Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Rozumna służba Bogu

„Chwałą Boga żyjący człowiek” – zwykł mawiać św. Ireneusz z Lyonu. Człowiek żyjący, czyli człowiek, który nie jest sztucznym tworem – bez uczuć, bez emocji, stłumiony, zmanipulowany, bezwolny i zamknięty w skorupie własnego egoizmu. Do takiego człowieka przychodzi Bóg. Słowa proroka Jeremiasza z dzisiejszego pierwszego czytania chwytają za serce. Prorok opisuje przyjście Boga jako uwiedzenie. Bóg nie objawia się jako nieosiągalny Majestat, którego należy czcić z lękiem, nie przychodzi ukazując swoją siłę przy grzmotach i trzęsieniu ziemi. Bóg uwodzi i oczarowuje proroka. Wchodzi w intymną relację, w to, co najbardziej ludzkie w człowieku. Ktoś, kto doświadczył bliskości Boga, nie potrafi przestać być zafascynowanym Jego miłością, pięknem, delikatnością…

Zarówno Jeremiasz, jak i św. Paweł przestrzegają jednak, że Boże uwiedzenie staje się przyczyną cierpienia. Człowiek dotknięty przez Boga już nigdy nie będzie taki sam. Nie będzie taki sam ani dla siebie ani dla świata, dlatego często spotyka go niezrozumienie, ośmieszenie, poniżenie. Tylko dlatego, że ośmiela się myśleć i mówić inaczej niż inni, inaczej iż ogół, (czytaj ogół „normalnych”). To jest doświadczenie przez które przechodzi Jeremiasz, przechodzi św. Paweł, przechodziło wielu świętych.

W Zapiskach więziennych kardynał Stefan Wyszyński wspomina sytuację, która miała miejsce tuż przed jego aresztowaniem w 1953 roku. Kiedy wychodził po liturgii z warszawskiej katedry, ktoś wręczył mu obraz uwięzionego Chrystusa. Kardynał zapamiętał szczególnie skrępowane ręce Pana Jezusa. Już po uwięzieniu obraz ten stał się dla niego symbolem jego własnego losu. W dzisiejszej Ewangelii Jezus daje uczniom zapowiedź wydarzeń, które mają nastąpić. Mówi o odrzuceniu, cierpieniu i śmierci.

Chrześcijaństwo nie polega jedynie na „duchowych praktykach”. Nie ogranicza się do wzniosłych westchnień i przeżyć dokonujących się w duszy czy sercu człowieka.

Paweł Apostoł pisze do Rzymian o ciele. To ciało ludzkie jest (a przynajmniej powinno być) „narzędziem zbawienia” dla każdego z uczniów Chrystusa. Nie zaś przeszkodą…

Oczywiście w naszym ciele najboleśniej możemy doświadczyć grzechu i jego skutków. Święty Paweł jest tego świadom, kiedy nieco wcześniej w tym samym Liście pisze: „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie” (7, 18).

Wewnętrzne rozbicie, brak współbrzmienia wszystkich przestrzeni życia człowieka jest naszym wspólnym dziedzictwem. Kiedy Paweł mówi o „dawaniu swoich ciał na ofiarę Bogu, jako wyraz rozumnej służby Bożej”, to pokazuje drogę do przyjęcia owoców odkupienia. Wiedzie ona nie przez odrzucenie i zanegowanie naszego ciała, czyli tego, co w nas trudne, skomplikowane, zranione i bolesne. Przeciwnie – to droga zaakceptowania swojego człowieczeństwa, ze wszystkim, co nań się składa: z wyglądem, kondycją psychofizyczną, czasem chorobą, która trawi to ciało i oddania się z tym całym bagażem Bogu na wzór Jezusa. Chrystus jest tym, który potrafił doskonale zjednoczyć w swoim ciele sprawy Boże ze sprawami ludzkimi. Chrześcijanin to człowiek, który ma w tym zjednoczeniu naśladować Chrystusa. Harmonia tego co ludzkie i Boże, co fizyczne i duchowe  w nas jest najlepszym znakiem życia darem odkupienia. Nie jesteśmy w stanie osiągnąć jej o własnych siłach. Może ona stać się w naszym życiu jedynie owocem współpracy z łaską; owocem gotowości zakwestionowania pierwszeństwa naszego „ego” na rzecz pierwszeństwa Chrystusa. To właśnie oznacza danie swoich ciał na ofiarę żywą. Skoro moje ciało i życie jest święte, to Panem tego życia może być tylko jeden – Jezus Chrystus.

