Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko ojciec; ani kim jest ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić».
Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli». (Łk 10, 21-24)
Wiek XXI jest wiekiem ogromnego postępu cywilizacyjnego, wiekiem, w którym człowiek uwierzył w swoje nieograniczone możliwości. Z drugiej jednak strony wydawać się może, że wiek ten jawi się również jako czas szczególnie dotkliwego poczucia zniechęcenia, przygnębienia i rezygnacji, przypominając swoim klimatem „dolinę pełną wyschłych kości”, o której mówi w adwencie prorok Ezechiel w swojej księdze (Ez 37, 1-2).
Psychologowie z krajów rozwiniętych biją na alarm, że współczesny człowiek częstokroć cierpi z powodu braku nadziei i sensu swojego istnienia, a zwłaszcza samotności, która staje się chorobą czasu Internetu.
Czas adwentu jest jednak też czasem, który na nowo każe nam uchwycić się nadziei. Przypomina nam on, że w beznadzieję będącą doświadczeniem człowieka wkracza Ten, który w swoim Duchu już od początku unosił się nad ziemią, będącą bezładem i pustkowiem (por. Rdz 1, 1-2) i ustami proroków adwentowych, zwłaszcza Izajasza i Ezechiela przemawia do pogrążonych w ciemnościach: „Oto Ja wam daję ducha po to, abyście ożyli” (Ez 37, 12-14).
Jak pisze kard. Robert Sarah w swojej nowej książce Wieczór się zbliża i dzień już się chyli: „Dzisiaj ten sam Duch staje się powodem radości Jezusa, gdyż On wie, że to właśnie przez Niego przychodzi nowe życie, które zapala światło nadziei i przygotowuje na przyjście nadziei, prowadząc do „życia i pokoju” a czyni to, posługując się Niewiastą, swoją Oblubienicą, która za Jego sprawą przyjmuje do swego łona Światłość która „w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnia” (J 1, 47).
Maryja i jako pierwsza odkrywa, doświadcza że: „Prawo Ducha, które daje życie w Jezusie Chrystusie, wyzwala spod prawa grzechu i śmierci” (Rz 8, 2 n). To doświadczenie sprawia, że Maryja bezgranicznie potrafi zaufać Bogu i otworzyć się na Jego działanie.
U progu Adwentu jesteśmy zaproszeni by otworzyć się na tego samego Ducha, który mówi o sobie przez proroka Izajasza: „Ja tworzę światło i stwarzam ciemności” i mam moc przemieniać twoje życie (por. Iz 45, 7). W zamian oczekuje tylko jednego: abyśmy otworzyli przed Nim swoje serca. Można powiedzieć, że to szczególne zadanie do wypełnienia w czasie adwentu. To także zadanie, które stawia przed nami praktyka medytacji.
Jezus mówi dziś: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Prostota medytacji prowadzi nas do odkrycia, że prawda, którą Chrystus chce wnieść w nasze życie nie jest owocem naszego intelektualnego dociekania, ale otwartości na łaskę i mądrość płynącą spoza nas. Jest całkowicie darmowym darem dla człowieka gotowego w swojej pokorze zakwestionować swoją moc i mądrość i otworzyć się na działanie Boga w swoim życiu, jak to pięknie wybrzmiało wczoraj w słowach setnika z Ewangelii: ”Panie nie jestem godzien, abyś wszedł pod mój dach, ale powiedz tylko słowo…” (Mt 8, 8)
Medytacja monologiczna opiera się właśnie na tym przekonaniu, że słowo Boże jest żywe i skuteczne, że ma moc uzdrawiać i przemieniać nasze wnętrza i objawiać nam prawdę o Bogu, która pozostaje poza zasięgiem przekonanych o własnej mądrości. Medytacja uczy nas, że „wszystko jest łaską”. A to oznacza, że w doświadczeniu wiary nigdy nie możemy przyjmować postawy roszczeniowej, tak powszechnej w dzisiejszym świecie, przekonanej, że coś nam się należy. „Cechą prawdziwej wiary jest zawsze pokora i prostota” – mówi kard. Sarah.
