Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Nawrócę się, ale nie dzisiaj…

Świętemu Augustynowi przypisuje się powiedzenie, które jest doskonałym komentarzem do dzisiejszej Ewangelii: „Człowiek powinien opierać się w życiu na dwóch nogach – miłości Boga i człowieka, w przeciwnym razie idąc przez życie będzie kuśtykał”.

Święty Augustyn to jedna z najbardziej znanych postaci kultury chrześcijańskiej. Człowiek – szukający Boga, choć uwikłany w uwikłany w grzech i herezję. Filozof – zafascynowany Platonem i szukający Prawdy. Teolog – zakochany w słowie Bożym i Kościele. Jego dzieła to kamienie milowe w dziejach zagadnień dobra i zła, wiary i rozumu, łaski i natury oraz wielu innych. Bezsprzeczny geniusz.

Jak na świętego i biskupa życiorys miał jednak niezbyt budujący. Dziś z pewnością nie przeszedłby pomyślnie żadnej kościelnej „lustracji”. Przez długie lata żył w konkubinacie, miał nieślubne dziecko – Adeodata. Ponadto hołdował niebezpiecznej herezji manichejczyków, będącą synkretyzmem różnych systemów religijnych i filozoficznych i którą uważał za religię ludzi oświeconych, wolną od wszelkich autorytetów. Chrześcijaństwo, którego ziarno próbowała w jego sercu w dzieciństwie zaszczepić jego Matka – św. Monika stało się dla niego tylko jednym spośród wielu światopoglądów, jedną z możliwości. Pasjonował się także astrologią. To tylko najbardziej znane spośród grzechów św. Augustyna, grzechów burzliwej młodości, ale ta młodość trwała bardzo długo, bo aż do 33 roku życia.

Istotnym rysem jego życia jest to, że wciąż poszukiwał: w książkach, wykładach, dysputach i rozmowach. Szukał prawdy, a jednocześnie próbował usprawiedliwiać swoje słabości i grzechy. Przez jakiś czas był nauczycielem retoryki w Mediolanie. Na szczęście jego sumieniem była matka, święta Monika. Uciekł przed nią z rodzinnego miasta Tagasty aż do Rzymu. Ale Bóg powoli, krok po kroku, przygotowywał go do znalezienia prawdy w Ewangelii, stawiając na drodze jego poszukiwań niezwykłych świadków wiary. Powoli kiełkowało w nim zasiane przez matkę w dzieciństwie ziarno podlewane kazaniami św. Ambrożego, których namiętnie słuchał a także przez spotkanie z sędziwym kapłanem Symplicjanem czy cesarskim urzędnikiem Pontycjanem, wreszcie przez rozmowy z przyjaciółmi Alipiueszem i Nebrydiuszem. Wszystko to odkrywało przed nim walory chrześcijaństwa.

Po długim okresie wewnętrznej walki, nastąpiła głęboka przemiana. Zrezygnował on ze swoich dotychczasowych zajęć, by oddać się całkowicie służeniu Bogu i poszukiwaniu mądrości we wspólnocie. Udał się do Cassiciacum, do posiadłości swojego mediolańskiego przyjaciela Verecundusa, gdzie w towarzystwie najbliższych przyjaciół i matki, która wytrwale podążała za nim wciąż modląc się o jego nawrócenia przeżył kilka miesięcy poświęconych owocnej pracy intelektualnej i duchowej.

W 387 r. powrócił do Mediolanu i w noc Zmartwychwstania Pańskiego, wraz z synem Adeodatem i przyjacielem Alipiuszem, przyjął chrzest z rąk biskupa Ambrożego. Miał wówczas 33 lata.

Zaledwie cztery lata później wyświęcono go na kapłana, a po kolejnych pięciu latach został biskupem Hippony. Można pomyśleć po ludzku, że to oszałamiająca kariera. Resztę swego życia, ponad 30 lat, poświęcił pracy dla Ewangelii. Podstawę do tego by w sporach teologicznych okazał się przekonujący dało mu świetne wykształcenie. Zaangażował się w walkę z herezją pelagianizmu i donatyzmu. Jego dom i diecezja stały się miejscem, azylu dla uciekinierów z walącego się pod wpływem wewnętrznych walk i naporem barbarzyńców cesarstwa. W swoim dziele „O państwie Bożym” rysował wizję nowego porządku świata. Jego myśl zapładniała umysły teologów kolejnych wieków. Od strony duchowej pozostawił jednak jeszcze cenniejsze dzieło: „Wyznania” – będące zapisem jego błędów i grzechów młodości i drogi nawrócenia.

