Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

DWIE DEKADY HISTORII

Drodzy Medytujący,

Dwadzieścia lat minęło jak jednej dzień. I wprawdzie Jezus uczy, że „kto przykłada rękę do pługa a wstecz się ogląda nie nadaje się do Królestwa Bożego”, to podejmę pewne ryzyko duchowe, bo jakże tu nie spoglądać wstecz na te minione dwie dekady, które były pełne cudów zarówno w moim życiu jak i w historii Wspólnoty Medytacyjnej. Zwłaszcza, że na naszym święcie były osoby, które historii naszej Wspólnoty nie znają i pytały, czy nie można by jej przytoczyć. A ponieważ nie było okazji w sobotę, to uczynię to tutaj.

Ci, którzy ją znają i pisali swoim życiem i obecnością we wspólnocie mogą sobie odpuścić ten akapit. [dla ułatwienia ile tekstu opuścić historia naszej wspólnoty będzie na niebiesko

A zatem dokonam pewnej retrospektywy z mojego punktu widzenia, co nie oznacza, że inni nie maja prawa do swojego, więc proszę o wybaczenie mojego subiektywnego spojrzenia.

Dawno, dawno temu…

A tak serio, to w 2007 roku w królewskim Krakowie odbywało się pierwsze MEDITATIO i to właśnie tam podeszły do mnie osoby z Warszawy i wiedząc, że ja też jestem z Warszawy a niektórzy kojarzyli mnie także z Lubinia zagadnęli, czy nie można by założyć wspólnoty medytacyjnej związanej z Ośrodkiem Medytacji Chrześcijańskiej w Klasztorze Benedyktynów w Lubiniu. (Zresztą od ojca Jana Berezy – założyciela ośrodka dostali też namiary na mnie, bo z ojcem Janem znaliśmy się od roku 1989, kiedy to po raz pierwszy zawitałem do Lubinia posłany tam przez mojego kierownika duchowego w czasie moich krakowskich studiów – ojca Adama Kozłowskiego – ówczesnego opata tynieckiego. A potem przez lata pracowaliśmy też z ojcem Janem w Komitecie Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi Konferencji Episkopatu Polski).

Oczywiście w pierwszym odruchu odmówiłem, bo nie chciałem się angażować  w kolejne aktywności, których i tak miałem wiele, bo poza parafią, w której posługiwałem na warszawskim Imielinie, byłem prefektem szkoły katolickiej Przymierza Rodzin, która wymagała dużego zaangażowania, a ponadto byłem w tamtym czasie odpowiedzialny w diecezji z dialog ekumeniczny i międzyreligijny a dodatkowo prowadziłem zajęcia z ekumenizmu i religiologii na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Tym bardziej czułem się usprawiedliwiony, że w Warszawie istniały już dwie podobne wspólnoty: jedna przy kościele ojców Jezuitów na Rakowieckiej założona jeszcze przez byłego rektora Bobolanum, zaangażowanego w dialog międzyreligijny ojca Jacka Bolewskiego a druga prowadzona przez jedną z sióstr urszulanek przy ul. Piwnej.

Ale przez ludzi Chloe doniesiono ojcu Janowi, że propozycja założenia wspólnoty spotkała się z odmową z mojej strony, co skłoniło abbę z Lubinia do osobistego przyjazdu do stolicy i wytłumaczenia mi, że na Boże wezwania należy odpowiadać z otwartością serca. Nie będę tu przytaczał naszej rozmowy z ojcem Janem, ale powiem tylko, że była przekonująca.

I to był pierwszy cud!

I tak narodził się pomysł powstania wspólnoty medytacyjnej w stolicy. Zanim zaczęliśmy spotykać się najpierw w moim mieszkaniu na Imielinie (w dość skromnych warunkach) przez jakiś czas przychodziłem czasem na spotkania grupy medytacyjnej na Piwnej przyglądając się jak takie spotkania się odbywają.

A jakiś czas potem zaczęły się medytacje na wspomnianym Imielinie. W zasadzie trwało to kilkanaście miesięcy aż do czasu, gdy zostałem poproszony o objęcie funkcji prefekta alumnów w Seminarium Duchownym w Warszawie. Wówczas pojawił się problem, co ze wspólnotą medytacyjną? Seminarium było raczej przestrzenią zamkniętą, w której nie mogły spotykać się grupy z zewnątrz. Ale i wówczas Pan Bóg zatroszczył się o wspólnotę, bo wraz z moim przejściem do Seminarium z tej samej parafii na Imielinie został powołany na urząd Rektora Kościoła Akademickiego św. Anny mój kolega – ks. Jacek. I tak przygarnął nas udostępniając salę w wieży stojącej przy Placu Zamkowym. Czasem gwar z zewnątrz zakłócał ciszę medytacji a czasem, ktoś ładnie grający na jakim instrumencie wpisywał się w jej rytm.

I to był kolejny cud!

