Dlatego też, najmilsi moi, strzeżcie się bałwochwalstwa! Mówię jak do ludzi duchowych. Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje. Niech nikt nie szuka własnego dobra, lecz dobra bliźniego! Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie. Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego, podobnie jak ja, który się staram przypodobać wszystkim pod każdym względem nie szukając własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni. [1 Kor 10, 14-15. 23-24. 31-33]
Czy modlitwa należy do naszej codzienność, czy też wyrywa nas z codzienności? – pyta Karl Rahner, niemiecki teolog, duchowny katolicki, będący jednym z najbardziej wpływowych teologów XX wieku, który znacząco wpłynął na II sobór watykański. W swojej książce „Modlitwy na całe życie” Rahner wprowadza rozróżnienie na modlitwę codzienności i modlitwę w codzienności.
Wedle najprostszej definicji modlitwa, to dialog człowieka z Bogiem. W jaki zatem sposób codzienność może stać się modlitwą? Otóż wtedy, gdy przez naszą codzienność będziemy mówić do Boga, gdy będziemy Go w niej odnajdywać, gdy będziemy Mu ją zawierzać, gdy będziemy samych siebie i nasze życie w całości oddawać Bogu bez warunków i bez zastrzeżeń, za to z całkowitą ufnością. To zgoda na to by wyrzec się bycia tym, który pisze scenariusz swojego życia na rzecz tego aby uczynić jego reżyserem i scenarzystą Boga. Jedni określą to jako naiwność i zrzekanie się swojej odpowiedzialności za życie, inni jako bezgraniczną ufność płynącą z głębokiej wiary. Jednak w takiej postawie nie zrzekamy się naszej odpowiedzialności. Podejmujemy powierzone nam zadania z całkowitym – stuprocentowym zaangażowaniem, gdyż dopiero wówczas możemy ofiarować Panu Bogu owoce naszej pracy, naszych relacji z innymi czy naszego odpoczynku jako dar. Nikt nie chce ofiarować Bogu wybrakowanych darów, bo wiemy, że jest On godny tego, co najlepsze w naszym życiu. A zatem ofiarowanie Bogu naszego życia będzie jeszcze większą motywacją do zagłębienia się w nie i jak najlepszego przeżywania naszej codzienności, z jednoczesnym odniesieniem naszego życia do Tego, który jest jego źródłem i dawcą. Chodzi zatem o to, aby całe nasze życie stawało się modlitwą bez słów… Jak naucza św. Paweł: „zatem czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie – wszystko czyńcie na chwałę Bożą” [1 Kor 10,31]. Chodzi o swoistą modlitwę nieustanną. Nauczycielką takiej postawy – modlitwy codziennością – jest dla nas medytacja monologiczna.
Medytacja w ciszy jest najbardziej podstawowym nazwaniem problemów naszego umysłu, dawaniem na nie odpowiedzi i zgodą na Tajemnicę działania Ducha Świętego obecnego w nas.
W medytacji niczego nie osiągamy, niczego nie pragniemy, zazwyczaj towarzyszy nam ciągłe doświadczenie naszej całkowitej niezdolności do modlitwy, bo ciągle potykamy się o nasz brak skupienia, atakujące nas myśli czy obrazy, trudność wytrwania w całkowitym bezruchu. Ostatecznie jednak wiemy, że Ktoś się w nas modli, a do nas należy tylko przyzwolić na to, jak przyzwalamy na oddech. To wyjaśnia, jak możemy wypełnić dwukrotnie powtórzone przez św. Pawła polecenie: nieustannie się módlcie (1 Tes 5,17; Ef 6,18).
Medytacja to także droga naszego nawrócenia, bo ono zaczyna się od serca, od centrum naszego jestestwa i stamtąd ogarnia całe nasze życie. W modlitwie poza słowami, których Jezus wyraźnie naucza, instruuje apostołów, aby się wycofali na miejsce odosobnione i modlili się do Ojca, który jest w ukryciu (Mt 6,5–8). Mamy się wznieść ponad przywiązanie, nasze teorie i przekonania czy obronę jakieś szczególnej formy modlitwy i powrócić do ubóstwa jednego słowa i prostoty każdego naszego oddechu.

„Z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego ściśle związane jest święto Maryi Matki Kościoła. Tytuł to stosunkowo niedawny, choć prawda jest nauczana od tysiącleci.
