Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ekonomia św. Józefa

W brewiarzowym wprowadzeniu do dzisiejszego wspomnienia czytamy, że św. Józef był z zawodu cieślą i opiekunem Najświętszej Rodziny z Nazaretu, a dzisiaj jest patronem ludzi pracy. W Kościele katolickim wspomnienie św. Józefa Rzemieślnika zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII w 1955 r. jako alternatywa dla laickiego Święta Pracy. Św. Józef, Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny, zawsze fascynował chrześcijan, którzy darzyli go niezwykle wielkim nabożeństwem.

W każdej epoce był odkrywany jako wzór ojcostwa i pracowitości, a sama Święta Rodzina jako wzór dla rodziny chrześcijańskiej. Spróbujmy odkryć św. Józefa na nowo jako patrona dla naszych czasów.

Hebrajski wyraz charasz określający zawód św. Józefa oznacza rzemieślnika, wykonującego pracę w drewnie, w metalu lub w kamieniu. Św. Mateusz mówi o Jezusie wprost: «syn cieśli» (Mt 13, 55). Zachowało się też świadectwo Św. Justyn (ok. 100-166), który stworzył pierwszą biografię świętego Józefa i pisał, że wykonywał on między innymi drewniane pługi i jarzma wołów. Odpowiada to bardzo dobrze rolniczemu charakterowi Nazaretu i wskazują na to wykopaliska. W ten sposób piszą o św. Józefie też Ojcowie Kościoła.

Ciekawy natomiast jest grecki termin użyty na określenie Józefa u św. Marka jest to słowo: tékton. Określenie to oznacza coś więcej niż tylko prostego pracownika w drewnie. U Homera słowo to występuje na określenie kogoś, kto potrafił budować statki, domy i świątynie. Był to rodzaj mistrza w danej dziedzinie, który nie tylko potrafi zrobić z drewna wszystko przy pomocy prostych narzędzi, ale potrafi też projektować poważne budowle. Te informacje pomagają zrozumieć lepiej, kim był św. Józef.

Ewangeliści nic nie wspominają o kłopotach finansowych Świętej Rodziny. Św. Józef musiał więc sobie dobrze radzić jako cieśla, prowadząc własny warsztat. Ale św. Józef znakomicie potrafił poradzić sobie również jako ojciec rodziny, która była wyjątkowa. Pod jednym dachem zamieszkał Bóg i człowiek. Musiał sam z pomocą Bożej łaski stawiać czoła przeciwnościom i wyzwaniom, które niosło życie w tamtych czasach. Nie mógł też nikomu powiedzieć prawdy o Jezusie, gdyż i tak nikt w to by nie uwierzył. Może dlatego wybrał milczenie, jako najlepszy środek do zrealizowania celu, czyli opieki nad Świętą Rodziną.

Problemy, które musiał rozwiązać, a których było nie mało, pojawiły się już na początku jego ojcowskiej misji. Musiał znaleźć miejsce na nocleg dla brzemiennej Maryi i na poród Syna w pasterskiej szopie. Gdy nad Jezusem zawisło niebezpieczeństwo śmierci z ręki Heroda, podjął decyzję o czasowej emigracji z całą rodziną do Egiptu. Gdy niebezpieczeństwo ustało, wrócił, ale nie poszedł do Judei. W obawie o los Jezusa osiadł w Galilei, w Nazarecie. Widzimy, że św. Józef nie bał się podejmować ryzykownych decyzji. Potrafił umiejętnie dobierać dostępne mu środki dla realizacji życiowego celu. A celem tym nie była tylko opieka nad Świętą Rodziną. Św. Józef ufał, że wypełnienie woli Boga pozwoli mu znaleźć środki i siły do osiągnięcia celu.

Ludwig von Mises, austriacki filozof i ekonomista żyjący w ubiegłym stuleciu pisał, że przedsiębiorca to człowiek, który podejmuje decyzje i działa w trudnej do przewidzenia przyszłości. Niepewność towarzyszy każdemu ludzkiemu działaniu. Widzimy więc, że przedsiębiorczość jest atrybutem każdego ludzkiego działania i dotyczy każdego człowieka, gdyż w obliczu nieprzewidywalnej przyszłości wszyscy musimy podejmować ryzyko. Człowiek musi więc dostosować swoje działanie do warunków, w jakich jest ono realizowane. 

