Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: «Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?» Jezus im odpowiedział: «Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie».
Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: «Co wyszliście obejrzeć na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? ale co wyszliście zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po co więc wyszliście? Zobaczyć proroka? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: „Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby przygotował Ci drogę”. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on». (Mt 11, 2-11)

I już połowa Adwentu za nami. Ewangelia odrywa nasz wzrok od codzienności i prowokuje, abyśmy ponownie odszukali w naszym życiu źródło prawdziwej radości, której nic i nikt nie jest w stanie nam zabrać. Żeby jednak odnaleźć radość i jej źródło musimy umieć się zatrzymać…
My jednak coraz częściej mylimy radość z rozrywką, przyjmujemy tanie keep smiling, kwitujemy przelotnym „wszystko w porządku”. Entuzjazm, pozytywne myślenie to jeszcze nie radość. Współczesna kultura oferuje nam mnóstwo okazji do przyjemności, jednak niewiele powodów do prawdziwej i głębokiej radości. Czy w tym deficycie może nam pomóc dzisiejsza niedziela, czy nasza wiara w Jezusa ma na to jakąś odpowiedź?
Adwent to czas czuwania i gotowości. To czas na to, by zatrzymać się i podjąć refleksję nad własnym życiem. Czy potrafię czuwać? Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę w moim sercu, w moim życiu, w mojej rodzinie? Czy wiara jest dla mnie zjednoczeniem z Bogiem, więzią z Nim? Jakie miejsce zajmuje Bóg w moim życiu? Czy modlitwa jest wpisana w moje życie? Na te i inne ważne pytania dotyczące naszego chrześcijańskiego życia starajmy się odpowiedzieć przeżywając Adwent. Jednak na te pytania nie znajdziemy odpowiedzi w biegu. Dlatego Adwent, to czas, który zaprasza na do zatrzymania się, choć to nie jest łatwe w czasach powszechnego pośpiechu, w jakich żyjemy. Jeśli jednak nie zatrzymamy się nie będziemy w stanie w pełni docenić życia, które dzieje się tu i teraz. Poza tym zatrzymanie się jest nam potrzebne po to by umieć docenić fakt, że jesteśmy dla siebie darem, że darem jest dany nam czas, który tak szybko mija i wreszcie, że ten dany nam czas jest miejscem, w którym Bóg przychodzi, aby się ze mną spotkać. Żeby to spotkanie jednak nastąpiło muszę być obecny tu i teraz.
A dziś słowo mówi nam o znakach rozpoznawczych obecności Jezusa – mają one utwierdzić w nadziei uwięzionego Jana. Ich lista jest wciąż aktualna – Jezus żyjący pośród nas czyni wielkie znaki i cuda. I to one mają moc przywrócić nam nadzieję i radość. Nawet gdy wszystko wokół – podobnie jak w wypadku Jana Chrzciciela – chce nam tę radość i nadzieję odebrać.
Tak jak w Jezusie spełniają się wszystkie proroctwa, tak też w Nim spełniają się wszystkie nasze tęsknoty i pragnienia. On może uzdrowić nasze widzenie świata, które przyprawia nas o smutek i rezygnację. „Kto poznał Dobrą Nowinę, nie może mieć grobowej miny” – mówi papież Franciszek. Dlatego tyle w naszym życiu będzie prawdziwej radości, ile będzie w nim Ewangelii, ale Ewangelii nie tylko wysłuchanej w niedzielę w kościele, co przyjętej do serca i przeżytej.
Dzisiaj jako świadek prawdziwie przeżytej Ewangelii przychodzi nam św. Jan Chrzciciel, choć i on w swoim życiu doświadczał ciemności i wątpliwości. Uświadamia nam to, że wiara będzie nas przeprowadzała przez ciemności, że w doświadczeniu wiary wątpliwości są czymś naturalnym i nie świadczą bynajmniej o deficycie naszej wiary, ale są wezwaniem do jej pogłębiania, do szukania światła w słowie Bożym i większego oparcia na Jego łasce. Takiej postawy uczy nas dzisiaj św. Jan Chrzciciel.
