Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Między życiem a życiem

Przeżywamy dzisiaj drugą rocznicę tragedii smoleńskiej. Kolejna szansa, żeby się zatrzymać, zadumać, pomodlić.


Dwa lata temu miałem to szczęście (jeśli można użyć takiego określenia!), mieszkać przez ścianę z pałacem prezydenckim i osobiści doświadczać tego niezwykłego nastroju, jaki stał się udziałem ludzi stojących w długich kolejkach na Krakowskim Przedmieściu po to jedynie, by przez chwilę oddać hołd parze prezydenckiej. Bywało, że stali w kolejce po siedemnaście godzin… W tej katastrofie sam straciłem kilku przyjaciół. Wtedy tamta atmosfera zadziwiała mnie za każdym razem, gdy wychodziłem na ulicę, budziła nadzieję. Szkoda, że na tak krótko jej wystarczyło…



Dzisiaj wśród wielu słów, jakie padły jako komentarz do tamtych wydarzeń uderzyły mnie słowa jednego znanego psychologa, który domagając się szacunku dla rodzin ofiar tej katastrofy i konieczności ich zrozumienia jako argumentu użył słów: „bo przecież śmierć osoby bliskiej jest źródłem rozpaczy, do której człowiek ma prawo, gdyż śmierć jest przecież ostatnim akcentem ludzkiej egzystencji, bo po niej przecież już nic nie ma”. Trochę szkoda mi się zrobiło, gdy je usłyszałem. Nie szkoda, że takie słowa padły, ale szkoda tego, kto był autorem tych słów. Smutne musi być takie życie bez nadziei. Życie ze świadomością, że za te sześćdziesiąt, siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat wszystko się skończy i tyle się człowiek nasyci, ile przez te kilkadziesiąt lat użyje, zdobędzie, osiągnie. Chciałoby się przywołać nad takim patrzeniem na życie i śmierć znane słowa Koheleta: „Marność nad marnościami, wszystko marność”[Koh 1,2].


Przywołuje te słowa nie ze względu, że mnie zdziwiły, bo słyszę takie teorie nie pierwszy raz. Czynie to jedynie dlatego, że jesteśmy w okresie wielkanocnym, okresie zmartwychwstania, w którym szczególny nacisk kładziemy właśnie na wiarę w to, że życie nie kończy się z chwilą śmierci. Więcej nawet, od chwili zmartwychwstania Chrystusa mamy na to dowód i nie da się tego wytłumaczyć zbiorowa hipnozą blisko pięciu set osób, które wdziały Chrystusa po zmartwychwstaniu (co przywołuje św. Paweł por. 1 Kor 15,6), jak tłumaczą to niektórzy psychologowie.
Ta wiara pozwala nam na zupełnie inne spojrzenie na doświadczenie śmierci, także tej tragicznej i mimo bólu, czy smutku, które są ludzkim doświadczeniem, spoglądać na nią z nadzieją.
Nie zawsze jest to łatwe, ale zmartwychwstanie Chrystusa rzuca na tę kwestię zupełnie inne światło. Również dla uczniów Jezusa było to wydarzenie, które zmuszało ich do zupełnego zreformowania swojego sposobu myślenia.Sam Jan Apostoł przyznaje się w swojej Ewangelii, przywoływanej wczoraj, że do chwili spotkania Zmartwychwstałego „nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On powstać z martwych” [J 20,9]
Teologia żydowska bowiem przez długi czas nie zajmowała się w ogóle kwestią życia po śmierci. Owszem istniała teza, że dusza ludzka jest nieśmiertelna i że po śmierci nie umiera lecz wstępuje do Szeolu – czegoś w rodzaju otchłani.



