Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wakacji ostatni akord

I tak powoli wakacje dobiegają końca…
Jedynie studenci są górą. Staram się jak najlepiej wykorzystać ostatni akord tych wakacji. Będąc belfrem ma się nawyk mierzenia roku od września do września. Tylko, że w takim rozumieniu przepada gdzieś adwent, jako przygotowanie do nowego roku…
Dla mnie swoistym adwentem był pobyt na Athos. Myślę, że jako sposób „ładowania akumulatorów” wystarczy na długo. Podpisuję się pod tym, co w jednym z artykułów „Gościa Niedzielnego” napisał ojciec Jan Paweł – tyniecki benedyktyn: Każdy z nas jest mnichem. Każdy potrzebuje chwil samotności, wytchnienia, ciszy. Jeśli ktoś tej potrzeby w sobie nie dostrzegł, to znaczy, że odkrycie prawdy o byciu „mnichem” jest jeszcze przed nim. Nic bowiem nie regeneruje ludzkich sił i nerwów tak bardzo jak cisza. Początkowo może ona wydawać się kłopotliwa dla tych, którzy do niej nie przywykli, ale z czasem, gdy potrafimy w niej wytrwać pomimo pokusy zdezerterowania odkrywamy jej piękno i zaczynamy po pewnym czasie jej braku tęsknić za nią, świadomi, że nic nie jest w stanie zastąpić jej magicznego działania.
Ostatni akord wakacji…
Co przyniosły tym razem? Nieoczekiwane. Zwłaszcza, gdy nie staram się ich zazbytnio planować, co całkiem nieźle udaje mi się ostatnimi laty. Staram się od kilku lat część wakacji a nieraz i całe zostawić po części temu, co niesie życie i przyznam, że bywam mile zaskakiwany. Nawet jeśli wyruszam gdzieś w podróż, to nie planuję jej zbyt wcześnie. Wówczas można nieoczekiwanie być zaskoczonym czymś, co przerasta nasze plany i oczekiwania. A poza tym być wdzięcznym, za to co udało się przeżyć. Pewnie łatwiej uczynić tak, gdy się żyje w pojedynkę, ale znam i rodziny, które czynią podobnie, poddając się nastrojowi chwili.

Tym razem udało mi się przejechać sporo kilometrów na północ i na południe, wiele zobaczyć. Zaczynam się już łapać na tym, że przejeżdżając przez jakieś miejsce powracają sentymentalne wspomnienie przeżytych tam chwil, spotkanych osób. Niejednokrotnie to właśnie jakieś miejsce przywołuje miłe wspomnienia, innym razem utwór. Ponownie wracają wydobywane z worka pamięci, choć wydawało się już, że spadły na samo jego dno, że zostały zapomniane, przysypane innymi wydarzeniami. Takie „dary losu”, albo lepiej perełki Pana Boga, którymi przyozdabia On nasze życie, pozwalając je z wdzięcznością kolekcjonować. Ludzie, miejsca, spotkania, które – choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę – bezpowrotnie wpłynęły na nasze życie i wybory lub też przez które my wpłynęliśmy na życie innych. Ileż tego było…

Przejeżdżałem nie tak dawno przez Kostrzyn nad Odrą. Miejsce słynnego Przystanku Woodstock a jednocześnie towarzyszącego mu przystanku Jezus. Zawsze z sentymentem wspominam tamte niezwykłe spotkania z ludźmi, którzy przyjechali na Woodstock a spotkali Jezusa. To projekt, który nieodzownie związany jest z osobą niezwykłego biskupa – obecnego ordynariusza koszalińsko-kołobrzeskiego Edwarda Dajczaka. To prawdziwy pasterz według Serca Jezusowego, odważny, bezkompromisowy w walce o ludzi młodych o wielkim sercu przepełnionym miłością. Miałem okazję być na „Przystanku” także z klerykami z warszawskiego seminarium. Mam nadzieję, że niektórzy zarazili się tym mówieniem o Jezusie w warunkach niecodziennej ewangelizacji i że w nich ta pasja pozostanie na długo.
Nigdy nie zapomnę zwłaszcza jednego wydarzenia, które miało miejsce już pod koniec Woodstocku w 2007 roku. Wyjeżdżaliśmy już z biskupem Edwardem, gdy ten za pomocą swojego cudownego zmysłu zobaczył siedzącą przy drodze dziewczynę. Nawet nie machała, żeby nas zatrzymać. Po prostu siedziała sobie. A biskup Dajczak zupełnie jak Pan Jezus, tylko trochę współczesny zatrzymał się i zapytał, czy jej nie podwieźć do dworca? Przystała na propozycję. Gdy wsiadła do samochodu, po chwili milczenia zapytała:
– Wy też jesteście z tych od Jezusa?
– Tak. A masz coś przeciwko? – zapytał biskup Edward
 Ona nawet nie odpowiedziała na pytanie, tylko po chwili milczenia zaczęła opowiadać:
– Spotkałam jednego z was wczoraj. Jestem tutaj z chłopkiem i jego kumplami od tygodnia. W tym czasie próbowaliśmy już wszystkiego. Piliśmy, ćpaliśmy i seksu nie brakowało. Akurat wracałam z piwem, gdy ten chłopak od Jezusa stanął mi na drodze ubrany w tę swoją koszulkę z napisem „Jezus cię kocha”. I kiedy popatrzył na mnie pokazałam mu środkowy palec. Chciałam zobaczyć jak zareaguje. A on zrobił coś, co mnie zupełnie powaliło. Ponieważ miał w ręku kubek z herbatą, odstawił go, podszedł do mnie i mnie przytulił. Zrobił to w taki sposób, w jaki nie zrobił tego jeszcze nikt inny, nawet mój rodzony ojciec. Był pierwszym facetem w moim życiu,  o którym wiedziałam, że niczego ode mnie nie chce.  I wtedy coś we mnie pękło. Pomyślałam, że trzeba coś zrobić z tym swoim pieprzonym życiem, zanim się całkiem zawali. Zostawiłam swojego chłopaka i jego kumpli, czym się zresztą bardzo nie zmartwili. Chcę zacząć od nowa. Może rzeczywiście coś w tym jest, gdy mówicie, że nie wszystko stracone. Ze mogę spróbować jeszcze raz. Tym razem inaczej…