Łatwo jest bowiem zawierzyć Bogu, gdy świat stoi otworem, a „pustynia i spieczona ziemia rozkwita i wydaje kwiaty i lilie polne”, prorokować, gdy nadzieja na spełnienie zapowiedzi jest tak wyraźna, jakby miały zrealizować się już jutro. Znacznie trudniej, gdy nie ma już czasu na wypełnienie oczekiwań, gdy w gruzach leży dzieło życia, gdy wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie będzie radości. Niełatwo żyć wiarą w sens swojej misji, gdy głosiło się sprawiedliwy sąd Boży, a Jezus przynosi dobrą nowinę o miłosierdziu, gdy zapowiadało się wyzwolenie więźniom, a Ten, który miał przynieść zbawienie, nie robi nic, by wybawić kuzyna gnijącego w więzieniu. Jezus nie angażuje się w los Jana Chrzciciela, nie pociąga go za sobą, ale swoją odpowiedzią udzieloną uczniom na pytanie postawione przez Jana kładzie akcent na to, że błogosławiony jest ten, kto dokonał wielkich rzeczy, ale nie zwątpi również wtedy, gdy niczego już światu nie może zaoferować.
Jan Chrzciciel, to szczególny patron czuwania adwentowego. Jego wierność Bogu, jego życie wiary jest dla nas katechezą. On swoją postawą życiową przypomina nam, że powinniśmy prostować drogi dla Jezusa do naszego serca i do serc innych ludzi. Powinniśmy to czynić przez nasze dobro, którego źródłem i siła napędową jest miłość, przez cierpliwość, przez niesienie nadziei, której wielu ludziom dzisiaj brakuje. Nie może robić tego człowiek letniej wiary, ale gorącej. Człowiek, który w centrum swojego życia stawia Jezusa, bo to ON – jak mówi dzisiejsza Ewangelia jest spełnieniem obietnic i naszych nadziei.
Czy mogę powiedzieć o codziennym świadectwie mojego życia, że właśnie jest takie, że jest pełne wiary, niosące nadzieję, że kieruje się miłością (czyli dobrem) tak w małych jak i wielkich decyzjach i wyborach?
Prośmy żeby miłość w wiara, kształtowały nasze myśli, słowa i czyny! Bo one zawsze podpowiedzą nam, co jest dobre i dodadzą siłę by o to dobro walczyć. Prośmy o to przez wstawiennictwo św. Jana Chrzciciela – Patrona Adwentu.
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały.
Tak też nie jest wolą ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych». (Mt 18, 12-14)
Abraham Joszua Heschel – teolog i filozof żydowski przypomniał w swoich książkach prawdę na temat Boga, wiary i religii pisząc, że Bóg szuka człowieka. Ten teolog głębi stwierdza m. in. w książce God in Search of Man (Bóg szukający człowieka), że Biblia jest zapisem i świadectwem tego, że Bóg nieustannie szuka człowieka. Tę prawdę potwierdza dziś w Ewangelii Jezus mówiąc, że Bóg szuka tych, którzy się zagubili, zabłąkali. To jest prawda o wielkiej miłości Boga, o wielkiej trosce Boga o każdego człowieka. W zasadzie życie duchowe to zgoda na to, żeby pozwolić Bogu na to, by nas szukał i odnajdywał.
Z tej perspektywy można streścić cała historię zbawienia, co zresztą w jednym fenomenalnym zdaniu czyni autor Listu do Hebrajczyków pisząc: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” [Hbr 1,1-2].