Znajdujemy tam między innymi ciekawe wyznanie:

„Moja młodość była szczególnie obłędna – pisze w tym dziele – zwłaszcza zaś jej świt, gdy tak Ciebie prosiłem o czystość obyczajów: »Daj mi łaskę nawrócenia, daj czystość i umiarkowanie, ale jeszcze nie w tej chwili, nie dzisiaj«. Był we mnie lęk, że mógłbyś mnie zbyt rychło wysłuchać i od razu uleczyć z choroby pożądania, które chciałem raczej nasycić niż zgasić. (…) Udawałem wobec samego siebie, że przyczyną, dla której z dnia na dzień odkładam chwilę odepchnięcia wszelkich wizji doczesnych, aby pójść tylko za Tobą, było to, iż mi się jeszcze nie ukazała żadna pewność, ku której mógłbym kroczyć. Lecz teraz nadszedł dzień, w którym stanąłem sam przed sobą obnażony. A sumienie nie szczędziło mi chłosty. (…) Moja dusza stanęła, nie chciała iść naprzód, chociaż teraz nie miała już żadnych usprawiedliwień. Rozpadły się bowiem i rozwiały wszelkie jej argumenty. Została tylko niema trwoga. Bo niby śmierci lękała się dusza oderwania od owego nurtu przyzwyczajenia, który niósł ją ku śmierci”.

Święty Augustyn z niezwykłą jasnością opisuje stan ludzkiego serca targanego wewnętrznym konfliktem między chęcią pójścia za Chrystusem a czerpania całymi garściami z ducha tego świata. Dlatego również wielu współczesnych znajduje w jego wyznaniach odbicie swoich własnych duchowych doświadczeń.

Tradycja mówi o nim, że gdy się nawrócił miał już nigdy więcej nie popełnić grzechu ciężkiego. Trwanie w miłości Jezusa możliwe jest ze względu na Jego wybór. To nie człowiek wybiera Boga. Człowiek tylko z wdzięcznością odpowiada. Św. Paweł pisze, że został „pochwycony przez Jezusa”. Dokładnie takie samo doświadczenie znajdujemy w „Wyznaniach”. Święty Augustyn nigdy też nie maił wątpliwości, że trwanie w miłości Jezusa możliwe jest dzięki Jego miłości i łasce.

Co warto jednak podkreślić Augustyn zawsze uważał swoje nawrócenie za niezasłużony dar Boży. Zamierzeniem jego „Wyznań” było uwielbienie Boga i dziękowanie Mu za łaski i prowadzenie go przez życie. Dlatego dzień jego wspomnienia, to święto, które powinno nas utwierdzać w ufności w to, że Bóg w mrokach zwątpienia i ciemności niewiary potrafi zapalić w sercu każdego człowieka jasne światło, którego blask pozwoli mu odnaleźć właściwą drogę.

Św. Augustyn znany jest z wielu słynnych powiedzeń, które na trwałe weszły do języka wiry i kultury chrześcijańskiej jak chociażby: „Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu”; lub „Niespokojne jest serca moje Boże, dopóki nie spocznie w Tobie”, lecz dziś z racji zakończonego w Irlandii synodu do spraw Rodziny chciałbym przywołać dwa inne, nieco mniej znane powiedzenia św. Augustyna, które wydają się niezmiernie ważne w dzisiejszych czasach:

„Życie rodziców jest księgą, którą czytają dzieci” oraz „Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat”.

Częstochowska

Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie» (J 2,5)

Biegniemy dziś myślą ku Jasnej Górze, ku temu szczególnemu miejscu w naszej historii, które papież św. Jan Paweł II nazwał polską Kaną i której obraz możemy odnaleźć w Księdze Izajasza, który pisze o świątyni, która stanie mocno na szczycie gór i do której przyjdą mnogie ludy. Bo każda świątynia to symbol obecności Boga.  Nasze myśli biegną dziś szczególnie ku Maryi i ku jej wizerunkowi na najsłynniejszej polskiej ikonie, której historia jest wpisana w historię naszego kraju. Ikona jest drogowskazem. Ma prowadzić człowieka od tego, co widzialne, ku temu, co niewidzialne – za pośrednictwem widzialnego obrazu pomaga nam kontemplować niewidzialną tajemnicę. Pomaga nam w tym wizerunek Maryi, która wskazuje na tej ikonie Chrystusa – Boga i Człowieka.

