Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi.
W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”». I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?» (Łk 18, 1-8)
Gdy słuchamy przypowieści o wdowie, która naprzykrzała się sędziemu, prosząc o obronę przed przeciwnikiem, od razu widzimy przeciwieństwa: Ona biedna, niemająca pieniędzy na adwokata, niepotrafiąca sama się obronić. On zadufany w sobie, niebojący się Boga i nieliczący się z ludźmi. Ona nieustępliwa w swoich prośbach. On ustępujący dla świętego spokoju. Wydawać się może, że te dwie, diametralnie różne postaci stoją na dwóch biegunach, że nic ich nie łączy.
Spróbujmy jednak spojrzeć na tę parę w świetle pierwszego czytania, które mówi o bitwie pod Refidim. Młody Jozue wraz z silnymi wojownikami toczy zażartą walkę z Amalekitami, a staruszek Mojżesz modli się na szczycie góry, unosząc ręce do nieba. „Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita” – komentuje sytuację Księga Wyjścia. Ostatecznie Izraelici wygrali. Nie sam Jozue pokonał wroga ani nie samą modlitwą dokonało się zwycięstwo. Stało się to dzięki wytrwałej modlitwie Mojżesza wspierającego męstwo żołnierzy.
Jezus w przypowieści o surowym sędzim, który z irytacji, a nie z miłosierdzia, bierze w obronę wdowę, zaprasza do wytrwałości w modlitwie. „Zawsze powinniśmy się modlić i nie ustawać.” (Łk 18, 1).
Obrazy biblijne często trafnie odzwierciedlają nasze ludzkie doświadczenie. Codzienne życie często przypomina pole bitwy. Rzadko mamy też do dyspozycji komfortowe warunki, aby się modlić. Dlatego uważam, że aby walczyć i nie przegrać życia, trzeba się modlić. Ale też, aby się modlić wytrwale, trzeba walczyć (i nie mam na myśli walki zbrojnej).
W życiu chodzi o równowagę między działaniem a modlitwą, czyli świadomym zwracaniem naszej uwagi ku Bogu. A to rzeczywiście wymaga wysiłku! Nic nie przychodzi tutaj łatwo. Jeśli tak popatrzymy na scenę walki z Amalekitami, to zauważymy, że modlitwa nie jest oddzielona od działania.
Innymi słowy tylko dzięki walce o czas na modlitwę, nasze działanie będzie rzeczywiście owocne i przemieniające świat. Błąd, na jaki jesteśmy narażeni, to właśnie próba oderwania modlitwy od życia codziennego.
Może w trosce o swoje zbawienie warto połączyć ciężki wysiłek pracy, błyskotliwej inteligencji i zaradnej przedsiębiorczości z codziennym, żmudnym, czasem może nieporadnym trwaniem przed Bogiem na modlitwie. To nie muszą być alternatywne sposoby działania, ale dwa oblicza tego samego życia.
Istnieje wiele przeszkód, które utrudniają modlitwę: zmęczenie, zagonienie, nadmiar obowiązków. Często usprawiedliwiamy się też brakiem czasu na modlitwę. A czasem są to po prostu złe przyzwyczajenia, niewłaściwy użytek telewizji czy Internetu, lub wreszcie w brak wewnętrznej motywacji i wiary, do których nie mamy odwagi się przyznać. Część z tych przeszkód można wyeliminować, a na niektóre nie mamy prawie żadnego wpływu. Ale nie sposób się modlić przechodząc nad tym wszystkim do porządku dziennego.
By modlić się wytrwale, myślę, że najpierw trzeba skonfrontować się uczciwie z rozmaitymi wymówkami, które aplikujemy sobie i innym. Bogu również. Należy zacząć od postawienia sobie prostych pytań: Czy aby nie za dużo w naszym życiu zagonienia? A może za mało walki o przestrzeń do modlitwy spowodowanej złym gospodarowaniem podarowanym nam przez Boga czasem? Truizmem jest starochrześcijańskie powiedzenie, że „jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu wszystko inne będzie na właściwym”. Bóg jest Panem harmonii i czasu. Jeśli zawalczymy o pierwszeństwo dla Niego w naszym życiu, On pomoże nam wprowadzić większy ład do naszej codzienności.