Z tego, co wiemy o życiu świętej Rodziny można wnioskować, że św. Józef cieszył się poważaniem lokalnej społeczności. Musiał nie tylko ciężko pracować, ale odznaczał się zapałem, wytrwałością i cierpliwością, gdyż te cechy są niezbędne do zdobycia szacunku innych, ale też zgodnie z izraelską tradycją do obowiązków ojca należało przygotowanie syna do zawodu, przekazując mu wiedzę i doświadczenie zdobyte przez lata. To dom rodzinny w tamtych czasach był pierwszą szkołą dla dzieci.

Nauka społeczna Kościoła uważa dzisiaj przymusową migrację i bezrobocie za prawdziwą klęskę współczesności, nie tylko ze względu na moralne skutki, jakie niesie ono dla życia społecznego, ale przede wszystkim dlatego, że uderzają one w godność osobową człowieka. Zmiana miejsca zamieszkania i pracy nie przeszkodziła jednak św. Józefowi w osiągnięciu świętości. Miał do zrealizowania cel i wszystkie swoje działania podporządkował wypełnieniu powołania, jakie zlecił mu Bóg. Św. Józef nie tylko uciekł przed Herodem do Egiptu, ale później nie wrócił do swojego rodzinnego Betlejem. Wymagało to od niego po raz kolejny zbudowania nowego domu i założenia nowego warsztatu pracy w nieznanym mu wcześniej środowisku. 

Św. Józef rzemieślnik (robotnik) – jak go dzisiaj wspominamy jest patronem przedsiębiorców, ludzi pracy i w tej roli jest także wyzwaniem dla naszych czasów. Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym jest coraz mniej przestrzeni dla wolnej przedsiębiorczości, a tym samym do realizacji życiowego powołania. Pod pozorem zabezpieczenia przeciwko podstawowym ryzykom życia, wprowadzono w życie idę państwa opiekuńczego, przez co państwo rości sobie prawa do ingerowania niemalże w każdy aspekt naszego życia. Nie zawsze widzimy, że take podejście ogranicza wiele ludzkich swobód. Jesús Huerta de Soto, hiszpański ekonomista i przedstawiciel austriackiej szkoły ekonomii definiuje taki system ekonomiczny jako antyhumanitarny. Jest on złem, ponieważ uniemożliwia człowiekowi dążenie do odkrytych przez niego celów i z użyciem takich środków, które zgodnie z jego wiedzą są najwłaściwsze do osiągnięcia tych celów, a także są dla niego dostępne.

Inny znany współczesny ekonomista i filozof i psycholog ekonomii Daniel Kahneman pisze, że: „Współczesna ekonomia nie zajmuje się już realnym ludzkim działaniem, ale wymyślonym przy biurku, nieistniejącym modelem człowieka, który zawsze dąży do maksymalizacji osiąganych zysków i działa wyłącznie z pobudek ekonomicznych. Taki homo oeconomicus jest zdaniem Kahnemana fikcyjnym obrazem człowieka, który nie ma swojego odpowiednika w rzeczywistości. Istnienie wolnej woli i zdolności wyboru wyklucza studiowanie ludzkiego działania w taki sam sposób, jak bada się obiekty nieożywione. W ludzkim działaniu nie ma żadnych stałych i nie odpowiada ono matematycznym zasadom”.

Św. Józef potrafił wyśmienicie połączyć życie zawodowe z życiem rodzinnym i duchowym, dając dowód na to, że praca cieszy najbardziej, gdy realizuje się ją w duchu służby a jej owoce są wprost proporcjonalne do tego, na ile potrafimy ją wpisać w szerszy kontekst – realizacji powołania, jakim obdarzył nas Bóg. Święty Józef swoim życiem uczy, że praca, służba, wolność i duchowość, to sfery życia człowieka, których nie można rozdzielić bez szkody dla samego człowieka. Święty Józef uczy nas także, że człowiek nie funkcjonuje raz jako człowiek pracy, a innym razem jako człowiek religii i modlitwy. Opiekun Świętej Rodziny był człowiekiem, który każdą sferę swojego życia potrafił odnieść do jednego, nadrzędnego celu, któremu ludzkie życie winno być podporządkowane i odniósł sukces, choć może nie na miarę jaką sukces mierzy współczesny świat. Św. Józef swoim cichym i pokornym życiem zrealizował to, co później święty Paweł ujął w jednym prostym zdaniu nawiązującym do tego, czemu powinno być podporządkowane życie człowieka wiary: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Pana” [1 Kor 10,31]

