Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Szukając ciszy

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».

Zapytali Go: «Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to się dziać zacznie?»

Jezus odpowiedział: «Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „To ja jestem” oraz „Nadszedł czas”. Nie podążajcie za nimi! I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec». (Łk 21, 5-11)

Wędrując po świecie często podziwiamy piękno świątyń, kunszt ich architektów i budowniczych.  Tymczasem Jezus zaprasza nas byśmy nie przywiązywali tak wielkiej wagi do tego co zewnętrzne, gdyż nie byłoby dobrze, gdybyśmy zapomnieli, że zewnętrzne piękno świątyń przypomina nam o Tym, dla którego zostały one postawiona. Dlatego niczym oścień jest słowo Jezusa: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony». Tak często zaangażowani w codzienność, żyjemy tak, jakby to, co nas otacza miało nigdy nie przeminąć.  Chrystus zaprasza na byśmy kształtowali w sobie spojrzenie, które wśród zwykłej, szarej codzienności potrafi dostrzec inne piękno, to które zostanie na wieczność a którego świat jest jedynie nikłym odbiciem.

Jak pisze o Richard Rohr w swojej Prosta sztuka odpuszczania: „Podróż w wierze wymaga od nas, abyśmy uczyli się żyć otwarcie i uczciwie, pozwalając aby przenikała nas prawda świata, gdyż nie nawracamy się w naszych głowach lub dzięki kazaniom wygłaszanym przez kapłana; nawracamy się dzięki okolicznościom – jeśli naprawdę zgadzamy się ich wysłuchać. A kiedy pozwalamy rzeczywistości, aby nas przeniknęła, wtedy nawrócenie jest już o krok.”

Być otwartym na rzeczywistość, by pozwolić przemawiać przez nią Bogu, który właśnie w taki sposób zechciał do nas mówić – oto ciągle aktualne zadanie do wykonania dla każdego wierzącego.

Refleksja nad dzisiejszą Ewangelią zachęca nas również do odwrócenia wzroku od tego co zewnętrzne, by skierować go na inną świątynię – świątynię naszego serca. I tu również aktualne okazuje się zdanie Jezusa: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony». Gdyż przyjdzie taki moment, kiedy także ta świątynia, którą jest nasze serce zniszczeje. Nie znaczy to jednak że z chwilą, gdy nasze serca przestaną bić zginie wszystko. Ocaleje bowiem to, co jest owocem liturgii i kultu, który dokonuje się w świątyni ludzkiego serca a których owocem jest wiara, nadzieja i miłość.

Dlatego warto nieustannie wracać do pytania: Czy w mojej pełnej zabiegania codzienności tęsknię za Bogiem? Czy adoruję Boga nieustannie obecnego w moim sercu? Czy pociąga mnie przebywanie z Nim w ciszy? To jest ta świadomość, która powinna nam towarzyszyć nieustannie a którą próbuje wypracować w nas medytacja – ucząca wsłuchiwania się nieustannie w słowo, obecne w sercu. Aby jednak by tak było musimy pozwolić temu słowu zakorzenić się w sercu a do tego potrzebna jest przestrzeń ciszy i skupienia.

Kard. Roberty Sarah w swojej książce „Moc milczenia” uświadamia nam, że można wybrać jedną z dwóch dróg: można szukać ciszy lub przed nią uciekać. Niestety współczesny człowiek często wybiera tę drugą opcję i nie rzadko dotyczy to także ludzi wiary. Żyjemy w powszechnie otaczającym nas zgiełku a jeśli odcinamy się od niego, zakładając na uszy słuchawki podłączone do smartfonów to tylko po to by zrezygnować z jednego hałasu na rzecz innego. Ale – jak pisze kard. Sarah – Bóg nie przychodzi w hałasie! Zgiełkiem i hałasem posługują się raczej inni, fałszywi prorocy, przed którymi przestrzega nas Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Niestety potrafią być przekonujący i zwodniczy. Jezus przestrzega nas dzisiaj przed fałszywymi prorokami, którzy będą mamili nas pięknymi słowami i obietnicami, którym łatwo ulec. Pan jednak mówi do nas wyraźnie, abyśmy nie chodzili za nimi.