Wielu świętych, jak chociażby św. Bernard określało Maryję żywą „ikoną Bożej Mądrości”. W pierwszym czytaniu mądrość mówi o sobie, że towarzyszyła Bogu przy stwarzaniu świata, podziwiając piękno Jego dzieła. Podobnie Maryja jest Tą która towarzyszy Jezusowi od najwcześniejszych chwil jego życia, od momentu cudownego poczęcia się Syna Bożego w Jej łonie, towarzyszy Mu, gdy pod Jej sercem rośnie i nabiera kształtów; towarzyszy Mu przy narodzeniu i w Jego działalności. Wreszcie towarzyszy Mu podczas Męki na Krzyżu, więcej nawet w ciemności dnia sobotniego, po śmierci swego Syna, zachowuje wiarę.

To samo towarzyszenie Maryi odnajdujemy w życiu Jego uczniów od chwili powierzenia Jej Janowi za Matkę, ale również wcześniejsze towarzyszenie Jezusowi było towarzyszeniem Jego uczniom. Widać to doskonale podczas wesela w Kanie, gdzie dzięki interwencji Maryi rodzi się wiara uczniów Jezusa, a potem w Wieczerniku, w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego, tam gdzie rodzi się Kościół jest również obecna Maryja. Maryja od chwili powiedzenia Bogu „fiat” czuwa nad tym, aby ludzie mogli się cieszyć z Bożych dobrodziejstw i aby wszystko działo się zgodnie z Bożym zamysłem.

Domeną Matki jest bowiem troska o Jej dzieci i taki jest sens Jej życia i wstawiennictwa przed Bogiem.

Czego jeszcze możemy się nauczyć od Matki Bożej Częstochowskiej, której uroczystość dziś świętujemy?

Kluczem do zrozumienia wszystkiego jest pielgrzymka, jest „droga”. Sierpień to szczególny miesiąc, w którym z różnych stron wyruszają liczne rzesze ludzi na Jasną Górę. Tylko ten, kto doświadczył możliwości pielgrzymowania wśród innych rozumie czym jest pielgrzymka, bo ona w jakimś sensie jest odbiciem naszej codziennej wędrówki przez życie. Zanurzeni w tłumie pielgrzymów doświadczamy, co oznacza bycie wspólnotą.

Pielgrzymować to znaczy najpierw umieć ryzykować – zdecydować się wyruszyć. Maryja potrafiła na Boże wezwanie, którego do końca nie rozumiała, zaryzykować i powiedzieć Bogu „tak”, „niech mi się stanie” (Łk 1, 38). Potrafiła w imię Boże pójść w nieznane, uwierzyć, że „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (Łk 1, 37).

Pielgrzymować znaczy również odnaleźć drogę, wiedzieć, którędy pójść. To niełatwa sztuka. Nie wszystkie nasze wędrówki przez życie świadczą o tym, że wiemy, którędy pójść. Człowiek w swojej wolności może wybrać różne drogi, zarówno tę którą wskazuje Maryja zachęcając nas: „Zróbcie wszystko, co Syn mój wam powie”, jak i te, które nie zawsze pokrywają się z Bożymi planami i wskazaniami. Czasami Bóg prowadzi nas po mało znanych trasach w mało zrozumiały sposób… Maryja uczy nas jak odnaleźć drogę w swoim Synu. Uczy nas jak pójść za Chrystusem, wsłuchując się w Jego Słowo ofiarowane nam w Ewangelii – to mapa i kompas, bez których nie sposób dotrzeć do celu.

Pielgrzymować to także zgodzić się na swoją słabość, aby móc zgodnie ze słowami św. Pawła w niej odnaleźć Bożą moc (por. 2Kor, 12, 9). Nie da się przejść wybranej drogi a zwłaszcza drogi, której na imię życie bez zmierzenia się z własnymi ograniczeniami. W. Niemało cierpienia i ciemności doświadczyła Matka Jezusa. Poczynając od momentu, gdy Jezus zaginął i odnalazł się dopiero po kilku dniach w świątyni (Łk 2, 41-50), kończąc na towarzyszeniu Synowi w drodze na Krzyż (J 19, 25-27). A jednak tradycja od wieków mówi nam o Niej, że do końca zachowała niewzruszoną ufność.