I tak trwało to do 2011 roku, kiedy to po reorganizacji wspólnot w kościele św. Anny ale i mojej prośbą o możliwość powrotu do normalnego duszpasterstwa w parafii zostałem przeniesiony do parafii św. Wojciecha na Woli, gdzie niestety też nie było warunków dla wspólnoty medytacyjnej (w domu parafialnym były małe sale a my wówczas potrzebowaliśmy już czegoś większego). 

Jakiś czas jeszcze medytowaliśmy w św. Annie, ale zaczęliśmy rozglądać się na za nowym miejscem na spotkania. 

Prowadziliśmy nawet mocno zaawansowane rozmowy z ojcami Jezuitami przy ul. Świętojańskiej. Rektor kościoła był 

nam nawet gotów udostępnić nowo wyremontowane podziemia kościoła.

Ale wówczas wydarzył się kolejny cud!

Otóż rok wcześniej do Warszawy Duch Święty przyprowadził Siostry i Braci z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, aby zagospodarowali „bezpański” wówczas ośrodek duszpasterski z kościołem przy Łazienkowskiej.

I tu pozwolę sobie na bardziej osobisty wtręt:

Otóż z kościołem na Łazienkowskiej jestem związany od roku 1992, kiedy trafiłem tam jeszcze jako alumn seminarium na prośbę mojego prefekta. Moja rola polegała na spotkaniach formacyjnych z grupą dzieci, w ramach ruchu Rodziny Rodzin, która otrzymała ten ośrodek od kard. Stefana Wyszyńskiego w 1980 roku. W tamtym czasie kościołem na Łazienkowskiej opiekowali się ojcowie Pallotyni. Z ośrodkiem związany byłem do 1997 roku, kiedy to już po święceniach wyjechałem z nimi po raz ostatni na wakacje. Potem ośrodek opuścili też księża pallotyni i tak przez wiele lat pozostawał bez opieki i bez pomysłu na niego.

Oczywiście Bóg miał pomysł. I powiem nieskromnie jak też miałem

W czasie seminarium miałem okazję być we Francji, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się z Monastycznymi Wspólnotami Jerozolimskimi. Wprawdzie wcześniej przeczytałem książki Pierre-Marie Delfieux, ale samych Wspólnot nie znałem. Pamiętam, że tamto pierwsze spotkanie ze Wspólnotami w ich macierzystym kościele św. Gerwazego w Paryżu sprawiło, że zakochałem się w nich od pierwszego wejrzenia. I kiedy ośrodek przy Łazienkowskiej opustoszał i zaczął popadać w ruinę w moim sercu zrodziło się takie marzenie, żeby kiedyś do Warszawy zawitały Wspólnoty Jerozolimskie, bo kościół i klasztor przy Łazienkowskiej wydawał się wymarzonym miejscem dla nich. (Oczywiście nie wiedziałem, że takie plany Pan Bóg miał już wcześniej, bo rozmowy o udostępnieniu kościoła przy Łazienkowskiej Wspólnotom Jerozolimskim trwały od 2001 roku, ale za czasów kardynała Glempa, który zaprosił je jako pierwszy realizacja tych planów nie doszła do skutku a ponieważ w 2007 roku w Warszawie zmienił się arcybiskup i nie było wiadomo, czy nowy pasterz diecezji podejmie tę inicjatywę. Na szczęście zachęcany przez kilku kapłanów, którzy znali Wspólnoty Jerozolimskie potwierdził decyzje swojego poprzednika o zaproszeniu Wspólnot do stolicy).

I tak oto – jak wspomniałem – wydarzył się kolejny cud, który był też odpowiedzią na moje własne marzenia. Jeszcze będąc w seminarium świętowaliśmy przybycie do Warszawy Sióstr i Braci z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. I od tamtego czasu wiedziałem już, że nasza medytacyjna wspólnota zostanie ocalona, bo choć jeszcze nie rozmawiałem z Siostrami i Braćmi o możliwości medytowania na Łazienkowskiej, to po pierwszym spotkaniu z nimi w seminarium miałem w sercu niezachwianą pewność, że to właśnie ich dom stanie się domem naszej wspólnoty, co ziściło się rok po przybyciu Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich do stolicy kiedy to kościół przy Łazienkowskiej stał się naszą przystanią, gdzie trwamy już przez piętnaście lat. Za co Bogu, Siostrom i Braciom z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich i wszystkim, którzy przez te dwie dekady pisali historię naszej Wspólnoty niech będą dzięki!

Tyle historii, która ufam, że z Bożą i ludzką pomocą będzie pisała się nadal, na Bożą chwałę i dla dobra tych, którzy w praktyce medytacji monologicznej znajdują swoją duchowa drogę.