Nie wiem jak zakończyła się historia tej dziewczyny. Wysiadła przy dworcu kolejowym. Pochodziła gdzieś z południa Polski. Nie wziąłem jej adresu. Ale ufam, że wtedy odnaleziona przez Jezusa za sprawą jednego drobnego gestu człowieka, który wiedział, że Jezus ją kocha i który został postawiony nie przez przypadek na jej drodze, po raz drugi tak szybko się nie zagubi…
Czasem opowiadam tę historie na rekolekcjach. Może kiedyś i ona ją usłyszy i powie: „to ja byłam tą dziewczyną, odnalezioną wtedy przez Jezusa w tłumie innych, którzy nie wierzyli, że w ich życiu może się coś jeszcze zmienić”. 
Miłość składa się z drobiazgów…
Mógłbym takich historii, które wydarzyły się podczas Woodstocku  przytoczyć jeszcze wiele. Piszę o tym jednak w kontekście zakończonego dzisiaj Światowego Dnia Młodzieży, przesłaniem którego była prośba Ojca Świętego Benedykta XVI o odwagę w dawaniu świadectwa. Nieraz wydaje nam się, że jesteśmy zbyt słabi, mamy zbyt małą wiarę by świadczyć o Jezusie i Jego miłości. A przytoczony przykład pokazuje, że czasem trzeba tak niewiele. Można zmienić czyjeś życie nie wypowiadając nawet jednego słowa… 

W tym miejscu przypomina mi się jeszcze jedno wydarzenie po części wiążące się z tym, co powyżej napisałem. Przed dwoma laty z okładem w „Dobrym Miejscu” znajdującym się na Bielanach tamtejszy proboszcz ks. Wojciech Drozdowicz zorganizował spotkanie ewangelizacyjne, podczas którego różni artyści, w tym gwiazdy rocka mówili o swoim nawróceniu, o wierze. Jednym z uczestników spotkania był Sebastian Riedel (także bywalec Woodstocku), syn nieżyjącego już Ryśka Riedla lidera zespołu Dżem. Miał koncert na zakończenie spotkania, podczas którego wykonał jeden fajny utwór (wtedy jako epitafium dla nieżyjącego ojca), który jako puentę całego mojego wywodu pragnę przytoczyć:
Pozwól mi spróbować jeszcze raz
Niepewność mą wyleczyć, wyleczyć mi
Za pychę i kłamstwa, same nałogi
Za wszystko co związane z tym
Za świństwa duże i małe
Za mą niewiarę – rozgrzesz mnie
No rozgrzesz mnie, no, no, no….
Panie mój, o Panie
Chcę trochę czasu, bo czas leczy rany
Chciałbym, chciałbym zobaczyć co
Co dzieje się w mych snach
Co dzieje się
I nie, i nie chcę płakać, Panie mój
Uczyń bym był z kamienia
Bym z kamienia był
I pozwól mi, pozwól mi
Spróbować jeszcze raz, jeszcze raz
Chcę trochę czasu, bo czas, bo czas leczy rany
Chciałbym, chciałbym zobaczyć co
Co dzieje się, co dzieje się w mych snach
I nie, i nie chcę płakać, Panie mój
Uczyń bym był z kamienia
Bym z kamienia był
I pozwól mi, pozwól mi spróbować jeszcze raz
Jeszcze raz….

I jeszcze w wersji śpiewanej. Pozdrawiam jeszcze wakacyjnie.