Pielgrzymować znaczy w końcu dojść do celu – ucieszyć się z wypełnionej obietnicy. Obietnicy Boga i obietnicy człowieka złożonej Bogu przy chrzcie świętym. Przez swoje przejście do nieba, które było doskonałym uwielbieniem Boga i równocześnie całkowitym przyjęciem Jego miłości, Matka Jezusa pomaga nam zrozumieć, dokąd zmierzamy, jak wielka jest miłość, która nas powołała do istnienia i oczekuje u kresu drogi i nigdy o tym celu naszej wędrówki nie zapomnieć.

Pielgrzymowanie uświadamia nam zatem, że to, co najważniejsze, dzieje się w drodze! Bo droga naszego życia jest dla nas okazją do odkrycia obecność naszego Pana i Zbawiciela w pięknie otaczającego nas świata, w Słowie Bożym, w Eucharystii, w obecności drugiego człowieka, we wspólnej i osobistej modlitwie, w trudzie i radości pielgrzymowania przez codzienność wraz z innymi. Bo nasza codzienność to zaproszenie kierowane do nas każdego dnia od nowa przez Maryję by po raz kolejny odkryć Boga, który przychodzi ze swoją łaską i chce, by nasza droga była jeszcze bardziej Jego drogą. Maryja towarzysząc nam na drodze wiary uczy nas jak tego zaproszenia nie przeoczyć i jak najlepiej na nie odpowiedzieć.

Trzeba nam nieustannie przychodzić do Chrystusa

Jednym z przymiotów Boga jest to, że wie wszystko o wszystkim – zna doskonale każdego z nas. Zna nasze intencje, błędy,  złe czyny, wie nawet o tym, co chcielibyśmy ukryć przed innymi a czasem i przed samym sobą. Zna także całe dobro, które w nas jest. Jednym słowem: można by rzec, że Bóg jest dla nas kopalnią wiedzy o nas samych. Św. Ignacy jako pierwszy napisał, że „dopiero w Chrystusie człowiek może naprawdę i coraz więcej rozumieć samego siebie”, co przywołał także św. Jan Paweł II podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny 2 czerwca 1979 roku na placu Zwycięstwa (obecnie Pl. Piłsudskiego): „Kościół przyniósł Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa”.

Innymi słowy bez pomocy Boga nie poznamy siebie do końca, a bez tego nie dokona się pełny rozwój naszego człowieczeństwa. Abyśmy mogli wzrastać, musimy znać siebie, zwłaszcza dobro, które w nas jest, nie lekceważąc oczywiście również zła. A nieraz tak trudno to dobro dostrzec, bo najpierw i najmocniej rzuca nam się w oczy zło, które psuje i wykrzywia często nasz sposób widzenia siebie lub innych. Dlatego trzeba nam nieustannie przychodzić do Jezusa, by pozwolić Mu mówić o nas, do naszego serca. Początkowo słuchając tego, co Jezus do nas i o nas mówi możemy tak jak Bartłomiej – patron dnia dzisiejszego – nie dowierzać. Ale gdy będziemy wsłuchiwali się w Jego słowo regularnie, codziennie w ramach medytacji, wówczas zobaczymy, że ono powoli będzie kształtowało nasz nowy – ewangeliczny sposób patrzenia i myślenia.

Jezus uczy nas, abyśmy potrafili patrząc na siebie w świetle Jego słowa dostrzec  swoją oryginalność i niepowtarzalność, którą On w nas dostrzega i abyśmy odwołując się do niej wprowadzali w życie plan Boga. Proste zaproszenie, które kieruje do nas Chrystusa, tak jak skierował je do Bartłomieja (Natanaela) polega współpraca z Tym, który dał nam życie. Odpowiedź na to zaproszenie to nie tylko pójście za Chrystusem, ale chęć naśladowania Go w codzienności. I nie zrażajmy się tym, że czasem nie wychodzi, tak jak On nie zraża się naszymi słabościami i grzechami. Tylko przylgnięcie do Jezusa daje nam pewność końcowego sukcesu.

