Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pomyśl o wieczności

Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: „Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat pojmie ją za żonę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu”. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy pojął żonę i zmarł bezdzietnie. Pojął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».

Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.

A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzewie, gdy Pana nazywa „Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba”. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją».(Łk 20, 27-38)

Pośród piękna jesiennych liści, rodzi się pytanie – o umieranie. Jeśli w umierających liściach widzimy piękno i nie budzi to lęku lecz zachwyt, to dlaczego z podobnym zachwytem nie przyjmujemy ludzkiego przemijania?

W przywoływanym każdej niedzieli wyznaniu wiary, czyli  CREDO powtarzamy: „Wierzę w zmartwychwstanie ciała”. Listopadowe odwiedziny cmentarzy u większości nawiedzających je pozostawiają refleksje o rozłące z drogimi zmarłymi i nierzadko rodzą pytania: Na czym polega zmartwychwstanie? Jak będzie po drugiej stronie? Czy spotkamy tam żonę, męża, dzieci, rodziców? To pytania, które często nasuwają się nam, gdy myślimy o końcu…

Z podobnymi dylematami przyszli do Jezusa Saduceusze. Trudno powiedzieć czy byli naprawdę ciekawi, choć nie wierzyli w zmartwychwstanie, czy jedynie chcieli – jak niejednokrotnie dotąd – wystawić Jezusa na próbę, ośmieszając przeciwne ich przekonaniom poglądy?

Zwróćmy uwagę na to, że również dzisiaj niewiara w zmartwychwstanie jest często spotykana wśród ludzi, podobnie jak niewiara w Boga. I równie często próbuje się argumenty strony przeciwnej czyli wierzących zbić lub ośmieszyć. Ale również wśród wierzących rozmowy o życiu wiecznym są rzadkim tematem a gdy już się pojawiają, to często w tonie żartobliwym. Tymczasem to temat bardzo poważny, bo dotyczy tego, co jest (a przynajmniej powinno być) celem naszego życia, nadającym sens wszystkim innym jego aspektom.

Jako ksiądz miałem przywilej towarzyszenia wielu ludziom, gdy odchodzili z tego świata. To mi uzmysłowiło, że w obliczu śmierci pytamy zazwyczaj o dwie kwestie: Po pierwsze, spoglądamy w przeszłość i pytamy, ile warte było nasze życie? Św. Jan od Krzyża napisał, że u kresu naszych dni będziemy sądzeni z tego, jak i czy naprawdę kochaliśmy!? 

Okazuje się jednak, że to pierwsze pytanie nie jest wystarczające, nadchodząca śmierć każe nam również patrzeć w przyszłość, by zapytać: dokąd zmierzamy, co będzie po drugiej stronie? Można powiedzieć, że podobnie jak w całym naszym życiu, jak i w obliczu tego, gdy odchodzimy z tego świata, szukamy nadziei.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus naucza nas, że przez śmierć idziemy do życia. Idziemy do zmartwychwstania, choć życie zmartwychwstałych jest odmienne od tego na ziemi, bo jest pełnią życia w Bogu.

Jezus odpowiadając na pytanie saduceuszy odwołuje się do historii Mojżesza, któremu Bóg przedstawiając się powiedział, że jest On Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba, potwierdzając tym samym, że oni wciąż żyją. Nasz Bóg jest zatem Bogiem żywych a nie umarłych.

Jak komentował to św. Jan Paweł II wjendej z audiencji środowych: „życie człowieka po śmierci, podobnie, jak życie doczesne pochodzi z miłości Boga. Miłość oznacza pozostawanie w relacji. To właśnie ta relacja jest podstawą naszego doczesnego życia i wiary w życie po śmierci. Jeśli Bóg kocha mnie a ja Jego, to ta relacja miłości jest podstawą naszego trwania na wieki, gdyż Bóg kochając chce by osoba kochana była z Nim na zawsze”.  I dodaje: „Bóg stworzył człowieka jako całość z duszą i ciałem i kocha nas w całości, więc i w całości nas ocali, czyli wskrzesi.

To właśnie ta miłość Boga chroni nas przed unicestwieniem. I wlewa w nas moc zdolną przezwyciężyć śmierć, podobnie jak została ona przezwyciężona przez Chrystusa.