Czy bierzemy sobie do serca tę przestrogę Jezusa? Warto pytać siebie: Kogo najchętniej w życiu słucham, kogo się radzę? Komu wierzę najbardziej? Jakimi słowami karmię się najczęściej? Jakie miejsce pośród tych osób i słów zajmuje Jezus i Jego słowo?

Jest tylko jedno słowo, które potrafi udzielić nam prawdziwego wewnętrznego pokoju, przezwyciężyć nasze lęki i udzielić mądrości w rozeznawaniu znaków, które poprzedzą przyjście Jezusa. Tym słowem jest sam Chrystus. Tyle tylko, że On przychodzi w ciszy, o którą jako człowiek wiary muszę z całą determinacją zawalczyć na przekór zgiełkowi, który za wszelką cenę pragnie się wkraść do umysłu i serca by zagłuszyć ten cichy i pokorny głos Boga, który wybrzmiewa w naszej wewnętrznej świątyni. Dlatego codzienna i wytrwała praktyka medytacji może być dla nas i dla naszej wiary przestrzenią ocalenia. Tylko wsłuchując się w Chrystusa w ciszy naszego serca uczymy się ufności w dane przez Niego słowo. Uczymy się, że tylko Jego słowo jest wiarygodne i wieczne.

Król na tronie Krzyża

Gdy ukrzyżowano Jezusa, lud stał i patrzył. A członkowie Sanhedrynu szydzili: «Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli jest Mesjaszem, Bożym Wybrańcem».

Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: «Jeśli Ty jesteś Królem żydowskim, wybaw sam siebie».

Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: «To jest Król żydowski».

Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: «Czyż Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas».

Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił».

I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa».

Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze Mną w raju». (Łk 23, 35-43)

„To jest Król żydowski” – napis, który Piłat nakazał umieścić na Krzyżu Chrystusa miał być szyderstwem. W zamyśle rzymskiego prokuratora miał on dokuczyć Żydom, którzy wymogli na nim wyrok śmierci. Nieświadomie jednak rzymski namiestnik stał się prorokiem, bo chrześcijanie widzą w Jezusie władcę, który nie jest jedynie Królem żydowskim, lecz Panem całego świata, a atrybutem Jego władzy jest miłość tak wielka, że ma moc zapanować nad grzechem, śmiercią, nienawiścią. Krzyż jest tronem, na którym może niewielu władców zdecydowało by zasiadać. Jest on tronem Bożej miłości, która daje siebie do końca i w ten sposób pokonuje zło.

Ewangelista pisze także, że „lud stał i patrzył”. Niedziela Chrystusa Króla zaprasza nas do spojrzenia na Krzyż, do kontemplacji tej sceny, która pozostanie dla nas zawsze tajemnicą wykraczającą poza zdolność pojmowania ludzkiego rozumu: bo ludzka logika musi zawieść próbując zrozumieć nieśmiertelnego Boga i Stwórcę wszystkiego, który jako całkowicie bezbronny umiera na Krzyżu z miłości do człowieka, który do Krzyża przybija swojego Boga!

Krzyż Jezusa zmusza do wyboru, do zajęcia postawy. Nie pozwala na obojętność. Będą i dzisiaj tacy, którzy tak jak wtedy przedstawiciele Sanhedrynu czy żołnierze nie zobaczą tej miłości. To ci, których serce pełne jest szyderstwa.

Będą tacy, którzy jak ten pierwszy z łotrów, choć dzieli los Jezusa i cierpi tak samo jak On, to jednak atakuje Jezusa. To lekcja, która pokazuje nam, że cierpienie automatycznie nie uszlachetnia. W doświadczeniu niedoli można przeklinać swój los, Boga i wszystkich dokoła.

