Z Ewangelii według św. Marka
Jezus znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi i usiadł w niej /pozostając/ na jeziorze, a cały lud stał na brzegu jeziora. Uczył ich wiele w przypowieściach i mówił im w swojej nauce: Słuchajcie: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na miejsce skaliste, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo nie było głęboko w glebie. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i nie mając korzenia, uschło. Inne znów padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne w końcu padły na ziemię żyzną, wzeszły, wyrosły i wydały plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny. I dodał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha (…) (Mk 4,1-20).
Jezus mówi dziś o tym, w jaki sposób przyjmujemy lub nie Jego słowo czyli Jego samego, gdyż to On jest Słowem, o czym przypomina św. Jan w Prologu do swojej Ewangelii. A z całą pewnością jest to ważny aspekt dla medytacji, w której popieramy się właśnie na słowie i która bez słowa nie istnieje.
„jedno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je”. W tym obrazie Jezus wskazuje na słowo, które pada w taki obszar naszego serca, które jest dostępne dla wszystkich – niczym polna droga. Można porównać to do powierzchownego przyjmowania słowa. A ponieważ żyjemy dziś w epoce informacyjnego przebodźcowania, to te bodźce są jak wspomniane ptaki, które nie pozwalają słowu w nas zagnieździć się i działać.
„Inne padło na miejsce skaliste, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo nie było głęboko w glebie. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i nie mając korzenia, uschło”. Przyjmowanie Słowa i jego oddziaływanie na nas jest procesem. Nie dokonuje się gwałtownie (choć oczywiście są takie chwile, gdzie usłyszane słowo może stać się motywacją do konkretnego działanie, jak u św. Antoniego, którego niedawno wspominaliśmy). Dziś niestety żyjemy w epoce, w której oczekujemy natychmiastowych owoców. Łykamy lekarstwo i oczekujemy natychmiastowego rezultatu. mamy jakąś zachciankę i chcielibyśmy ją natychmiast zrealizować… Ale słowa nie można traktować w taki sposób (które Metron określał mianem „przedmiotowego traktowania słowa Bożego”) – ono potrzebuje czasu, by mogło się w nas zakorzenić, wzrosnąć i przynieść owoce. Dlatego medytacja nie jest formą praktyki dla ludzi niecierpliwych.
„Inne znów padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu”. Takimi cierniami w sercu mogą być: zbytnie troski; skupienie na sobie; zbyt duże zainteresowanie na tym, żeby mieć niż żeby być; lęki, które w sobie nosimy… – wtedy Słowu trudno się przez nie przebić i znaleźć dla siebie miejsce w nas.
„Inne w końcu padły na ziemię żyzną, wzeszły, wyrosły i wydały plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny”. Plon jest owocem współpracy człowieka z łaską Bożą. I tym jest medytacja – współpracą z łaską, na którą się otwieramy i która w nas działa. W medytacji Bóg daje nam łaskę Słowa, łaskę zasłuchania w to Słowo i łaskę, aby Królestwo Boże dziś było w nas. Cała reszta w naszym życiu jest (albo nie jest!) owocem tego Królestwa, któremu pozwalamy (albo nie pozwalamy!) się rodzić i dojrzewać w naszych sercach.
Jak przypomina o tym Merton w książce p. t. „Medytacja” (w przededniu jego urodzin wypada o nim wspomnieć): Słowo możemy przyjąć tylko w najbardziej osobistym miejscu naszego serca. Musimy przed Nim otworzyć sanktuarium naszego wnętrza. Nie możemy mu dać tego, co dajemy wszystkim: naszej powierzchowności!