Nasze zmartwychwstałe ciała będą tymi samymi ciałami, które mamy tu na ziemi, choć przemienionymi, co także potwierdza św. Paweł (por. 1 Kor 15, 35-58). To, co będzie cechowało ten nowy sposób życia to fakt, że nie będzie już zepsucia ani śmierci, że skończy się wszelkie cierpienie i kuszenie a każdy zostanie napełniony łaską w takim stopniu, w jakim umiłował Boga. Będziemy zatem o niebo bardziej niż teraz podobni do Boga, nie przed odcieleśnienie ludzkiej natury, ale raczej przez jej ubóstwienie i uduchowienie.

Jak jednak wyzbyć się lęku przed śmiercią i przemijaniem?  Na to pytanie pięknie odpowiada kard. Robert Sarah: „Chrystus zwyciężył śmierć, ofiarowując się całkowicie Ojcu. <<W Twoje ręce oddaję ducha Mego>> – mówi Chrystus w chwili poprzedzającej swoją śmierć. Oto tajemnica! Jeżeli nie zawierzymy Bogu jak dzieci, Jemu pozostawiając naszą przyszłość, nigdy nie zdołamy uczynić gestu całkowitego oddania się, jaki stanowi istotę wiary. A tylko bezgraniczne powierzenie się Chrystusowi ma moc uzdrowienie naszych lęków”.

Św. Augustyn pisał: „niespokojne jest ludzkie serce dopóki nie spocznie w Tobie, Boże”. Zawierzenie się Bogu z ufnością jest właśnie tą drogą, która przynosi pokój naszemu sercu, eliminując często doskwierające nam lęki.

Nasze obawy umniejsza też fakt, że po tamtej stronie ujrzymy ponownie tych, których kochaliśmy. Oczywiście ta miłość też zostanie przemieniona, bo w relacjach ludzkich zawsze pozostaje jakiś brak, niedosyt, tęsknota. Jedynie miłość Boga jest w stanie zaspokoić wszystkie nasze głody, pragnienia, aspiracje czy tęsknoty.

Kiedy zanurzymy się w komunii z Bogiem i w Jego odwiecznej miłości – bo na tym właśnie polega zbawienie – to nie tyle żadne inne miłości nie będą nam już potrzebne do szczęścia, ile ostateczne szczęście w pełni odnajdując w Bogu i Jego miłości, również  w tej miłości i komunii z Bogiem odnajdziemy innych ludzi, którzy wraz z nami i z Bogiem dzielili miłość już w tym życiu.

Dobiegający końca rok liturgiczny zaprasza nas do spojrzenia w wieczność. Święta Teresa z Lisieux powiedziała na łożu śmierci: „Nie umieram, ja wstępuję w życie”. Prośmy, abyśmy i my potrafili spoglądać w tamtym kierunku bez lęku i z nadzieją.

Medytacja jako doświadczenie odnalezienia

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A pewien człowiek, imieniem Zacheusz, który był zwierzchnikiem celników i był bardzo bogaty, chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest, ale sam nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić.

Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę».

Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie».

Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło».(Łk 19, 1-10)

Refleksja nad Ewangelią ostatniej niedzieli i „odnalezieniem” Zacheusza przyniosła pewną myśl dotyczącą doświadczenia medytacyjnego, jako zgody na to, by dać się odnaleźć Jezusowi i zaprosić go do swojego domu i swojego serca, gdzie Jezus pragnie się zatrzymać przez swoje słowo.

Medytacja jest w pewnym sensie poszukiwaniem Jezusa. Niemniej medytacja monologiczna wymaga od tego, kto ją praktykuje pewnego przesunięcia akcentów w stosunku do spopularyzowanej w Kościele Zachodnim medytacji dyskursywnej (np. ignacjańskiej). O ile w tej drugiej stawiamy na intelekt, wyobraźnię i aktywność medytującego w tym poszukiwaniu, o tyle w medytacji monologicznej (niedyskursywnej) stajemy bardziej w postawie gotowości, by zostać odnalezionymi przez Chrystusa, który przychodzi do nas w swoim słowie a konkretnie w jednym wezwaniu, które towarzyszy tej formie medytacji. Z tego względu medytacja monologiczna zmusza nas do porzucenia tego, do czego często jesteśmy przywiązani: pewnych schematów naszego myślenia, dyktatu naszego intelektu a co za tym idzie naszego „ja” i pewnego rodzaju duchowości nastawionej na naszą – ludzką aktywność na rzecz pewnej bierności wobec działania słowa i łaski, której ono jest nośnikiem.