Będą wreszcie tacy, którzy jak Maryja, Jan i Maria Magdalena stają wobec tajemnicy Krzyża z miłością, współczuciem i z wiarą, która choć nie potrafi może do końca zrozumieć rozgrywającego się na ich oczach dramatu, ale potrafi zaufać, że ma on jakiś głęboki sens.

Święty Łukasz Ewangelista zaprasza nas dzisiaj w tę ostatnią niedzielę roku liturgicznego byśmy odnaleźli siebie w tym tłumie pod krzyżem i zapytali siebie: Jak patrzę na Krzyż? Jakie odczucia on we mnie budzi?

Stojąc pod Krzyżem stoimy jednocześnie przed decyzją: czy ten Człowiek, Bóg, Jezus Chrystus, który wisi na krzyżu, tak ogołocony, sponiewierany, w którym nie widać splendoru i chwały, który wydaje się być strzępkiem człowieczeństwa – czy jest Tym, w którym gotów jestem uznać swojego Pana? Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: „Jeżeli ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM i w sercu swoim uwierzysz – osiągniesz zbawienie”.

Nie wolno nam jednak zapomnieć, że  uznając,  że Jezus jest moim Królem biorę na siebie konsekwencje tego stwierdzenia – a to oznacza, że godzę się na to, że to On a nie ja panuje nad moim życiem, że tego właśnie chcę, i gotów jestem zawierzyć Mu swoje życie na dobre i na złe…

Choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie łatwy wybór, gdyż panowanie Boga w naszym życiu nie oznacza, że ono automatycznie stanie się słodkie i lekkie, gdyż dalej będziemy doświadczali własnej słabości, czasem też cierpienia (również tego niezawinionego), dalej będziemy musieli zmagać się z grzechem i zdarzy nam się doświadczyć ciemności czy skutków wszechobecnego zła.

Tymczasem my, kiedy znajdujemy się w tarapatach, odruchowo wolelibyśmy mieć obok siebie raczej Boga cudotwórcę, który rozwiązuje nasze problemy, niż Boga, który solidaryzuje się z nami w cierpieniu, ale go nie usuwa. Wolelibyśmy Boga, który w swojej wszechmocy interweniuje wobec nawału nierozwiązanych problemów i ogromu nieszczęść, które dotykają świat, niż Boga, który milczy, bo w swojej zranionej miłości do końca szanuje wolność człowieka i jej konsekwencje.

To jest duchowe zmaganie o serce, które pośród wątpliwości rozumu potrafi rozpoznać to, co naprawdę ważne. Przecież po ludzku Krzyż Chrystusa wydaje się tak słaby, nie niesie ze sobą żadnych rozwiązań.

To dlatego na Golgocie testowano Ukrzyżowanego: „Wybaw sam siebie”.    Z drwiną, szyderstwem, urągając, krzyczeli członkowie Wysokiej Rady, żołnierze i łotr, który wisiał obok Jezusa. Oczekiwali – podobnie jak czasem my – Mesjasza który potwierdzi swą władzę gestem mocy, jakimś spektakularnym cudem.

Paradoks Ewangelii polega jednak na tym, że Chrystus milczy…

I kolejny paradoks to ten, że Króla na Krzyżu rozpoznał ten, który według ludzkiej logiki powinien zrobić to jako ostatni. Niepojęte, że w chwili, gdy tracił wszystko, nie myślał o ratowaniu własnego życia, ale dostrzegł, że prawdziwym królem jest ten, kto zostaje z nim do końca.

Jezus nie wybawił sam siebie, nie uwolnił również z krzyża tego, którego tradycja nazywa Dobrym Łotrem. Ale Jego obecność sprawiła, że łotr, który patrzył sercem, umierał jak król – człowiek naprawdę wolny.