Choć kult świętego Józefa zaczął się szerzyć dużo wcześniej, to – jak wspomniano – dopiero papież Pius XII ogłosił go patronem świata pracy. Może jeszcze długo przyjdzie nam czekać, kiedy św. Józef zostanie ogłoszony patronem przedsiębiorców i ekonomistów, którzy wbrew pozorom mogli by się dużo o pracy i jej etosie nauczyć od tego skromnego cieśli. Niech na razie dla każdej i każdego z nas będzie on patronem dobierania odpowiednich środków, potrzebnych do osiągnięcia zamierzonego celu i zmierzania do niego z wytrwałością w połączeniu z nadzieją pokładaną w Bogu i perspektywą przyszłości. Dla chrześcijanina przyszłością w szerszej perspektywie jest jest życie wieczne, do którego prowadzą różne drogi.

Życie zakorzenione w Bogu

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.

Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poprosicie, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”. (J 15,1-8)

„Czy znasz samego siebie?” – tak brzmiało pytanie umieszczone na frontonie starożytnej świątyni w Delfach.

Człowiek przychodzący na spotkanie z bóstwem, przybywał jednocześnie w celu rozwiązania tej jednej z najbardziej zawiłych zagadek.

Wielki chrześcijański myśliciel – św. Augustyn także nie uciekał przed tym dylematem, przyznając otwarcie: „Sam się stałem dla siebie pytaniem”. Biskup z Hippony, mimo że napisał wiele znakomitych tekstów przybliżających Boga, nie bał się mówić o niepokoju swojego serca. Kim jest Bóg i kim ja właściwie jestem?

Bez zbytniej przesady chyba możemy stwierdzić, że osobą, która nas najbardziej interesuje jesteśmy my sami. Jednak zaglądanie do swojego wnętrza nie zawsze musi wskazywać na egocentryczne skłonności. Zależy to od tego, czego szukamy w nas samych… Gdybyśmy zapatrzenie w siebie utrwalali w swojej świadomości przekonanie, że wszystko w świecie powinno się kręcić wokół nas i naszych pragnień – byłoby to rzeczywiście nie najlepiej. Taka postawa utwierdzała by jedynie naszą próżność – „ulubiony grzech szatana” – jak zwykł o niej mówić rzeczony św. Augustyn.

Nie mniej uważne badanie siebie, docieranie do najgłębszych pokładów osobowości, pilna obserwacja nawet najmniejszych poruszeń ducha jest czymś co winno być wpisane w nasze chrześcijańskie i duchowe dojrzewanie. Wtedy jest szansa, że odnajdziemy w sobie ślady, których autorem i źródłem jest Bóg.

To jest chwila, w której uświadamiamy sobie, że nigdy nie poznamy siebie, jeśli będziemy ślepi na obraz Boga wyryty w naszej duszy, ponieważ tworzymy jedność. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami”, mówi dzisiaj Jezus.

Początkiem dojrzałego chrześcijaństwa jest dotarcie do swoich korzeni.

Jeżeli tego nie zrobimy, nasze działanie pozostanie na poziomie zwyczajnego aktywizmu, na płaszczyźnie lepiej lub gorzej przeżywanej doczesności; ale tylko doczesności, nie przenikniętej wiecznością, w którą winno być zakorzenione nasze życie. Bez tego odniesienia do wieczności tracimy prawdziwy sens! Owocem zaś utraty tego głębokiego sensu jest to, że, jako chrześcijanie, będziemy się gubić w świecie kultury, obyczajowości czy polityki. „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie może uczynić” – dodaje Chrystus.