Naturalnie medytacja jest drogą wiary, zakłada więc że nastąpiło już odnalezienie Chrystusa w wierze. Odnosząc się jednak do słynnego stwierdzenia Teilharda de Chardin, że „Jezus jest odwiecznym odkryciem” wiemy, że chrześcijaństwo jest doświadczeniem, w którym dokonuje się nieustanne odnajdywanie Boga. Jednym słowem w chwili kiedy uświadamiamy sobie, że znaleźliśmy Chrystusa musimy rozpocząć dalsze poszukiwania, gdyż jak pisze Jean Guitton w swojej książce Mój testament filozoficzny: „Z chwilą kiedy człowiek przestaje szukać, traci to, co już znalazł”. Innymi słowy im więcej się znajduje tym bardziej powinno się szukać. Zresztą sam Chrystus zachęca: „Szukajcie a znajdziecie” (Mt 7,7).

Kto odpowiada na tę zachętę Chrystusa nigdy nie może stanąć na stanowisku, że nie musi już dalej szukać. Na szlaku wiary wraz z każdym odnalezieniem pojawiają się nadzieje na nowe odkrycia…

Każda medytacja jest takim rodzajem zacheuszowej ciekawości. Jest chęcią spotkania Chrystusa, który przechodzi przez nasze miasto i nasze życie. Tylko wówczas, gdy będziemy nastawieni z ciekawością na spotkanie Jezusa mamy szansę rozpoznać Jego głos, który mówi do nas pomimo zgiełku, w który często jesteśmy zanurzeni. Słowo Jezusa jest słowem, które się nie narzuca z zewnątrz, ale dochodzi do nas od wewnątrz, dotyka naszego serca, spotyka się z nami w największej intymności naszego bytu. Jest to słowo, o którym Merton pisze, że „nie musi się narzucać, przekonywać czy indoktrynować, ale prowokuje przebudzenie, prowadzać do wolności. Jest to słowo, które nie szuka poklasku, ale domaga się zharmonizowania z rytmem naszego serca”.

Na koniec warto powiedzieć, że w doświadczeniu wiary szuka się nie po to aby więcej wiedzieć, ale bardziej kochać. Dlatego właśnie medytacja monologiczna dotyczy bardziej serca niż intelektu. Kto spotyka Jezusa nie koniecznie staje się bardziej inteligentny, ale staje się zakochany. To nie ktoś, kto wie by wywyższać się ponad innych, ale ktoś kto kocha, by lepiej służyć.

Bóg, który pragnie zatrzymać się w naszym domu

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. 9 Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. (Łk 19, 1-10)

Nikt nie jest postawiony poza nawiasem Bożego miłosierdzia. Miłosierdzie Boga poszukuje nieustannie zagubionych na drogach życia. Dziś tym odnalezionym przez miłosierdzie Boga jest wbrew wszelkiemu oczekiwaniu zwierzchnik celników, bogaty Zacheusz, człowiek, który jest znienawidzony przez mieszkańców Jerycha za swoją współpracę z rzymskim okupantem. Z pewnością nie mógł on liczyć, że zostanie przez kogoś zaproszony, by móc z czyjegoś okna oglądać tłum z przybyłym właśnie do miasta Jezusem w środku. Dlatego nie bacząc na względy ludzkie wybiera wspięcie się na drzewo, by móc przynajmniej z daleka zobaczyć Jezusa.

Moglibyśmy zapytać: Dlaczego Zacheusz chciał tak bardzo zobaczyć Jezusa? Czego się spodziewał? Były w nim ciekawość, oczekiwanie oraz wielka determinacja w pokonaniu przeszkód na drodze do zrealizowania swojej ciekawości. Z pewnością nie przypuszczał, że będzie to punkt zwrotny w jego życiu. Ale są takie spotkania, które potrafią zmienić człowieka radykalnie. Za nimi zawsze stoi Bóg, nawet jeśli wydaje się nam, że to przypadek. Pomyślmy o takich spotkaniach w naszym życiu.