Ostatecznie na takim obrazie koncentruje się ewangeliczna opowieść znajdująca swoją kulminację na Golgocie. Bo Łukaszowy Jezus jest boskim królem, który chce, by panowanie rozumiane było jako łagodność i pokorna służba, jest Bogiem miłosiernym, który do końca poszukuje słabych i zagubionych. Boże miłosierdzie nie zna granic a Bóg nigdy nie porzuci człowieka za którego oddał swoje życie. On powoli rozprasza ciemności i napełnia swoim światłem i pokojem serca tych, którzy w Ukrzyżowanym potrafią rozpoznać swojego Boga i Króla.

Od chwili śmierci Chrystusa na Krzyżu zło jest wciąż obecne na świecie i wydaje się, że tryumfuje. Prawda jest jednak taka, że zostało już pokonane i pozostanie bezradne wobec mocy miłości, która się wówczas objawiła na wzgórzu Golgoty.

Bo jak pisze kard. Sarah: „Natura królestwa Bożego jest tajemnicą miłości. <<Będziesz ze Mną w raju>>. To oczywiście obietnica dana dobremu łotrowi, ale i nam. Te słowa tłumaczą uniwersalny sens krzyża. Jezus nie chce wybawiać siebie, ale nas, bo Tak działa miłość. Taka jest istota Jezusowego panowania. Każdy z nas w jakimś sensie jest łotrem, który powinien ponieść karę za grzech. Ale dzięki Jezusowi mam szansę stać się innymi, dobrymi ludźmi i wejść z Nim do raju. Jeśli tylko okażemy się wystarczająco pokorni, aby uznać, że w Nim jest nasze zbawienie. I zbawienie świata”.

Modlitwa – spotkanie pragnień

Kiedy Jezus przybliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał przeciągający tłum, wypytywał się, co to się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi.

Wtedy zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!»

Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się przybliżył, zapytał go: «Co chcesz, abym ci uczynił?» On odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał».

Jezus mu odrzekł: «Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła».

Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu. (Łk 18, 35-43)

Są takie fragmenty Ewangelii, obok których nie da się przejść obojętnie, zwłaszcza jeśli jest się homo meditantes, czyli człowiekiem medytującym. Bez wątpienia do takich fragmentów należy przywołany wczoraj w Liturgii fragment o uzdrowieniu niewidomego z Jerycha. I nie tylko dlatego przy czytaniu tej perykopy mocniej bije nasze serce, że stała się ona treścią Modlitwy Jezusowej, ale również z tego powodu, że w sposób prosty opisuje czym jest doświadczenie modlitwy, często lepiej niż całe traktaty poświęcone tej praktyce.

Jak pięknie a zarazem lapidarnie opisuje sto Katechizm Kościoła Katolickiego: „Modlitwa – czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie – jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560). Co więcej to pragnienie obecne w modlitwie staje się kanwą przemiany człowieka. Jeśli bowiem modlitwa jest szczera i prawdziwa, to zawsze musi być przemieniająca dla człowieka modlącego się, choć nie zawsze widać to od razu, jak w przypadku niewidomego z Jerycha.

Inną kwestią, której uczy nas ta scena ewangeliczna jest autentyczność i prostota naszego pragnienia, z którego rodzi się modlitwa. Człowiek zawsze przychodzi na modlitwę z jakimś pragnieniem. Jednak pytanie Jezusa: „Co chcesz, abym ci uczynił?” jest podyktowane chęcią uświadomienia nam z czym, z jakim pragnieniem przychodzimy na modlitwę. Jest to pytanie, które może także oczyszczać nasze motywacje. Bo możemy przychodzić na spotkanie z Bogiem by Go przede wszystkim o coś prosić, ale możemy przychodzić z pragnieniem uwielbienia Boga, pragnieniem by nasza modlitwa przyczyniała się do Jego większej chwały.  Można zatem powiedzieć, że im głębsza będzie nasza duchowość tym bardziej punkt ciężkości w naszej modlitwie winien się przesuwać z pragnień podyktowanych skupieniem się na naszym „ja” do pragnień skupionych na boskim „Ty”. Stąd jak widzimy pytanie Jezusa: „Co chcesz abym ci uczynił?” nie jest bezzasadne, ale staje się prawdziwym probierzem intencji i dojrzałości naszej modlitwy…