Każdy człowiek otrzymuje od Boga swój czas, jakim jest jego ziemskie życie, czas który powinien jak najlepiej wykorzystać, by odkryć i zrozumieć prawdę. By poznać Boga, Chrystusa a dzięki Niemu poznać siebie. Tylko taki człowiek „żyjący na co dzień Bogiem” będzie w stanie zrozumieć rzeczy, które dzieją się na świecie podczas jego ziemskiej wędrówki i się nimi nie przerazić ani przytłoczyć.

Bez Chrystusa człowiek nie jest w stanie zrozumieć samego siebie, świata i innych. Z Chrystusem będzie rozumiał zarówno siebie jak i otaczających go ludzi i rzeczywistość.

Królowa

Kiedy Mówimy Maryja Królowa podświadomie kierujemy nasz wzrok ku Częstochowie. Kim dla mnie jest Maryja? Bardziej Królową czy Matką?

Święta Teresa od Dzieciatka Jezus napisała kiedyś piękny wiersz, będący komentarzem dzisiejszego wspomnienia:

Wiemy, że Najświętsza Panna

Jest Królową nieba i ziemi,

Lecz jest bardziej Matką niż Królową,

I nie trzeba było przekonywać,

Że dzięki swoim zaletom

Przyćmiewała chwałę wszystkich świętych

Jak słońce, wschodząc, przyćmiewa gwiazdy.

Mój Boże, jakie to wszystko jest dziwne!

Matka, która przyćmiewa

Chwałę swoich dzieci!

A ja myślę zupełnie inaczej.

Uważam, że bardzo umacnia Ona

Słabość maluczkich.

Bo bardziej jest Matką niż Królową.

W Łukaszowym obrazie uderza delikatność i szacunek Boga wobec człowieka. Gdy anioł Gabriel oznajmił Maryi dobrą nowinę, Bóg zamilkł. Teologowie mnożą hipotezy, co by było, gdyby Maryja odmówiła Bogu. Zapewne znalazłby On inny sposób zbawienia człowieka. Ale nie musiał, ponieważ wcześniej znalazł Maryję. Przygotował Ją, uformował, nie pozwolił dotknąć żadnemu grzechowi, najmniejszemu złu. „Pewne arcydzieła udają się tylko Bogu. Maryja jest największym arcydziełem, jest pełna łaski. Jest kontemplowana przez samego Boga, aby stać się żywą świątynią Jego obecności w świecie” (A. Pronzato).

Maryja jednak jest wolna, jak każdy z nas. Dlatego Bóg czeka na Jej odpowiedź. Podczas, gdy anioł milczy i oczekuje odpowiedzi, Maryji. Niepokalana znaczy wolna od grzechu, ale nie wolna od pytań, wątpliwości, wahań, pokus czy cierpienia. Maryja jest człowiekiem, jak my i swoją drogę musi przejść z pomocą własnej wiary i łaski. W Jej życiu będzie też wiele pytań. Będzie poszukiwać światła w ciemnościach, uczyć się odczytywać codzienne zdarzenia i znaki Boga. Jej „tak” wypowiedziane w Nazarecie jest zgodą na nieznane.

Maryja całkowicie zaufała Bogu, zawierzyła bezgranicznie Jego słowu, Jego Opatrzności. Zgodziła się nie tylko na nieznane, na tajemnicę Jej życia, ale też na wszystkie konsekwencje swojej decyzji. „Oto ja służebnica Pańska. Niech mi się stanie według twego słowa”. To słowa, oznaczające posłuszeństwa to oznacza z kolei powierzenie swojego życia Bogu bez zastrzeżeń. Są również swoistą modlitwą ofiarowania siebie.

Najważniejsze w relacji z Panem Bogiem jest zaufanie. Jeśli powiemy „tak”, z czasem przyjdą zrozumienie i poznanie. Drogę poznaje się, gdy się nią idzie. Działanie Boga poznaje się wtedy, gdy się Mu zaufa i zgodzi na pójście drogą, którą On sam chce nas prowadzić. Prawdziwość zaufania Bogu sprawdza się w doświadczeniach i próbach, przez które Bóg nas przeprowadza. To nam uświadamia, że wybór Jezusa, jako Pana swojego życia nie jest wydarzeniem jednorazowym. Życie duchowe cechuje pewien dynamizm, w którym nasze „tak” wypowiedziane wobec Boga w Chrystusie musi być nieustannie odnawiane. Jest to „tak”, które podobnie jak w życiu Maryi musi być potwierdzane dzień po dniu, krok po kroku, przez całe życie.