Zacheusz w najśmielszych planach nie mógł przewidzieć, że Jezus zatrzyma się pod drzewem w koronie którego się ukrył – to pierwsza niespodzianka dla tego celnika. Drugą było to, że Jezus znal jego imię i wreszcie trzecia, że zaprosił go do spotkania twarzą w twarz, czym wywołał zgorszenie otaczającego Go tłumu. Bóg często daje więcej, niż oczekujemy, zaskakuje nas swoją hojnością. „Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” – mówi do Zacheusza. Jezusowi chodziło jednak nie o doraźną przygodę i osobliwość, która idzie pod prąd opinii publicznej, ale o szczere nawrócenie grzesznika. Jezus swoim zaproszeniem skierowanym do Zacheusza dotyka tego, co głęboko ukryte jest w sercu tego człowieka, o czym Zacheusz może już dawno zapomniał, o czym Bóg jednak nigdy nie zapomina. Tym czymś jest ukryta w sercu człowieka tęsknota za Bogiem, za darem Jego miłosierdzia i przebaczenia.

Spojrzenie Jezusa nie zatrzymuje się na tym, co zewnętrzne. Jezus wnika w głębię, w serce, w najskrytsze motywacje. Spojrzenie Jezusa zawsze wydobywa to, co w człowieku najpiękniejsze. Objawia jego możliwości. Zacheusz nie jest tylko celnikiem i grzesznikiem, ale przede wszystkim człowiekiem o wielkim i wrażliwym sercu, co tylko Jezus potrafił dostrzec pod pozorami zewnętrznej niewrażliwości. Trzeba tylko dać mu szansę, uwierzyć w niego, zaakceptować takim, jaki jest, zamiast osądzać i potępiać. Każdy „Zacheusz” w głębi serca jest dobry i zdolny do największej miłości.

To nam uświadamia, że w każdym, nawet najbardziej zagubionym człowieku i największym grzeszniku jest pierwotne pragnienie i tęsknota za Bogiem.     I to pragnienie pozostaje, dręczy, niepokoi… Pozycja społeczna, zgromadzone pieniądze, rzeczy materialne,… nic nie może go zagłuszyć.

A Bóg zawsze odpowiada na to pragnienie, pod warunkiem, że człowiek ma odwagę się do niego przyznać…

Zacheusz wykorzystał tę daną mu przez Boga szansę. Stąd kolejną niespodzianka, która zaskakuje już wszystkich: celnik nawraca się czynem, wykraczającym daleko poza wymogi nakazów Prawa Mojżeszowego.

Można powiedzieć, że jesteśmy w tej scenie świadkami bardzo dyskretnego cudu. „Panie, połowę mego majątku oddaję ubogim” – to jest właśnie moment cudu, moment zmiany serca i zmiany myślenia Zacheusza. Nie wiemy, co działo się w jego sercu, ale możemy to poznać po owocach. Zacheusz sam wie, co powinien robić. Jezus nie daje mu żadnych wskazówek, pouczeń. Sama obecność Chrystusa powoduje radykalną przemianę, nakłania do dobrych postanowień. Im bliżej jesteśmy Boga, tym wyraźniej widzimy jaki powinniśmy postępować. Spotykając Jezusa Zacheusz staje się wewnętrznie wolny. Odrzuca to, co dotąd wydawało mu się absolutną racją bycia, co było jego niewolą. Wyrywa się ze swego duchowego zamknięcia, ze swego osobliwego „więzienia”, z którego sam nigdy by się nie wyzwolił. Myślę, że nawet więcej – sam nie znalazłby w sobie nawet dość odwagi, by taką próbę podjąć. Jezus otwiera bramy jego duchowego więzienia, uwalnia go i sprawia, że już nie potrzebuje do życia ani materialnego bogactwa ani prestiżu, ani niczego innego. Zrywa pęta tej niezwykle subtelnej formy bałwochwalstwa, które polegało na pokładaniu ufności w czymś, co nie jest Bogiem

Sens całego zdarzenia wyjaśnia sam Jezus tłumacząc, że na miłosierdzie Boże, które dotknęło Zacheusza, odpowiedział on miłosierdziem.