Dzisiejsza Ewangelia jest szkołą pokory i prostoty. Tylko ludzie pokorni sercem mogą zrozumieć to wszystko, co Jezus objawia. Tylko ludzie pokorni sercem znajdują pokój, ale także potrafią stanąć w prawdzie o własnym życiu. „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Te słowa uświadamiają nam, że tylko pokora i prostota serca pozwala nam zobaczyć i zrozumieć dzieła Boże w naszym życiu i interpretować je tak, jak powinny być interpretowane – nie w duchu mądrości świata, który często rozmija się z ich przesłaniem, ale w duchu mądrości Bożej. Tylko w pokorze serca możemy zrozumieć miłość Bożą i obecność Boga w naszym życiu i w naszej codzienności. To właśnie na tę obecność i zrozumienie otwiera nas medytacja, w której wsłuchując się w słowo dźwięczące w naszym sercu uświadamiamy sobie, że Bóg jest obecny tu i teraz. Jest obecny w nas. A tylko wtedy, gdy będziemy żyli prawdą, że On jest nieustannie obecny w nas, będziemy potrafili dostrzec Jego obecność i Jego działanie w otaczającym nas świecie.
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona.
Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. a to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy nadejdzie złodziej, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie». (Mt 24, 37-44)
Jest taka pouczająca opowieść pochodząca z apoftegmatów Ojców Pustyni: Otóż jednego z ojców pustyni zapytali jego uczniowie: – Abba, dlaczego wciąż jest taki pogodny, radosny i wolny?
Na co usłyszeli następująca odpowiedź:
– Bo żyję chwilą obecną. A to pozwala mi czerpać z życia pełnymi garściami, nie martwiąc się o przeszłość i przyszłość.
Wtedy uczniowie zapytali go: – Abba, a jak to robisz?
Odpowiedział: – Gdy jem, to jem, gdy się modlę, to się modlę, gdy pracuję, to pracuję, a gdy odpoczywam, to odpoczywam – odpowiedział mnich.
– To tak samo jak my – odrzekli uczniowie.
– Nie! – odpowiedział pustelnik – Wy, gdy się modlicie, myślicie o jedzeniu, gdy jecie, to myślicie o pracy, gdy pracujecie, to myślicie o odpoczynku, gdy odpoczywacie, to myślicie o pracy.
Nie żyć chwilą obecną, lecz ciągle rozpamiętywać przeszłość lub myśleć o przyszłości! – to najlepsza recepta na to, aby życie przeciekało nam między palcami.
Święty Paweł pisze: „Rozumiejcie chwilę obecną”. W życiu są bowiem tylko dwa momenty, w których możemy spotkać Boga: to chwila obecna i moment śmierci. Ta intuicja zawarta jest także w modlitwie różańcowej w słowach: „Módl się za nami, Maryjo, teraz i w godzinę śmierci…”.
Kiedy człowiek, zamiast docenić to, co ma, patrzy na to, czego nie ma, zabija w sobie wdzięczność i powoduje, że znika poczucie radości. Jak często – zwłaszcza my, Polacy – lubimy zamiast na zasoby, patrzeć na deficyty a przy okazji sobie ponarzekać.
„Czuwajcie” – mówi dziś Jezus – czyli „Bądźcie uważni”, a po podjęciu decyzji nie oglądajcie się wstecz.
Mojżesz nigdy nie doprowadziłby Narodu Wybranego do Ziemi Obiecanej, gdyby w chwilach kryzysu rozpamiętywał przeszłość.
Najwięcej energii i czasu tracimy bowiem na sprawy, na które i tak nie mamy do końca wpływu: rozpamiętywanie przeszłości czy nadmierną troskę o przyszłość.