Cóż to znaczy że Maryja jest Matką Kościoła i w jakim sensie nią jest? Otóż nie jest nią w sensie fizycznym czy psychicznym, tak jak jest Matką Jezusa. Nie jest nią też w sensie symbolicznym albo instytucjonalnym, tak jak kobieta jest matką okrętu albo jakiejś organizacji, której jest założycielką. Jest Matką Kościoła w sensie duchowym, lecz co to znaczy?
W szukaniu odpowiedzi na to pytanie jest nam pomocna liturgia Kościoła, a konkretnie wspomniane już wcześniej ścisłe powiązanie święta Matki Kościoła z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Kościół rodzi się w dniu zesłania Ducha Świętego. Do tego momentu wprawdzie istnieje, począwszy od objawień Jezusa Zmartwychwstałego, ale jest to istnienie podobne do życia dziecka w łonie matki. Jest niesamodzielny, ukryty z obawy przed Żydami, „nie oddycha”, jest żywiony czyimś oddechem, czeka na własne tchnienie Ducha…
Można sobie wyobrazić, ile nadziei, ale też i ile wątpliwości, budził ten czas wielkich obietnic, ale też i czas długiego czekania na ich spełnienie; i to pośród zagrożeń. Sami z naszego życia duchowego znamy takie okresy, trwające niekiedy bardzo długo. Jakże wtedy potrzebny jest ktoś, kto taką duchową drogę przeszedł, jakimż skarbem w takich chwilach jest mieć prawdziwego ojca duchowego albo duchuową matkę, który(a) powie choćby tylko tyle: Nie martw się, to normalne, tak działa Bóg, ja też przez to przeszedłem (przeszłam), pamiętam o tobie w modlitwach!
Autor Dziejów Apostolskich we fragmencie czytanym w święto Matki Kościoła relacjonuje nam, co się działo z Apostołami po wniebowstąpieniu Pana Jezusa, gdy oczekiwali spełnienia się Obietnicy: Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa i Jego braćmi (Dz 1,14). Nie przypadkiem św. Łukasz wymienia tu Maryję z imienia. Jej rola w tym gronie była szczególna i to nie tylko dlatego, że była Matką Jezusa, bo też nie z szacunku tylko czy z poczucia obowiązku wobec Matki Pana zabrali Ją Apostołowie z sobą. W swej niepewności i oczekiwaniu na spełnienie się obietnicy, której realnego kształtu nie znali, wiedzieli przecież, że Maryja jest pierwszą i jedyną, na którą Duch Święty zstąpił (por. Łk 1,34).
Mieli więc między sobą świadka działania Jego mocy, dowód spełnionej Obietnicy. Kto wie, czy to nie właśnie w tamtych dniach modlitw i rozmów poznawali tajemnice Jej życia, od radosnych poprzez bolesne po chwalebne, których sami wraz z Nią stawali się teraz uczestnikami. Odprawiali z Nią, jeśli tak można powiedzieć, pierwsze rekolekcje otwierające i przygotowujące ich serca na dary Boże. Nigdy nie będziemy w stanie wyobrazić sobie, jaką moc miały tamte duchowe konferencje, które dawała im Maryja, jak były proste, dalekie od snucia bogatych w piękne słowa i poetyckie obrazy teorii, jak przemawiały do serca i umysłu poprzez konkrety życia, jak uspokajały serca. One były duchowym pokarmem dla niepewnych uczniów. Tak jak matka karmi dziecko w swym łonie własną krwią, tak Maryja karmiła ich własnym życiem. Rzeczywiście stała się wtedy duchową Matką rodzącego się Kościoła. Karmiła go, aby z przyjściem Ducha Świętego urodził się w nim Jezus Chrystus, aby się objawił w pełni na twarzach Apostołów, w ich słowach i czynach ku zadziwieniu i nawróceniu patrzących i słuchających.
Po opisie zesłania Ducha Świętego Dzieje Apostolskie nie wspominają już o Maryi. To też ważny znak. Dobra matka nie ingeruje w życie dojrzałego dziecka. Nie znaczy to jednak, że nie otacza go nadal swą troską i modlitwą. Odtąd Duch Święty kieruje Kościołem, który dzięki swej Matce prowadzącej go do Ducha i dzięki działającemu w nim Duchowi Świętemu sam staje się Matką, rodząc swoje dzieci w źródle Chrztu świętego.