Spróbujmy jednak odnieść sens tej Ewangelii do naszego życia. Każda Eucharystia to wejście Jezusa do naszego życia, do naszych spraw, do naszego miasta. Przygnieceni ciężarem grzechów i zmęczeni życiem często nie widzimy przechodzącego obok Jezusa lub zakażeni pychą patrzymy na Niego z daleka. Wydaje nam się czasem, że nic nie możemy zrobić…

Tymczasem Jezus bardzo pragnie zatrzymać się w naszym domu, przyjść do naszego serca, jeszcze raz powiedzieć nam o swojej miłości, ofiarować nam zbawienie i przebaczenie grzechów. Bo taki jest Bóg, który nie patrzy tylko na to, co zewnętrzne. To ten sam Bóg o którym napisze Jan w Ewangelii, że tak bardzo umiłował człowieka, że posłał mu swojego Syna Jednorodzonego, aby ten uwierzywszy w Niego, nie zginął, ale miał życie wieczne (por. J 3, 16).

Ten Syn jest ucieleśnieniem Bożego miłosierdzia,  które pragnie odszukać i ocalić to, co zginęło.

To jest właśnie Dobra Nowina. Jeśli czujesz się zagubiona czy zagubiony; jeśli życie z jakiegoś powodu przestało dawać ci radość, spełnienie i sens; jeśli tkwisz w martwym punkcie i nie bardzo wiesz w którą stronę zrobić krok. Bądź pewna/-y, że Jezus cię szuka. I ocali. Jeśli tylko pozwolisz Mu się odnaleźć i otworzysz się na Jego miłość i łaskę. Ostatecznie tylko On może Cię uratować, tak jak uratował Zacheusza.

Kroki ku świętości

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie. (Mt 5,1-12a).

Jak refren w dzisiejszej Ewangelii powraca słowo: błogosławieni. Słowo błogosławieni możemy tłumaczyć także jako szczęśliwi. Ten fragment Ewangelii wielu zwykło rozumieć jako wysoko postawioną poprzeczkę (może nawet zbyt wysoką dla przeciętnego zjadacza chleba): Bo czy można być szczęśliwym (błogosławionym) będąc ubogim, smucąc się, nie posiadając i nie zabiegając o wiele, łaknąc sprawiedliwości, będąc zawsze miłosiernym, mając czyste serce, walcząc o pokój za wszelką cenę, cierpiąc prześladowanie?… Współczesny świat stawiający na samorealizację, dążenie do sukcesu, ale też na kompromis w różnych kwestiach moralnych odpowie bez zastanowienia: NIE! Choć niektóre z tych postaw wydają się rzeczywiście interesujące nawet dla współczesnego świata: pokój serca (mylony często ze świętym spokojem), sprawiedliwość. Ale inne będą już trudne do zaakceptowania zwłaszcza smutek i cierpienie, przed którymi współczesny świat próbuje uciekać na różne sposoby.

A może warto te trudne błogosławieństwa odczytać inaczej? Może Jezus mówi dziś do Ciebie i do mnie: wiem, że to jest trudne i bolesne, ale chcę Cię zapewnić, że jestem w tym z Tobą i Cię wspieram! I zapewniam Cię, że wiem, co mówię, bo sam doświadczyłem tych trudnych błogosławieństw na sobie!

Bycie świętym nie znaczy bycie doskonałym. Znaczy jedynie pokładanie ufności i nadziei w Bogu, że mimo różnych przeciwności i złych doświadczeń On każdego z nas przeprowadzi do Nieba, tak jak przeprowadził tych wszystkich, których dziś wspominamy – ludzi, którzy żyli w przyjaźni z Bogiem i z innymi. Którzy potrafili zaakceptować własne słabości, bo w nich mogli doświadczyć działania Bożej łaski. Dla których żyć znaczyło kochać. Wiemy, że są tacy, którzy zostali oficjalnie ogłoszeni świętymi przez wspólnotę Kościoła. Ale jest też wielu takich, którzy choć prowadzili życie w zjednoczeniu z Bogiem, trwali na modlitwie, pełnili uczynki miłosierdzia to jednak pozostali w ukryciu. Takich ludzi na szczęście mamy i dziś wokół siebie.

A więc dzisiejsza uroczystość jest też wezwaniem do świętości dla nas. Abyśmy przypomnieli sobie, że Bóg stwarzając nas na swój obraz i podobieństwo pragnął, abyśmy dorastali do świętości.