Idąc za Ukrzyżowanym, mamy być gotowi stracić swoje życie, a więc podporządkować je całkowicie Bogu i Jego woli, po to,  aby odzyskać je, aby móc żyć tym życiem w pełni.

Pytanie tylko czy nas na to stać!?

Pamiętamy!…

Zbrodnicza agresja Niemiec na Polskę sprzed 78 laty, rozpoczynająca II wojnę światową, była wydarzeniem o niesłychanych konsekwencjach dla Polski i świata; była prawdziwym przełomem dla ówczesnej cywilizacji. Wojna objęła swoim zasięgiem większą część Europy i Azji, północną Afrykę, a także dwa oceany. Zebrała żniwo 56 milionów ludzkich istnień, w tym ok. 5,5-5,8 miliona polskich obywateli (czyli Polaków, Żydów, Romów i innych narodowości; por. T. Szarota – W. Majerski, Polska 1939 – 1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami).

Nie sposób zliczyć rannych i zaginionych. Samych Polaków dotkniętych represjami, wywózkami, aresztowaniami, zamknięciem w obozach było 10 mln w niemieckiej strefie okupacyjnej i 1,8 mln w strefie okupacyjnej sowieckiej. Zniszczeniu uległy środowiska ludzkiego życia i kultury. Miasta i wsie zostały zniszczone i zrównane z ziemią. Rodziny musiały masowo opuszczać ziemię, z którą były od wieków związane. Nigdy przedtem nie było tak wielu ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej, zwłaszcza wśród kobiet i dzieci.

Jeszcze poważniejszym skutkiem tej wojny była banalizacja śmierci, nienawiści i przemocy, która przyzwyczaiła ludzi do nieznanych przedtem rozmiarów pogardy dla człowieka i pogwałcenia jego praw. Była szczególnego rodzaju mobilizacją nienawiści, depczącej człowieka i to, co ludzkie w imię zaborczej ideologii – mówił św. Jan Paweł II.

„Z racjonalnego punktu widzenia przeciwstawianie się hitlerowskim Niemcom ocierało się o szaleństwo” (prof. Mirosław Piotrowski) a jednak Polacy się bronili. Być może intuicyjnie zdawali sobie sprawę z tego, co faktycznie zakładał niemiecki Generalny Plan Wschodni: po 20 latach od ukończenia wojny nie będzie państwa polskiego, polskiej kultury ani Polaków.

Dla wielu doświadczenia wojny i czasów późniejszych w relacjach wciąż są jeszcze żywe i bolesne.

Nikt nie odpowie precyzyjnie jak długo trwały dla Polaków skutki owej wojny. Można powiedzieć, ze polityczne skutki tej wojny trwały dla nas Polaków dziesiątki lat, aż do 1989 roku, kiedy to odzyskaliśmy naszą suwerenność. Jej skutki moralne trudno wręcz zmierzyć…

Ojciec święty Pius XII – analizując powody, które doprowadziły do tej nieludzkiej wojny – w orędziu radiowym wygłoszonym w wigilię Bożego Narodzenia 1941 roku – mówił: „Gdy bada się przyczyny tych dzisiejszych ruin, wobec których oglądająca je ludzkość staje niepewna, słyszy się nieraz twierdzenie, chrześcijaństwo sprzeniewierzyło się swemu posłannictwu […]. Nie! Chrześcijaństwo […] nie sprzeniewierzyło się swemu posłannictwu. To ludzie zbuntowali się przeciw chrześcijaństwu, prawdziwemu i dochowującemu wierności Chrystusowi i Jego nauce […]. Stworzyli nową religię bez duszy albo też duszę bez religii „Nie możemy […] zamykać oczu na smutny widok stopniowej dechrystianizacji jednostek i społeczeństw, która od rozluźnienia obyczajów przeszła do osłabiania i otwartego zaprzeczenia prawdy i sił, przeznaczonych dla oświecania umysłów w kwestii dobra i zła, dla umacniania życia rodzinnego, życia prywatnego, państwowego i publicznego. Jakaś „anemia” ideowa, jakby szerząca się zaraza, tak dotknęła różne ludy Europy i całego świata i spowodowała w duszach taką pustkę moralną, iż żadna ideologia religijna czy mitologiczna, narodowa lub międzynarodowa nie zdoła jej wypełnić.(Pius XII, Orędzie radiowe wygłoszone w wigilię Bożego Narodzenia 1941 roku, p. 4,5). Słuchając tych słów ma się wrażenie, że diagnoza Ojca Św. dzisiaj znów wydaje się w wielu wymiarach nabierać nowej aktualności…

