpowiedzialny za dzieła miłosierdzia, i to te najbardziej ziemskie: względem ciała? To pokazuje, że nie ma w Kościele funkcji mniej i bardziej znaczących. Szukanie w Kościele równości nie polega na „uduchowieniu” wszystkich powołań, ale na docenieniu każdego w jego niepowtarzalności.

Pierwszy męczennik oddawał się dziełom miłosierdzia. Stał na straży miłości we wspólnocie. Nic dziwnego, że wysunął się na prowadzenie wśród męczenników – istotą męczeństwa nie jest bowiem ani cierpienie, ani poglądy, ze względu na które jest się prześladowanym, ale miłość, która rzuca wyzwanie temu, co jest brakiem miłości.

Święty Szczepan uczy nas czegoś jeszcze: W obliczu śmierci czy prześladowania nie ma czasu na błahe sprawy. Na układanie zdań i argumentów. Jest czas na powiedzenie tego, co najważniejsze. Bo może już nigdy nie będzie okazji, żeby to powiedzieć. W chwilach najważniejszych nie chodzi o dobór słów, ale o prawdę życia. I o tę prawdę wypowiedzianą w trudnych chwilach modlimy się dzisiaj. Żeby Duch Święty był z nami i dopomógł wypowiedzieć ważne słowa wtedy, gdy zaistnieje taka potrzeba.

W naszych wewnętrznych dyskusjach, z prawdziwym czy wyimaginowanym przeciwnikiem, toczymy niekończące się dysputy i rozważania: a jeśli ja mu powiem tak, to on mi odpowie, albo i tak nie zrozumie, a czemu miałby mnie zrozumieć, przecież mnie skrzywdził… i tak w nieskończoność.

Tymczasem Duch Święty działa nie tylko w moim sercu, ale i w sercu mojego adwersarza. W nim także dzieje się jakaś historia.

Dzisiejsze święto uświadamia nam, że męczeńska śmierć Szczepana związała jego los na zawsze z losem świętego Pawła – jego prześladowcy. Zgodnie z prawem mojżeszowym Paweł był za młody, by wykonywać wyrok kamienowania, dlatego stał i patrzył, pilnując rzeczy prześladowców. Słyszał słowa Szczepana, które w jego uszach brzmiały jak bluźnierstwo. A jednak to, co usłyszał, i zbrodnia, której się przyglądał, coś na zawsze w nim zmieniły. Choć trzeba było jeszcze czasu, aby prześladowca chrześcijan, zmienił się w Pawła, przyjaciela Jezusa i brata Szczepana.

Myślę, że ta historia przypomina nam, że musimy nieustannie czuwać nad naszym słowem i nad naszą postawą. Naszym zadaniem, jako uczniów i świadków Chrystusa jest żyć w prawdzie, a w chwili najważniejszej mieć odwagę tę prawdę wypowiedzieć. Mieć odwagę przyznać się do Chrystusa, także wówczas, gdy nic po ludzku nie będziemy mieli do zyskania a wszystko do stracenia.

Bóg, który rodzi się dla wszystkich

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Czytając dzisiejszą Ewangelię, możemy sobie wyobrazić, że to początek scenariusza do filmu fantastycznego. A jednak przytoczony przez Jan opis, to nie fantazja, to rzeczywistość, choć do dziś nieprawdopodobna i dla wielu trudna do przyjęcia. Wszechmocny Bóg, stwórca wszechświata przychodzi na świat, aby zaprzyjaźnić się ze swoim stworzeniem; więcej, aby ofiarować mu w darze swoją miłość i swoje życie. Aby na zawsze związać swój los z losem każdego bez wyjątku człowieka, zarówno tego, który w Niego wierzy i otworzy się na Jego miłość, jak i tego, który tą miłością wzgardzi.

Dwie noce w ciągu roku są szczególnie wytęsknione. Pierwszą z nich jest noc Bożego Narodzenia, drugą – Noc Paschalna.

Tej drugiej wyczekujemy jako nocy objawienia się Bożej potęgi, zwycięstwa Zmartwychwstałego nad grzechem, cierpieniem, śmiercią i wszystkim, co przytłacza nas na ziemi. Natomiast pierwszą z nich – noc narodzenia Chrystusa – świętujemy jako niepojęte uniżenie się potęgi Boga, Jego wejście w to wszystko, co na tej ziemi jest naszą słabością – w cierpienie, ułomność i śmierć sprowadzone na świat grzechem pierwszych rodziców.

Każdy świt to moment przychodzenia. Przychodzą pasterze do stajenki. Przychodzi Zbawca do swego ludu. Przychodzi światło do ciemności.

