Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Bóg, który okazuje miłosierdzie

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.
Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła».
Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.
Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam».
Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca”.
Powiedział też: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: «Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada».
Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.
A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.
Wtedy zastanowił się i rzekł: «Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników».
Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.
A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem». Lecz ojciec rzekł do swoich sług: «Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się; ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się». I zaczęli się bawić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to znaczy. Ten mu rzekł: «Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego».
Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę».
Lecz on mu odpowiedział: «Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się»”. (Łk 15,1-32)

Można zapytać: Po co Izraelitom był ten cielec, o którym mowa w dzisiejszym pierwszym czytaniu? Czy chcieli porzucić swego Boga, który dokonał wielkich rzeczy w ich życiu? Chyba nie taki był ich zamiar. Składając pokłon cielcowi, mówili bowiem: „Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej”. Nie zapomnieli więc o swoim Bogu i o Jego cudach! Ich grzech polegał na czym innym – chcieli mieć boga na swoją miarę. Zdradzili zatem nieogarnionego Boga nie przez odejście do boga obcego, ale przez chęć sprowadzenia Go do swoich wyobrażeń o Nim.

Bardzo łatwo ulec poczuciu, że się poznało Boga. Chcemy być spokojni, że wiemy, jaki On jest i czego od nas oczekuje. Jest to pokusa, której ulegli faryzeusze. Znali oni Prawo i uważali za niedopuszczalne zadawanie się z celnikami i grzesznikami, czyli z ludźmi wykluczonymi ze wspólnoty religijnej. Przywiązanie do przepisów religijnych sprawiało, że nie potrafili otworzyć się na prawdę o tym, iż Bóg jest jak pasterz, który wyrusza na poszukiwanie zaginionej owcy. Pan Jezus, opowiadając tę przypowieść, nie mówi im jednak czegoś nowego. Przypomina jedynie to, co zostało już objawione w Starym Testamencie: „Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisku – wyrocznia Pana Boga. Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Będę pasł sprawiedliwie” (Ez 34, 15–16).

Bóg pragnie okazywać miłosierdzie grzesznikom, ale nie czeka, aż się opamiętają i nawrócą do Niego, tylko sam wychodzi, aby ich odnaleźć. Tak było ze św. Pawłem, który był przecież przekonany, że prześladując wyznawców Chrystusa, wypełnia wolę Boga. Pan jednak wyszedł mu na spotkanie, co więcej, wstrząsnął nim w drodze do Damaszku, pokazując, że Jego wola jest inna niż Paweł to sobie wyobrażał. Apostoł na samym sobie doświadczył siły Bożego miłosierdzia, które jego – „bluźniercę, prześladowcę i oszczercę” – przemieniło w gorliwego apostoła, dlatego też mógł z przekonaniem głosić: „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy”.

Orędzie Bożego miłosierdzia tak dalece przekracza nasze wyobrażenia, że trudno nam czasem w nie uwierzyć. Trudno nam przyjąć, że Bóg rzeczywiście z niepokojem szuka każdego grzesznika, aby wybaczyć mu jego niewierność.

Owca, drachma, ukochany syn. Można by powiedzieć: różne straty i różne radości. Jedna ze stu owiec to zaledwie 1 procent majątku, jedna zgubiona drachma z dziesięciu stanowi 10 proc. oszczędności. Straty bolesne, ale do przeżycia. Kiedy jednak traci się kogoś najbliższego, straty nie da się policzyć w procentach. Za każdym razem skutkiem straty jest rozdarte serce. Czy myśleliśmy kiedyś o tym, że Bóg ma rozdarte serce, za każdym razem kiedy wybieramy grzech, tym samym odwracając się do Niego plecami?

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku powstał w Ameryce zespół muzyczny „The Living Sound”, który śpiewał piosenki o Bożym miłosierdziu. Wiele z ich piosenek opowiadało prawdziwe historie z życia wzięte. Jedna z nich opowiada o młodym mężczyźnie wracającym z więzienia do domu. Wychodząc po wielu latach nie do końca wiedział do czego ma wracać.