Rola Maryi jako Matki Kościoła nie kończy się w czasach apostolskich. Trwa ona i dziś. Kościół wyraża tę prawdę w innym maryjnym święcie majowym, święcie Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych. Dopełnia ono w przedziwny sposób i aktualizuje ów tytuł Matki Kościoła.
Kościół doświadcza Maryi jako matki, ilekroć rozważa tajemnice Jej życia, ilekroć zanurza się w Jej historię pełną mocy Ducha Świętego. W Niej – Oblubienicy Ducha Świętego – odnajduje nie tylko swój wzór, to byłoby za mało, odnajduje swoje życie, swój sens i swoją misję, którymi jest prowadzenie mocą tegoż Ducha do poczęcia się, rozwijania i rodzenia się Jezusa Chrystusa w sercach i postawach swoich dzieci. Doświadcza Jej jako matki również poprzez Jej troskę, wyrażającą się nie tylko w wysłuchanych modlitwach, których dowodami, oprócz wewnętrznych doświadczeń Jego dzieci, są tysiące, a może i dziesiątki tysięcy wotów i świadectw, zgromadzonych w maryjnych sanktuariach całego świata, lecz także w licznych w każdej epoce objawieniach. Wiele z nich, jak choćby te z Lourdes i Fatimy, Kościół rozpoznał jednoznacznie jako głos jego Matki i uczynił treścią swego życia. Co do innych zachowuje pełną nadziei rezerwę. Nie dlatego, jakoby się bał głosu Matki, lecz świadom jest zasadzek złego ducha i słabości swych dzieci, przez które ten głos dociera. Nie Matkę bada, lecz dzieci, pragnąc cały czas, aby głos Matki był czysty i jasny bez fałszów i ludzkich naleciałości”.
Z książki p. t. Blisko Maryi
Jezus powiedział do swoich uczniów:«Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze.Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. a nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca.To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem». (J 14, 15-16. 23b-26)

Ludzie wierzący często utożsamiają przejawy działania Ducha Świętego z takimi spektakularnymi zjawiskami jak prorokowanie, cudowne uzdrawianie czy dar mówienia obcymi językami, tzw. glosolalia, bo przecież i Ewangelia i Dzieje Apostolskie przywołują takie właśnie znaki działania Ducha.
Pamiętam jak załatwiałem kiedyś coś w urzędzie. Kilka osób oczekiwało w kolejce. W pewnym momencie do budynku wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha, wsparty na lasce staruszek, który zakrzyknął: „Dzień dobry państwu. Kto ostatni?”. Ponieważ to byłem ja, podszedł i podał mi rękę. Stojący w kolejce chcieli go przepuścić, ale on dziarsko skomentował to słowami: „mam 94 lata, zamierzam dożyć setki, więc te pół godzinki w kolejce nie robi mi różnicy. I stojąc tak gawędził i sypał dowcipami, które wywołały uśmiechy na twarzach wszystkich. Czas w kolejce przestał się dłużyć. Czemu o tym mówię? Otóż Przybycie jednej osoby zmieniło całkowicie charakter urzędowej poczekalni. Przez starca o lasce, lekko przygłuchego, zbliżającego się do kresu życia – weszło nowe życie.
Tak właśnie jest z tajemniczym gościem, któremu na imię Duch Święty. Pojawia się, nie wiadomo skąd, a Jego przybycie zmienia wszystko, napełnia nowym życiem te miejsca i obszary w nas, które pozostają w uśpieniu, w lęku, w marazmie.
Apostołowie siedzieli zamknięci w Wieczerniku, pełni obaw, co dalej z nimi będzie. Jezus wstąpił do nieba, co prawda obiecał Pocieszyciela, ale nie powiedział wyraźnie, czego mają się spodziewać… Apostołowie znów doświadczyli, że Boga nie da się posiąść, że On ciągle wyprzedza i przekracza nasze pomysły. To dosyć niewygodne, bo wymaga zgody na to, że nie wszystko mamy pod kontrolą. I wtedy wkracza do akcji Duch Święty, którego nie sposób ogarnąć, widać za to konkretne owoce Jego działania. Oczom tych, którzy byli zgromadzeni w dniu Pięćdziesiątnicy ukazały się rzeczy niesłychane: najpierw szum gwałtownego wichru, potem języki ognia zstępujące na zebranych. Potężnym znakiem Bożego działania był także dar języków. Apostołowie odważnie wychodzą do świata i do ludzi, którzy mogą usłyszeć Dobrą Nowinę we własnym języku.