Lud Starego Przymierza, który Pan nazywa Córą Syjońską – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – doskonale wiedział, że zgrzeszył, zbłądził, zdradził. Że przestał szukać Boga, że Go opuścił. Zawsze tak było, że jeśli Izraelici opuszczali Pana, to spadały na nich cierpienia. Doświadczali konsekwencji grzechu. Izraelici wiedzieli, że odejście od Boga nie jest bezkarne. Musieli sobie uświadomić, że potrzebują zbawienia, że sami nie dadzą rady. Potrzebny jest Ktoś posłany przez Boga.

Dzisiaj wszystko jest „opcją”, „wyborem”. Nie możesz oceniać. Nie ma już dobra i zła – bo wszystko przecież jest względne. Czy zatem współczesny człowiek potrzebuje jeszcze Zbawiciela, skoro wszystko, co robi, jest tak ogólnie „w porządku”? Od czego zatem Zbawiciel miałby go zbawić?

Jeden z XX-wiecznych filozofów napisał kiedyś, że: „Prostota jest darem i wolność to dar…”

Ludzie prości nie stracili jeszcze tego podstawowego rozeznania. Jeśli grzeszą, to wiedzą, że grzeszą. Jeśli się nawracają, to robią to szczerze. Nie kombinują, nie racjonalizują, nie szukają wyjaśnień, wymówek, samousprawiedliwienia. Dlatego właśnie prości – pasterze – jako pierwsi otrzymują wieść o przyjściu Zbawiciela.

Wczoraj podczas Pasterki w naszym kościele obecny wśród nas ks. biskup Tadeusz Pikus zacytował wiersz, który pozwolę sobie w tym miejscu przywołać. Wiersz nosi tytuł: Cud narodzin

To w sumie jest zwyczajny dzień,

Słońce zachodzi, Gwiazda wschodzi

i tylko jeden błahy fakt,

w tym dniu szczególnym… Bóg się rodzi.

 

Normalny, wielkomiejski gwar,

błyskotki wprawiające w podziw

i drobiazg mały jak dziecina,

drobnostka taka… Bóg się rodzi.

 

Wrzeszczą reklamy, pędzi tłum,

właściwie kogo to obchodzi,

że niedaleko, obok, tuż

w marnej stajence… Bóg się rodzi.

 

Pismak w gazecie uczy nas

co nam się godzi, co nie godzi,

czy w klasie wolno wieszać krzyż,

a tam w jasełkach… Bóg się rodzi.

 

Klaksony ryczą, auta mkną,

karetka wyje i zawodzi,

Czy coś się stało? Ależ skąd,

przecież to tylko… Bóg się rodzi.

 

Proszę wybaczyć, spieszę się,

za chwilę pociąg mam do Łodzi.

Był wczoraj w radiu jakiś news,

coś wspominali… Bóg się rodzi.

 

Mijają święta, cicho, sza,

świąteczny nastrój mróz ochłodził.

Czy pan coś słyszał? Ponoć Ktoś

w te Święta dla nas się narodził?

 

Gdzieś coś słyszałem, ale cóż…

człowiek tak goni… szkoda gadać,

więc nie chciałbym, rozumie pan,

na temat ten się wypowiadać …..

 

Narodził się w Betlejem Bóg,

bez trąb, hałasu i atłasu.

Wtedy Mu poskąpiono miejsca,

myśmy Mu poskąpili czasu.

 

Narodził się – to znany fakt,

by ziemską z nami dzielić dolę,

więc w Święta znajdź dla Niego czas

i wolne miejsce zrób przy stole.

Kiedy posłuchałem słów wiersza pana Jerzego Skoczylasa, pomyślałem sobie jak trudno jeszcze zaskoczyć czymś współczesnego człowieka na Boże Narodzenie, którego głębia tak łatwo ginie dziś w blasku lampek choinkowych i silących się na oryginalność supermarketowych pop-kolęd czy wdzierającą się z billboardów i radioodbiorników „magię tych świąt”.  Wspinający się na teologiczno-poetyckie wyżyny prolog Ewangelii Janowej jakoś nie pasuje do tego wszystkiego. Wydaje się zbyt trudny do odczytania i zrozumienia, zbyt wzniosły.