Jeśli modlitwa jest relacją z Bogiem, to decydujące jest ciągłe pogłębianie motywacji, a więc, czy mnie rzeczywiście (a nie deklaratywnie) zależy na pielęgnowaniu tej relacji. Jeśli chłopak twierdziłby, że jest zakochany w dziewczynie i zapewniałby ją o tym nieustannie (przez komórkę lub w mailu), a przez dłuższy czas nie znalazłby czasu, by się spotkać w realu, to de facto co innego jest dla niego ważne. Wszystko inne jest zwykłą wymówką.
Element walki o modlitwę widzę też w umiejętności rezygnacji. To chyba jest najtrudniejsze. Nie będzie wytrwałej modlitwy, jeśli każdy dzień będzie wypełniony mnóstwem zajęć, jeśli będzie panowała zbyt duża spontaniczność, jeśli nie będzie pewnej organizacji czasu. Modlitwy nie można „dodać” do całej reszty jako kolejnego obowiązku. Ona musi być czymś więcej…
W końcu nieodzowna jest korekta naszych fałszywych wyobrażeń o modlitwie. Wydaje nam się, że modlitwa powinna być zawsze idealnym czasem spędzonym przed Bogiem. Zniechęcamy się, jeśli tylko pojawią się rozproszenia. Tymczasem praktyka pokazuje, że jeśli będziemy wierni modlitwie, to i rozproszeń będzie coraz mniej. Wielcy mistrzowie modlitwy uczą, że nie jej jakość jest najważniejsza, ale właśnie trwanie przy niej pomimo oporów.
Papież Franciszek w wywiadzie dla „Civilta Cattolica” mówi o swojej modlitwie wieczornej przed Najświętszym Sakramentem. Powiada, że stara się być jej wierny przez godzinę, nawet jeśli przeszkadza mu natłok spraw mijającego dnia, zmęczenie, a nawet przyśnięcie: „To, co najbardziej lubię, to adoracja wieczorna, nawet kiedy mam rozproszenia i myślę o czymś innym, a nawet gdy modląc się usnę”.
To bardzo budujące słowa w naszej walce o modlitwę i jakość codziennego działania.
Ostatecznie warto pamiętać o tym, że zarówno modlitwa jak i dobre działanie bierze początek od samego Boga. To On jest ich źródłem, a nie my, choć zwykliśmy sądzić, że jest inaczej.
Prośmy, abyśmy w naszych wysiłkach poszukiwania Boga i modlitwy pierwsze miejsce zawsze potrafili pozostawić dla Boga.
Pewien faryzeusz zaprosił Jezusa do siebie na obiad. Poszedł więc i zajął miejsce za stołem. Lecz faryzeusz, widząc to, wyraził zdziwienie, że nie obmył wpierw rąk przed posiłkiem.
Na to Pan rzekł do niego: «Właśnie wy, faryzeusze, dbacie o czystość zewnętrznej strony kielicha i misy, a wasze wnętrze pełne jest zdzierstwa i niegodziwości.
Nierozumni! Czyż Stwórca zewnętrznej strony nie uczynił także wnętrza? Raczej dajcie to, co jest wewnątrz, na jałmużnę, a zaraz wszystko będzie dla was czyste». (Łk 11, 37-41)
Franz Jalics SJ przypomina, że medytacja prowadzi nas do świadomości, że Jezus towarzyszy duchowo ludziom będącym w drodze. Każda droga składa się z wielu etapów. W doświadczeniu człowieka wierzącego ważne jest jednak to, czy kolejne etapy pogłębiają naszą relację z Chrystusem?
Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam słowami Jezusa, że w doświadczeniu wiary, która jest budowaniem relacji z Bogiem liczy się serce, wnętrze człowieka. Wiara to nie jest przede wszystkim dbanie „o czystość zewnętrznej strony” o to, co nazwali byśmy współczesnym językiem „zewnętrzną poprawność”, na której zbyt często się skupiamy, bo ta jest zawsze konsekwencją jakości życia wewnętrznego. Przestroga Jezusa przed wnętrzem, które pełne jest „zdzierstwa i niegodziwości” jest potwierdzeniem tego, że nasze życie wewnętrzne i zewnętrzne nie są od siebie oderwane. Należy je traktować jako naczynia połączone, gdzie jedno wpływa na drugie. Im głębsze życie wewnętrzne tym bardziej będzie się to przekładało na jakość i wysoki poziom całego naszego życia, w tym wyborów, decyzji, sposobu patrzenia na otaczającą nas rzeczywistości czy sposobu w jaki odnosimy się do innych.
Można powiedzieć wsłuchując się w przesłanie dzisiejszej Ewangelii, że jeśli w naszym życiu pojawia się fałsz on zawsze swoje źródło ma w naszym wnętrzu. Zawsze jest to owoc jakiegoś rodzaju zamknięcia na prawdę, do której pragnie nas prowadzić Chrystus, a którego konsekwencją będzie także zamknięcia na łaskę, która nas uzdrawia.
Medytacja jest doświadczeniem, które wychodzi naprzeciw takiemu stanowi rzeczy, pozwalając wyjść na spotkanie Boga, który przychodzi do nas w sowim słowie – zwłaszcza tym najbardziej skutecznym jakim jest Słowo Wcielone – Imię Jezus, które przywołujemy w tej modlitwie. Można powiedzieć, odwołując się do przesłania ewangelicznego z ostatniej niedzieli, że Jezus jest obecny zawsze tam, skąd wołamy: „Panie Jezu, Mistrzu, ulituj się nade mną!” To Imię, które jest słowem żywym i skutecznym – używając sformułowania św. Pawła – przenikającym do głębi naszego jestestwa daje nam odwagę powrotu do siebie, do wyjścia na spotkanie z własnym sercem, gdyż tak właśnie objawia się Bóg – zamieszkuje nasze serce i pozwala w nim odkrywać swoją obecność. W intymności modlitwy, która jest osobistym spotkaniem z Bogiem, możemy odpocząć od naszych ciężarów a przede wszystkim skonfrontować się z prawdą, która nigdy nie jest dla osoby medytującej oskarżeniem lecz oświeceniem i wyzwoleniem.
Warto byśmy prosili Chrystusa, który jest Mistrzem modlitwy by dawał nam tę umiejętność w medytacji, która sprawia, że staje się ona odpoczynkiem w Jego obecności, mimo że nie ma ona w sobie nic z duchowej bierności, bo sprawia, że obecność Jezusa, który nam towarzyszy w tej modlitwie staje się zaczynem naszej wewnętrznej a w konsekwencji i zewnętrznej przemiany.
Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.
Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.
Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.
Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)
„Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego”. Lubię to zdanie św. Pawła z dzisiejszego drugiego czytania. Święty Jan Paweł II, w jednej ze swoich środowych katechez mówił, że zdanie to jest jedną z najlepszych definicji Bożego miłosierdzia, gdyż precyzyjnie oddaje sedno tej tajemnicy.
Jest w Bogu „coś” takiego, czego On nie może się tak po prostu zaprzeć, zanegować. Dlaczego? Bo musiałby zaprzeczyć samemu sobie, musiałby zrezygnować z bycia Bogiem-z-nami. Tym „czymś” są wierność i cierpliwość Boga, które nie kończą się wraz z konfrontacją z naszą niewiernością oraz skłonnością do upadków.
Ileż to razy składaliśmy obietnicę (Panu Bogu i sobie), że zrywamy z konkretnym grzechem, że to już po raz ostatni? Ludzkie przyzwyczajenia i namiętności okazywały się jednak silniejsze.