Bóg jednak nie poprzestaje na wezwaniu. Nie mówi nam na starcie naszego życia: „Bądź święty, po to by czekając na mecie nas rozliczyć z tego, jak zrealizowaliśmy to zadanie”. Dzisiejsza Ewangelia to swoista recepta na świętość, to drogowskaz, na drogę, na której Bóg nie zostawia nas samych, ale ciągle nas wspiera swoim słowem, sakramentami i łaską, abyśmy nie stracili zapału. On nie tylko wskazuje nam drogę świętości, ale nieustannie nam w tej drodze towarzyszy. 

Ojcowie Kościoła nazywali Osiem Błogosławieństw, „nowym dekalogiem”. Można powiedzieć, że to nauka konkretnych kroków, które mają nas nauczyć chodzenia drogą świętości droga, która ma zapewnić człowiekowi szczęście tutaj na ziemi i w wieczności.

Zapewne widzieliście nie raz dziecko które uczy się chodzić, z jakim zapałem i radością to robi. Czy możemy powiedzieć o sobie, że cechuje nas podobny zapal w walce o świętość?

Czy widzieliście dziecko, które ucząc się chodzić i które co parę korków upada nagle wstaje i mówi: „mamo, tato, nie wychodzi mi, więc nie będę już próbował, bo widocznie nie zostałem stworzony do chodzenia?”  A jak często jest tak, że my łatwo się zniechęcamy naszym dążeniem do świętości pod pretekstem jakiegoś powtarzającego się grzechu, czy słabości. Myślimy sobie: „Świętość, owszem! Może dla innych, ale przecież nie dla mnie!”

To niezwykłe jak bardzo różnimy się sposobem myślenia od pierwszych chrześcijan, dla których podobnie jak ujrzenie wielkich dzieł Boga, powodem do radości było móc pozytywnie odpowiedzieć na instrukcje zawarte w Błogosławieństwach, bo nie dość że zakładały one realny duchowy wzrost, to wypełnianie ich prowadzi do dojrzałej radości,  już tutaj na ziemi. Oczywiście nie łudźmy się, Jezus nie obiecuje, że realizacja tych ośmiu kroków błogosławieństw jest prostą sprawą. Wymagają od człowieka pewnych strategicznych decyzji w życiu, określenia priorytetów, ale jedno jest pewne Jezus nie proponowałby nam ich, jako programu życia, gdyby były niemożliwe do zrealizowania!

Spróbujmy prześledzić te osiem kroków w możliwie najprostszy i współczesny sposób:

Krok 1: ubóstwo duchowe – to wezwanie do odrzucenia bożka konsumpcjonizmu i postawienie na pierwszym miejscu wartości transcendentalnych.

Krok 2: smutek – i tu pojawia się pewien paradoks. Bo jak pogodzić szczęście z wylewaniem żalu czy krzykiem rozpaczy? A jednak jest to możliwe, bo mowa tu o smutku ze względu na popełniony grzech. To swoisty żal za grzechy.

Krok 3: cisza – spokojna akceptacja trudności, które stają na naszej drodze.

Krok 4: sprawiedliwość – tego chyba nie trzeba tłumaczyć, bo każdy przecież w sercu jej pragnie.

Krok 5: miłosierdzie – przebaczanie mimo wyrządzonych krzywd.

Krok 6: czyste serce – to tyle, co serce żyjące w łasce uświęcającej.

Krok 7: pokój – dramatyczny apel o pokój, nie zostanie zrealizowany dotąd, dopóki pokój nie zagości w sercu każdego człowieka. Nie wprowadzimy pokoju wokół siebie, dopóki sami nie będziemy go mieć w sercu.

Krok 8: cierpienie dla sprawiedliwości – to coś, co jest wpisane w bezkompromisowe głoszenie prawdy Ewangelii i dawanie świadectwa wiary. Niestety radykalizm Ewangelii prowadzi niechybnie do konfliktu ze światem

Osiem prostych kroków prowadzących do szczęścia. Na pierwszy rzut oka, wydaje się to być krótka i banalna ścieżka. To jednak nieco mylne wrażenie. Osiem kroków błogosławieństw to w rzeczywistości długa droga. Droga, którą przychodzi nam kroczyć przez całe życie.

Niech te drogowskazy świętości towarzyszą nam dziś i pomogą podjąć potrzebne i konieczne zmiany w naszym życiu. Zmiany ważne dla nas, dla naszych bliskich i naszego otoczenia. Zmiany, które przyniosą pokój naszym sercom.