Dlatego przed wyjściem napisał list do swoich rodziców. Pisał w nim, że będzie przejeżdżał obok ich domu. Nie miał odwagi napisać: „swojego domu”. Zawiódł przecież rodziców. Prosił tylko, by dali mu znak, jeśli pragną, by wysiadł i odwiedził ich: by zawiązali jakąś wstęgę na drzewie. Mieszkali bowiem tuż przy torach kolejowych. W pociągu opowiedział przygodnemu pasażerowi historię swego życia.

 – Nie wierzę w jakikolwiek znak od moich rodziców – mówił. Nie mam odwagi spojrzeć przez okno, gdy będę przejeżdżał obok ich domu. Tam nic nie będzie!

Gdy dojeżdżali do miejscowości, gdzie mieszkali nagle przygodny towarzysz jego podróży zaczął szarpać go za ramię i wołać: – „Spójrz tylko za okno! To, co zobaczył zaparło mu dech w piersiach. Wszystkie okoliczne drzewa rosnące przy domu jego rodziców były przybrane tysiącami kolorowych wstążek.

Jak mówi stara maksyma: Błądzenie jest rzeczą ludzką”. Jako ludzie dochodzimy bowiem do prawdy często potykając się o kamienie, które wcześniej sami rzuciliśmy sobie pod nogi naszymi błędnymi decyzjami i wyborami.

Jezus uczy wielu z nas swoją postawą wyrozumiałości i cierpliwości. Nikogo nie nawraca nas na siłę, tylko daje czas nie tylko do namysłu, ale i do przemiany a On wie najlepiej, że tego czasu czasem potrzeba wiele, tak jak wiele trudu kosztuje pozbycie się starych, często złych i grzesznych nawyków.    

Tysiące ludzi, którzy w swoim życiu odeszli daleko od Boga, ale potem do Niego wrócili i zostali przez niego przyjęci jak najukochańsze dzieci, są żywymi świadkami tego, jak głęboko prawdziwa jest ta przypowieść o marnotrawnym synu, który „był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się”.

Jedyne, co musimy zrobić, to pozwolić się Bogu odnaleźć. I pozwolić Bogu odnaleźć innych zagubionych, pamiętając o tym, że nawrócenie to proces, dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość, ufność i serce, dal siebie i dla innych.

Najważniejszym przesłaniem przypowieści o Synu Marnotrawnym jest nie tylko Boże miłosierdzie (choć to właśnie na nim zwykliśmy się skupiać).

W tej przypowieści chodzi również o pytanie o jakość naszego bycia, naszej relacji z Bogiem. O to czy ostatecznie potrafimy zaufać Bożemu miłosierdziu i prawdziwie się na nim oprzeć.

Odejmowanie, otwartość i kontemplacja

Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadując po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale.

Zadajcie więc śmierć temu, co jest przyziemne w waszych członkach. (Kol 3,1-5)

Czy istnieje jakaś Boska recepta na „zadanie śmierci temu, co przyziemne w nas”? Żyjemy w czasie niebywałego postępu technologicznego, który sprawił, że zaczęliśmy bardziej ufać nieograniczonym możliwościom, jakie wydaje się dawać nauka i technika. Można powiedzieć, że to, co eschatologiczne, cały ten cudowny wymiar życia wewnętrznego zostaje skutecznie zakrzyczany przez to, co zewnętrzne, na czym tak często skupiamy nasza uwagę. To sprawia, że przeciętny współczesny człowiek a także przeciętny chrześcijanin staje się zagoniony, nerwowy, niecierpliwy i oderwany od swojego wnętrza, na wsłuchiwanie się w które nie ma już po prostu czasu.

Poczucie oddzielenia od Boga, na które skarży się wielu współczesnych ludzi, to po prostu wynik natłoku myśli i emocji, które nas atakują. Niemiecki teolog Karl Rahner już w XX wieku przewidując taka sytuację pisał, że jedynym antidotum na wyobcowanie człowieka epoki szybkiego rozwoju techniki jest kontemplacja. Bez tej praktyki człowiek współczesny nie poradzi sobie z wielością napięć, które się w nim pojawiają.