Efekt grzechu, który polega na odłączeniu się od Boga, powoduje lęk i samotność. Człowiek ucieka i kryje się. Bóg jednak nigdy nie przestał go kochać i szuka go. Odłączenie się od Boga powoduje też rozdział między ludźmi. Zaczynają się nawzajem oskarżać, obwiniać, zostaje zburzona jedność i miłość. W każdym pokoleniu, które narodziło się po grzechu pierworodnym, który stał się źródłem zagubienia się człowieka to poszukiwanie go przez Boga dokonuje się na nowo i tak będzie aż do skończenia świata. To także jest jedyny powód, dla którego Bóg posyła na świat swojego Syna – Słowo wcielone, który sam o sobie mówi: „Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i ocalić to, co zginęło” [Mt 11, 18].
We wczorajszym brewiarzu znalazłem fenomenalne zdanie św. Jana od Krzyża: „Bóg dał nam swojego Syna, który jest jedynym Jego Słowem – bo nie posiada innego – i przez to Słowo powiedział nam wszystko. I nie ma już nic więcej do powiedzenia. [Z dzieła św. Jana od Krzyża Droga na Górę Karmel]
Medytacja monologiczna jest zatem otwarciem na Słowo, w którym Bóg daje nam wszystko: swoją obecność, swoją miłość, mądrość, wiedzę, poznanie, laskę, zbawienie… Można by idąc tropem św. Jana od Krzyża powiedzieć, że mając jedno Słowo, którym jest imię Jezus mam wszystko i nie potrzebuję już więcej niczego. W jakimś sensie to jest treścią medytacji monologicznej. Ona chce nas ogołocić a zarazem uwolnić ze wszystkiego, na rzecz jednego – Słowa, które jest dla nas wszystkim i którym warto wypełnić nasze serce, naszą świadomość, nasze życie. Ona uczy nas znajdować w tym Słowie spoczynek, oparcie i schronienie.
Jak wielką wolność przynosi świadomość, że nosząc w sobie imię Jezus, które wybrzmiewa nieustanie w moim sercu nie potrzebuję już niczego innego. To Słowo jest lekarstwem serca. Bóg, przychodząc do człowieka ze swoim słowem, zawsze przynosi dar swojej łaski, pokoju, obecności, radości i wolności. To dzięki temu ten, kto otwiera się na Jego Słowo, dotyka żywej obecności Boga i znajduje siły do tego by swoim życiem odpowiedzieć na Jego Słowo. Tego uczy nas Maryja, tego uczą nas święci.
Medytacja monologiczna, choć jest prosta w swojej praktyce, to stawia przed medytującym wielkie wyzwanie. Jest bowiem wezwaniem do zdania się i oparcia na Słowie i jego mocy, do zaufania mu bez reszty, do zawierzenia mu bez zastrzeżeń całej swojej drogi w przyszłość, choć nie wiemy, dokąd nas to Słowo zaprowadzi. Lecz tylko wówczas, gdy zaufamy temu Słowu, gdy pozwolimy mu się prowadzić i przemieniać będzie ono mogło objawić w nas swoją moc.
Medytacja monologiczna uczy nas wiary bez ludzkich kalkulacji; wiary, która nie pyta się o to, co z tego wszystkiego będziemy mieli; wiary, która jak w życiu Maryi każdego dnia wyraża się naszym kategorycznym i bezkompromisowym „tak” dla Słowa, które jest żywe i skuteczne.
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.
Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”.
Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.
Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.
Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”
Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.
Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”
Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1, 26-38)

Choć Ewangelia dzisiejsza zaprasza nas do zatrzymania się nad sceną Zwiastowania, to jednak uroczystość, którą obchodzimy nie dotyczy niezwykłego poczęcia Jezusa w łonie Maryi a poczęcia samej Maryi. Dzisiejsza uroczystość jest konsekwencją dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny ogłoszony w Kościele katolickim 8 grudnia 1854 roku przez Piusa IX, choć przekonanie o tym, że Matka Jezusa była wyjęta spod powszechnego panowania grzechu pierworodnego – ze względu na świętość Jej Syna – istniało od pierwszych wieków Kościoła. Mówi o niej między innymi św. Augustyn z Hippony w kontekście sporu z pelagianami.