Nam często wydaje się, że bardzo trudno jest zbliżyć się do tajemnicy Ducha Świętego, dlatego rzadko o Nim mówimy. Jeśli jednak Duch pozostaje dla nas często tak nieuchwytny, to z pewnością nie dlatego, że jest od nas daleko, ale dlatego, że jest bliżej nas niż sądzimy. Jak oddech, o którym ledwie pamiętamy, a bez którego nie byłoby przecież życia.
Czy istnieje zatem jakaś droga, która mogłaby w sposób pewny doprowadzić nas do Ducha?
Otóż święty Jan Ewangelista przedstawia Ducha Świętego jako dar Jezusa zmartwychwstałego, obdarowującego uczniów władzą odpuszczania grzechów (J 20, 22-23). Oznacza to, że doświadczyć działania Ducha można przede wszystkim, zanurzając się w Bożym miłosierdziu.
Trudno się temu dziwić. Przecież Duch daje życie. Unosił się nad wodami w akcie stworzenia [Rdz 1,2]. Współdziałał razem z Ojcem, najpierw w momencie wcielania a potem przy wskrzeszeniu Jezusa (por. Rz 1, 4; 8, 11; 1 P 3, 18). Musi więc być obecny wszędzie tam, gdzie miłość zapala płomień nowego życia. Patronuje On wszelkim wyborom naszej wolności, które przez odważne „tak” wobec Bożej woli upodabniają nas do Chrystusa.
Dlaczego Chrystusowi tak bardzo zależało na tym, by uczniowie otrzymali Ducha Świętego? Jezus powiedział Apostołom wprost: „Gdy zaś przyjdzie On, Duch prawdy, doprowadzi was do całej prawdy”. Dzięki tej prawdzie zrozumieli, dlaczego mogą nazywać Boga swoim Tatą a sami są Jego umiłowanymi dziećmi.
Ale jest też jeszcze jeden dar Ducha, o którym nie wolno nam zapomnieć: Jezus po swoim zmartwychwstaniu, udzielając uczniom mocy Ducha Świętego, mówi do nich: „Pokój Wam!”. Znaczy to, że bezcennym owocem działania Ducha Świętego jest pokój, który nie ma wiele wspólnego ze świętym spokojem lansowanym przez współczesny świat stale nawołujący do zawierania kompromisów i do ustępstw, które jedynie relatywizują prawdę i zakłamują rzeczywistość. Duch Święty przynosi pokój Boży, który jest trwały, gdyż budowany jest na Prawdzie stanowiącej jedyny pewny fundament, bo mający swe źródło w miłości Boga.
Warto zapytać czy mamy w sobie ten pokój!? Jeśli czujemy, że nie do końca, to dzisiaj jest dobry dzień by prosić Ducha Świętego, aby napełniał nas swoim pokojem i dawał moc do odważnego przyznawania się do prawdy Ewangelii.
Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów szatana. (…) Stańcie do walki przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość głoszenia dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu!. (Ef 6,11-18)
„Medytacja, modlitwa słowem a zwłaszcza ten szczególny rodzaj medytacji, który opiera się na ubóstwie jednego słowa, to obecnie najlepsza reforma Kościoła” – mówi o. Rihard Rohr
Jesteśmy w Kościele w tym szczególnym okresie, gdy oczekujemy na Zesłanie Ducha Świętego. Podczas ostatniego spotkania ze wspólnotą, której duchowo towarzyszę w parafii, gdzie posługuję odwołując się właśnie do tematu Zesłania Ducha Świętego mówiliśmy o tym, że Duch Święty nie mógł zstąpić na Apostołów wcześniej z tego powodu, że nie było w nich koniecznej dyspozycji, nie byli jeszcze wystarczająco ogołoceni. Innymi słowy nie było w nich autentycznej pokory i wiary, która jest bezradnością, bo wszystkiego oczekuje od Boga.
My – ludzie kultury zachodniej boimy się słowa bezradność. Wzrastamy w kulturze, która od dzieciństwa uczy nas dążenia do sukcesu, do samodzielności, do udziału w tzw. wyścigu szczurów, który stał się wizytówką współczesnej cywilizacji zachodu. Jednym słowem dążymy do mocy! I w podobny sposób traktujemy naszą religijność. Dla wielu wiara, to takie kolekcjonowanie zasług, cnót, charyzmatów. Wydawać się może że nieco opatrznie zrozumieliśmy słowa św. Pawła Apostoła, który w Liście do Efezjan wzywa nad byśmy przywdziali zbroję Bożą, tarczę wiary etc. Wydawać nam się może, że to my winniśmy być silni wiarą, aby pokonać wszystkie przeszkody na drodze naszego uświęcenia i zbawienia. Zapominamy często o tym, że moc wiary jest tak naprawdę mocą pochodząca nie z nas.