Modlitwa jest również – jak wynika z powyższego fragmentu Ewangelii – doświadczeniem, w którym Bóg „zatrzymuje się przy nas”. Oczywiście Bóg jest nieustannie obecny w naszym życiu, ale nam czasem brakuje tej umiejętności patrzenia, która potrafi dostrzec ten fakt. Stąd prośba „abyśmy przejrzeli” jest jak najbardziej aktualnym wołaniem. Tak długo bowiem jak nasz sposób patrzenia na rzeczywistość, na człowieka, jak również a może przede wszystkim na Boga nie stanie się Jezusowym sposobem patrzenia, prośba o to, „abyśmy przejrzeli” winna być naszą osobistą modlitwą. Można powiedzieć, że jest to warunek autentyczności naszego chrześcijaństwa – uczyć się patrzeć tak jak Jezus. Pytanie czy to jest naszym pragnieniem, które przynosimy też na medytację?  Bóg bowiem odpowiada na osobistą i autentyczną potrzebę człowieka. Nie może to być jedynie przelotna zachcianka ani ogólnie przyjęta oczywistość. Musimy wiedzieć czego chcemy od Boga! Dlatego praktyka autentycznej modlitwy musi odznaczać się determinacją, wytrwałością i zaufaniem. I to także postawa, której uczy nas dzisiejszy fragment Ewangelii, postawa bez której nie będzie owocna ani przemieniająca także praktyka naszej medytacji.

Wydarzenie z Jerycha uczy, że modlitwa uzdrawia, daje światło, przejrzenie. Musimy o tym pamiętać bo bardzo często w życiu duchowym jesteśmy w sytuacji niewidomego z tej Ewangelii: jak słyszymy„…niewidomy siedział przy drodze”. Każdy z nas w pewien sposób jest w sytuacji człowieka przy drodze. To obraz odzwierciedlający drogę duchową człowieka. Duchowość i wpisane w nią doświadczenie modlitwy/medytacji to nic innego jak szukanie tej właściwej drogi, na której możemy spotkać Boga.

Sprawy ostateczne

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».

Zapytali Go: «Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to się dziać zacznie?»

Jezus odpowiedział: «Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „To ja jestem” oraz: „Nadszedł czas”. Nie podążajcie za nimi! I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw „musi się stać”, ale nie zaraz nastąpi koniec».

Wtedy mówił do nich: «„Powstanie naród przeciw narodowi” i królestwo przeciw królestwu. Wystąpią silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie.

Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 5-19)

Dzisiejsze czytania niosą w sobie znamię spraw ostatecznych. Ze Starego Testamentu czytamy fragment Księgi Malachiasza. Prorok mówi o dniu palącym jak piec, o dniu sądu dla niesprawiedliwych i słońcu sprawiedliwości dla czczących imię Boga. Z Drugiego Listu do Tesaloniczan, w którym jest mowa o okolicznościach powtórnego przyjścia Chrystusa, czytamy fragment sprowadzający nas na ziemię, abyśmy „pracując ze spokojem, własny chleb jedli” (2 Tes 3, 12). Ewangelia Łukasza wspomina przede wszystkim o potrzebie wytrwałości w każdym czasie, a zwłaszcza podczas wojen i prześladowań. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 19).