Jak często przyglądam się owocom mojego życia i pytam: Jakie one są? Czy odpowiadają temu, czego oczekuje ode mnie, swojego ucznia i naśladowcy Chrystus?

Św. Augustyn radził swoim słuchaczom: „Codziennie przebywaj w obecności Pana!”

Co to znaczy?

Nie jest to kwestia tego, co robimy, ale raczej sposobu bycia przy Bogu. Cokolwiek robisz i gdziekolwiek przebywasz; czy pracujesz, odpoczywasz, martwisz się czy cieszysz – w każdej chwili miej świadomość, że Pan przeżywa to razem z tobą, że jest blisko ciebie, jak w jednym prostym zdaniu mówi o tym autor Dziejów Apostolskich: „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.”

To lapidarne stwierdzenie powinno uświadomić nam, że całe nasze życie rozgrywa się w obecności Boga, pod Jego miłującym spojrzeniem. Jakże inne byłoby nasze życie i nasze zwykłe codzienne wybory, gdybyśmy żyli tą świadomością!

Taka świadomość, to właśnie owoc zakorzenienia w Chrystusie, którego życie z kolei było zawsze zakorzenione w Bogu.

Chrystus tą świadomością żył i z niej czerpał siły i tego zakorzenienia w Bogu On pragnie także nas nauczyć. Bo zjednoczenie naszego serca z Bogiem dzisiaj, to nic innego, jak przedsmak tego, co będzie naszym udziałem w wieczności.

św. Marek – dobry patron

Marek Ewangelista był pochodzenia żydowskiego. Jego matka, Maria, była zamożną kobietą jerozolimską. Posiadała obszerny dom, w którym gromadzili się pierwsi chrześcijanie. Istnieje przekonanie, że w tym właśnie domu odbyła się Ostatnia Wieczerza Chrystusa z Apostołami. Dlatego żaden z Ewangelistów nie znał tego domu tak doskonale jak Marek. On też w swojej Ewangelii podał najwięcej szczegółów o Wieczerniku (Mk 14,13-17). „Człowiek niosący dzban wody” (Mk 14,13), to właśnie Marek. Za nim szli wysłani przez Chrystusa dwaj uczniowie i trafili do wskazanego im domu, w którym przygotowali Wieczerzą paschalną. On również okryty prześcieradłem szedł za Jezusem, po aresztowaniu Go w Ogrodzie Oliwnym (Mk 14,50-52). Piotr po wyjściu z więzienia jerozolimskiego „poszedł do domu Marii, matki Jana, zwanego Markiem, gdzie zebrało się wielu na modlitwie” (Dz 12,12). Tam Marek zetknął się bliżej z Piotrem, który prawdopodobnie go pouczał i ochrzcił. Dlatego w pierwszym swoim liście nazwał Marka swoim synem (1 P 5,13).

Marek jako nowo ochrzczony, w kontaktach z Apostołami szybko dojrzewał do pracy apostolskiej. Musiała pociągać go ta praca, skoro widzimy go najpierw u boku Pawła w czasie jego pierwszej wyprawy misyjnej, później u boku Piotra. Jako współpracownik Piotra Apostoła napisał drugą Ewangelię.

Współpracownik Pawła

W 45 roku święty Paweł Apostoł odbył swoją pierwszą podróż misyjną. W czasie tej podróży współpracował z nim jego współapostoł Barnaba, lewita z Cypru. Ich pomocnikiem był Marek, który według św. Pawła był kuzynem Barnaby (Kol 4,10). Przeszli oni wtedy całą wyspą Cypr od Salaminy aż do Pafos (obecnie Baffa) i głosili słowo Boże w synagogach żydowskich (Dz 13,2-6). Jan-Marek pełnił tam funkcję, którą można by porównać z posługą diakona: jako wysłannik apostolski zawiadamiał on poszczególne synagogi o przybyciu misjonarzy; pomagał im także przy udzielaniu chrztu i innych czynnościach religijnych.

