Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, on bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy Bóg z nami.
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił Anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1, 18-24)
Z narodzeniem Jezusa było tak… Mateusz opowiada historię, która wydarzyła się w konkretnym czasie i miejscu. Dla nas jest to przestrzeń bardzo odległa, ale sprawy Boże przekraczają czas i przestrzeń.
Słuchając tych słów jesteśmy zaproszeni by zaangażować się w opowieść o Bożym Narodzeniu – nie po to, aby jedynie powspominać, by ją opowiadać, jako odległą historię. Święta są po to, żeby przyjąć zaproszenie Boga, który chce ciągle na nowo rodzić się w naszych sercach by współtworzyć wraz z nami historię naszego życia, tak jak współtworzył ją z Maryją i Józefem, aby uczynić z naszego życia część historii zbawienia.
Czasem dzieci na religii pytają: dlaczego św. Józef chciał oddalić Maryję, przecież byli zaślubieni – nie kochał Jej?
W tamtych czasach małżeństwo przebiegało w dwóch wyraźnie odróżniających się fazach. Pierwsza polegała na uroczystości zaślubin w domu panny młodej i pociągało to za sobą zmianę sytuacji kobiety. Chociaż zamieszkiwała nadal w swoim domu przez okres około roku, była już „małżonką” swego przyszłego męża i przez to każda niewierność była uznawana za cudzołóstwo. Druga faza obejmowała uroczyste obchody zaślubin z radosną przeprowadzką do domu męża, odbywającą się w żywej scenerii świateł, śpiewów, tańców, uczty, o jakiej mówił sam Jezus w przypowieści o pannach mądrych i głupich (Mt 25, 1-13).
Po zwiastowaniu Maryja udała się do swojej krewnej Elżbiety. Jest w stanie błogosławionym. Józef stanął przed koniecznością dramatycznego wyboru, ponieważ Maryi groziło ukamienowanie (Pwt 22, 23-24). Ponieważ był człowiekiem prawym, musiał wypełnić prawo rozwodowe, ale jego prawość skłoniła go, by zrobić to delikatnie, nie procesowo – chciał potajemnie wręczyć list rozwodowy Maryi, by nie narazić Jej na zniesławienie.
Moglibyśmy zapytać: Dlaczego zwiastowanie miało miejsce po zaślubinach, a nie dopiero po wspólnym zamieszkaniu Maryi i Józefa. Przecież Bogu nie zrobiłby różnicy rok, skoro świat czekał na Zbawiciela tyle wieków. Gdyby anioł przyszedł do Maryi, gdy ta zamieszkała już u Józefa byłoby normalne, że dziecko się poczęło, nie byłoby tych wszystkich trudności?
Co zatem Bóg chce nam pokazać przez to wydarzenie?
Historia z Nazaretu sprzed dwóch tysięcy lat to swoista katecheza o zaufaniu. Wiele razy w różnych sytuacjach życiowych jesteśmy bezradni, nic nie da się zrobić, jest sytuacja patowa, nawet wytłumaczyć niczego nie można. Czy wtedy pierwszym odruchem naszego serca jest zwrócenie się do Boga z ufnością, że On najlepiej potrafi rozwiązać skomplikowane sprawy? Czy też próbujemy kombinować sami a jak już mamy nóż na gardle, to ewentualna modlitwa staje się ostatnią deską ratunku?
Jedno wiemy na pewno: mrok i cierpienie ludzkiej duszy mają moc przyciągania Bożej interwencji. Kiedy jesteśmy najbardziej pogrążeni w ciemności i niezrozumieniu, Bóg objawia swoją moc, o ile Mu zaufamy. Okazuje się wtedy, że cały czas był przy nas – takie jest Jego imię: Emmanuel – Bóg z nami.
Jest jeszcze drugi wymiar tej katechezy: postawa Maryi, Jej wiara, że Bóg wie lepiej, co będzie dla Niej dobre. Nam niestety nie przychodzi to tak łatwo, bo na skutek konsekwencji grzechu, który w sobie nosimy mamy w sobie skłonność do niewiary w to, że Bóg kocha nas bezgranicznie i chce dla nas jedynie dobra. Ta nieufność sprawia, że sami wolimy decydować o tym, co będzie dobre dla nas, dla żony, męża, dzieci, bo jesteśmy przekonani, że my sami wiemy to najlepiej. Kto z nas pyta Pana Boga o Jego wolę i światło, gdy stajemy przed codziennymi wyborami i decyzjami? Chętnie usprawiedliwiamy się: „Co jak będę zawracać głowę Panu Bogu!?”