Z jednej strony czasy ostateczne, koniec wszystkiego, dzień sądu, o których nie wiemy, kiedy nastąpią; z drugiej trzeźwe i spokojne mówienie o pracy i codziennej wytrwałości. W życiu i doświadczeniu chrześcijanina obie te rzeczywistości powinny być złączone, choć pozornie wydaje się to trudne do pogodzenia. Istnieje wszak niebezpieczeństwo rozdzielenia ich i przyjęcia jednej z dwóch postaw: pierwszą cechuje to, że ulega się wszelkiego rodzaju zapowiedziom końca świata, choć chrześcijanin nie powinien poddawać się sugestiom różnych mistyfikatorów czy jasnowidzów. Inna skrajność polega na tym, że człowiek tak bardzo zaangażowany jest w sprawy doczesne, że zupełnie obce staje się mu myślenie o sprawach ostatecznych, choć od chrześcijanina powinno wymagać się, że wobec niewiadomej godziny końca życia na ziemi, powinien być zawsze na nią gotowy. Sergio Quinzio w niezwykłej książce Przegrana Boga przypomniał słowa Kafki o tym, że Mesjasz nadejdzie, gdy nikt już nie będzie na Niego czekał. Stąd też zasadne wydaje się pytanie Chrystusa: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”

Dzisiaj wydaje się, że dominuje ta druga z wymienionych postaw: iż w tak powszechnym dziś zabieganiu łatwo zapominamy o naszej śmierci. A przecież – jak trzeźwo zauważył stary mnich – mamy tylko dwie pewne chwile naszego życia: chwilę obecną i moment śmierci. I warto sobie uświadomić, że z perspektywy życia duchowego to są też dwa momenty, w których możemy spotkać przychodzącego Jezusa. Przy czym warto pytać czy z powodu ogromnego tempa życia również chwila obecna nie przelatuje nam zbyt często przez palce?

„Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony»” (Łk 21, 5-6).

Zdarza się czasem, że popadamy w przesadny zachwyt nad tym, co piękne, szlachetne, co cieszy oko i buduje ducha. Wiele jest przecież wokół nas wielkich dzieł, które inspirują i zdumiewają swoim rozmachem. Również w każdym z nas znajdują się takie przestrzenie, które napawają nas dumą; coś, za sprawą czego zyskujemy uznanie innych. Wydawać by się mogło, że właśnie w nich ukryty jest nasz skarb i że na tym można poprzestać.

Tymczasem Jezus mówi, że zachwyt nad tym, co widzialne, nie jest najistotniejszy, ponieważ nawet z tego, co wydaje się nam najszczytniejsze i najszlachetniejsze, „nie zostanie kamień na kamieniu” (por. Łk 21, 6b). Wszystko, co budujemy i tworzymy, w co się angażujemy – także nasze ambicje i wysiłki – okaże się o tyle trwałe, o ile położymy pod to mocny fundament. Innymi słowy, jeśli będą one oparte na wierze i chęci dawania świadectwa, o które upomina się dzisiaj Chrystus – przetrwają.

Święty Paweł wielokrotnie podkreślał bazując na własnym doświadczeniu, że czas obecny jest czasem próby. Zatem w doświadczenie wiary wpisane jest to, że musimy zostać wypróbowani, nie tylko przez naszych wrogów czy prześladowców, ale również przez rodziny, braci i przyjaciół, którzy zakwestionują nasze decyzje i wybory. To jest właśnie ta próba, która ma moc zawalenia najbardziej solidnych murów naszych osiągnięć, by odsłonić fundament – prawdziwą wartość budowli naszego życia i tego, na czym tak naprawdę to życie opieramy.

„Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 19). Nasza wielkość nie zależy wyłącznie od liczby naszych zasług. Jej fundament leży o wiele głębiej: w naszej ufności Jezusowi. Prawda jest taka, że Zły, chce niszczyć to, co stworzył Bóg a pierwszą rzeczą w którą uderza jest właśnie ufność i nadzieja, którą pragnie usunąć z serc ludzi wierzących.

Jezus poucza też swoich uczniów, aby nie przerażały ich nawet wojny, ale też aby pomimo zła nie ustawali w czynieniu pokoju i dobra wokół siebie.

Chrystus wszedł w świat rozdarty wojnami i do takiego świata posyła w każdym pokoleniu swoich uczniów. Niejednokrotnie trudno jest odpowiedzieć dobrem na zło, przebaczeniem na przemoc, ale chrześcijanin, to ktoś, komu nie wolno popadać w rezygnację, nawet jeśli inni to robią, bo widzą wokół siebie tyle zdającego się wszystko dominować zła.