Dlatego patrząc wczoraj na żłóbek w opuszczonym, cichym po pasterce kościele pomyślałem sobie: Dzięki Ci, Boże, za bożonarodzeniową lekcję pokory, że przychodzisz w taki sposób, że nie możemy się wymówić, iż nasz Bóg jest odległy, niedostępny. Jeśli zatem Go nie spotkam, to nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego, że nie chcę…

Wszechmocny Bóg, Stwórca Wszechświata przychodzi właśnie w taki niepozorny sposób, by móc być dostępny dla każdego bez wyjątku człowieka, bo pragnie przynieść światło każdemu z nas a jednocześnie stać się Światłem w życiu każdego człowieka.

W Nim możemy przyjrzeć się naszym relacjom z najbliższymi, możemy spotkać się ze sobą samym, a przede wszystkim – co jest szczególnie trudne, lecz zarazem najważniejsze w pragnieniu Syna Bożego odnośnie do nas – możemy dostrzec oraz przyjąć do serca delikatną obecność i miłość Boga żywego.

W Bogu, który jest światłem i miłością a nie sędzią i policjantem łatwiej nam zauważyć ciemności i półmroki, które dręczą nasze wnętrze, paraliżujące nas lęki, egoizm, który zakłamuje nasze więzi z bliskimi.

Łatwiej nam to odkryć, by uczynić kolejny krok, ten najtrudniejszy, lecz równocześnie najwspanialszy – możemy wreszcie przyjąć nas samych, całych, takich, jacy jesteśmy, bo On nas takimi przyjmuje i kocha.

Boże Narodzenia to bowiem nade wszystko lekcja prawdy o bezinteresownej miłości, jaką Bóg pragnie nam dać w tym małym bezbronnym, urodzonym na peryferiach świata Dziecku. Urodzonym dla każdej i każdego z nas bez wyjątku.

Życzenia

Pan jest blisko

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.

Gdy powziął tę myśl, oto Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, on bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy Bóg z nami.

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił Anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1, 18-24)

Z narodzeniem Jezusa było tak… Mateusz opowiada historię, która wydarzyła się w konkretnym czasie i miejscu. Dla nas jest to przestrzeń bardzo odległa, ale sprawy Boże przekraczają czas i przestrzeń.

Słuchając tych słów jesteśmy zaproszeni by zaangażować się w opowieść o Bożym Narodzeniu – nie po to, aby jedynie powspominać, by ją opowiadać, jako odległą historię. Święta są po to, żeby przyjąć zaproszenie Boga, który chce ciągle na nowo rodzić się w naszych sercach by współtworzyć wraz z nami historię naszego życia, tak jak współtworzył ją z Maryją i Józefem, aby uczynić z naszego życia część historii zbawienia.

Czasem dzieci na religii pytają: dlaczego św. Józef chciał oddalić Maryję, przecież byli zaślubieni – nie kochał Jej?

W tamtych czasach małżeństwo przebiegało w dwóch wyraźnie odróżniających się fazach. Pierwsza polegała na uroczystości zaślubin w domu panny młodej i pociągało to za sobą zmianę sytuacji kobiety. Chociaż zamieszkiwała nadal w swoim domu przez okres około roku, była już „małżonką” swego przyszłego męża i przez to każda niewierność była uznawana za cudzołóstwo. Druga faza obejmowała uroczyste obchody zaślubin z radosną przeprowadzką do domu męża, odbywającą się w żywej scenerii świateł, śpiewów, tańców, uczty, o jakiej mówił sam Jezus w przypowieści o pannach mądrych i głupich (Mt 25, 1-13).

Po zwiastowaniu Maryja udała się do swojej krewnej Elżbiety. Jest w stanie błogosławionym. Józef stanął przed koniecznością dramatycznego wyboru, ponieważ Maryi groziło ukamienowanie (Pwt 22, 23-24). Ponieważ był człowiekiem prawym, musiał wypełnić prawo rozwodowe, ale jego prawość skłoniła go, by zrobić to delikatnie, nie procesowo – chciał potajemnie wręczyć list rozwodowy Maryi, by nie narazić Jej na zniesławienie.

Moglibyśmy zapytać: Dlaczego zwiastowanie miało miejsce po zaślubinach, a nie dopiero po wspólnym zamieszkaniu Maryi i Józefa. Przecież Bogu nie zrobiłby różnicy rok, skoro świat czekał na Zbawiciela tyle wieków. Gdyby anioł przyszedł do Maryi, gdy ta zamieszkała już u Józefa byłoby normalne, że dziecko się poczęło, nie byłoby tych wszystkich trudności?

Co zatem Bóg chce nam pokazać przez to wydarzenie?