W końcu mówiąc o tej zbroi zbawienia zapominamy o tym od czego św. Paweł zaczyna swój wywód: „Bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi” [Ef 6,10].
Mistrz Eckhart – o czym już wspominaliśmy jako nieodzowny składnik zbliżania się w doświadczeniu wiary do Boga uznaje odejmowanie/stratę.
Im więcej jest w naszym zasięgu atrybutów, z którym możemy korzystać, dzięki którym znajdujemy oparcie i poczucie siły, tym mniej liczymy tak naprawdę na Boga i Jego moc. Tak jest w sytuacjach, gdy stajemy wobec życiowych wyzwań – im więcej mamy możliwości, zdolności, sił – tym więcej argumentów, żeby nie zawracać głowy Panu Bogu, bo sami sobie poradzimy. Tak jest również w modlitwie: tak bardzo lubimy liczyć na naszą elokwencję i inteligencję w modlitwie, że odebranie szansy popisania się przed Panem Bogiem nasze ego traktuje jako zamach na naszą wolność. Kto przy zdrowych zmysłach zgodziłby się na to, żeby ze względu na Ducha Świętego, który ma przyjść wyzbyć się ze wszystkiego!? A właśnie tak mówi św. Paweł: „Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” [Filipian 3, 7-9]
Raz jeszcze to podkreślę: Duchowość i wiara mają więcej wspólnego z odejmowaniem i z umniejszaniem niż ze zwiększaniem. Czyż nie tak mówił św. Jan Chrzciciel: „Trzeba aby On wzrastał a je się umniejszał”. Niestety w naszej duchowości często bywa odwrotnie.
„Jedną z najtrudniejszych do porzucenia spraw – pisze o Richard Rohr – jest nasza potrzeba bycia kimś. Im bardziej pozytywny i pobożny jest nasz obraz samego siebie tym bardziej jest on niebezpieczny dla naszej duchowości” [Prosta sztuka odpuszczania].
Zobaczmy, że Duch Święty zstępuje na Kościół, który zgromadzony w Wieczerniku i trwający na modlitwie jest kompletnie ogołocony. Wszyscy winniśmy zacząć od przyjęcia założenia, że nasza droga również musi prowadzić przez ogołocenia, jeśli ma być drogą autentycznie ewangeliczną. Na tej drodze Mniej oznacza więcej. Tylko ci, którzy nie muszą niczego udowadniać i niczego chronić, którzy potrafią oprzeć się trzem współczesnym demonom: potrzebie odniesienia sukcesu, potrzebie bycia super-religijnym i wreszcie potrzebie posiadania władzy i sprawowania kontroli nad wszystkim mają w sobie wystarczającą przestrzeń by przyjąć Chrystusa z Jego łaską i pozwolić się dalej prowadzić w tej duchowej podróży według Jego a nie naszych planów.
I właśnie na taką drogę ogołocenia, gdzie mniej znaczy więcej zaprasza nas medytacja monologiczna.
Jezus powiedział do swoich uczniów: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy”. Wy jesteście świadkami tego.
Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie uzbrojeni mocą z wysoka.
Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba.
Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jerozolimy, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga. (Łk 24,46-53)
W czeskiej komedii Petra Zelenki z 2002 roku p. t. „Rok diabła” jest znakomita scena. Widać postępujący kondukt żałobny: ksiądz, trumna niesiona przez czterech mężczyzn, zespół muzyków grający smutną melodię i żałobnicy. Jeden z muzykantów pyta księdza: „Kto umarł?”. Ksiądz odpowiada: „Nikt. Po prostu Pan Plihal chciał zobaczyć, jak będzie wyglądał jego pogrzeb”. W tym czasie pan Plihal z pagórka, przez lornetkę, ogląda swój pogrzeb. Ćwiczy wyobraźnię.
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego przypomina o tym, że nasze życie na ziemi ma swój koniec. Wyznajemy w Credo, że Jezus „wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych… We Wniebowstąpieniu mocno brzmi prawda o powtórnym przyjściu Jezusa.