A tak na marginesie wspomnianej historii naszej wspólnoty medytacyjnej zarówno biskup Rafał jak i biskup Michał często wspominają nasza wspólnotę medytacyjną, bo obydwaj zawsze byli jej życzliwi (razem pracowaliśmy w seminarium, kiedy już wspólnota działała i kiedy zakorzeniała się na Łazienkowskiej). Biskup Rafał także dlatego, że przez lata był dyrektorem ośrodka przy Łazienkowskiej, jeszcze wówczas, gdy Wspólnoty Jerozolimskie przybyły do Warszawy a biskup Michał, dlatego, że duchowość Wspólnot Jerozolimskich bliska jest jego sercu. I obaj należeli do tych wspomnianych przeze mnie kapłanów, którzy przyczynili się do obecności Wspólnot Jerozolimskich u nas.

Raz jeszcze dziękując, że jesteście lub byliście i że tworzycie lub tworzyliście historię naszej medytacyjnej wspólnoty, otaczam wszystkich modlitwą. ks. Marek

 A teraz ad rem… czyli wprowadzenie do dzisiejszej medytacji:

Z Ewangelii według św. Łukasza

Jezus powiedział do faryzeuszów i uczonych w Prawie: „Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiego rodzaju jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić i tamtego nie opuszczać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą”. Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: „Nauczycielu, tymi słowami nam też ubliżasz”. On odparł: „I wam, uczonym w Prawie, biada. Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie” (Łk 11, 42-46).

* * *
Jest taka historia zaczerpnięta z mądrości Żydowskiej o Rabinie i złodzieju:

Do ogrodu rabina zakradł się złodziej, aby „zorganizować” sobie trochę ziemniaków. Rabe stał w oknie i obserwował to wszystko; a kiedy zobaczył, że biedny chłopina nie może sobie dać rady z podniesieniem worka, wybiegł i pomógł mu zarzucić ciężar na plecy.

W domu spotkały rabina wymówki: – Jak mogłeś mu pomagać w kradzieży twoich kartofli? – Myślicie, że skoro on jest złodziejem, to ja nie jestem zobowiązany do pomocy? – odpowiedział zdumiony rabin.

***

Jest takie powiedzenie: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Możemy poznać czy ktoś mówi, że jest naszym przyjacielem czy rzeczywiście nim jest po tym, czy obchodzi go nasz los. Czy w chwili trudności, cierpienia chce dotknąć naszego ciężaru, chce nam pomóc go znosić czy chce pozostać w bezpiecznej odległości… dla swojego ego.

W podobnym tonie wypowiada się mędrzec z biblijnej Księgi Syracydesa:

Nie należy ufać każdemu od razu. Przyjaciela trzeba najpierw przetestować i sprawdzić w różnych sytuacjach (Syr 6,7).

Wielu ludzi trwa przy człowieku tylko w dobrych czasach, przy stole lub w bogactwie, ale znika w dniu ucisku albo staje się wrogami (Syr 6,8-10; Syr 12,8)

To także kryterium pozwala nam rozróżnić, którzy są prawdziwie osobami pełnymi Bożego Ducha.

Są nimi ci, którzy niosą z pokorą swoje ciężary i nie boją się przyjść z pomocą tym, którzy sami je dźwigają.

Jezus wyrzuca uczonym w prawie, że nakładają ciężary, ale ich nie niosą.

Bo można przeżywać swoje życie z pozycji mędrca, który wszystko wie i ciągle przypomina co się powinno robić, jak należy żyć, ale ani sam tak nie postępuje, ani innym nie pomaga tak postępować; albo można uczyć się od Jezusa: wyrozumiałego na tych, którzy upadają pod swoimi ciężarami, gotowego im przyjść z pomocą, nie skorego do oceniania, gotowego poświęcić swój dobrostan i święty spokój, by wyjść naprzeciw temu, który znalazł się w trudnej sytuacji.

Jezus przestrzega dziś przed wywyższaniem się i szukaniem uznania (tych tzw. pierwszych miejsc).

Ponoć Abba Makary – znany ojciec egipski – celowo przemieszczał się z miejsca na miejsce, gdy tylko zyskiwał rozgłos.

Ojcowie uważali, że „pierwsze miejsce” i chwała ziemska kradną człowiekowi nagrodę w niebie.

Dla ojców Pustyni unikanie pierwszych miejsc, zaszczytów i ludzkiej chwały było fundamentem pokory i warunkiem koniecznym do ocalenia duszy. Traktowali oni pragnienie bycia docenionym lub wywyższonym jako jedną z najgroźniejszych pułapek duchowych. Z kolei pokora nie była słabością, ale potężną bronią duchową. Unikanie pierwszych miejsc dla Ojców Pustyni nie było jedynie kwestią dobrych manier, ale radykalnym wyborem wolności. Chcieli być znani wyłącznie Bogu, a nie ludziom.

W praktyce medytacji także pragniemy otwierać nasze serca przed Bogiem. On zna je najlepiej i wie jaką drogą poprowadzić je przez pokorę do świętości. Niech praktyka słowa wypowiadanego w ciszy i wypływającego z serca uczy nas opierania się na mocy Boga, Jego słowa i łaski.