Istnieje wiele obrazów przedstawiających scenę zwiastowania z archaniołem Gabrielem i Maryją w rolach głównych. Błogosławiony Fra Angelico, dominikański artysta żyjący w XV wieku, parokrotnie malował takie obrazy. Na jednym z nich, znajdującym się w Madrycie, Maryja i archanioł Gabriel znajdują się po prawej stronie, zaś w jego lewej części pokazany jest moment wypędzenia Adama i Ewy z raju. Zestawienie tych dwóch scen na pierwszy rzut oka wydaje się tylko wymysłem artysty, ale w rzeczywistości mamy tu do czynienia z tradycyjną i piękną egzegezą. Odpowiedź Maryi, jej zgoda na udział w Bożym planie odkupienia ludzkości, jest przedstawiona jako przeciwstawienie się nieposłuszeństwu i niezgodzie na wypełnienie woli Bożej pierwszych rodziców. Nie przypadkiem w Ewangelii Łukasza – jedynej opisującej moment zwiastowania – genealogia Jezusa cofa się właśnie aż do Adama. (Łk 3, 23–38). Dwa kluczowe wydarzenia w historii ludzkości – grzech i jego konsekwencje oraz odkupienie przychodzące od Boga w sposób, który przekracza nasze wyobrażenia – spotykają się w genialnym ujęciu renesansowego malarza.
Choć dziś czytamy o nieposłuszeństwie Adama, to jednak nie do końca dowiadujemy się o jego skutkach.
Przypomnijmy, że grzech pierworodny to duchowe obciążenie (takie duchowe DNA które dostaliśmy w spadku po pierwszych rodzicach), z którym wszyscy przychodzimy na świat.
Można powiedzieć, że sedno grzechu pierworodnego polega na tym, że nie rodzimy się w raju, ale w świecie, w którym panuje zło i śmierć i że na skutek grzechu łatwo przychodzi nam wybierać zło – o czym w fenomenalny sposób pisze św. Paweł Apostoł dzieląc się własnym doświadczeniem zmagania między pragnieniem dobra a pokusą ku złu (por. Rz 7, 14-25). Sądzę, że wielu z nas czytając siódmy rozdział Listu do Rzymian mogłoby się podpisać pod wyznaniem św. Pawła obiema rękami, jak pod swoja własną historią życia i duchowego zmagania. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię.
Dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny nie mówi jednak o tym, że Maryja nie potrzebowała odkupienia, przyniesionego przez Chrystusa – jak niektórzy błędnie próbują go interpretować. Tyle tylko, że my otrzymujemy je na mocy sakramentu chrztu, który zanurza nas w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa zaś Maryja uzyskała – jak wierzymy – ten przywilej wcześniej, w chwili poczęcia, ze względu na Jezusa, który przez Jej pośrednictwo miał przyjść na świat. To właśnie o tym przywileju informuje Maryję archanioł gdy mówi do Niej: „Bądź pozdrowiona pełna łaski”.
Zanim Maryja wypowie swoje „TAK” względem Boga i Jego planów, najpierw dowiaduje się o wielkim „TAK” Boga względem Niej. Scena Zwiastowania uzmysławia nam tym samym, że Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. Ludzka miłość jest zawsze i tylko odpowiedzią na miłość Boga, która jest pierwsza, bo jest nam dana od zawsze i na zawsze.
Ale jest w tej dzisiejszej scenie ewangelicznej ukazana jeszcze jedna, fenomenalna prawda, która powinna nas wprawiać w nieustanne zadziwienie. Scena Zwiastowania uświadamia nam, że Bóg nie tylko pragnie przychodzić do każdej i każdego z nas, ale, co więcej, pragnie uczynić we każdym z nas swoje mieszkanie. Jak często jest tak, że sami nie mamy zbyt wielkiego zaufania do siebie, tymczasem dowiadujemy się z Ewangelii, że Bóg ma zaufanie do nas, mimo że nikt lepiej niż On nie zna naszej grzeszności i skłonności do złego.