Dzisiaj w przemówieniach europejskich polityków – przewija się wciąż jeden i ten sam motyw samozadowolenia: „Europa jest kontynentem bez wojen”… I chciałoby się dopowiedzieć, że także coraz bardziej bez Boga…

Prymitywna wersja liberalizmu – nakazująca w zysku dopatrywać się głównego źródła ludzkiego szczęścia, wolności i pokoju wydaje się przegrywać z burzącymi ów pokój ducha informacjami o atakach terrorystycznych.

„To nie współczesne doświadczenia i dzisiejsze ideologiczne przesłanki dają gwarancję na życie w pokoju, bez wojen a mocna kondycja moralna, oparta o prawdziwe i niezmienne wartości. Nic i nikt inny nie może nam dać poczucia pewniejszego bezpieczeństwa niż Chrystus i ewangeliczne wartości, które stanęły u fundamentów cywilizacji Europejskiej” – mówił papież Benedykt XVI. Bez odniesienia do wartości chrześcijańskich
Europa bardzo łatwo będzie stawała się celem nasilającej się agresji zarówno wewnętrznej – antychrześcijańskiej ideologii jak i tej pochodzącej z Bliskiego Wschodu i Afryki – z miejsc tych wywodzi się coraz bardziej znacząca ilość uchodźców trudno lub wcale nieasymilujących się ze społeczeństwami, do których przybywają.

Człowiek wierzący nie może karmić się iluzjami. „Ludziom, o ile są grzeszni, zagraża niebezpieczeństwo wojny i aż do nadejścia Chrystusa będzie zagrażać; o ile natomiast zespoleni w miłości przezwyciężają grzech, to i gwałty są przezwyciężane […]” (Gaudium et spes, 78).

Encyklika papieża Benedykta XVI Caritas in veritate z jednej strony nie robi sobie złudzeń co do ludzkiej natury, a z drugiej strony proponuje drogę pokoju, uwarunkowaną wprowadzaniem sprawiedliwości i miłości w nasze życie indywidualne, społeczne i międzynarodowe. Doskonale współgra to z Oświadczeniem biskupów polskich i niemieckich z okazji 70. rocznicy wybuchu wojny: „Jako Kościół jesteśmy przekonani, że Bóg jest najgłębszym Źródłem pokoju. Ważne jest więc takie działanie ludzi, którzy z Ewangelii będą czerpać najgłębszą motywację do służby prawdziwemu pokojowi. Zapraszamy najpierw do modlitwy o pokój, a następnie do spotkań służących wzajemnemu poznawaniu się, szacunkowi i akceptacji.  Doświadczenie przemocy i bezprawia, które wspominamy z okazji rozpoczęcia II wojny światowej, powinno nas w szczególny sposób wyczulić na wymagania związane z wolnością religijną, której w naszym świecie wielu chrześcijanom brakuje, oraz zwrócić uwagę na konieczność solidaryzowania się z tymi, których prawa ludzkie nie są respektowane. Ideał kultury pokoju, która zawsze musi być rozumiana jako kultura życia, skłania nas, jako Kościół, ostatecznie do tego, by angażować się na rzecz wspierania rodziny i ochrony ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci” (Oświadczenie biskupów polskich i niemieckich z okazji 70. rocznicy wybuchu wojny,6).