Wyjść na poszukiwanie Boga

Jezus mówił: «Do czego podobne jest królestwo Boże i z czym mam je porównać? Podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał w swoim ogrodzie. Wyrosło i stało się wielkim drzewem, tak że ptaki podniebne zagnieździły się na jego gałęziach». (Łk 13, 18-20)

Królestwo Boże nie imponuje swoją wielkością. Ono imponuje swoją mocą. Jest małe, ale niesamowicie silne. Tak silne, że poradzi sobie z każdym złem. Ono ma moc nawet największego grzesznika doprowadzić do Nieba. To Niebo jest owym „wielkim drzewem”, dającym schronienie „ptakom powietrznym”. Owa moc królestwa Bożego zasadza się na wierze, nadziei i miłości. A te są ze swej natury wszechmocne…

Dlatego warto postawić sobie dziś pytanie: Czy przystępując do medytacji czynię to z wiarą, nadzieją i miłością? To ważne pytanie, gdyż tylko wiara, nadzieja i miłość, na których zasadza się medytacja sprawiają, że praktyka medytacji będzie nas przemieniała.

Medytacja jest drogą. A w tę nie ma sensu wyruszać bez wiary, nadziei i miłości. Śmiem powiedzieć, że bez wiary, nadziei i świadomości tego, że jesteśmy kochani przez Boga nie odważylibyśmy się wyruszyć w tę nieznaną drogę (tak jak nie odważyłby się w nią wyruszyć Abraham, Mojżesz z Narodem Wybranym i całe pokolenia po nich). „A bez wyruszenia w drogę nie spotkalibyśmy Boga” – jak napisze Merton.

Na potwierdzenie tych słów pozwolę sobie przytoczyć słowa żydowskiego teologa, filozofa i poety Abrahama Heschela: „Jedno jest pewne chcąc wyjść na poszukiwanie Boga trzeba porzucić swoje pewniki, własne schronienie, wygodę. Nie można rozpocząć szukania, jeśli nie jest się przygotowanym, żeby opuścić coś lub kogoś. I nie będzie się poszukiwaczem, jeśli nie pragnie się smaku przygody i ryzyka związanego z wiarą. Dlatego poszukiwanie Boga wymaga pasji, zgody na nieprzewidziane i najbardziej nieoczekiwane odkrycia. (…) W duszy człowieka są szlaki, którymi człowiek wędruje samotnie, nierzadko w ciemności. Doświadczenie wiary nie jest złożone tylko z Ziemi Obiecanej, ale też z gór marzeń, podziemi cierpienia, wież zgryzoty”.

Sądzę, że to piękny opis doświadczenia medytacyjnego, które z jednej strony prowadzi nas utartymi ścieżkami, które przed nami przeszło wielu innych, ale wymaga od nas ryzyka wydeptywania swoich własnych, bardzo osobistych szlaków, tak jak bardzo osobista jest relacja z Bogiem każdej i każdego z nas. Podobnie z medytacją – jest autentyczna właśnie dlatego, że jest bardzo osobistym doświadczeniem.

Z drugiej strony słowa dzisiejszej Ewangelii tchną wielka nadzieją. Jezus daje nam swoje słowo, aby już teraz rozradować nas prawdami, którymi chce nas nasycać przez całą wieczność. Używa prostych obrazów, aby przybliżyć nam prawdę o królestwie Bożym.

Ta prawda, która może czynić mnie i ciebie szczęśliwym, mówi, że królestwo Boże już tu jest (Łk 13, 18). Jezus, jest obecny w moim życiu: w słowie, w Eucharystii, w swojej łasce…

Królestwo Boże jest jak maleńkie ziarno, które – choć niewidoczne – kryje w sobie ogromny potencjał życia. Dlatego tak ważnym jest, byśmy pielęgnowali w sobie tę duchową rzeczywistość zapewniając jej wzrost.

Tym maleńkim ziarnem, które Jezus zasiewa w moim i twoim życiu jest między innymi proste wezwanie, powtarzane w rytmie oddechu, które towarzyszy nam w medytacyjnej wędrówce. Jeśli będziemy uważni i będziemy pielęgnowali je w swoim wewnętrznym „ogrodzie” rozrośnie się ogarniając i przenikając całe nasze życie. Stanie się przestrzenią wiary, w której zawsze będziemy mogli znaleźć schronienie.