Bardzo często podobni jesteśmy do Achaza z pierwszego czytania. Swoim przekonaniem, że my wszystko wiemy najlepiej czynimy przykrość ludziom (bo ile to razy wydaje nam się, że my lepiej wiemy, jak ktoś powinien zachować się w danej sytuacji i jakie podjąć decyzje). Czynimy przykrość Panu Bogu, bo brak zaufania sprawia, że nie pytamy Go o światło; często z lęku, który rodzi się w naszej wyobraźni, że jak zawierzę Panu Bogu moje życie, to On w zamian czegoś ode mnie zażąda, coś mi odbierze lub pokrzyżuje moje świetne plany na przyszłość, więc bezpieczniej jest Go nie pytać o radę i światło. Wreszcie czynimy przykrość sami sobie, bo ileż to razy musieliśmy żałować nieprzemyślanych i nieprzemodlonych decyzji?…
Józef wraz z Maryją zdali bardzo trudny egzamin z zawierzenia Bogu, choć wbrew temu, co widzimy często na świętych obrazkach życie świętej rodziny nie było sielanką.
Czy mogło być jednak inaczej? Czy wkraczanie Boga w ludzką historię musi wiązać się z jakiegoś rodzaju „jazdą po bandzie” i wystawianiem nas na takie trudne próby, jakim zostali poddani Maryja i Józef?
A może raczej powinniśmy zapytać – bo to z pewnością jeszcze istotniejsze dla nas – czy sami bylibyśmy gotowi pozwolić Bogu, by tak nas poprowadził? Czy bylibyśmy w stanie, podobnie jak Maryja i Józef, ryzykować i zbudować swoje życie na Bożym słowie, którego usłyszenie i przyjęcie nie dla wszystkich będzie oczywiste?
Sprawa jest ważna!
Bo bez gotowości do ryzyka zawierzenia bez reszty Bożemu słowu nie ma prawdziwego Bożego Narodzenia.
Mogą być tylko bardziej lub mniej udane jego podróbki.
Ja, Jezus, posłałem mojego anioła,
by wam zaświadczyć o tym, co dotyczy Kościołów.
Jam jest Odrośl i Potomstwo Dawida,
Gwiazda świecąca, poranna».
A Duch i Oblubienica mówią:
«Przyjdź!»
A kto słyszy, niech powie:
«Przyjdź!»
I kto odczuwa pragnienie, niech przyjdzie,
kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie.
Mówi Ten, który o tym świadczy:
«Zaiste, przyjdę niebawem».
Amen. Marana tha! Przyjdź, Panie Jezu!
Łaska Pana Jezusa ze wszystkimi! [Ap 22, 16-17. 20-21]
Rozpoczęliśmy trzeci tydzień Adwentu, wyjątkowy czas oczekiwania, podczas którego szczególnego znaczenia nabiera wezwanie towarzyszące naszej medytacji – Marana tha – Przyjdź Panie!
To jeden z niewielu terminów w języku aramejskim, który był codziennym językiem Jezusa.
Warto pamiętać, że w zależności od tego, jak te słowa wypowiadamy, mamy różne znaczenie: „Marana tha” znaczy dosłownie „Panie przyjdź!”, a „Maran atha!” – „Pan przyszedł”. Zwrot ten znajdziemy w 1 Liście do Koryntian (1 Kor 16,22). Są to także ostatnie słowa Apokalipsy św. Jana Ewangelisty (Ap 22,20).
Początkowo wezwanie to było codzienną, żarliwą modlitwą chrześcijan. W tym wezwaniu wyrażało się ich gorące pragnienie, aby Jezus powrócił jeszcze za ich życia. Dziś taka motywacja tej modlitwy wydaje się raczej rzadsza.
Termin ten został przyjęty jako jedno z wezwań towarzyszących medytacji monologicznej (zaproponowany przez ojca Jonhna Maina). Stało się to z trzech powodów.
Pierwszy jest praktyczny: Wezwanie to nie pochodzi z naszego języka, a ponieważ tak jest, to gdy jest wypowiadane jako wezwanie towarzyszące medytacji nie pobudza naszych myśli i naszej wyobraźni, co sprzyja wewnętrznemu wyciszeniu.