Tak buduje się pokój oparty na prawdzie, według nakazów sprawiedliwości, ożywiony i dopełniony miłością i urzeczywistniany w klimacie wolności. Jest to rzeczywistość tak wspaniała i wzniosła, że człowiek – nawet pełen najlepszej woli – nie jest w stanie ją osiągnąć tylko w oparciu o własne siły.

Dlatego modlitwa do miłosiernego Boga, jaką znajdujemy w encyklice Pacem in terris, (167-171) by sam Chrystus usunął z serc ludzkich wszystko, co może naruszać prawdziwy pokój, i by uczynił wszystkich świadkami prawdy, sprawiedliwości i miłości braterskiej, umacniając wolę wszystkich ludzi do burzenia dzielących ich murów, do umocnienia więzi wzajemnej miłości, do zrozumienia innych, do przebaczenia tym, którzy wyrządzili im krzywdę – jest modlitwą ciągle aktualną, którą powinniśmy wznosić do Boga nieustannie a zwłaszcza w dniu upamiętniającym wybuch tej straszliwej wojny, jaka była II wojna światowa.

Pytanie najważniejsze

W książce znanego współczesnego psychologa Chrisa Trumana p. t. Kłamstwa, w które wierzymy autor wyznaje: „Gdy miałem dwadzieścia lat, martwiłem się, co inni o mnie myślą. Gdy miałem lat czterdzieści, mówiłem sobie: niech myślą, co chcą. Później odkryłem, że większość ludzi wcale o mnie nie myśli”.

Kiedy św. Piotr oznajmia w dzisiejszej Ewangelii, że Chrystus jest Mesjaszem i Synem Bożym słyszy z ust Jezusa następujące słowa: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie” (Mt 16, 17). Czyli, używając współczesnego języka, doszedłeś do tego wyznania nie dzięki możliwościom ludzkim, lecz zostało ci to dane z góry. Ciało i krew to semityzm oznaczający po prostu naturę ludzką.

Piotr jest błogosławiony nie dlatego, że samodzielnie wspiął się na wyżyny ludzkiego poznania i odkrył bóstwo Chrystusa, ale dlatego, że otworzył się i przyjął pouczenie Ojca, które bardziej dotarło do niego poprzez serca niż poprzez rozum. I Chrystus rozpoznaje to działanie Ojca w Piotrze.

Wyznanie Piotra jest odpowiedzią na wcześniej postawione przez Chrystusa pytanie: „Co o Mnie sądzicie/myślicie?”.

Zastanawia mnie jak wielu współczesnych ludzi, także chrześcijan, nic nie myśli o Chrystusie? Może jeszcze na pytanie: „Za kogo ludzie uważają Chrystusa?” większość potrafiłaby coś odpowiedzieć, przytaczając różne bardziej lub mniej historyczne opinie. Pytanie jakie stawia nam dzisiaj Chrystus jest dużo poważniejszej natury: On pyta, co ty i ja myślimy o Nim osobiście?

I nie chodzi o podanie prawidłowej, obiektywnie trafnej odpowiedzi, znanej z katechizmu czy wyczytanej w jakiejś książce. To trochę jak na sprawdzianie z matematyki – liczy się nie tylko wynik, który można od kogoś ściągnąć, ale liczy się cały proces szukania i dochodzenia do odpowiedzi.

Kim dla mnie jest Chrystus? To bardzo osobiste pytanie i taka też powinna być odpowiedź. Jest to pytanie zasadnicze dla naszej wiary. Nie tylko dlatego, że nie ma chrześcijaństwa bez Chrystusa (co dziś dla wielu wcale nie jest oczywiste). I nie dlatego, że On jest Zbawicielem. Nie dlatego, że pięknie zapisał się w historii, głosząc Ewangelię, wyrzucając złe duchy, karmiąc głodnych, uzdrawiając chorych i wreszcie tym, że umarł ale zmartwychwstał. To wszystko prawda – czytamy o tym w Ewangeliach, potwierdzone to zostało przez wielu świadków.

Jest to pytanie zasadnicze także dlatego, że pozwala znajdować odpowiedzi na te podstawowe i uniwersalne pytania, które człowieka od zawsze nurtują i które zawsze będzie sobie zadawał: Kim jestem? Skąd pochodzę? Dokąd zmierzam?