Sami wiemy, że w życiu różnie się układa. Są rzeczy, które nam się udają i są dla nas powodem satysfakcji, z innych „osiągnięć” jesteśmy dumni trochę mniej a nawet się za nie wstydzimy. Tym czasem Bóg traktuje nas poważnie i przychodzi do nas. Więcej, chce żyć z nami w przyjaźni – jak zapewni nas o tym sam Jezus [por J 15,15]. Włożylibyśmy może tę Bożą obietnicę między bajki, gdyby nie zdarzenie z Nazaretu sprzed dwu tysięcy lat. W zwiastowaniu znajdujemy podpowiedź, jaki możemy i my mieć udział w zbawianiu świata. Maryja swoją zgodą nie tylko obdarowuje nas Zbawicielem, ale też uczy, jak można Ją naśladować. Pięknie na język życia przekłada to św. Jan Paweł II w swoim Liście Apostolskim „O różańcu świętym”.
Bóg zna dokładnie zarówno wszystkie nasze słabości, jak i zalety, wie, na jakie zło nas stać, ale jeszcze lepiej zna nasze dobre pragnienia. Bóg zapraszając każda i każdego z nas do współpracy z Nim liczy na naszą wielkoduszność, na to, że razem z Nim zaryzykujemy. Gdy zgodzimy się, by pomagał nam w przezwyciężaniu swoich grzechów i wad, gdy zapragniemy, by nas przemieniał swoją łaską, On uczyni nas iskrą miłosierdzia odnawiającą świat.
Gdybym zapytał każdą i każdego z was: Czy chcielibyście swoim życiem wejść w misterium zażyłości z Bogiem? Nie mam wątpliwości, że usłyszałbym od was odpowiedź twierdzącą. Bo kto o zdrowych zmysłach chciałby być nieprzyjacielem Boga, który jest Miłością i Odkupicielem człowieka.
Jeśli jednak chcę, aby Bóg w moim życiu zaskakiwał mnie swoim działaniem, by obdarzał mnie mocą Ducha Świętego, bym mógł przy nim wzrastać a zwłaszcza jeśli chcę dzielić z Nim kiedyś wieczność muszę Mu – podobnie jak Maryja – powiedzieć tak! Innymi słowy muszę oddać mu moją przeszłość, przyszłość i teraźniejszość bez warunków i bez zastrzeżeń.
I dobrze byłoby gdybyśmy chcieli to uczynić nie od jutra, czy od nowego roku, ale od zaraz.
Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko ojciec; ani kim jest ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić».
Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli». (Łk 10, 21-24)
Wiek XXI jest wiekiem ogromnego postępu cywilizacyjnego, wiekiem, w którym człowiek uwierzył w swoje nieograniczone możliwości. Z drugiej jednak strony wydawać się może, że wiek ten jawi się również jako czas szczególnie dotkliwego poczucia zniechęcenia, przygnębienia i rezygnacji, przypominając swoim klimatem „dolinę pełną wyschłych kości”, o której mówi w adwencie prorok Ezechiel w swojej księdze (Ez 37, 1-2).
Psychologowie z krajów rozwiniętych biją na alarm, że współczesny człowiek częstokroć cierpi z powodu braku nadziei i sensu swojego istnienia, a zwłaszcza samotności, która staje się chorobą czasu Internetu.