Po drugie: myślę sobie, że skoro Nowy Testament był pisany w języku greckim lub hebrajskim lub na taki język tłumaczony z aramejskiego, to zachowanie terminu, który daje się przecież bez problemu przetłumaczyć w jego pierwotnie brzmiącej formie musi mieć jakieś znaczenie. Jest więc słowem świętym i niezwykle ważnym dla pierwszych chrześcijan. Chcemy zatem by w medytacji na nowo wybrzmiała jego waga.
Wreszcie trzeci i najważniejszy powód, to wiara w to, że słowo Boże jest żywe i skuteczne. A skoro tak, to ufamy, że modląc się słowami: „Przyjdź Panie” – On odpowie na to wezwanie i przyjdzie ze swoją łaską, aby umocnić swoją obecność w naszym sercu i aby nas poprowadzić mocą swojego słowa w modlitwie, która właśnie do mocy tego słowa się odwołuje.
Warto wciąż wracać do tego, że medytacja monologiczna w odróżnieniu od medytacji dyskursywnej nie polega na myśleniu czy na posługiwaniu się naszą wyobraźnią. Polega na całkowitym zawierzeniu się słowu, któremu pozwalamy działać tak jak chce. Podejście takie wydaje się trudne dla współczesnego, racjonalnie myślącego człowieka, ale doświadczenie Boga jest tym, które od zawsze wymyka się naszej racjonalności. Chrześcijaństwo jest religią paradoksu. Bóg często działa w naszym życiu, tak jak i w całej historii zbawienia w sposób paradoksalny. Jednak z powodu naszej niecierpliwości i fałszywego przekonania o tym, że to co racjonalne daje nam poczucie bezpieczeństwa przegapiamy moment, w którym Bóg przenika w nasze życie jako Tajemnica i jako taka chce być przyjęty i kontemplowany. Zgodzić się na to, że nie wiem jak Bóg działa i pozwolić Mu działać nawet kiedy tego nie rozumiem tak jak On chce, oto klucz do tego by doświadczyć w swoim życiu Jego mocy, by przekonać się, że On jest Panem rzeczy niemożliwych. To było doświadczenie wielu świętych, którzy byli przed nami. Począwszy od Maryi, która swoim Fiat, zgodziła się na działanie Boga, którego nie rozumiała, a skończywszy na mnóstwie postaci zarówno Starego jak i Nowego Testamentu, którzy poszli tą sama drogą zaufania i zgody na to, że Boże drogi nie są naszymi drogami ani Jego myśli naszymi myślami. [por. Iz 55,8]
Zdarza się, że ktoś mówi, że wypowiadając to jedno wezwanie w rytmie oddechu nie czuje się tak, jakby się modlił, bo w zasadzie nic nie mówi do Boga, nie prosi Go o nic, tak jak do tego przywykliśmy zazwyczaj… Ale prawda jest taka, że to są tylko wyrażenia. Prawdziwość i owoce naszej modlitwy nie zależą od tego co nam się wydaje, ale od naszej otwartości i dyspozycji wobec Bożej łaski. A słowo Boże jest nośnikiem łaski. Jest kanałem, który otwiera w nas drzwi do niekończonej tajemnicy Boga. Medytacja jest zaproszeniem do kontemplowania tej Tajemnicy w miłości, w wierze i w zaufaniu.
Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: «Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?» Jezus im odpowiedział: «Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie».
Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: «Co wyszliście obejrzeć na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? ale co wyszliście zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po co więc wyszliście? Zobaczyć proroka? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: „Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby przygotował Ci drogę”. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on». (Mt 11, 2-11)

I już połowa Adwentu za nami. Ewangelia odrywa nasz wzrok od codzienności i prowokuje, abyśmy ponownie odszukali w naszym życiu źródło prawdziwej radości, której nic i nikt nie jest w stanie nam zabrać. Żeby jednak odnaleźć radość i jej źródło musimy umieć się zatrzymać…
My jednak coraz częściej mylimy radość z rozrywką, przyjmujemy tanie keep smiling, kwitujemy przelotnym „wszystko w porządku”. Entuzjazm, pozytywne myślenie to jeszcze nie radość. Współczesna kultura oferuje nam mnóstwo okazji do przyjemności, jednak niewiele powodów do prawdziwej i głębokiej radości. Czy w tym deficycie może nam pomóc dzisiejsza niedziela, czy nasza wiara w Jezusa ma na to jakąś odpowiedź?