Jan Paweł II w swojej pierwszej encyklice napisał: „Chrystus objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi (…). Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca (…) musi ze swoim niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, przybliżyć się do Chrystusa” (Redemptor hominis, nr 10).

Chcę dobra, a czynię zło – dlaczego? – napisze św. Paweł w Liście do Rzymian [Rz 7,15-16]… Tęsknię za życiem, a doświadczam śmierci – dlaczego? – pyta w swojej książce znany filozof Søren Kierkegaard… Pragnę miłości, a tyle we mnie złości, niechęci, pretensji – dlaczego? – pyta wiele osób w konfesjonale. Jak to o mnie świadczy? Jaki jest sens moich starań, wysiłków, ofiar?

Te pytania ujawniają chęć odkrywania przez człowieka prawdy o sobie, lepszego zrozumienia siebie.

Człowiek nie może zrozumieć siebie i swojego życia bez osobistej odpowiedzi na to pytanie: „Kim dla mnie jest Chrystus?”. Dlaczego?

Dlatego, że jest to podstawowe pytanie dla naszej wiary a tylko wiara – jak pokazuje w dzisiejszej Ewangelii postawa Piotra – może nas z zaufaniem otworzyć na to światło, które przynosi nam zrozumienie wielu po ludzku trudnych do zrozumienia kwestii. Kwestii, które choć trudne do ogarnięcia naszym umysłem, paradoksalnie są zrozumiałe jedynie dla naszego serca.  

Maryja i duchowość serca

Gdy mówimy MATKA BOŻA CZĘSTOCHOWSKA nasze myśli biegną natychmiast do znanej nam wszystkim ikony z Jasnej Góry.

Obraz „Czarnej Madonny” to chyba najsłynniejszy wizerunek Matki Bożej w Polsce. Historia związała go nie tylko z dziejami Kościoła w Polsce, ale także z burzliwymi wydarzeniami politycznymi i społecznymi. Był świadkiem upadków i powstań, lęków i nadziei, spraw grzesznych i świętych. Dla pielgrzymujących na Jasną Górę jest celem wielodniowej wędrówki. Zapytani, gdzie wędrują, odpowiadają bez wahania: „do Mamy”.

Zostawmy jednak nieco na boku burzliwą historię jasnogórskiej ikony, po to, aby skupić się na głębokiej teologii, jaka on nam przekazuje. Jest to przede wszystkim teologia miłości, teologia serca.

Obraz matki tulącej do piersi swoje dziecko to jedno z piękniejszych przedstawień miłości, tej bazującej na łączności krwi, ale i uczucia tak przecież koniecznego dla normalnego wzrostu każdego człowieka. Pewnie dlatego też nie bez przyczyny Dzieciątko zazwyczaj znajduje się z lewej strony Matki, aby nawet w ten wizualny sposób skrócić drogę serca do Serca. W podtrzymywaniu przez Matkę Dzieciątka możemy zobaczyć pewną rękę, jakby w potwierdzeniu poczucia bezpieczeństwa, bez którego trudno mówić o miłości. Wzajemne wskazywanie zaś na siebie Dzieciątka i Matki, to także mowa o odpowiedzi miłością na miłość. Ten przymiot odwzajemniania jest szczególnie ważny, gdy mówimy o miłości szczęśliwej, z której tak samo czerpie jedna i druga osoba.

Warto jeszcze zauważyć i to, że owa wspólnota osób przedstawiana na obrazie czy ikonie jest otwarta na innych.   Wpatrujący się w ten obraz mogą liczyć na miejsce we wspólnocie miłości Matki do Syna i Syna do Matki. Jest więc w tym obrazie wiele nadziei, bez której człowiek nie jest w stanie normalnie egzystować, duchowo wzrastać a tym bardziej kochać.

Obraz Maryi tulącej do piersi małego Jezusa to obraz wspólnoty serca, ukazujący pewien szczególny rys duchowości, która można by określić mianem „duchowości serca”. Maryja jest dla nas najlepszą nauczycielką tej duchowej drogi. Można powiedzieć, że najbardziej charakterystycznym rysem ważnym duchowości Serca Maryi jest to, że  zachowuje Ona zawsze sprawy Jezusa w swoim sercu i poleca to także Jego uczniom.