Czas adwentu jest jednak też czasem, który na nowo każe nam uchwycić się nadziei. Przypomina nam on, że w beznadzieję będącą doświadczeniem człowieka wkracza Ten, który w swoim Duchu już od początku unosił się nad ziemią, będącą bezładem i pustkowiem (por. Rdz 1, 1-2) i ustami proroków adwentowych, zwłaszcza Izajasza i Ezechiela przemawia do pogrążonych w ciemnościach: „Oto Ja wam daję ducha po to, abyście ożyli” (Ez 37, 12-14).
Jak pisze kard. Robert Sarah w swojej nowej książce Wieczór się zbliża i dzień już się chyli: „Dzisiaj ten sam Duch staje się powodem radości Jezusa, gdyż On wie, że to właśnie przez Niego przychodzi nowe życie, które zapala światło nadziei i przygotowuje na przyjście nadziei, prowadząc do „życia i pokoju” a czyni to, posługując się Niewiastą, swoją Oblubienicą, która za Jego sprawą przyjmuje do swego łona Światłość która „w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnia” (J 1, 47).
Maryja i jako pierwsza odkrywa, doświadcza że: „Prawo Ducha, które daje życie w Jezusie Chrystusie, wyzwala spod prawa grzechu i śmierci” (Rz 8, 2 n). To doświadczenie sprawia, że Maryja bezgranicznie potrafi zaufać Bogu i otworzyć się na Jego działanie.
U progu Adwentu jesteśmy zaproszeni by otworzyć się na tego samego Ducha, który mówi o sobie przez proroka Izajasza: „Ja tworzę światło i stwarzam ciemności” i mam moc przemieniać twoje życie (por. Iz 45, 7). W zamian oczekuje tylko jednego: abyśmy otworzyli przed Nim swoje serca. Można powiedzieć, że to szczególne zadanie do wypełnienia w czasie adwentu. To także zadanie, które stawia przed nami praktyka medytacji.
Jezus mówi dziś: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Prostota medytacji prowadzi nas do odkrycia, że prawda, którą Chrystus chce wnieść w nasze życie nie jest owocem naszego intelektualnego dociekania, ale otwartości na łaskę i mądrość płynącą spoza nas. Jest całkowicie darmowym darem dla człowieka gotowego w swojej pokorze zakwestionować swoją moc i mądrość i otworzyć się na działanie Boga w swoim życiu, jak to pięknie wybrzmiało wczoraj w słowach setnika z Ewangelii: ”Panie nie jestem godzien, abyś wszedł pod mój dach, ale powiedz tylko słowo…” (Mt 8, 8)
Medytacja monologiczna opiera się właśnie na tym przekonaniu, że słowo Boże jest żywe i skuteczne, że ma moc uzdrawiać i przemieniać nasze wnętrza i objawiać nam prawdę o Bogu, która pozostaje poza zasięgiem przekonanych o własnej mądrości. Medytacja uczy nas, że „wszystko jest łaską”. A to oznacza, że w doświadczeniu wiary nigdy nie możemy przyjmować postawy roszczeniowej, tak powszechnej w dzisiejszym świecie, przekonanej, że coś nam się należy. „Cechą prawdziwej wiary jest zawsze pokora i prostota” – mówi kard. Sarah.
Dzisiejsza Ewangelia jest szkołą pokory i prostoty. Tylko ludzie pokorni sercem mogą zrozumieć to wszystko, co Jezus objawia. Tylko ludzie pokorni sercem znajdują pokój, ale także potrafią stanąć w prawdzie o własnym życiu. „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Te słowa uświadamiają nam, że tylko pokora i prostota serca pozwala nam zobaczyć i zrozumieć dzieła Boże w naszym życiu i interpretować je tak, jak powinny być interpretowane – nie w duchu mądrości świata, który często rozmija się z ich przesłaniem, ale w duchu mądrości Bożej. Tylko w pokorze serca możemy zrozumieć miłość Bożą i obecność Boga w naszym życiu i w naszej codzienności. To właśnie na tę obecność i zrozumienie otwiera nas medytacja, w której wsłuchując się w słowo dźwięczące w naszym sercu uświadamiamy sobie, że Bóg jest obecny tu i teraz. Jest obecny w nas. A tylko wtedy, gdy będziemy żyli prawdą, że On jest nieustannie obecny w nas, będziemy potrafili dostrzec Jego obecność i Jego działanie w otaczającym nas świecie.