Wszyscy znaleźliśmy łaskę u Boga. Każdy z nas został napełniony łaską już w chwili chrztu świętego i Bóg pragnie nas nią nieustannie napełniać, jeśli się na nią otworzymy. Pełnia życia z Bogu i stan czystości naszej duszy są również naszym powołaniem! Potrzebna jest tylko otwartość na Boże działanie. Otwartość podobna do otwartości Maryi. „Niech mi się stanie według Twego słowa”. Prośmy Boga, aby te słowa były tez naszą modlitwą a Maryję prośmy, aby uczyła nas je wypełniać.

Eucharystia – gwarancja życia wiecznego

Jezus powiedział do tłumów:
„Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życia świata”(J 6,51)

W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi o pokarmie, który jedli nasi przodkowie. Odnosi się tu oczywiście do manny, którą żywili się Izraelici na pustyni w trakcie wędrówki z Egiptu do Ziemi Obiecanej. I choć oczywiście jej wartość jest nieporównywalnie mniejsza niż Eucharystii, to możemy się jednak czegoś z tego nauczyć.

Kiedy bowiem zestawimy kilka fragmentów biblijnych dotyczących manny, łatwo zauważyć bardzo ciekawą ideę opisującą właściwości tego pokarmu. Otóż na początku dawała ona Izraelitom siłę do przetrwania dnia i stanowiła wystarczająco odżywczy pokarm, żeby kontynuować wędrówkę. Nie miała jednak żadnych walorów smakowych. Kolejny fragment mówi jednak, że po pewnym czasie zaczęła im smakować jak miód, czyli była dla nich osłodą nużącej drogi. W trzecim fragmencie czytamy, że kiedy już bardzo długo ją spożywali, zaczęła im smakować jak to, czego najbardziej chcieli, czyli spełniała ich kulinarne marzenia i tęsknoty.

Myślę, że podobnie jest z człowiekiem, który przyjmuje Komunię świętą. Eucharystię. Jeśli Msza święta jest dla nas jedynie obowiązkiem może nam się wydawać monotonna i nudna, niewiele wnosząca w nasze życie. Ale z czasem, jeśli jesteśmy wytrwali w miłości, zaczyna nam osładzać życie, sprawiać, że różne trudne, często gorzkie i ciężkie do udźwignięcia sprawy stają się lżejsze i słodsze. Jeśli będzie dla nas przejawem miłości Boga stanie się doświadczeniem bez którego nie będziemy potrafili żyć, traka jest rzeczywistość miłości. W konsekwencji zaś eucharystyczna obecność Jezusa w naszym życiu zaczyna spełniać nasze najgłębsze tęsknoty i pragnienia, zaczyna wychodzić naprzeciw wszystkiemu, czego nam naprawdę potrzeba.

To jak przeżywamy Eucharystię zależy w dużej mierze od naszego do niej nastawienia. Odkrycie prawdziwej wartości Komunii świętej zaczyna się od odkrycia naszej niewystarczalności. Tak jak szukamy drugiego człowieka dla siebie, żeby się podzielić, żeby go przyjąć, żeby wtulić się w jego ramiona, bo to nadaje sens naszemu życiu, tak zaczynamy szukać obecności Chrystusa. A nigdzie nie jest ona bardziej rzeczywista niż właśnie w Eucharystii.

Ten skromny chleb – Chrystusowe Ciało – to obietnica, że Jego do nas miłość nigdy się nie skończy, że będzie trwała zawsze, poza granice śmierci jeśli tylko jej zaufamy i zawierzymy się jej. W tym małym kawałku chleba dotykamy nieskończoności, która przemienia naszą skończoność i doczesność zanim ta nieskończoność stanie się faktem i naszym udziałem już na zawsze – na uczcie życia wiecznego.

Jezus nazywa chleb eucharystyczny – swoim ciałem i zadatkiem wieczności, wyprowadzaniem z niemocy i ograniczeń, z naszej niepewności – czymś, co nie przemija. Sami wiemy, jak trudno w to uwierzyć, jak trudno przyjąć Tajemnicę. Sami wiemy ile w nas oporu przed prostotą tego znaku. Musimy przyznać, że stając wobec Eucharystii więcej nie rozumiemy, niż wiemy. Dlatego trzeba nam ciągle prosić: Panie, przymnóż mi wiary, abyśmy w tym małym kawałku chleba za każdym razem rozpoznawali Twoją miłująca obecność.