Ta postawa wspólnoty serc uczniów Jezusa z sercem Nauczyciela najlepiej wyraża się w pamięć o pełnym miłości miłosiernej Sercu Jezusa. Zachowywanie na co dzień w sercu tej prawdy o wielkiej i bezinteresownej miłości Boga do każdej i każdego z nas uczy nas oddawać serce na służbę innych serc, na służbę ich dobra i zbawienia.

Dzisiaj Maryja zostawia nam jeszcze jedną zachętę, również doskonale wpisująca się w „drogę duchowości serca”, prosi bowiem: „Zróbcie wszystko, cokolwiek mój Syn wam powie”. W tym wezwaniu chodzi o coś więcej niż tylko wsłuchiwanie się w słowo Jezusa a przynajmniej o coś więcej niż wsłuchiwanie się w nie jedynie uszami i umysłem. Gdy wsłuchujemy się w słowo Boże nade wszystko trzeba nam zaangażowanie serca. Dopiero wówczas gdy będziemy słuchali Bożego słowa sercem będziemy pozwalali, aby to słowo zakorzeniając się w nim realnie oddziaływało na nasze życie, nasz sposób myślenia i nasze codzienne decyzje. Wsłuchując się w słowo Boże sercem będziemy mogli doświadczyć tego, co stało się udziałem Maryi, która przez zasłuchanie i zachowanie Bożych słów w swoim sercu tak bardzo jednoczyła swoją wolę, z wolą Boga, że stawały się one jednym.

Prośmy zatem, abyśmy od Maryi – naszej Matki uczyli się nieustannego zachowywanie w sercu Bożego słowa i pamięci o Bożej miłości, tak, aby one przenikając nasze życie pozwalały nam wciąż dojrzewać do coraz głębszego zjednoczenia naszych serc z sercami Jezusa i Maryi.

Panie, skąd mnie znasz?

Jezus zobaczył Natanaela, jak zbliża się do Niego, i tak o nim powiedział: „Oto szczery Izraelita, w nim nie ma podstępu”.  Natanael zapytał Go: „Skąd mnie znasz?” Jezus odpowiadając rzekł mu: „Widziałem ciebie pod figowcem, nim cię Filip zawołał”.  Na to Natanael powiedział: „Rabbi, Ty jesteś Synem Boga, Ty Królem jesteś Izraela!” [J 1, 48-50]

Jedno zdanie Jezusa wystarczyło, żeby Natanael (Bartłomiej) wyzbył się wszelkich wątpliwości i zobaczył w Jezusie obiecanego Mesjasza. To zdanie było wskazaniem na wiedzę, którą według Bartłomieja mógł posiadać jedynie Bóg.

Jednym z przymiotów Boga jest to, że wie o wszystkim – zna doskonale każdego z nas. Zna nasze błędy i złe czyny, nawet te najbardziej ukryte. Zna jednak także całe dobro, które w nas jest.

To właśnie z tego powodu św. Paweł w Liście do Koryntian przestrzega nas przed zbyt pochopnym osądzaniem nie tylko innych, ale i samych siebie: „Mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będę osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał
ludzki. Co więcej, nawet sam siebie nie sądzę. Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie
usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią. Przeto nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w
ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę” [Kor 4, 2 – 4].

Jednym słowem: Bóg jest dla nas kopalnią wiedzy o nas samych. Bez pomocy Boga nie poznamy siebie do końca, a bez tego nie dokona się pełny rozwój naszego człowieczeństwa. Abyśmy mogli wzrastać, musimy znać siebie, zarówno zło, które nas ogranicza, jak i dobro, które w nas jest; a które tak trudno nieraz dostrzec, bo najpierw rzuca nam się w oczy zło, które narzuca nam swoją mroczną wizję nas samych. Chrystus jednak nie pozwala nam zapomnieć o dobru, które w nas jest, które on w nas złożył i do którego nieustannie się odwołuje zachęcając nas, abyśmy naśladowali Go i wzrastali ku świętości. Dlatego przychodźmy często do Jezusa, aby Go słuchać i pozwolić Mu mówić wprost do naszego serca.