Każdy Adwent, to z pewnym sensie nowy początek. I dobrze by ten czas tak potraktować. Nie znaczy to może, że od razu przestaniemy się zamartwiać, zwłaszcza jeśli mamy po temu tendencję, ale dobrze gdybyśmy podjęli wysiłek, aby się od tego odzwyczajać, bo to z gruntu niechrześcijańska postawa. Znany zapewne wszystkim ks. Jan Kaczkowski zwykł mawiać: „Nie zamartwiaj się przez cały dzień. Jeśli już musisz czym się martwić wyznacz sobie na to godzinę, a potem ciesz się życiem…”
Ale jest też inna zachęta, która chciałbym zaproponować u progu nowego czasu Adwentu, zwłaszcza jeśli dotąd nie mieliście w swoim codziennym życiu czasu na to by dziękować Panu Bogu za to, co dostaliście. Można powiedzieć, że to rodzaj takiego duchowego treningu czujności. Najlepiej zacząć od dziś! Najpierw przeznacz 10-15 minut w ciągu dnia na „dziękczynienie”. (Można to zrobić podczas adoracji Najświętszego Sakramentu lub w domu np. wieczorem, przed snem). W tym czasie warto postanowić sobie, że teraz stając przed Bogiem będziemy przyglądali się temu za co warto dziękować. To mogą być rzeczy wielkie i małe: osoby, które Bóg postawił na mojej drodze, talenty, które mam, za które inni mnie cenią, praca, aspekty materialne życia, może piękne miejsca, które lubimy odwiedzać a czasem rzeczy tak prozaiczne, których na co dzień nie zauważamy: powietrze, którym oddychamy, woda w kranie (której wielu ludzi na świecie nie ma). Można zrobić sobie nawet swoistą listę i stopniowo ja wydłużać. Adwent to czas radosnego oczekiwania, ale żeby się radować musimy wzbudzić w sobie powody tej radości. Ale zobaczymy też, że takie duchowe ćwiczenie pogłębi naszą zdolność dostrzegania tego, z czego korzystamy na co dzień, co jest dla nas swoistym darem od Boga lub od drugiego człowieka i pozwoli tak po prostu bardziej cieszyć się życiem.
Mówię o tym, bo czas adwentu trwa krótko. To zaledwie cztery tygodnie, które szybko upłyną. Za nami już tyle adwentów, które, choć były czasem oczekiwania, okazały się ostatecznie nic nie wnosić w nasze życie i nie wiele w nim zmieniać.
Adwent, to czas oczekiwania na Jezusa a On przychodzi w często małych rzeczach. Rozpoczynam kolejny adwent naszego życia i dobrze byłoby zrobić coś, co sprawi, że tym razem będzie on bardziej skuteczny niż poprzednie. Nawet jeśli miałoby to być coś małego.
Tym bardziej, że Jest jeszcze jeden powód, dla którego dobrze byłoby, żeby Adwent był innym czasem. Tym powodem jest Słowo Boże, które Chrystus dziś do nas kieruje.
Święty Paweł Powie, że to słowo jest żywe i skuteczne, ale żeby tak było muszę nim żyć na co dzień, a nie od święta. Tak jak czynił to Chrystus, jak czynili to święci, których spotkamy na drogach adwentu: Maryja, św. Jan Chrzciciel.
Słowo Boże chce nas popchnąć, wprawić w ruch nasze życie. Usłyszymy w liturgii: „CHODŹCIE, domu Jakuba…” (Iz 2, 5), „IDŹMY z radością…” (psalm responsoryjny), „NADESZŁA dla was godzina POWSTANIA ze snu” (Rz 13, 11). Czytania zwracają uwagę na to, żebyśmy nie stali w miejscu. Bo czas oczekiwania to czas aktywności nie bierności. Ani życie, ani wiara, ani łaska nie są niezmiennym i nieporuszonym stanem. To raczej dynamiczny proces, który wciąga, zaprasza do rozwoju i zasmakowania w przygodzie spotkania z Bogiem.
Z taką właśnie postawą mamy rozpocząć nowy Adwent a zarazem nowy rok życia Kościoła. Rytm roku liturgicznego ma swój kierunek – zmierza do pełnego poznania Jezusa. To rytm paschalny, zamknięty w nieustannym przechodzeniu od śmierci do pełni życia. A co najważniejsze na tej drodze nie jesteśmy sami. Jezus nieustannie (nie tylko w dniu pięćdziesiątnicy) daje nam Ducha Świętego, który chce nas prowadzić. A On także jest zawsze w ruchu, zawsze posłany, żeby nas poderwać do działania, aby nas wyrwać z duchowego marazmu i rutyny, które mogą być najniebezpieczniejszymi chorobami człowieka wierzącego.
Naszym zadaniem jest upodobnić się do Chrystusa. Duch Święty zrobi wszystko w tym nowym roku, żeby nam w tym pomóc. Reszta zależy od nas!
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».
Zapytali Go: «Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to się dziać zacznie?»