Adwent to czas czuwania i gotowości. To czas na to, by zatrzymać się i podjąć refleksję nad własnym życiem. Czy potrafię czuwać? Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę w moim sercu, w moim życiu, w mojej rodzinie? Czy wiara jest dla mnie zjednoczeniem z Bogiem, więzią z Nim? Jakie miejsce zajmuje Bóg w moim życiu? Czy modlitwa jest wpisana w moje życie? Na te i inne ważne pytania dotyczące naszego chrześcijańskiego życia starajmy się odpowiedzieć przeżywając Adwent. Jednak na te pytania nie znajdziemy odpowiedzi w biegu. Dlatego Adwent, to czas, który zaprasza na do zatrzymania się, choć to nie jest łatwe w czasach powszechnego pośpiechu, w jakich żyjemy. Jeśli jednak nie zatrzymamy się nie będziemy w stanie w pełni docenić życia, które dzieje się tu i teraz. Poza tym zatrzymanie się jest nam potrzebne po to by umieć docenić fakt, że jesteśmy dla siebie darem, że darem jest dany nam czas, który tak szybko mija i wreszcie, że ten dany nam czas jest miejscem, w którym Bóg przychodzi, aby się ze mną spotkać. Żeby to spotkanie jednak nastąpiło muszę być obecny tu i teraz.
A dziś słowo mówi nam o znakach rozpoznawczych obecności Jezusa – mają one utwierdzić w nadziei uwięzionego Jana. Ich lista jest wciąż aktualna – Jezus żyjący pośród nas czyni wielkie znaki i cuda. I to one mają moc przywrócić nam nadzieję i radość. Nawet gdy wszystko wokół – podobnie jak w wypadku Jana Chrzciciela – chce nam tę radość i nadzieję odebrać.
Tak jak w Jezusie spełniają się wszystkie proroctwa, tak też w Nim spełniają się wszystkie nasze tęsknoty i pragnienia. On może uzdrowić nasze widzenie świata, które przyprawia nas o smutek i rezygnację. „Kto poznał Dobrą Nowinę, nie może mieć grobowej miny” – mówi papież Franciszek. Dlatego tyle w naszym życiu będzie prawdziwej radości, ile będzie w nim Ewangelii, ale Ewangelii nie tylko wysłuchanej w niedzielę w kościele, co przyjętej do serca i przeżytej.
Dzisiaj jako świadek prawdziwie przeżytej Ewangelii przychodzi nam św. Jan Chrzciciel, choć i on w swoim życiu doświadczał ciemności i wątpliwości. Uświadamia nam to, że wiara będzie nas przeprowadzała przez ciemności, że w doświadczeniu wiary wątpliwości są czymś naturalnym i nie świadczą bynajmniej o deficycie naszej wiary, ale są wezwaniem do jej pogłębiania, do szukania światła w słowie Bożym i większego oparcia na Jego łasce. Takiej postawy uczy nas dzisiaj św. Jan Chrzciciel.
Łatwo jest bowiem zawierzyć Bogu, gdy świat stoi otworem, a „pustynia i spieczona ziemia rozkwita i wydaje kwiaty i lilie polne”, prorokować, gdy nadzieja na spełnienie zapowiedzi jest tak wyraźna, jakby miały zrealizować się już jutro. Znacznie trudniej, gdy nie ma już czasu na wypełnienie oczekiwań, gdy w gruzach leży dzieło życia, gdy wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie będzie radości. Niełatwo żyć wiarą w sens swojej misji, gdy głosiło się sprawiedliwy sąd Boży, a Jezus przynosi dobrą nowinę o miłosierdziu, gdy zapowiadało się wyzwolenie więźniom, a Ten, który miał przynieść zbawienie, nie robi nic, by wybawić kuzyna gnijącego w więzieniu. Jezus nie angażuje się w los Jana Chrzciciela, nie pociąga go za sobą, ale swoją odpowiedzią udzieloną uczniom na pytanie postawione przez Jana kładzie akcent na to, że błogosławiony jest ten, kto dokonał wielkich rzeczy, ale nie zwątpi również wtedy, gdy niczego już światu nie może zaoferować.