Pojęcie szeolu nie miało w sobie jednak nic z nadziei i radości, było w przekonaniu Izraelitów miejscem smutnym, gdzie dusze przebywały w czymś na wzór snu, letargu. Niemniej były tam zapomniane przez Boga. Przekonanie o tym, że Bóg ma jednak władzę nad duszami w Szeolu zaczyna się kształtować dopiero w okresie niewoli babilońskiej  trwającego od 587 do 539 roku przed Chr. Musiało jednak upłynąć jeszcze wiele czasu, żeby ta teoria się upowszechniła. Dopiero w pierwszym wieku przed Chr. smutny i nieokreślony Szeol zaczyna ustępować miejsca w teologii rabinicznej dualistycznej wizji życia po śmierci, w której źli zostawali potępieni, a dobrzy udawali się na łona Abrahama. To z teorii rodzi się przekonanie rozpowszechniane przez niektórych uczonych w Piśmie, że dusza po śmierci może się doskonalić a skoro tak, to musi być to koniecznie związane z jej połączeniem z ciałem. Teorii tej sprzeciwiali się jednak Saduceusze – stronnictwo religijno-polityczne w Judei wywodzące się z zamożnych warstw społeczeństwa (związanych z arystokracją i kapłanami Świątyni Jerozolimskiej), doskonale znające Pismo Święte, które przyczyniło się do reformy w interpretacji Biblii (uznając jedynie jej dosłowną interpretację i odrzucając wszelka ustna tradycję, która nie znajdowała swojego wyraźnego potwierdzenia w Piśmie Świętym). Do dzisiaj zresztą przekonania o życiu po śmierci nie są w judaizmie zdogmatyzowane, stad również możliwość przyjęcia wiary w reinkarnację, jaka pojawiła się wśród wyznawców żydowskiej kabały.

Wracając jednak do wydarzeń wielkanocnych – stały się ona dla uczniów Jezusa (przecież Żydów) powodem do przewartościowania swojego myślenia na temat życia po śmierci i to, co dotąd mogło być dla nich mglistym przekonaniem i nadzieją, wraz ze spotkaniem Zmartwychwstałego stanie się faktem, którego niezaprzeczalnym dowodem jest właśnie Chrystus, którego spotykali po Jego zmartwychwstaniu, dotykali a nawet jedli z Nim i pili, aby nie pojawiły się wątpliwości, że Ten, którego widza to jedynie duch. To właśnie to przekonanie sprawiało, że nikt i nic nie mogło im już tej pewności odebrać i gotowi byli za te prawdę oddać swoje życie. Nie musieli się bowiem bać śmierci, gdyż ich Nauczyciel udowodnił im, że ma nad nią władzę absolutną i że nikt nie wyrwie ich z Jego ręki.


Na uwagę zasługuje też przywołany dzisiaj fragment Ewangelii (J 20,11-18). W obrazie tym widzimy Marię Magdalenę stojącą i płaczącą nad pustym grobem. Cały jej świat, kolejny raz, legł w gruzach. Po raz pierwszy, gdy Chrystus, Ten, dzięki któremu odzyskała kiedyś sens swojego życia umarł. A teraz dlatego, że Jego ciało, któremu chciał oddać ostatnią posługę, nad którym chciała się raz jeszcze pochylić w swojej rozpaczy zostało zabrane z grobu. A ona nie wie gdzie.

Uderzające jest jednak w całej rozpaczy tej kobiety, że wystarczy, że ktoś, kto ją kocha i jest przez nią kochany, wymówi jej imię, aby jej życie znów nabrało sensu i blasku.

Warto zaczerpnąć dla siebie z tego ewangelicznego wydarzenia naukę. Dziś bowiem, Jezus zwraca się do mnie i do Ciebie po imieniu, tak jak zwrócił się kiedyś do Marii Magdaleny. Jest to słowo, które on zawsze wypowiada z najczulszą miłością – Twoje imię. Jeśli będziemy szli przez życie słuchając Jego głosu – On sprawi, że nigdy się nie zgubimy, że nigdy nie zagubimy ani sensu życia, ani drogi do szczęścia, nawet wówczas, gdy inni będą chcieli nam pokazywać szczęście konkurencyjne i przekonywać, że życie trwa tylko do śmierci,a potem nie ma już nic. Dlatego warto przychodzić wszędzie tam, gdzie ten głos można usłyszeć, gdzie on ciągle wybrzmiewa. na modlitwie, w Piśmie Świętym czy w eucharystii, gdzie Zmartwychwstały objawia się najpełniej i gdzie możemy Go zobaczyć i dotknąć. Jeśli tak jak Maria Magdalena przychodzimy w tych dniach do grobu Jezusa i widzimy, że jest on pusty, to nikt nas już nie musi przekonywać dlaczego tak jest.