Z Cypru „Paweł i jego towarzysze przybyli do Perge w Pamfilii, a Jan wrócił do Jerozolimy, odłączywszy się od nich” (Dz 13,13). Teksty milczą o powodach tego odłączenia się. Być może, że wtedy Marek nie rozumiał on jeszcze konieczności podejmowania trudów misyjnych. Paweł bowiem podjął drogę z Perge do Pizy dii, prowadzącą przez góry Taurus. Była to droga uciążliwa i niebezpieczna z powodu napadów grasujących tam rozbójników. Również wybrani słudzy Pana muszą liczyć się początkowo ze słabością ludzką i stopniowo wrastać w trudny urząd apostolski. Paweł szedł odważnie naprzód, bez względu na niebezpieczeństwa, w czym nie każdy był w stanie dotrzymać mu kroku. Trzeba również dodać tęsknotę za domem bardzo młodego jeszcze wtedy Marka.

Na drugą podróż misyjną Barnaba chciał znowu zabrać ze sobą swojego krewnego Marka. Paweł natomiast stanowczo zaprotestował. Nie chciał zabierać ze sobą człowieka, który podczas poprzedniej podróży misyjnej w Pamfilii wycofał się z pracy apostolskiej. Doszło nawet do sprzeczki między Pawłem i Barnaba, w wyniku której Barnaba zabrał Marka i popłynęli na Cypr, natomiast Paweł udał się w zamierzonym kierunku w towarzystwie Sylasa (Dz 15,38-40).

Około 62 roku Marek jest znowu u boku św. Pawła przebywającego wtedy w Rzymie we więzieniu. Tam Marek usługiwał mu (Kol 4,10; Flm 24). Gdy kilka lat później Paweł Apostoł ponownie został uwięziony, w liście prosił Tymoteusza.aby zabrał z sobą Marka i przyprowadził mu go; pisze: „jest mi bowiem przydatny do posługiwania” (2 Tm 4,11). Był zatem zaufanym sługą.

Współpracownik Piotra i Ewangelista

W Rzymie Marek związał się z Piotrem, Głową Kościoła Chrystusowego. Jak w towarzystwie Pawła Apostoła, tak również w towarzystwie Piotra Apostoła, Marek był osobą drugoplanową. Spełniał funkcje skromne, drugorzędne, służebne. Ireneusz (202 r.) nazwał go „uczniem i tłumaczem Piotra”.

Marek znał doskonale całą treść nauczania Piotra. Z pamięci spisał całą jego katechezę. Jak do tego doszło, dowiadujemy się od Papiasza (160 r.), biskupa Hierapolis. Świadectwo Papiasza zachowało się do naszych czasów, ponieważ Euzebiusz z Cezarei (340 r.) umieścił je w swojej Historii Kościoła. Czytamy tam, że „w sercach słuchaczy Piętrowych światło wiary płonęło takim blaskiem, że było im za mało, iż raz tylko słuchali opowiadania nauki Bożej. Usilnie przeto prosili Marka, towarzysza Piotrowego, by im na piśmie pozostawił pamiątkę ustnie podanej nauki; prosić zaś nie przestawali, póki nie spełnił ich życzenia. W ten sposób spowodowali napisanie ewangelii według Marka. O tym co się stało, miał się Piotr dowiedzieć przez objawienie Ducha Świętego. Cieszyła go ich gorliwość i zgodził się na to, by to pismo czytano w kościołach. Marek, który był tłumaczem Piotra, spisał dokładnie wszystko, co zachował w pamięci, ale nie według porządku tego, co mówił i czynił Pan. Ani bowiem Pana nie słyszał, ani nie należał do Jego grona, i tylko później był towarzyszem Piotra. Otóż Piotr stosował nauki do potrzeb słuchaczy. Nie popełnił więc Marek żadnego błędu jeśli w szczegółach tak pisał, by nic nie opuścić z tego, co słyszał, oraz by nie pisać jakiej nieprawdy”. Przypuszcza się, że Piotr przejrzał i poprawił tekst Marka. Już Klemens Aleksandryjski (211 r.) podaje, iż Piotr zgodził się, aby Ewangelię napisaną przez Marka czytano w kościołach.