Jest takie piękne stwierdzenie znanego pisarza Marka Twain’a, który pod koniec swojego życia stwierdził ze smutkiem: „Jestem starym człowiekiem i miałem mnóstwo problemów. Większość z nich nigdy się nie wydarzyła”. Ileż to problemów, które sami stwarzamy w naszych głowach nigdy się nie realizuje, ale skutecznie odbiera nam życiową energię i generuje niepotrzebne lęki odbierając radość życia, której jako uczniowie Chrystusa powinniśmy być świadkami.

Czasy obecne wydają się stawiać przed nami – ludźmi wiary i modlitwy bardzo konkretne wyzwanie by wrócić do prostoty, do czystości serca i ubóstwa, które jest radykalnym odrzuceniem tego, co próbuje zająć w nas (naszym myśleniu i sercu) miejsce Boga. Kontemplatywny wymiar życia o czym pisał już w średniowieczu Mistrz Eckhart, to proces ogołacania i porzucania tego, co nieistotne dla naszego życia i zbawienia. „Szukajcie tego, co w górze nie tego, co na ziemi” – prosi dziś św. Paweł w Liście do Kolosan. Jezusowi w Ewangelii nigdy nie zależało na tym, żebyśmy więcej osiągnęli czy zdobyli, ale byśmy bardziej zaufali. Zaufać Bogu i zaufać życiu i tego, czego Bóg chce nas przez nie nauczyć. Ale to wymaga umiejętności odpuszczania.

W praktyce medytacji trzeba nam nieustannie wracać do obrazu Maryi. Jej postawa pokazuje, że to do czego Pan Bóg nas zaprasza to wytworzenie w sobie pewnego rodzaju pustki i otwartości na przyjęcie Jego Słowa (Jego woli). A potem na zaufaniu, że On doprowadzi w nas dobre dzieło, które rozpoczął z chwilą chrztu świętego, jeśli Mu na to oczywiście pozwolimy. Maryja uczy nas „zejścia” z głowy do serca najpierw w modlitwie a potem w życiu. Nasza głowa determinuje to czego naprawdę szukamy a nasze myślenie sprawia często, że zaufanie wydaje się niepotrzebne. Mając swoje własne odpowiedzi na pytania nie potrzebujemy Boga o ile On nie jest  się w stanie dostosować do naszych planów, wyobrażeń i odpowiedzi. Potrzebujemy własnego umysłu, własnej pewności i samodzielnie wysuniętych wniosków. Obecnie wszystko – również religia – zyskuje prywatny charakter a zbytni indywidualizm prowadzi do ekscentryczności i arogancji. Tymczasem zaufanie, które jest domeną serca nie zaś racjonalnego umysłu przypomina nam, że nie potrafimy ułożyć swojego życia w taki sposób, abyśmy nie potrzebowali w nim Boga.

Przypomnijmy na koniec raz jeszcze przywoływane już słowa Mistrza Eckharta: „Prawdziwa duchowość ma więcej wspólnego z odejmowaniem niż z dodawaniem”. Tego właśnie uczy nas medytacja. Uczy, że powinniśmy oderwać się od przeszłości i przyszłości, od niepotrzebnego zamartwiania się, od lęków, które w sobie nosimy, od natłoku myśli, po to by być kimś tu i teraz i po to by nie przegapić tajemnicy chwili obecnej, w której jest obecny i przez którą działa Bóg.

Miłość czy nienawiść

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: ”Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.
Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.
Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: »Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć«.
Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.
Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”.  (Łk 14,25-33)                                  

Czasem siłą napędową do podążania za Jezusem są entuzjazm i emocje. Jezus jest jednak realistą i wie, że to za mało, by stać się Jego uczniem.

Przypomina to trochę relację między kobietą i mężczyzną: gdy jesteśmy zakochani, towarzyszą nam silne emocje, dowiadujemy się o drugim człowieku samych dobrych rzeczy, widzimy przed sobą niemal idealną osobę bez żadnych wad. Jednak ten stan nie trwa długo. Jeśli para zakochanych chce zbudować prawdziwą i głęboką więź, musi w swojej relacji odkryć coś głębszego i trwalszego.