Jan Chrzciciel, to szczególny patron czuwania adwentowego. Jego wierność Bogu, jego życie wiary jest dla nas katechezą. On swoją postawą życiową przypomina nam, że powinniśmy prostować drogi dla Jezusa do naszego serca i do serc innych ludzi. Powinniśmy to czynić przez nasze dobro, którego źródłem i siła napędową jest miłość, przez cierpliwość, przez niesienie nadziei, której wielu ludziom dzisiaj brakuje. Nie może robić tego człowiek letniej wiary, ale gorącej. Człowiek, który w centrum swojego życia stawia Jezusa, bo to ON – jak mówi dzisiejsza Ewangelia jest spełnieniem obietnic i naszych nadziei.
Czy mogę powiedzieć o codziennym świadectwie mojego życia, że właśnie jest takie, że jest pełne wiary, niosące nadzieję, że kieruje się miłością (czyli dobrem) tak w małych jak i wielkich decyzjach i wyborach?
Prośmy żeby miłość w wiara, kształtowały nasze myśli, słowa i czyny! Bo one zawsze podpowiedzą nam, co jest dobre i dodadzą siłę by o to dobro walczyć. Prośmy o to przez wstawiennictwo św. Jana Chrzciciela – Patrona Adwentu.
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały.
Tak też nie jest wolą ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych». (Mt 18, 12-14)
Abraham Joszua Heschel – teolog i filozof żydowski przypomniał w swoich książkach prawdę na temat Boga, wiary i religii pisząc, że Bóg szuka człowieka. Ten teolog głębi stwierdza m. in. w książce God in Search of Man (Bóg szukający człowieka), że Biblia jest zapisem i świadectwem tego, że Bóg nieustannie szuka człowieka. Tę prawdę potwierdza dziś w Ewangelii Jezus mówiąc, że Bóg szuka tych, którzy się zagubili, zabłąkali. To jest prawda o wielkiej miłości Boga, o wielkiej trosce Boga o każdego człowieka. W zasadzie życie duchowe to zgoda na to, żeby pozwolić Bogu na to, by nas szukał i odnajdywał.
Z tej perspektywy można streścić cała historię zbawienia, co zresztą w jednym fenomenalnym zdaniu czyni autor Listu do Hebrajczyków pisząc: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” [Hbr 1,1-2].
Efekt grzechu, który polega na odłączeniu się od Boga, powoduje lęk i samotność. Człowiek ucieka i kryje się. Bóg jednak nigdy nie przestał go kochać i szuka go. Odłączenie się od Boga powoduje też rozdział między ludźmi. Zaczynają się nawzajem oskarżać, obwiniać, zostaje zburzona jedność i miłość. W każdym pokoleniu, które narodziło się po grzechu pierworodnym, który stał się źródłem zagubienia się człowieka to poszukiwanie go przez Boga dokonuje się na nowo i tak będzie aż do skończenia świata. To także jest jedyny powód, dla którego Bóg posyła na świat swojego Syna – Słowo wcielone, który sam o sobie mówi: „Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i ocalić to, co zginęło” [Mt 11, 18].
We wczorajszym brewiarzu znalazłem fenomenalne zdanie św. Jana od Krzyża: „Bóg dał nam swojego Syna, który jest jedynym Jego Słowem – bo nie posiada innego – i przez to Słowo powiedział nam wszystko. I nie ma już nic więcej do powiedzenia. [Z dzieła św. Jana od Krzyża Droga na Górę Karmel]
Medytacja monologiczna jest zatem otwarciem na Słowo, w którym Bóg daje nam wszystko: swoją obecność, swoją miłość, mądrość, wiedzę, poznanie, laskę, zbawienie… Można by idąc tropem św. Jana od Krzyża powiedzieć, że mając jedno Słowo, którym jest imię Jezus mam wszystko i nie potrzebuję już więcej niczego. W jakimś sensie to jest treścią medytacji monologicznej. Ona chce nas ogołocić a zarazem uwolnić ze wszystkiego, na rzecz jednego – Słowa, które jest dla nas wszystkim i którym warto wypełnić nasze serce, naszą świadomość, nasze życie. Ona uczy nas znajdować w tym Słowie spoczynek, oparcie i schronienie.