Natchniony tekst Ewangelii według świętego Marka skierowany jest do chrześcijan nawróconych z pogaństwa. Dlatego Marek tłumaczy na język grecki wyrazy aramejskie i wyjaśnia wspominane zwyczaje żydowskie. Prostym językiem i dkładnie opisuje on przede wszystkim cuda dokonane przez Chrystusa. Zarówno Piotrowi podczas nauczania pogan, jak i Markowi podczas pisania, chodziło o to, aby wykazać, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Inaczej mówiąc, głównym celem, jaki przyświecał świętemu Markowi przy pisaniu Ewangelii, było doprowadzenie czytelnika do wiary w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Celowi temu najlepiej służył opis cudów zdziałanych przez Zbawiciela.

Biskup Aleksandrii

Na temat dalszej działalności apostolskiej świętego Marka brak wiadomości pewnych. W tradycji często powtarza się. zdanie, że Piotr wysłał go do Egiptu jako biskupa Aleksandrii, która po Rzymie była wtedy najsłynniejszym miastem, by tam głosił Ewangelię. Swoim życiem i nauczaniem miał on pociągnąć wielu pogan do Chrystusa. W ciągu dwunastu lat miał tam założyć wiele gmin chrześcijańskich na terenie całego Egiptu. Trądycję tą znał, wspomniany już badacz dziejów Kościoła, Euzebius z Cezarei (340 r.). Pisze on: „Marek udał się, podobno jako pierwszy, do Egiptu, opowiadał tam ewangelię, którą też napisał i założył Kościoły, a przede wszystkim w samej Aleksandrii”.

Jak wszędzie, tak również w Egipcie złość wroga Chrystusowego niszczyła pracę apostolską św. Marka. W końcu miał ponieść śmierć męczeńską przez włóczenie go po ulicach Aleksandrii. Stara tradycja utrzymuje, że miało to miejsce 25 kwietnia.

Święty Marek jest patronem katechumenów, pisarzy, notariuszy, murarzy, koszykarzy i szklarzy oraz miast: Bergamo, Wenecji, a także Albanii i wyspy położonej na jeziorze Bodeńskim: Reichenau, gdzie cieszy się specjalnym kultem, którego podstawą są również relikwie Świętego Ewangelisty, które z czcią przechowywane są w specjalnym relikwiarzu. Tradycja mówi, że jego wstawiennictwa przyzywano też podczas siewów wiosennych oraz w sprawach pogody.

Dobry Pasterz

Jezus powiedział:

„Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.

Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz.

Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca”. (J 10,11-18)

Żyjemy w czasach wielu sprzeczności. Z jednej strony nie lubimy, gdy inni nami kierują, mówią jak powinniśmy postępować, którą droga iść. Wolimy sami o sobie stanowić, chodzić własnymi, niewydeptanymi ścieżkami, żyć niekonwencjonalnie. Z drugiej strony zadziwiający jest fenomen różnych idoli telewizyjnych, gwiazd muzyki pop, niekończących się seriali, programów rozrywkowych, transmisji sportowych, które tak łatwo wpływają na porządek i styl naszego dnia.

Podobne tendencje możemy zauważyć także w naszym osobistym życiu. Nie lubimy być pouczani, ale chętnie pouczamy innych. Nie znosimy krytyki, ale innych chętnie krytykujemy. Inaczej myślących uważamy za błądzących, a siebie za jedyną i słuszną wyrocznię we wszelkich możliwych sprawach.

Jakby na przekór temu dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami obraz Dobrego Pasterza, chcąc nam uświadomić, że nie jest obojętne za czyim głosem – zwłaszcza my chrześcijanie –  podążamy w życiu.

Dzisiejsza Ewangelia rozróżnia pasterza i najemnika. Jak ich poznać? Pierwszy pamięta o innych, drugi myśli tylko o sobie. Pierwszy służy, drugi domaga się posłuszeństwa. Pierwszy oddaje życie, drugi chce je zachować za wszelką cenę. Pierwszy pomaga, drugi chętnie z pomocy korzysta. Pierwszy daje i dziękuje, drugi bierze i uważa, że mu się wszystko należy. Pierwszy w obliczu niebezpieczeństwa, cierpienia, choroby zostaje, drugi opuszcza i ucieka.