Jezus odpowiedział: «Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „To ja jestem” oraz „Nadszedł czas”. Nie podążajcie za nimi! I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec». (Łk 21, 5-11)
Wędrując po świecie często podziwiamy piękno świątyń, kunszt ich architektów i budowniczych. Tymczasem Jezus zaprasza nas byśmy nie przywiązywali tak wielkiej wagi do tego co zewnętrzne, gdyż nie byłoby dobrze, gdybyśmy zapomnieli, że zewnętrzne piękno świątyń przypomina nam o Tym, dla którego zostały one postawiona. Dlatego niczym oścień jest słowo Jezusa: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony». Tak często zaangażowani w codzienność, żyjemy tak, jakby to, co nas otacza miało nigdy nie przeminąć. Chrystus zaprasza na byśmy kształtowali w sobie spojrzenie, które wśród zwykłej, szarej codzienności potrafi dostrzec inne piękno, to które zostanie na wieczność a którego świat jest jedynie nikłym odbiciem.
Jak pisze o Richard Rohr w swojej Prosta sztuka odpuszczania: „Podróż w wierze wymaga od nas, abyśmy uczyli się żyć otwarcie i uczciwie, pozwalając aby przenikała nas prawda świata, gdyż nie nawracamy się w naszych głowach lub dzięki kazaniom wygłaszanym przez kapłana; nawracamy się dzięki okolicznościom – jeśli naprawdę zgadzamy się ich wysłuchać. A kiedy pozwalamy rzeczywistości, aby nas przeniknęła, wtedy nawrócenie jest już o krok.”
Być otwartym na rzeczywistość, by pozwolić przemawiać przez nią Bogu, który właśnie w taki sposób zechciał do nas mówić – oto ciągle aktualne zadanie do wykonania dla każdego wierzącego.
Refleksja nad dzisiejszą Ewangelią zachęca nas również do odwrócenia wzroku od tego co zewnętrzne, by skierować go na inną świątynię – świątynię naszego serca. I tu również aktualne okazuje się zdanie Jezusa: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony». Gdyż przyjdzie taki moment, kiedy także ta świątynia, którą jest nasze serce zniszczeje. Nie znaczy to jednak że z chwilą, gdy nasze serca przestaną bić zginie wszystko. Ocaleje bowiem to, co jest owocem liturgii i kultu, który dokonuje się w świątyni ludzkiego serca a których owocem jest wiara, nadzieja i miłość.
Dlatego warto nieustannie wracać do pytania: Czy w mojej pełnej zabiegania codzienności tęsknię za Bogiem? Czy adoruję Boga nieustannie obecnego w moim sercu? Czy pociąga mnie przebywanie z Nim w ciszy? To jest ta świadomość, która powinna nam towarzyszyć nieustannie a którą próbuje wypracować w nas medytacja – ucząca wsłuchiwania się nieustannie w słowo, obecne w sercu. Aby jednak by tak było musimy pozwolić temu słowu zakorzenić się w sercu a do tego potrzebna jest przestrzeń ciszy i skupienia.
Kard. Roberty Sarah w swojej książce „Moc milczenia” uświadamia nam, że można wybrać jedną z dwóch dróg: można szukać ciszy lub przed nią uciekać. Niestety współczesny człowiek często wybiera tę drugą opcję i nie rzadko dotyczy to także ludzi wiary. Żyjemy w powszechnie otaczającym nas zgiełku a jeśli odcinamy się od niego, zakładając na uszy słuchawki podłączone do smartfonów to tylko po to by zrezygnować z jednego hałasu na rzecz innego. Ale – jak pisze kard. Sarah – Bóg nie przychodzi w hałasie! Zgiełkiem i hałasem posługują się raczej inni, fałszywi prorocy, przed którymi przestrzega nas Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Niestety potrafią być przekonujący i zwodniczy. Jezus przestrzega nas dzisiaj przed fałszywymi prorokami, którzy będą mamili nas pięknymi słowami i obietnicami, którym łatwo ulec. Pan jednak mówi do nas wyraźnie, abyśmy nie chodzili za nimi.
Czy bierzemy sobie do serca tę przestrogę Jezusa? Warto pytać siebie: Kogo najchętniej w życiu słucham, kogo się radzę? Komu wierzę najbardziej? Jakimi słowami karmię się najczęściej? Jakie miejsce pośród tych osób i słów zajmuje Jezus i Jego słowo?