Podobnie jest z życiem chrześcijańskim. W podążaniu za Jezusem naprawdę chodzi o bycie uczniem otwartym na głos Mistrza. Ale żeby stać się uczniem, potrzebna jest miłość. Święta Katarzyna ze Sieny mówiła, że dusza jest stworzona z miłości. Nasza dusza jest zdolna kochać i pragnąć Boga. Nie można jednak zapomnieć o tym, że miłość, to coś więcej niż nawet największe i najszlachetniejsze porywy serca, ale codzienna wierność dotycząca konkretów naszego życia.

Tym bardziej niedorzecznie w perspektywie miłości, o której mówimy zdają się brzmieć słowa Jezusa o tym, by mieć w nienawiści ojca i matkę, żonę, męża a nawet siebie… Chrystus sam wzrastał złączony więzami rodzinnymi. Otoczony miłością Maryi, czuł się przywiązany do Matki. Trwałe i piękne były jego przyjaźnie, jak ta z domem Marii, Marty i Łazarza. Zgromadził przy sobie uczniów, zaufał im i włączył do współpracy w zbawieniu świata. Nazywając przyjaciółmi, nie wyrzekł się żadnego z nich, choć zawiedli. Chrystus odsłania Oblicze Boga, który JEST w relacji do człowieka. Czy zatem Bóg – Filantropos, jak nazywa się Chrystusa na Wschodzie, który błogosławi prześladowców, uczy miłości, rozbraja nienawiść, a nieprzyjaciół czyni braćmi, mógłby nas namawiać do nienawiści?

Co Chrystus zatem miał na myśli, gdy wypowiada mocne słowa z dzisiejszej Ewangelii?

Używając paraboli charakterystycznej dla języka Bliskiego Wschodu, Jezus przestrzega przed relacjami pozbawionymi ostatecznego źródła w Bogu. Owo „wyrzeczenie się” wszystkiego dla Boga, którego domaga się Jezus pozwala odkryć, że zarówno ludzie jak i to czym się posługujemy nie są naszą własnością, lecz darem. Jeśli takie rozumienie „nienawiści” zastosujemy do słów Pana Jezusa, oznaczałoby to, iż kto chce być Jego uczniem, powinien bardziej niż swoich najbliższych krewnych miłować Chrystusa. Dlaczego? 

Przyjaźń z Chrystusem jest źródłem miłości i siły, także w relacjach z ludźmi. Ktoś powie: po co mi Ewangelia, sam wiem, jak mam kochać żonę i bliskich, nie mam z tym żadnych problemów. Być może nie mamy z tym problemów, do czasu. Miłość do bliskich również potrafi być wyzwaniem i dlatego potrzebujemy umocnienia i światła do podejmowania mądrych i dobrych decyzji. Jednak „pierwszą miłością” powinien być Jezus, Bóg. Dopiero w Nim możemy kochać wszystkich „właściwie”. Dopiero w Nim, który jest źródłem miłości, nasza miłość może być głęboka, dojrzała, prawdziwa.

Inną sprawą jest to, że miłość ma różne odcienie…

Inaczej kochamy Boga, inaczej siebie, rodziców, dzieci, przyjaciół, czy ludzi przypadkowo spotkanych.

Puenta dzisiejszych rozważań jest taka: Droga z Jezusem wymaga radykalnych decyzji i cięć. Nie można iść za Nim połowicznie. „Kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Naśladowanie Jezusa wyklucza wszelkie półśrodki, kompromisy, ustępstwa na rzecz wygodnego życia. Wymaga przemiany hierarchii wartości.

Poza dyskusją jest „być nad mieć”. Ale „mieć” także wymaga refleksji. Oczywiście, nie chodzi o to, byśmy rezygnowali z wszystkiego, „pozostawiając działanie Panu Bogu”, ale raczej o to, byśmy mądrze gospodarowali posiadanymi dobrami. Dobra materialne nie mogą stać się bożkiem w naszym życiu.

Droga z Jezusem wymaga wytrwałości, duchowego realizmu i odwagi. Wytrwałość i realizm ilustrują je dwie przypowieści Jezusa: o człowieku, który założył fundament wieży, ale nie miał środków, by ją wykończyć oraz o królu, który przed rozpoczęciem wojny obmyśla strategię zapewniającą zwycięstwo.