Kim jest ten dobry ewangeliczny pasterz? „Przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy” – mówi św. Piotr w katechezie skierowanej do Żydów. W ten sposób wskazuje na Chrystusa, który nie ucieka od ludzkiego dramatu, ale zostaje będąc do końca wiernym człowiekowi za którego oddał swoje życie, choć ze strony człowieka częściej doświadcza niewierności. To Pasterz, który nie domaga się posłuszeństwa za wszelką cenę, ale szanuje ludzką wolność; nie stawia nadzwyczajnych warunków, ale sam uczy przez pokorną służbę i miłość. Nie zabiera życia, choć często bywa o to oskarżany przez ludzi, którzy kogoś tracą ale je daje.

Święty Piotr pragnie nam uświadomić swoją katechezą, że człowiek potrzebuje Chrystusa Dobrego Pasterza, a Chrystus człowieka. Ten pierwszy po to, aby odzyskać zdrowie, Ten drugi, aby objawić ludziom nieskończone dobro Boga.

Piotr, stojąc przed Sanhedrynem, odnosi słowa psalmu (Ps 118 – traktującego o Dobrym Pasterzu) do historii Jezusa. Chrystus jest kamieniem, odrzuconym przez budujących, którymi są ówczesne elity religijne (Dz 4, 11). Piotr nie jest pierwszym, który w ten sposób odczytuje tekst psalmu – sam Jezus używa tych słów w rozmowie z arcykapłanami i uczonymi w Piśmie (Mk 12, 10). Oni, dumni z siebie budowniczy największej w starożytnym świecie świątyni, wspaniałego pomnika ich zdolności i wpływów, i On, który nie pasuje do ich planów. Jak często ta historia powtarza się w naszym życiu? Jesteśmy gotowi iść za Chrystusem, słuchać Jego Ewangelii tak długo, dopóki On i wymagania Jego Ewangelii pasują do naszych planów na życie, ambicji i wyobrażeń. Gdy przestają pasować godzimy się na to, bo odrzucić Jego wymagania i przestać wsłuchiwać się w Jego głos za cenę lichego luksusu i pseudo niezależności, jakie próbuje nam sprzedać ówczesny świat.

Dlatego dzisiejsza Ewangelia to Dobra Nowina, nie tylko dla tych, którzy wiernie idą za Chrystusem przez całe życie, ale nawet dla tych, którzy z tych czy innych przyczyn dali się uwieść różnym współczesnym guru czy idolom i od Niego odeszli. O nich także Chrystus nigdy nie zapomina, nawet jeśli oni już zapomnieli o Nim. Ich także pragnie przyprowadzić do Ojca i dlatego często potrzebuje do tego nas, którzy uwierzyliśmy w Niego i mamy być odwagę świadkami Jego miłości wobec innych, także tych, którzy wedle naszej oceny na tę miłość nie zasługują. 

Dzisiejsza Ewangelia to Dobra Nowina o tym, że nawet najbardziej ciemne zakątki naszego życia mogą być rozświetlone światłem Zmartwychwstałego Chrystusa, jeśli otworzymy się na światło Jego łaski. I nawet najgłębsze rany, jakie w sobie nosimy, mogą być uzdrowione, jeśli tylko zaufamy Dobremu Pasterzowi, pozwolimy Mu się wziąć na ramiona i zanieść w pełne miłości objęcia Ojca.

 

Medytacja uczy zawierzenia

Jezus powiedział do ludu:

„Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. (…) Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby czynić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał. (J 6,35-38)

Otwartość Jezusa, o jakiej słyszymy w Ewangelii zachęca nas, abyśmy przychodzili do Niego (a przez Niego do Boga) bez lęku, gdyż jak sam obiecuje nikogo nie odrzuci. Te słowa powinny nas skłaniać do wielkiej ufności. A każdy akt zawierzenia Bogu przyniesie owoce i to często większe niż się spodziewamy (potwierdzają to także świadectwa wielu świętych).