Jest tylko jedno słowo, które potrafi udzielić nam prawdziwego wewnętrznego pokoju, przezwyciężyć nasze lęki i udzielić mądrości w rozeznawaniu znaków, które poprzedzą przyjście Jezusa. Tym słowem jest sam Chrystus. Tyle tylko, że On przychodzi w ciszy, o którą jako człowiek wiary muszę z całą determinacją zawalczyć na przekór zgiełkowi, który za wszelką cenę pragnie się wkraść do umysłu i serca by zagłuszyć ten cichy i pokorny głos Boga, który wybrzmiewa w naszej wewnętrznej świątyni. Dlatego codzienna i wytrwała praktyka medytacji może być dla nas i dla naszej wiary przestrzenią ocalenia. Tylko wsłuchując się w Chrystusa w ciszy naszego serca uczymy się ufności w dane przez Niego słowo. Uczymy się, że tylko Jego słowo jest wiarygodne i wieczne.
Gdy ukrzyżowano Jezusa, lud stał i patrzył. A członkowie Sanhedrynu szydzili: «Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli jest Mesjaszem, Bożym Wybrańcem».
Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: «Jeśli Ty jesteś Królem żydowskim, wybaw sam siebie».
Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: «To jest Król żydowski».
Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: «Czyż Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas».
Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił».
I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa».
Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze Mną w raju». (Łk 23, 35-43)
„To jest Król żydowski” – napis, który Piłat nakazał umieścić na Krzyżu Chrystusa miał być szyderstwem. W zamyśle rzymskiego prokuratora miał on dokuczyć Żydom, którzy wymogli na nim wyrok śmierci. Nieświadomie jednak rzymski namiestnik stał się prorokiem, bo chrześcijanie widzą w Jezusie władcę, który nie jest jedynie Królem żydowskim, lecz Panem całego świata, a atrybutem Jego władzy jest miłość tak wielka, że ma moc zapanować nad grzechem, śmiercią, nienawiścią. Krzyż jest tronem, na którym może niewielu władców zdecydowało by zasiadać. Jest on tronem Bożej miłości, która daje siebie do końca i w ten sposób pokonuje zło.
Ewangelista pisze także, że „lud stał i patrzył”. Niedziela Chrystusa Króla zaprasza nas do spojrzenia na Krzyż, do kontemplacji tej sceny, która pozostanie dla nas zawsze tajemnicą wykraczającą poza zdolność pojmowania ludzkiego rozumu: bo ludzka logika musi zawieść próbując zrozumieć nieśmiertelnego Boga i Stwórcę wszystkiego, który jako całkowicie bezbronny umiera na Krzyżu z miłości do człowieka, który do Krzyża przybija swojego Boga!
Krzyż Jezusa zmusza do wyboru, do zajęcia postawy. Nie pozwala na obojętność. Będą i dzisiaj tacy, którzy tak jak wtedy przedstawiciele Sanhedrynu czy żołnierze nie zobaczą tej miłości. To ci, których serce pełne jest szyderstwa.
Będą tacy, którzy jak ten pierwszy z łotrów, choć dzieli los Jezusa i cierpi tak samo jak On, to jednak atakuje Jezusa. To lekcja, która pokazuje nam, że cierpienie automatycznie nie uszlachetnia. W doświadczeniu niedoli można przeklinać swój los, Boga i wszystkich dokoła.
Będą wreszcie tacy, którzy jak Maryja, Jan i Maria Magdalena stają wobec tajemnicy Krzyża z miłością, współczuciem i z wiarą, która choć nie potrafi może do końca zrozumieć rozgrywającego się na ich oczach dramatu, ale potrafi zaufać, że ma on jakiś głęboki sens.
Święty Łukasz Ewangelista zaprasza nas dzisiaj w tę ostatnią niedzielę roku liturgicznego byśmy odnaleźli siebie w tym tłumie pod krzyżem i zapytali siebie: Jak patrzę na Krzyż? Jakie odczucia on we mnie budzi?
Stojąc pod Krzyżem stoimy jednocześnie przed decyzją: czy ten Człowiek, Bóg, Jezus Chrystus, który wisi na krzyżu, tak ogołocony, sponiewierany, w którym nie widać splendoru i chwały, który wydaje się być strzępkiem człowieczeństwa – czy jest Tym, w którym gotów jestem uznać swojego Pana? Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: „Jeżeli ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM i w sercu swoim uwierzysz – osiągniesz zbawienie”.