Trzecią cechą życia wewnętrznego jest odwaga. Błędem jest lęk, myślenie negatywne i pokusa rezygnacji. Negatywne myślenie połączone z lękiem i brakiem strategii życiowej prowadzi do klęski. Zamiast rozwoju, pojawia się stagnacja lub regres.

Co dominuje w moim życiu: „być czy mieć”? Czy w moim życiu nie stosuję półśrodków i kompromisów? Co jest moją „pierwszą miłością”? Warto zadawać sobie te pytania, bo one podpowiedzą nam jak jest jakość naszego kroczenia za Jezusem.

Nieustanna pamięć o Bogu

«Nawróćcie się – powiedział Piotr – i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych, i dla wszystkich, którzy są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz». Ci więc, którzy przyjęli naukę Ewangelii, zostali ochrzczeni. (…) Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie. [Dz. 2, 38-39. 42-43]

Autor Dziejów Apostolskich ujawnia pewne napięcie, które było odczuwalne już od pierwszego pokolenia chrześcijan – wskazując na cztery filary, na których wsparta jest wiara chrześcijanina: trwanie w nauce Kościoła, wspólnota, Eucharystia i modlitwa.

To nie jest tak, że winniśmy te filary wartościować wedle stopnia ważności. Autor Dziejów Apostolskich chce nam uświadomić, że wszystkie one są wobec siebie komplementarne a brak czy niedostatek jednego z nich będzie rzutował na pozostałe i w konsekwencji na jakość przeżywanego przez nas życia wiary.

To na czym pragniemy się skupić w naszych wprowadzeniach do medytacji to przede wszystkim modlitwa.

We wszystkich czasach tradycja biblijna uznawała modlitwę za charyzmat, który został człowiekowi powierzony: modlitwa jest bowiem pierwszą powinnością człowieka wiary budującą jego relacje z Panem Bogiem. Nie zawsze możemy studiować Pismo Święte czy Tradycję, nie zawsze możemy uczestniczyć w Eucharystii, ale zawsze możemy się modlić, o czym przypomina św. Paweł w Liście do Tesaloniczan [por. 1 Tes 5,17]. Nakaz nieustannej modlitwy dopełnia on poleceniem: „Przeto czy jecie czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie”[1 Kor 10, 31-33].

Święty Paweł zachęcając do takiej postawy odwołuje się przede wszystkim do dyspozycji ludzkiego serca, które ma się ćwiczyć w pamięci o Bogu, w nieustannej świadomości życia w Jego obecności. Wówczas siłą rzeczy wszystko uczymy się odnosić do Boga a jednocześnie serce pamiętające o Bogu uczy się polegać na Duchu Świętym, na Jego natchnieniach. W ten sposób wyrabia się w człowieku wiary postawa uważności i czujności.

Uważność, to nic innego, jak zakotwiczenie naszej woli w Bogu.

Chrystus zachęca nas w Ewangelii według św. Łukasza w rozdziale 18., by modlitwa odbywała się w nas w sposób nieustanny [por. Łk. 18, 1.21.26], co z pewnością było Jego domeną. Bez wątpienia modlitwa nieustanna jest w nas dziełem Ducha Świętego, jak o tym pisze św. Izaak Syryjczyk: „Kto nosi w sobie Ducha Bożego, udzielając Mu gościny w swym sercu i duchu, staje się świątynią Ducha Świętego. Czy je, czy śpi, czy czuwa, modlitwa lgnie do jego duszy. Proste poruszenia jego ducha są milczącymi głosami, które w tajemnicy wznoszą swą psalmodię ku Niewidzialnemu”.

Tej prostoty, o której pisze Izaak uczymy się na medytacji, powtarzając w rytmie oddechu jedno wezwanie, które kształtuje w naszym sercu uważność przekładającą się następnie na resztę naszego życia; uważność, która pozwala nam żyć świadomością, że Bóg zawsze jest obok nas, bez względu na to, co robimy. 

Dobrze jest zastosować radę Izaaka Syryjczyka, który pisze: „Poszukuj i odkryj sam, co dla ciebie znaczy modlić się ustawicznie. Przyzywaj Ducha, który w tobie mieszka i który od środka wspiera twoja modlitwę”.