Nie jest jednak tak, że jako ludzie wierzący mamy się niczego nie bać. Jezus mówi wprost: powinniśmy się bać zatracenia własnej duszy. Ten strach nie ma nas jednak paraliżować, lecz motywować do dbałości o życie w łasce, o głęboką relację z Chrystusem. Nie jest to relacja jak każda inna, lecz więź szczególna, najważniejsza w naszym życiu. Jezus zapewnia, że jeżeli tylko wybieramy Go dzień po dniu, aby na relacji z Nim budować nasze życie – On sam stanie się dla nas ratunkiem i schronieniem w obliczu największych prześladowań i oszczerstw.

Jako wspólnota Kościoła wierzymy, że Chrystus ponownie przyjdzie w chwale. Wówczas ujawni to, co teraz jest dla naszych oczu zakryte; ukaże zamysły serc, odkryje ów prawdziwy fundament naszego życia, owoce naszego głoszenia i świadectwa.

Obyśmy mogli wówczas powiedzieć za św. Pawłem: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego”. (2 Tm 4, 7- 8)

Trzeba mieć by dać

Jezus powiedział:

«Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”». (Łk 17, 7-10)

Jezus znowu proponuje nam solidną „rewolucję” w sposobie myślenia. Na ogół bowiem wyświadczając komuś dobro myślimy, że zyskujemy zasługi, bądź wyrządzamy komuś łaskę. Stąd często oczekujemy w zamian za nasze dobro lub naszą ofiarność wdzięczności a przynajmniej docenienia. Tymczasem by ofiarować komuś miłość trzeba ją najpierw otrzymać. Można by zatem powiedzieć, że nie dajemy nigdy od siebie, ale czerpiemy z tego, co otrzymaliśmy od Boga lub od innych. Przypomina mi się motto książki, której współautorem jest o. Maksymilian Nawra OSB, gdzie pisze: „Dzielę się tym, co otrzymałem”.

Jest to ten sam sposób myślenia, który w swojej słynnej maksymie charakteryzuje o. Richard Rohr, który mówi, że „doświadczenie wiary chrześcijańskiej jest bardziej odejmowaniem niż dodawaniem, zgodą na tracenie niż na zyskiwanie”. W tę tezę doskonale wpisuje się dzisiejsza Ewangelia, albo innymi słowy ta teza dobrze wpisuje się w ewangeliczne myślenie, które pragnie zaszczepić w nas Chrystus. Jezus zaprasza nas do takiego właśnie patrzenia na nasze życie – jak na dar, z wdzięcznością. Możemy oczywiście zamknąć się na dar i go odrzucić, zarówno ten, który chce nam ofiarować człowiek, jak i ten, który chce nam podarować Bóg. Jeśli jednak godzimy się już przyjąć dar, a zwłaszcza dar miłości, to trzeba pamiętać, że jeśli otrzymanej miłości nie dajemy innym, to ona umiera. Człowiek, który bierze miłość, ale nie rozdaje jej, utwierdza się w postawie duchowego egoizmu a jego serce podobne jest do worka bez dna.

Medytacja jest doświadczeniem otwartości na łaskę i na miłość Chrystusa, która przychodzi zawsze wraz z Jego obecnością i słowem. W medytacji to Chrystus przez swoje słowo staje się naszym Sługą, który wypełnia nas swoją miłością, po to, abyśmy mogli z niej czerpać zarówno dla siebie jak i dla innych. Stąd tak konieczna jest w medytacji postawa otwartości i wdzięczności. Otwartości, by móc jak najlepiej otworzyć się na Bożą łaskę i wdzięczności, by mieć w sobie poczucie, że wszystko, co otrzymujemy jest darem. Kiedy będziemy o tym pamiętać łatwiej będzie nam dzielić się owocami, które praktyka medytacji zaszczepia i rozwija w naszym życiu.