Jak wielką wolność przynosi świadomość, że nosząc w sobie imię Jezus, które wybrzmiewa nieustanie w moim sercu nie potrzebuję już niczego innego. To Słowo jest lekarstwem serca. Bóg, przychodząc do człowieka ze swoim słowem, zawsze przynosi dar swojej łaski, pokoju, obecności, radości i wolności. To dzięki temu ten, kto otwiera się na Jego Słowo, dotyka żywej obecności Boga i znajduje siły do tego by swoim życiem odpowiedzieć na Jego Słowo. Tego uczy nas Maryja, tego uczą nas święci.
Medytacja monologiczna, choć jest prosta w swojej praktyce, to stawia przed medytującym wielkie wyzwanie. Jest bowiem wezwaniem do zdania się i oparcia na Słowie i jego mocy, do zaufania mu bez reszty, do zawierzenia mu bez zastrzeżeń całej swojej drogi w przyszłość, choć nie wiemy, dokąd nas to Słowo zaprowadzi. Lecz tylko wówczas, gdy zaufamy temu Słowu, gdy pozwolimy mu się prowadzić i przemieniać będzie ono mogło objawić w nas swoją moc.
Medytacja monologiczna uczy nas wiary bez ludzkich kalkulacji; wiary, która nie pyta się o to, co z tego wszystkiego będziemy mieli; wiary, która jak w życiu Maryi każdego dnia wyraża się naszym kategorycznym i bezkompromisowym „tak” dla Słowa, które jest żywe i skuteczne.
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.
Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”.
Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.
Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.
Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”
Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.
Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”
Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1, 26-38)

Choć Ewangelia dzisiejsza zaprasza nas do zatrzymania się nad sceną Zwiastowania, to jednak uroczystość, którą obchodzimy nie dotyczy niezwykłego poczęcia Jezusa w łonie Maryi a poczęcia samej Maryi. Dzisiejsza uroczystość jest konsekwencją dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny ogłoszony w Kościele katolickim 8 grudnia 1854 roku przez Piusa IX, choć przekonanie o tym, że Matka Jezusa była wyjęta spod powszechnego panowania grzechu pierworodnego – ze względu na świętość Jej Syna – istniało od pierwszych wieków Kościoła. Mówi o niej między innymi św. Augustyn z Hippony w kontekście sporu z pelagianami.
Istnieje wiele obrazów przedstawiających scenę zwiastowania z archaniołem Gabrielem i Maryją w rolach głównych. Błogosławiony Fra Angelico, dominikański artysta żyjący w XV wieku, parokrotnie malował takie obrazy. Na jednym z nich, znajdującym się w Madrycie, Maryja i archanioł Gabriel znajdują się po prawej stronie, zaś w jego lewej części pokazany jest moment wypędzenia Adama i Ewy z raju. Zestawienie tych dwóch scen na pierwszy rzut oka wydaje się tylko wymysłem artysty, ale w rzeczywistości mamy tu do czynienia z tradycyjną i piękną egzegezą. Odpowiedź Maryi, jej zgoda na udział w Bożym planie odkupienia ludzkości, jest przedstawiona jako przeciwstawienie się nieposłuszeństwu i niezgodzie na wypełnienie woli Bożej pierwszych rodziców. Nie przypadkiem w Ewangelii Łukasza – jedynej opisującej moment zwiastowania – genealogia Jezusa cofa się właśnie aż do Adama. (Łk 3, 23–38). Dwa kluczowe wydarzenia w historii ludzkości – grzech i jego konsekwencje oraz odkupienie przychodzące od Boga w sposób, który przekracza nasze wyobrażenia – spotykają się w genialnym ujęciu renesansowego malarza.
Choć dziś czytamy o nieposłuszeństwie Adama, to jednak nie do końca dowiadujemy się o jego skutkach.
Przypomnijmy, że grzech pierworodny to duchowe obciążenie (takie duchowe DNA które dostaliśmy w spadku po pierwszych rodzicach), z którym wszyscy przychodzimy na świat.
Można powiedzieć, że sedno grzechu pierworodnego polega na tym, że nie rodzimy się w raju, ale w świecie, w którym panuje zło i śmierć i że na skutek grzechu łatwo przychodzi nam wybierać zło – o czym w fenomenalny sposób pisze św. Paweł Apostoł dzieląc się własnym doświadczeniem zmagania między pragnieniem dobra a pokusą ku złu (por. Rz 7, 14-25). Sądzę, że wielu z nas czytając siódmy rozdział Listu do Rzymian mogłoby się podpisać pod wyznaniem św. Pawła obiema rękami, jak pod swoja własną historią życia i duchowego zmagania. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię.
Dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny nie mówi jednak o tym, że Maryja nie potrzebowała odkupienia, przyniesionego przez Chrystusa – jak niektórzy błędnie próbują go interpretować. Tyle tylko, że my otrzymujemy je na mocy sakramentu chrztu, który zanurza nas w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa zaś Maryja uzyskała – jak wierzymy – ten przywilej wcześniej, w chwili poczęcia, ze względu na Jezusa, który przez Jej pośrednictwo miał przyjść na świat. To właśnie o tym przywileju informuje Maryję archanioł gdy mówi do Niej: „Bądź pozdrowiona pełna łaski”.
Zanim Maryja wypowie swoje „TAK” względem Boga i Jego planów, najpierw dowiaduje się o wielkim „TAK” Boga względem Niej. Scena Zwiastowania uzmysławia nam tym samym, że Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. Ludzka miłość jest zawsze i tylko odpowiedzią na miłość Boga, która jest pierwsza, bo jest nam dana od zawsze i na zawsze.
Ale jest w tej dzisiejszej scenie ewangelicznej ukazana jeszcze jedna, fenomenalna prawda, która powinna nas wprawiać w nieustanne zadziwienie. Scena Zwiastowania uświadamia nam, że Bóg nie tylko pragnie przychodzić do każdej i każdego z nas, ale, co więcej, pragnie uczynić we każdym z nas swoje mieszkanie. Jak często jest tak, że sami nie mamy zbyt wielkiego zaufania do siebie, tymczasem dowiadujemy się z Ewangelii, że Bóg ma zaufanie do nas, mimo że nikt lepiej niż On nie zna naszej grzeszności i skłonności do złego.
Sami wiemy, że w życiu różnie się układa. Są rzeczy, które nam się udają i są dla nas powodem satysfakcji, z innych „osiągnięć” jesteśmy dumni trochę mniej a nawet się za nie wstydzimy. Tym czasem Bóg traktuje nas poważnie i przychodzi do nas. Więcej, chce żyć z nami w przyjaźni – jak zapewni nas o tym sam Jezus [por J 15,15]. Włożylibyśmy może tę Bożą obietnicę między bajki, gdyby nie zdarzenie z Nazaretu sprzed dwu tysięcy lat. W zwiastowaniu znajdujemy podpowiedź, jaki możemy i my mieć udział w zbawianiu świata. Maryja swoją zgodą nie tylko obdarowuje nas Zbawicielem, ale też uczy, jak można Ją naśladować. Pięknie na język życia przekłada to św. Jan Paweł II w swoim Liście Apostolskim „O różańcu świętym”.
Bóg zna dokładnie zarówno wszystkie nasze słabości, jak i zalety, wie, na jakie zło nas stać, ale jeszcze lepiej zna nasze dobre pragnienia. Bóg zapraszając każda i każdego z nas do współpracy z Nim liczy na naszą wielkoduszność, na to, że razem z Nim zaryzykujemy. Gdy zgodzimy się, by pomagał nam w przezwyciężaniu swoich grzechów i wad, gdy zapragniemy, by nas przemieniał swoją łaską, On uczyni nas iskrą miłosierdzia odnawiającą świat.
Gdybym zapytał każdą i każdego z was: Czy chcielibyście swoim życiem wejść w misterium zażyłości z Bogiem? Nie mam wątpliwości, że usłyszałbym od was odpowiedź twierdzącą. Bo kto o zdrowych zmysłach chciałby być nieprzyjacielem Boga, który jest Miłością i Odkupicielem człowieka.
Jeśli jednak chcę, aby Bóg w moim życiu zaskakiwał mnie swoim działaniem, by obdarzał mnie mocą Ducha Świętego, bym mógł przy nim wzrastać a zwłaszcza jeśli chcę dzielić z Nim kiedyś wieczność muszę Mu – podobnie jak Maryja – powiedzieć tak! Innymi słowy muszę oddać mu moją przeszłość, przyszłość i teraźniejszość bez warunków i bez zastrzeżeń.
I dobrze byłoby gdybyśmy chcieli to uczynić nie od jutra, czy od nowego roku, ale od zaraz.