Ostatnie miejsce

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie wybierali pierwsze miejsca. Tak mówił do nich: ”Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: »Ustąp temu miejsca«; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce.
Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: »Przyjacielu, przesiądź się wyżej«; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”. 

Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: ”Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych.

A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”. [Łk 14,1.7-14]

 

W latach 80. pojawiła się reklama walkmanów, której slogan brzmiał: „Załóż słuchawki, żeby nie przeszkadzać innym”.

Sądzę, że gdyby hasło wymyślano dzisiaj, brzmiałoby odwrotnie: „Załóż słuchawki, żeby inni tobie nie przeszkadzali”. To charakterystyczne dla kultury, która w centrum stawia samorealizację. Mam prawo do, ma być po mojemu, w każdej dyskusji chcę zająć stanowisko, mieć ostatnie słowo. Inni mają się dostosować, Bóg także.

Tymczasem Jezus w Ewangelii dzisiejszej mówi na, że: Najlepszym miejscem jest miejsce ostatnie, a najlepszymi gośćmi są ci, którzy na ogół są traktowani jako ostatni. W jakiej wielkiej opozycji do mentalności tego świata stoi ten Jezusowy sposób myślenia! Zdaniem Chrystusa faktyczne wywyższenie prowadzi przez uniżenie się i przez bezinteresowność. Bo prawdziwym wywyższeniem człowieka jest postawa Miłości, oparta na bezinteresownej służbie. I ta postawa daje nam szczęście, jakiego nic innego dać nam nie może. Nie da się jednak doświadczyć prawdziwości tych słów, jeśli nie uczynimy tego w praktyce.

Znany polski dominikanin ojciec Joachim Badeni dawał piękną i prostą radę: „Jedynej śmierci, jakiej należy pragnąć, to śmierć własnego »ja«, śmierć egoizmu, starego człowieka”. Mówiąc innymi słowy tradycja chrześcijańska, czerpiąca z ducha Ewangelii kładzie nacisk na wolność w Bogu, którą się osiąga przez uwolnienie się z egoizmu, samolubnych żądań, pragnienia dominowania nad innymi. W takiej postawie „zajmowania ostatnich miejsc” tkwi przekonanie, że jeśli człowiek wyrzeknie się swojej własnej woli, będzie prowadzony bezpośrednio przez Boga i Bóg będzie poruszał nim we wszystkim. Człowiek wówczas zapomina o sobie, ale nie po to, żeby siebie zniszczyć, czy żeby zakwestionować swoja wartość, ale by zyskać.

To jeden z ewangelicznych paradoksów, których prawdziwości – jak wspomniano –  nie da się sprawdzić inaczej niż wprowadzając tę zasadę w życie.

Kolejna propozycja Jezusa wydaje się również niezrozumiała. Do szczęścia ma prowadzić taki rodzaj posługi, w której nie możemy liczyć na ludzką wdzięczność. Za taką postawę ma być największa nagroda.

Najpiękniejsza jest taka służba, która nie zobowiązuje do odpłaty i o której wie tylko Bóg. Choćby wówczas, gdy ranią słowa bliskiej osoby, a ty to cierpienie ofiarowujesz za nią. Taką służbę można znaleźć, znosząc jakąś trudną osobę w otoczeniu i nie odpłacając jej pięknym za nadobne, lecz modlitwą i miłością, które ubogacają i rozwijają wewnętrznie nie tylko tę osobę, ale i nas samych.

Oznaką prawdziwego nawrócenia jest radość z małości.

Święci doskonale znali te Boże upodobania, dlatego tak bardzo chcieli być przy Jezusie, że nawet za cenę wzgardy. Prawdziwa wolność jest bowiem niezależna od ludzkich opinii, ziemskich sukcesów czy niepowodzeń.

Dla Boga „nikt” oznacza „ktoś”, „ostatni” staje się „pierwszy”, a „nic nie warty” oznacza „najwartościowszy”.

Jeśli więc czujesz się czasem niezauważony i wzgardzony, a ludzkie słowa potrafią cię dotkliwie zranić, to wiedz, że właśnie wtedy masz największe prawo do Jezusowych ramion. Jesteś bardzo ważny, ponieważ najważniejsi są dla Boga ci, którzy dla świata są nieważni.