I czasem tak trudno nam uwierzyć, że we wszystkich tych doświadczeniach Bóg JEST blisko nas, nie obraża się, nie wymawia nam naszej niesłowności i niewierności. Nie przestaje spoglądać na nas z miłością nawet wtedy, gdy jak dzieci przybici własną grzesznością i bezradnością mamy do Niego pretensję (niesłuszną zresztą), że nas zostawił, zwłaszcza wtedy gdy wszystko wydaje się walić i jest pozbawione jakiejkolwiek logiki. Zdumiewająca jest wierność naszego Boga. Zawsze wychodzi nam na spotkanie. Zawsze na nas mnie czeka, a kiedy zaczynamy się gubić – szuka. On zawsze jest tam, skąd wołam: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nade mną!”.
Bóg wiedział, gdzie postawić proroka Elizeusza, by wódz syryjski Naaman mógł doznać uzdrowienia. Jezus wiedział, którędy powinien pójść, aby spotkać tych dziesięciu trędowatych… Choć po ludzku może nas niejednokrotnie zaskakiwać sposób Jego działania. Jak często wydaje się nam, że świetnie wiemy, co Bóg powinien zrobić, jak zadziałać, żeby nam się w życiu polepszyło, żeby ten czy ów stał się lepszym człowiekiem, żebym zostało uzdrowione coś, co domaga się uzdrowienia duchowego czy fizycznego. A Bóg przypomina nam, że Jego myśli nie są myślami naszymi i Jego sposób działania jest inny, niż ten jaki my chcielibyśmy widzieć. Owszem, zdarzają się spektakularne cuda, zamykające usta mądrych tego świata, ale zazwyczaj Bóg działa przez to, co zwykłe, codzienne, niepozorne i dobrze nam znane.
Trzeba pewnego zmysłu i spojrzenia wyrastającego z wiary, aby umieć dostrzec Bożą obecność i Boże działanie pod zasłoną zwykłych i codziennych spraw, bo jak mówił Mały Książę „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.”
Ale dzisiejsza liturgia słowa poza przypomnieniem o wierności i trosce Boga o nas stawia też w centrum naszej uwagi postawę wdzięczności, która słusznie jest najpierw uświadomieniem sobie i uznaniem daru otrzymanego od Boga, a następnie osobistą odpowiedzią i zaangażowaniem, aby o Nim świadczyć wobec innych.
Wielu bowiem prosi Pana Boga o interwencję, ale niewielu pamięta później by okazać Mu wdzięczność, gdy zostaną wysłuchani. I zarzut ten dotyczy także ludzi wierzących. Do takich bez wątpienia zaliczali się trędowaci, którzy wołając: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!” – składają jednocześnie wyznanie wiary w Jezusa i Jego moc. Błagają o nowe życie, a gdy je otrzymują i dostrzegają łaskę oczyszczenia w drodze do kapłanów, jedynie Samarytanin powraca, chwaląc Boga donośnym głosem, aby podziękować Jezusowi.
Na kanwie tego doświadczenia Jezus stawia mocne pytanie: „Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu?”.
Czy słowa dzisiejszej Ewangelii oznaczają, że Bóg domaga się od nas, byśmy Mu dziękowali za to, co On robi dla nas? Oczywiście, że nie! Bóg działa w naszym życiu bezinteresownie, bez oczekiwania na jakąkolwiek wdzięczność. To jednak nie zmienia faktu, że dziękując Bogu oddajemy Mu chwałę i wzmacniamy naszą ufność w Jego opiekę i działanie. Dziękczynienie jest także pokarmem dla naszego serca. Kto dużo dziękuje, ten staje się silny, dobry i pokorny. Wszystko jednak zależy od wewnętrznej postawy, a nie tylko od dostrzeżenia czy coś otrzymałem w darze. Jeśli uważam, że coś mi się należy, to na pewno nie przyjdę i nie podziękuję…
Im bardziej będziemy nosili w pamięci, to, co Bóg dla nas zrobił i będziemy wdzięczni za Jego dary a zwłaszcza za ten najważniejszy dar – Zbawienie, tym bardziej uda nam się uchronić nasze serca przed ciągle zagrażającą mu pychą, malkontenctwem i poczuciem samowystarczalności, którym karmi nas współczesny świat. Jakbyśmy tylko sobie mieli zawdzięczać to, że jesteśmy i kim jesteśmy…
A przecież wiemy, że tak nie jest!
Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna. (Łk 17, 5-6)
Dzisiejsze wprowadzenie nawiązuje raz jeszcze do Ewangelii, którą usłyszeliśmy w ostatnią niedzielę. Apostołowie prosili Pana: „Przymnóż nam wiary” (Łk 17, 5). Taką prośbę do Boga w jakimś momencie naszego życia może skierować każda i każdy z nas, komu zależy na jakości i głębi swojej wiary. W zasadzie można powiedzieć, że wszystko, co robimy w życiu duchowym w taki, czy inny sposób ma na celu pogłębienie naszej wiary. Gdyby tak nie było, to jaki sens miałaby nasza modlitwa, nasze słuchanie Słowa Bożego, przyjmowanie sakramentów? Jeśli wiara jest naszą relacją z Bogiem, to naturalnym pragnieniem życia duchowego jest chęć jej pogłębienia.
Święty Paweł nie pozostawia wątpliwości, że nasza wiara rodzi się ze słuchania a tym, w co się wsłuchujemy dla pogłębienia naszej wiary jest Słowo Boże [por. Rz 10,17]. To właśnie dzięki niemu poznajemy Boga, ono przekonuje nas o Jego dobroci i miłości do nas. A zaufać i stworzyć prawdziwą i głęboką relację możemy tylko z kimś, kogo znamy. Jeśli pozwolimy przekonać się Słowu Bożemu, że Bóg naprawdę nas kocha i troszczy się o nas, możemy na Jego miłość odpowiedzieć miłością.
Medytacja łączy w sobie te wszystkie elementy potrzebne do rozwoju wiary: wsłuchiwanie się w Słowo, uczenie się zaufania i otwartość na Bożą łaskę. Nie znaczy to jednak, że jest łatwą modlitwą, bo stawia przed nami duże wymagania. Medytacja zaprasza nas do tego, byśmy wypuścić życie ze swoich rąk. Żyjemy często z przekonaniem, że owszem, Bóg jest wszechmocny, ale jeśli sami nie będziemy kontrolowali naszego życia, jeśli sami się o nie nie zatroszczymy, to nikt za nas tego nie zrobi.
Praktyka medytacji ma na celu wyzwolenie nas z tej iluzji. Ona zaprasza nas do tego by Słowo, w które się wsłuchujemy ukształtowało w nas świadomość obecności i bliskości Boga, który nas kocha i zawsze jest przy nas, który troszczy się o nasze życie – to jest właśnie przedmiotem wiary, dzięki której możemy robić rzeczy niezwykłe, przekraczające nasze racjonalne podejście do świata. Jednak wiara nie jest naszą mocą, jest mocą Boga działającego w nas. Bo to On a nie my jest Tym, dla którego nie ma nic niemożliwego. Ale żeby móc doświadczyć tej mocy, my sami musimy stać się mali i bez reszty zaufać Panu Bogu.
Dlatego medytacja rozumiana jako modlitwa serca, przez oczyszczenie naszego umysłu i serca zaprasza nas do całkowitego zawierzenia się Bogu. Do wypełnienia w praktyce jednego z najbardziej radykalnych wyzwań Ewangelii, do powiedzenia Bogu całym swoim sercem i całym swoim życiem: „Bądź wola Twoja!” Oddanie swojej woli to największy akt wiary, do którego jesteśmy zdolni. To zgoda na to, by pomimo naszych ocen i pragnień Bóg mógł działać tak jak sam chce.