Nie wolno nam jednak zapomnieć, że uznając, że Jezus jest moim Królem biorę na siebie konsekwencje tego stwierdzenia – a to oznacza, że godzę się na to, że to On a nie ja panuje nad moim życiem, że tego właśnie chcę, i gotów jestem zawierzyć Mu swoje życie na dobre i na złe…
Choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie łatwy wybór, gdyż panowanie Boga w naszym życiu nie oznacza, że ono automatycznie stanie się słodkie i lekkie, gdyż dalej będziemy doświadczali własnej słabości, czasem też cierpienia (również tego niezawinionego), dalej będziemy musieli zmagać się z grzechem i zdarzy nam się doświadczyć ciemności czy skutków wszechobecnego zła.
Tymczasem my, kiedy znajdujemy się w tarapatach, odruchowo wolelibyśmy mieć obok siebie raczej Boga cudotwórcę, który rozwiązuje nasze problemy, niż Boga, który solidaryzuje się z nami w cierpieniu, ale go nie usuwa. Wolelibyśmy Boga, który w swojej wszechmocy interweniuje wobec nawału nierozwiązanych problemów i ogromu nieszczęść, które dotykają świat, niż Boga, który milczy, bo w swojej zranionej miłości do końca szanuje wolność człowieka i jej konsekwencje.
To jest duchowe zmaganie o serce, które pośród wątpliwości rozumu potrafi rozpoznać to, co naprawdę ważne. Przecież po ludzku Krzyż Chrystusa wydaje się tak słaby, nie niesie ze sobą żadnych rozwiązań.
To dlatego na Golgocie testowano Ukrzyżowanego: „Wybaw sam siebie”. Z drwiną, szyderstwem, urągając, krzyczeli członkowie Wysokiej Rady, żołnierze i łotr, który wisiał obok Jezusa. Oczekiwali – podobnie jak czasem my – Mesjasza który potwierdzi swą władzę gestem mocy, jakimś spektakularnym cudem.
Paradoks Ewangelii polega jednak na tym, że Chrystus milczy…
I kolejny paradoks to ten, że Króla na Krzyżu rozpoznał ten, który według ludzkiej logiki powinien zrobić to jako ostatni. Niepojęte, że w chwili, gdy tracił wszystko, nie myślał o ratowaniu własnego życia, ale dostrzegł, że prawdziwym królem jest ten, kto zostaje z nim do końca.
Jezus nie wybawił sam siebie, nie uwolnił również z krzyża tego, którego tradycja nazywa Dobrym Łotrem. Ale Jego obecność sprawiła, że łotr, który patrzył sercem, umierał jak król – człowiek naprawdę wolny.
Ostatecznie na takim obrazie koncentruje się ewangeliczna opowieść znajdująca swoją kulminację na Golgocie. Bo Łukaszowy Jezus jest boskim królem, który chce, by panowanie rozumiane było jako łagodność i pokorna służba, jest Bogiem miłosiernym, który do końca poszukuje słabych i zagubionych. Boże miłosierdzie nie zna granic a Bóg nigdy nie porzuci człowieka za którego oddał swoje życie. On powoli rozprasza ciemności i napełnia swoim światłem i pokojem serca tych, którzy w Ukrzyżowanym potrafią rozpoznać swojego Boga i Króla.
Od chwili śmierci Chrystusa na Krzyżu zło jest wciąż obecne na świecie i wydaje się, że tryumfuje. Prawda jest jednak taka, że zostało już pokonane i pozostanie bezradne wobec mocy miłości, która się wówczas objawiła na wzgórzu Golgoty.
Bo jak pisze kard. Sarah: „Natura królestwa Bożego jest tajemnicą miłości. <<Będziesz ze Mną w raju>>. To oczywiście obietnica dana dobremu łotrowi, ale i nam. Te słowa tłumaczą uniwersalny sens krzyża. Jezus nie chce wybawiać siebie, ale nas, bo Tak działa miłość. Taka jest istota Jezusowego panowania. Każdy z nas w jakimś sensie jest łotrem, który powinien ponieść karę za grzech. Ale dzięki Jezusowi mam szansę stać się innymi, dobrymi ludźmi i wejść z Nim do raju. Jeśli tylko okażemy się wystarczająco pokorni, aby uznać, że w Nim jest nasze zbawienie. I zbawienie świata”.
Kiedy Jezus przybliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał przeciągający tłum, wypytywał się, co to się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi.
Wtedy zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!»
Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się przybliżył, zapytał go: «Co chcesz, abym ci uczynił?» On odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał».
Jezus mu odrzekł: «Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła».
Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu. (Łk 18, 35-43)
Są takie fragmenty Ewangelii, obok których nie da się przejść obojętnie, zwłaszcza jeśli jest się homo meditantes, czyli człowiekiem medytującym. Bez wątpienia do takich fragmentów należy przywołany wczoraj w Liturgii fragment o uzdrowieniu niewidomego z Jerycha. I nie tylko dlatego przy czytaniu tej perykopy mocniej bije nasze serce, że stała się ona treścią Modlitwy Jezusowej, ale również z tego powodu, że w sposób prosty opisuje czym jest doświadczenie modlitwy, często lepiej niż całe traktaty poświęcone tej praktyce.
Jak pięknie a zarazem lapidarnie opisuje sto Katechizm Kościoła Katolickiego: „Modlitwa – czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie – jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560). Co więcej to pragnienie obecne w modlitwie staje się kanwą przemiany człowieka. Jeśli bowiem modlitwa jest szczera i prawdziwa, to zawsze musi być przemieniająca dla człowieka modlącego się, choć nie zawsze widać to od razu, jak w przypadku niewidomego z Jerycha.
Inną kwestią, której uczy nas ta scena ewangeliczna jest autentyczność i prostota naszego pragnienia, z którego rodzi się modlitwa. Człowiek zawsze przychodzi na modlitwę z jakimś pragnieniem. Jednak pytanie Jezusa: „Co chcesz, abym ci uczynił?” jest podyktowane chęcią uświadomienia nam z czym, z jakim pragnieniem przychodzimy na modlitwę. Jest to pytanie, które może także oczyszczać nasze motywacje. Bo możemy przychodzić na spotkanie z Bogiem by Go przede wszystkim o coś prosić, ale możemy przychodzić z pragnieniem uwielbienia Boga, pragnieniem by nasza modlitwa przyczyniała się do Jego większej chwały. Można zatem powiedzieć, że im głębsza będzie nasza duchowość tym bardziej punkt ciężkości w naszej modlitwie winien się przesuwać z pragnień podyktowanych skupieniem się na naszym „ja” do pragnień skupionych na boskim „Ty”. Stąd jak widzimy pytanie Jezusa: „Co chcesz abym ci uczynił?” nie jest bezzasadne, ale staje się prawdziwym probierzem intencji i dojrzałości naszej modlitwy…
Modlitwa jest również – jak wynika z powyższego fragmentu Ewangelii – doświadczeniem, w którym Bóg „zatrzymuje się przy nas”. Oczywiście Bóg jest nieustannie obecny w naszym życiu, ale nam czasem brakuje tej umiejętności patrzenia, która potrafi dostrzec ten fakt. Stąd prośba „abyśmy przejrzeli” jest jak najbardziej aktualnym wołaniem. Tak długo bowiem jak nasz sposób patrzenia na rzeczywistość, na człowieka, jak również a może przede wszystkim na Boga nie stanie się Jezusowym sposobem patrzenia, prośba o to, „abyśmy przejrzeli” winna być naszą osobistą modlitwą. Można powiedzieć, że jest to warunek autentyczności naszego chrześcijaństwa – uczyć się patrzeć tak jak Jezus. Pytanie czy to jest naszym pragnieniem, które przynosimy też na medytację? Bóg bowiem odpowiada na osobistą i autentyczną potrzebę człowieka. Nie może to być jedynie przelotna zachcianka ani ogólnie przyjęta oczywistość. Musimy wiedzieć czego chcemy od Boga! Dlatego praktyka autentycznej modlitwy musi odznaczać się determinacją, wytrwałością i zaufaniem. I to także postawa, której uczy nas dzisiejszy fragment Ewangelii, postawa bez której nie będzie owocna ani przemieniająca także praktyka naszej medytacji.
Wydarzenie z Jerycha uczy, że modlitwa uzdrawia, daje światło, przejrzenie. Musimy o tym pamiętać bo bardzo często w życiu duchowym jesteśmy w sytuacji niewidomego z tej Ewangelii: jak słyszymy„…niewidomy siedział przy drodze”. Każdy z nas w pewien sposób jest w sytuacji człowieka przy drodze. To obraz odzwierciedlający drogę duchową człowieka. Duchowość i wpisane w nią doświadczenie modlitwy/medytacji to nic innego jak szukanie tej właściwej drogi, na której możemy spotkać Boga.