Na czym polega owo zawierzenie? Jest to postawa, jakiej uczy nas właśnie medytacja monologiczna: zachęca nas ona do rezygnacji z walki, niepotrzebnego zajmowania się sprawami (bez względu na to czy wydają się one w danej chwili ważne czy też nie ważne), lecz prowadzi nas przez zamknięcie oczu, odsunięcie niespokojnych myśli i wewnętrznego zamętu do zdania się z zaufaniem jedynie na Boże działanie, czego wyrazem jest powtarzane w wewnętrznej ciszy wezwanie: „Jezu ufam Tobie” ( lub „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, czy też „Marana-tha” – „Przyjdź Panie Jezu”. Równie piękne i pełne zawierzenia jest wezwanie, jakiego uczy swoje duchowe dzieci o. Dolindo Ruotolo: „Jezu, Ty się tym zajmij”). Ostatnio miałem szczęście odwiedzić grób tego niezwykłego kapłana i zasłuchać się w jego przesłanie pełne pokory i zaufania tak bardzo przypominające przesłanie św. Faustyny Kowalskiej. Modląc się przy grobie tego wielkiego świadka zawierzenia pozwoliłem sobie zanieść przez jego wstawiennictwo także te intencje, które nosicie w sercach. Myślę, że jego nauka i jego życie jest też pięknym komentarzem do tego, czego chce nas nauczyć praktyka medytacji.

Medytacja uczy nas byśmy dali się ponieść prądowi Bożej łaski, która przychodzi – jak wierzymy wraz ze słowem Bożym, wraz z imieniem JEZUS, do którego odwołuje się ta modlitwa. Uczy nas ona także zanurzenia w chwile obecną, uwalniając nas od presji myślenia i niepokojenia się o przeszłość i przyszłość. Uczy wreszcie, że trwanie przy Bogu jest najlepszą forma odpoczynku dla ducha, dla ciała i dla naszej często zmęczonej psychiki.

Medytacja monologiczna, to szkoła zwierzenia, bo wyrasta z dziecięcego przekonania, że Bóg jest Ojcem, pragnącym dla nas jedynie dobra i kiedy poddamy się Jego prowadzeniu, On poprowadzi nas najlepszą drogą (myślę tu zarówno o drodze duchowej jak i o drodze życia, choć obie te drogi się ze sobą łączą i na siebie mocno oddziałują) i nawet jeśli jest to droga inna, niż sobie sami zaplanowaliśmy, to On sam staje się dla nas najlepszym Przewodnikiem.

Wspomniany już ojciec Dolindo zwykł mawiać, że to często nasz racjonalizm, sposób rozumowania, zamartwianie się setkami spraw i chęć załatwiania ich po swojemu, bez pytania Boga o Jego wolę i bez zdania się na Jego prowadzenie wprowadza zamęt i wyrastający z niego ból psychiczny i duchowy. Bywają one jednocześnie przeszkodą Bożego działania w naszym życiu. Bóg może dużo więcej zdziałać zarówno w sprawach duchowych jak i materialnych, kiedy człowiek zwróci się do Niego z ufnością i podda się Jego prowadzeniu.

Podobną naukę znajdujemy także u ojców pustyni. Abba Pojmen, zwykł często mawiać do tych, którzy przychodzili do niego z prośbą o radę w tym, jak rozwiązać trudna sprawę, aby rzucili ją z ufnością przed Bogiem przez akt modlitwy pełnej zaufania i za bardzo się nią nie troskali.

„Otrzymujemy niewiele, kiedy się zbytnio zamartwiamy, natomiast gdy nasza modlitwa jest pełna zawierzenia i oddania się Bogu jej owocem będzie zawsze obfitość łask” – pisze św. Tersa od Dzieciątka Jezus.

Medytacja monologiczna to szkoła, w której uczymy się właśnie takiej postawy. Staramy się wyłączać nasz sposób rozumowania i analizowania tak bardzo ulubiony przez nasze „ego”, by całkowicie i bez zastrzeżeń zdać się na Boże prowadzenia i Jego łaskę, dla której modlitwa jest kanałem, przez który przechodzi ona, aby wypełnić sobą nasze serca i nasze życie.

Niech zatem ta prosta modlitwa oparta na pełny ufności wezwaniu, płynącym wprost z pełnego ufności i miłości serca stanie się doświadczeniem, które zanurza nas w Bożą obecność i Bożą miłość. Niech uświadamia nam, że idąc przez życie w zjednoczeniu z Bogiem o nic nie musimy się już obawiać i niczego ani tez nikogo nie musimy się lękać.