Ten rodzaj zaufania wynika ze ścisłego zjednoczenia z Chrystusem, do którego pragnie nas prowadzić medytacja i sprawia, że stajemy się całkowicie wolni od siebie samych, od dyktatu naszego „ego”. Jak zwykł mawiać jezuita – ojciec Franz Jalics: „Im bardziej ktoś przybliża się przez kontemplację do Chrystusa, tym bardziej samemu pozostaje niewidocznym”. To nie tylko potwierdzenie tego, co słyszymy w Ewangelii z ust św. Jana, ale i warunek prawdziwie i głęboko przeżywanej wiary w Chrystusa: „Trzeba aby On wzrastał a ja się umniejszał” [J 3,30]
Pozwólmy, by medytacja przez uczenie nas zaufania do Jezusa przekonała nas do wypuszczenia życia ze swoich rąk, po to by złożyć je w najbardziej pewne ręce – Boga.
Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna.
Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono?
Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”». (Łk 17, 5-10)
Ewangelia dzisiejsza pokazuje, że problem wiary, borykania się z jej małością i słabością nie jest jedynie problemem naszym czy naszych czasów. Już sami Apostołowie mierzyli się z tym doświadczeniem. Myślę, że warto brać z nich przykład. Kiedy dostrzegają, że ich wiara jest po ludzku zbyt słaba przychodzą by porozmawiać o tym z najwłaściwszą osobą – z Jezusem.
W starożytnym tekście dwunastu apostołów Didache jest zdanie, które towarzyszy mi od lat: „Wszystko, cokolwiek cię spotyka, przyjmuj jako dobre, wiedząc, że nic nie dzieje się bez woli Bożej”. Nieczęsto ludzie dostrzegają związek pomiędzy szczęściem a zawierzeniem. Wiara, wyrażająca się w postawie, że Bóg wie, co dla mnie najlepsze, jest niełatwa, ale jest czymś, co daje człowiekowi pokój, którego ten świat nigdy nie da.
Wielu mistyków chrześcijańskich, powtarzało, że aby móc całkowicie zjednoczyć się z wolą Bożą, człowiek powinien oczyścić swoją wyobraźnię, myśli i pragnienia. Stać się kimś wolnym od wszelkich obrazów i oczekiwań.
Dwa najbardziej zafałszowane obrazy, z którymi zżywamy się w naszym życiu to: fałszywy obraz Boga, który stworzyliśmy z naszych wyobrażeń o Nim i naszych lęków przed Nim oraz fałszywy obraz nas samych, dzięki któremu często wmawiamy sobie, że możemy o własnych siłach zrobić w życiu więcej niż naprawdę możemy. To także dwa obrazy, którymi najczęściej posługuje się zły duch: pierwszego używa, aby zasiać w nas nieufność względem Pana Boga a drugiego, by pogłębić naszą pychę.
Paradoks prawdziwej wiary tkwi w tym, czy gotowi jesteśmy zrezygnować z tych fałszywych obrazów, jakie w sobie nosimy i które często gubią nas z życiu duchowym. Jeden ze wspomnianych mistyków – Mistrz Eckhart zwykł mawiać że człowiek jest w takim stopniu panem siebie, w jakim gotów jest wyrzec się siebie. To dokładnie to samo o czym mówi w Ewangelii Jezus przypominając, że aby siebie zyskać, należy wcześniej siebie stracić.
W swojej książce: „Rozważania o wierze”, którą serdecznie polecam ks. Prof. Tadeusz Dajczer pisze, że: „wiara nie usuwa wątpliwości i ciemności, wręcz przeciwnie, ona je zakłada”. Wbrew pozorom wątpliwości w doświadczeniu wiary są ważne. „Wątpimy by wierzyć” – jak powiedział kiedyś jeden ze słynnych filozofów. Istotne jest tylko, gdzie poszukujemy odpowiedzi, które mogą rozwiać nasze wątpliwości i umocnić naszą wiarę?