Historia z Nazaretu sprzed dwóch tysięcy lat to swoista katecheza o zaufaniu. Wiele razy w różnych sytuacjach życiowych jesteśmy bezradni, nic nie da się zrobić, jest sytuacja patowa, nawet wytłumaczyć niczego nie można. Czy wtedy pierwszym odruchem naszego serca jest zwrócenie się do Boga z ufnością, że On najlepiej potrafi rozwiązać skomplikowane sprawy? Czy też próbujemy kombinować sami a jak już mamy nóż na gardle, to ewentualna modlitwa staje się ostatnią deską ratunku?

Jedno wiemy na pewno: mrok i cierpienie ludzkiej duszy mają moc przyciągania Bożej interwencji. Kiedy jesteśmy najbardziej pogrążeni w ciemności i niezrozumieniu, Bóg objawia swoją moc, o ile Mu zaufamy. Okazuje się wtedy, że cały czas był przy nas – takie jest Jego imię: Emmanuel – Bóg z nami.

Jest jeszcze drugi wymiar tej katechezy: postawa Maryi, Jej wiara, że Bóg wie lepiej, co będzie dla Niej dobre. Nam niestety nie przychodzi to tak łatwo, bo na skutek konsekwencji grzechu, który w sobie nosimy mamy w sobie skłonność do niewiary w to, że Bóg kocha nas bezgranicznie i chce dla nas jedynie dobra. Ta nieufność sprawia, że sami wolimy decydować o tym, co będzie dobre dla nas, dla żony, męża, dzieci, bo jesteśmy przekonani, że my sami wiemy to najlepiej. Kto z nas pyta Pana Boga o Jego wolę i światło, gdy stajemy przed codziennymi wyborami i decyzjami? Chętnie usprawiedliwiamy się: „Co jak będę zawracać głowę Panu Bogu!?”

Bardzo często podobni jesteśmy do Achaza z pierwszego czytania. Swoim przekonaniem, że my wszystko wiemy najlepiej czynimy przykrość ludziom (bo ile to razy wydaje nam się, że my lepiej wiemy, jak ktoś powinien zachować się w danej sytuacji i jakie podjąć decyzje). Czynimy przykrość Panu Bogu, bo brak zaufania sprawia, że nie pytamy Go o światło; często z lęku, który rodzi się w naszej wyobraźni, że jak zawierzę Panu Bogu moje życie, to On w zamian czegoś ode mnie zażąda, coś mi odbierze lub pokrzyżuje moje świetne plany na przyszłość, więc bezpieczniej jest Go nie pytać o radę i światło. Wreszcie czynimy przykrość sami sobie, bo ileż to razy musieliśmy żałować nieprzemyślanych i nieprzemodlonych decyzji?…

Józef wraz z Maryją zdali bardzo trudny egzamin z zawierzenia Bogu, choć wbrew temu, co widzimy często na świętych obrazkach życie świętej rodziny nie było sielanką.

Czy mogło być jednak inaczej? Czy wkraczanie Boga w ludzką historię musi wiązać się z jakiegoś rodzaju „jazdą po bandzie” i wystawianiem nas na takie trudne próby, jakim zostali poddani Maryja i Józef?

A może raczej powinniśmy zapytać – bo to z pewnością jeszcze istotniejsze dla nas – czy sami bylibyśmy gotowi pozwolić Bogu, by tak nas poprowadził? Czy bylibyśmy w stanie, podobnie jak Maryja i Józef, ryzykować i zbudować swoje życie na Bożym słowie, którego usłyszenie i przyjęcie nie dla wszystkich będzie oczywiste?

Sprawa jest ważna!

Bo bez gotowości do ryzyka zawierzenia bez reszty Bożemu słowu nie ma prawdziwego Bożego Narodzenia.

Mogą być tylko bardziej lub mniej udane jego podróbki.

Przyjdź, Panie Jezu.

Ja, Jezus, posłałem mojego anioła,

by wam zaświadczyć o tym, co dotyczy Kościołów.

Jam jest Odrośl i Potomstwo Dawida,

Gwiazda świecąca, poranna».

A Duch i Oblubienica mówią:

«Przyjdź!»

A kto słyszy, niech powie:

«Przyjdź!»

I kto odczuwa pragnienie, niech przyjdzie,

kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie.

Mówi Ten, który o tym świadczy:

«Zaiste, przyjdę niebawem».

Amen. Marana tha! Przyjdź, Panie Jezu!

Łaska Pana Jezusa ze wszystkimi! [Ap 22, 16-17. 20-21]

Rozpoczęliśmy trzeci tydzień Adwentu, wyjątkowy czas oczekiwania, podczas którego szczególnego znaczenia nabiera wezwanie towarzyszące naszej medytacji – Marana tha – Przyjdź Panie!