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona.
Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. a to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy nadejdzie złodziej, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie». (Mt 24, 37-44)
Jest taka pouczająca opowieść pochodząca z apoftegmatów Ojców Pustyni: Otóż jednego z ojców pustyni zapytali jego uczniowie: – Abba, dlaczego wciąż jest taki pogodny, radosny i wolny?
Na co usłyszeli następująca odpowiedź:
– Bo żyję chwilą obecną. A to pozwala mi czerpać z życia pełnymi garściami, nie martwiąc się o przeszłość i przyszłość.
Wtedy uczniowie zapytali go: – Abba, a jak to robisz?
Odpowiedział: – Gdy jem, to jem, gdy się modlę, to się modlę, gdy pracuję, to pracuję, a gdy odpoczywam, to odpoczywam – odpowiedział mnich.
– To tak samo jak my – odrzekli uczniowie.
– Nie! – odpowiedział pustelnik – Wy, gdy się modlicie, myślicie o jedzeniu, gdy jecie, to myślicie o pracy, gdy pracujecie, to myślicie o odpoczynku, gdy odpoczywacie, to myślicie o pracy.
Nie żyć chwilą obecną, lecz ciągle rozpamiętywać przeszłość lub myśleć o przyszłości! – to najlepsza recepta na to, aby życie przeciekało nam między palcami.
Święty Paweł pisze: „Rozumiejcie chwilę obecną”. W życiu są bowiem tylko dwa momenty, w których możemy spotkać Boga: to chwila obecna i moment śmierci. Ta intuicja zawarta jest także w modlitwie różańcowej w słowach: „Módl się za nami, Maryjo, teraz i w godzinę śmierci…”.
Kiedy człowiek, zamiast docenić to, co ma, patrzy na to, czego nie ma, zabija w sobie wdzięczność i powoduje, że znika poczucie radości. Jak często – zwłaszcza my, Polacy – lubimy zamiast na zasoby, patrzeć na deficyty a przy okazji sobie ponarzekać.
„Czuwajcie” – mówi dziś Jezus – czyli „Bądźcie uważni”, a po podjęciu decyzji nie oglądajcie się wstecz.
Mojżesz nigdy nie doprowadziłby Narodu Wybranego do Ziemi Obiecanej, gdyby w chwilach kryzysu rozpamiętywał przeszłość.
Najwięcej energii i czasu tracimy bowiem na sprawy, na które i tak nie mamy do końca wpływu: rozpamiętywanie przeszłości czy nadmierną troskę o przyszłość.