To nie tylko akt wiary, ale też zachęta do ćwiczenia wyobraźni, tak jak nauczał św. Augustyn w komentarzu na Wniebowstąpienie: „W dniu dzisiejszym nasz Pan, Jezus Chrystus, wstąpił do nieba: podążajmy tam sercem razem z Nim”.
Św. Łukasz dwukrotnie pisze o Wniebowstąpieniu. Jego Ewangelia kończy się, a Dzieje Apostolskie rozpoczynają tym właśnie wydarzeniem. W jednym i drugim fragmencie wydaje się, że najistotniejsze nie jest wniebowstąpienie, ale posłanie uczniów. Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie są ogromnie dyskretne, ukrywają się za następującymi po nich wydarzeniami życia Kościoła. Próba zatrzymania się na nich kończy się zwykle upomnieniem, które słyszymy z ust dwóch mężów w białych szatach: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?… Warto zwrócić uwagę, że również w pustym grobie było dwóch mężczyzn w lśniących szatach, którzy bezradnym kobietom powiedzieli: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj, zmartwychwstał” (Łk 24, 5-6).
Gdy Jezus zostaje uniesiony do nieba, apostołowie patrzą ku górze. Wniebowstąpienie Jezusa sprawia, że ich nadzieja, ich pragnienie nabiera takiego kierunku: ku górze, ku niebu! I nawet jeśli za chwilę rozejdą się na wszystkie strony świata, to ta zdolność patrzenia ku górze, kierunek, który wskazał Jezus, będzie im już towarzyszył zawsze, wyznaczając azymut ich życia.
Prawdziwy wyznawca Chrystusa bowiem zawsze szuka tego, co w górze.
To właśnie cel ku któremu zmierza nadaje sens jego życiu, wlewa nadzieję w jego serce, która pozwala przetrwać wszelkie trudności czy porażki i podźwignąć się po wszystkich upadkach.
Komu wstępujący do nieba Jezus wskazuje kierunek, kto w Nim złożył nadzieję, nigdy nie będzie skupiony tylko na tym, co ziemskie, ale z tej nadziei będzie też czerpał siłę by sprostać wszystkiemu, co go spotka w życiu.
Wniebowstąpienie Jezusa wyzwala w uczniach radość. W życiu duchowym nie powinniśmy zmuszać się do radości. Prawdziwa radość jest już w nas. Jest tylko przysłonięta przez problemy, zmartwienia, pożądania, zbytnie zapatrzenie w sprawy ziemskie. Jeżeli częściej będziemy wpatrywać się w niebo i uświadamiać sobie, że tam jest „nasza ojczyzna” (por. Flp 3, 20), odkryjemy radość, która jest w głębi naszych serc. I ta radość będzie stopniowo przemieniać nas i naszą codzienność.
Pożegnanie Jezusa z uczniami przypomina o wielu pożegnaniach, których doświadczamy w naszym życiu. Każdy z nas musi pożegnać się z dzieciństwem, z młodością, z okresem sukcesów, z czasem, w którym jesteśmy w centrum uwagi. Musimy pożegnać się drogimi ludźmi, z miejscami, w których jest nam dobrze. Każde pożegnanie boli. Ale w każdym pożegnaniu jest też szansa na coś nowego. Każde pożegnanie oczyszcza i rozwija.
To pożegnanie Jezusa z uczniami przypomina, że misja zbawcza, misja ratunkowa Jezusa Chrystusa ocalająca człowieka na ziemi została zakończona. Jezus jako Pan i Zbawca, jako zwycięzca świata, grzechu, szatana, śmierci, jako Dawca życia i źródło wiecznej nadziei, wraca do Ojca, by powrócić w postaci Ducha Świętego obecny odtąd w każdym z wierzących oraz we wspólnocie Kościoła.
Wniebowstąpienie odsyła nas do codzienności, w której mieszkamy i pracujemy. Powinniśmy nieść niebo tam, gdzie na co dzień żyjemy, gdzie bywa, że doświadczamy „piekła na ziemi”, gdzie panują pustka i bezsens. Nie musimy „wpatrywać się w niebo”. Niebo otwiera się nad nami, gdy jesteśmy z Jezusem, gdy trwamy na modlitwie, na Eucharystii. To w nich Go spotykamy i to z nich czerpiemy siłę przygotowując się do ostatecznego i wiecznego spotkania.