To jeden z niewielu terminów w języku aramejskim, który był codziennym językiem Jezusa.

Warto pamiętać, że w zależności od tego, jak te słowa wypowiadamy, mamy różne znaczenie: „Marana tha” znaczy dosłownie „Panie przyjdź!”, a „Maran atha!” – „Pan przyszedł”. Zwrot ten znajdziemy w 1 Liście do Koryntian (1 Kor 16,22). Są to także ostatnie słowa Apokalipsy św. Jana Ewangelisty (Ap 22,20).

Początkowo wezwanie to było codzienną, żarliwą modlitwą chrześcijan. W tym wezwaniu wyrażało się ich gorące pragnienie, aby Jezus powrócił jeszcze za ich życia. Dziś taka motywacja tej modlitwy wydaje się raczej rzadsza.

Termin ten został przyjęty jako jedno z wezwań towarzyszących medytacji monologicznej (zaproponowany przez ojca Jonhna Maina). Stało się to z trzech powodów.

Pierwszy jest praktyczny: Wezwanie to nie pochodzi z naszego języka, a ponieważ tak jest, to gdy jest wypowiadane jako wezwanie towarzyszące medytacji nie pobudza naszych myśli i naszej wyobraźni, co sprzyja wewnętrznemu wyciszeniu.

Po drugie: myślę sobie, że skoro Nowy Testament był pisany w języku greckim lub hebrajskim lub na taki język tłumaczony z aramejskiego, to zachowanie terminu, który daje się przecież bez problemu przetłumaczyć w jego pierwotnie brzmiącej formie musi mieć jakieś znaczenie. Jest więc słowem świętym i niezwykle ważnym dla pierwszych chrześcijan. Chcemy zatem by w medytacji na nowo wybrzmiała jego waga.

Wreszcie trzeci i najważniejszy powód, to wiara w to, że słowo Boże jest żywe i skuteczne. A skoro tak, to ufamy, że modląc się słowami: „Przyjdź Panie” – On odpowie na to wezwanie i przyjdzie ze swoją łaską, aby umocnić swoją obecność w naszym sercu i aby nas poprowadzić mocą swojego słowa w modlitwie, która właśnie do mocy tego słowa się odwołuje.

Warto wciąż wracać do tego, że medytacja monologiczna w odróżnieniu od medytacji dyskursywnej nie polega na myśleniu czy na posługiwaniu się naszą wyobraźnią. Polega na całkowitym zawierzeniu się słowu, któremu pozwalamy działać tak jak chce. Podejście takie wydaje się trudne dla współczesnego, racjonalnie myślącego człowieka, ale doświadczenie Boga jest tym, które od zawsze wymyka się naszej racjonalności. Chrześcijaństwo jest religią paradoksu. Bóg często działa w naszym życiu, tak jak i w całej historii zbawienia w sposób paradoksalny. Jednak z powodu naszej niecierpliwości i fałszywego przekonania o tym, że to co racjonalne daje nam poczucie bezpieczeństwa przegapiamy moment, w którym Bóg przenika w nasze życie jako Tajemnica i jako taka chce być przyjęty i kontemplowany. Zgodzić się na to, że nie wiem jak Bóg działa i pozwolić Mu działać nawet kiedy tego nie rozumiem tak jak On chce, oto klucz do tego by doświadczyć w swoim życiu Jego mocy, by przekonać się, że On jest Panem rzeczy niemożliwych. To było doświadczenie wielu świętych, którzy byli przed nami. Począwszy od Maryi, która swoim Fiat, zgodziła się na działanie Boga, którego nie rozumiała, a skończywszy na mnóstwie postaci zarówno Starego jak i Nowego Testamentu, którzy poszli tą sama drogą zaufania i zgody na to, że Boże drogi nie są naszymi drogami ani Jego myśli naszymi myślami. [por. Iz 55,8]

Zdarza się, że ktoś mówi, że wypowiadając to jedno wezwanie w rytmie oddechu nie czuje się tak, jakby się modlił, bo w zasadzie nic nie mówi do Boga, nie prosi Go o nic, tak jak do tego przywykliśmy zazwyczaj… Ale prawda jest taka, że to są tylko wyrażenia. Prawdziwość i owoce naszej modlitwy nie zależą od tego co nam się wydaje, ale od naszej otwartości i dyspozycji wobec Bożej łaski. A słowo Boże jest nośnikiem łaski. Jest kanałem, który otwiera w nas drzwi do niekończonej tajemnicy Boga.  Medytacja jest zaproszeniem do kontemplowania tej Tajemnicy w miłości, w wierze i w zaufaniu.