Każdy Adwent, to z pewnym sensie nowy początek. I dobrze by ten czas tak potraktować. Nie znaczy to może, że od razu przestaniemy się zamartwiać, zwłaszcza jeśli mamy po temu tendencję, ale dobrze gdybyśmy podjęli wysiłek, aby się od tego odzwyczajać, bo to z gruntu niechrześcijańska postawa. Znany zapewne wszystkim ks. Jan Kaczkowski zwykł mawiać: „Nie zamartwiaj się przez cały dzień. Jeśli już musisz czym się martwić wyznacz sobie na to godzinę, a potem ciesz się życiem…”
Ale jest też inna zachęta, która chciałbym zaproponować u progu nowego czasu Adwentu, zwłaszcza jeśli dotąd nie mieliście w swoim codziennym życiu czasu na to by dziękować Panu Bogu za to, co dostaliście. Można powiedzieć, że to rodzaj takiego duchowego treningu czujności. Najlepiej zacząć od dziś! Najpierw przeznacz 10-15 minut w ciągu dnia na „dziękczynienie”. (Można to zrobić podczas adoracji Najświętszego Sakramentu lub w domu np. wieczorem, przed snem). W tym czasie warto postanowić sobie, że teraz stając przed Bogiem będziemy przyglądali się temu za co warto dziękować. To mogą być rzeczy wielkie i małe: osoby, które Bóg postawił na mojej drodze, talenty, które mam, za które inni mnie cenią, praca, aspekty materialne życia, może piękne miejsca, które lubimy odwiedzać a czasem rzeczy tak prozaiczne, których na co dzień nie zauważamy: powietrze, którym oddychamy, woda w kranie (której wielu ludzi na świecie nie ma). Można zrobić sobie nawet swoistą listę i stopniowo ja wydłużać. Adwent to czas radosnego oczekiwania, ale żeby się radować musimy wzbudzić w sobie powody tej radości. Ale zobaczymy też, że takie duchowe ćwiczenie pogłębi naszą zdolność dostrzegania tego, z czego korzystamy na co dzień, co jest dla nas swoistym darem od Boga lub od drugiego człowieka i pozwoli tak po prostu bardziej cieszyć się życiem.
Mówię o tym, bo czas adwentu trwa krótko. To zaledwie cztery tygodnie, które szybko upłyną. Za nami już tyle adwentów, które, choć były czasem oczekiwania, okazały się ostatecznie nic nie wnosić w nasze życie i nie wiele w nim zmieniać.
Adwent, to czas oczekiwania na Jezusa a On przychodzi w często małych rzeczach. Rozpoczynam kolejny adwent naszego życia i dobrze byłoby zrobić coś, co sprawi, że tym razem będzie on bardziej skuteczny niż poprzednie. Nawet jeśli miałoby to być coś małego.
Tym bardziej, że Jest jeszcze jeden powód, dla którego dobrze byłoby, żeby Adwent był innym czasem. Tym powodem jest Słowo Boże, które Chrystus dziś do nas kieruje.
Święty Paweł Powie, że to słowo jest żywe i skuteczne, ale żeby tak było muszę nim żyć na co dzień, a nie od święta. Tak jak czynił to Chrystus, jak czynili to święci, których spotkamy na drogach adwentu: Maryja, św. Jan Chrzciciel.
Słowo Boże chce nas popchnąć, wprawić w ruch nasze życie. Usłyszymy w liturgii: „CHODŹCIE, domu Jakuba…” (Iz 2, 5), „IDŹMY z radością…” (psalm responsoryjny), „NADESZŁA dla was godzina POWSTANIA ze snu” (Rz 13, 11). Czytania zwracają uwagę na to, żebyśmy nie stali w miejscu. Bo czas oczekiwania to czas aktywności nie bierności. Ani życie, ani wiara, ani łaska nie są niezmiennym i nieporuszonym stanem. To raczej dynamiczny proces, który wciąga, zaprasza do rozwoju i zasmakowania w przygodzie spotkania z Bogiem.
Z taką właśnie postawą mamy rozpocząć nowy Adwent a zarazem nowy rok życia Kościoła. Rytm roku liturgicznego ma swój kierunek – zmierza do pełnego poznania Jezusa. To rytm paschalny, zamknięty w nieustannym przechodzeniu od śmierci do pełni życia. A co najważniejsze na tej drodze nie jesteśmy sami. Jezus nieustannie (nie tylko w dniu pięćdziesiątnicy) daje nam Ducha Świętego, który chce nas prowadzić. A On także jest zawsze w ruchu, zawsze posłany, żeby nas poderwać do działania, aby nas wyrwać z duchowego marazmu i rutyny, które mogą być najniebezpieczniejszymi chorobami człowieka wierzącego.
Naszym zadaniem jest upodobnić się do Chrystusa. Duch Święty zrobi wszystko w tym nowym roku, żeby nam w tym pomóc. Reszta zależy od nas!