Święty Tomasz Morus, wierny swojemu sumieniu, został zamknięty w więzieniu. Ale właśnie wtedy, siedząc samotnie w celi, napisał do swojej córki Małgorzaty: „Nie wiem, co się stanie, ale wiem, że nic nie stanie się bez woli Boga. A jeśli tak, to będzie dla nas bardzo dobre. „Jeśli bowiem Bóg widzi, że najlepiej jest dla mnie, żebym umarł, czy mogłoby być cokolwiek na świecie, dla czego człowiek chciałby żyć dłużej?”.
Ten niezwykły rodzaj zaufania wynika ze ścisłego zjednoczenia z Chrystusem i sprawia, że stajemy się całkowicie wolni od siebie samych oraz pokorni jak lustro, które nie ma własnego obrazu, lecz odbija tego, który przed nim staje. Pokora Chrystusa wyraziła się w pełni w tym, że nie pragnął On niczego innego niż wypełnić do końca wolę Ojca. Zatem nasze podobieństwo do Chrystusa powinno wyrażać się w tym, że nie pragniemy niczego bardziej niż tego, by w naszym życiu wypełniała się Jego wola. Ale czy tak jest rzeczywiście? Czy nie jest częściej tak, że nasze modlitwy i prośby które mają na celu wypełnienie raczej naszej woli niż wsłuchiwanie się w to, co jest wolą Boga dla nas?
Jezus używa porównania „posłusznej morwy”, ukazując nam, jak wiele może zdziałać człowiek, kiedy kieruje się silną wiarą. Trzeba jednak wielkiej czujności, abyśmy tego obrazu a co za tym idzie wiary nie traktowali magicznie, jako rzeczywistość, która ma spełniać nasze oczekiwania. To byłoby przejawem niedojrzałości wiary. Niestety wiele osób tak właśnie podchodzi do modlitwy. Myśli sobie: „skoro wierzę, to Bóg powinien spełniać moje prośby”. A to nie do końca tak.
Trudno nam wypuścić życie ze swoich rąk. Żyjemy z przekonaniem, że owszem, Bóg jest wszechmocny, ale jeśli sami nie zatroszczymy się o własne życie, to nikt inny nie zrobi tego tak dobrze jak my…
Tymczasem dobry Bóg właśnie to robi i zawsze wysłuchuje nasze modlitwy, ale realizuje je w sposób, który przekracza ludzkie wyobrażenia. Nawet najbardziej przeklęta sytuacja może więc zostać przemieniona na naszą korzyść, a to, co się wydaje trudem, może się okazać czymś niezwykłym i drogocennym. Pod jednym warunkiem: że Mu zaufamy i że gotowi będziemy zrezygnować z naszych własnych planów by w całkowitej wolności powiedzieć Mu: „Bądź wola Twoja”…
Sądzę, że każdy, kto idzie drogą wiary wcześniej czy później dojdzie do wniosku, że ma jej za mało. To naturalna konsekwencja wzrastania w wierze. Gdybyśmy uznali, że tyle wiary ile mamy nam wystarcza, byłby to albo przejaw pychy, albo zatrzymania się na drodze rozwoju wiary. Zatem świadomość, że mamy za mało wiary, że potrzebujemy jej wzrostu, albo innymi słowy „przymnożenia” jej przez Jezusa jest jak najbardziej zdrowym objawem naszego duchowego rozwoju.
Wiara jest darem, łaską ale równocześnie zadaniem! Nie jest wartością, którą zachowuje się do końca niezmiennie. Wiara bliższa jest słowu zawierzenie…
Zawiera w sobie zaufanie w Bożą opiekę i miłość a w związku z tym również w to, jaką drogą i przez jakie doświadczenia mnie Bóg prowadzi, bo ufam, że On lepiej wie, co dla mnie dobre. Wiara nie wymaga ode mnie tego, że zrozumiem wszystko, co dzieje się tu i teraz, tylko że zaufam… Jak mówił już w średniowieczu Anzelm z Canterbury: „fides quaerens intellectum” (wiara to droga poszukująca zrozumienia).
Zatem jeśli się modlisz, miej ufność, że cokolwiek się wydarzy, będzie czymś dobrym, ponieważ twoje życie jest objęte Jezusową opieką.