Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:„Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją”. (Mt 13,44-46) |
Skarb w Bogu
Słuchaj ciszy
Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła. Pan czeka, by wam okazać łaskę, i dlatego stoi, by się zlitować nad wami, bo Pan jest sprawiedliwym Bogiem. Szczęśliwi wszyscy, którzy w Nim ufają! [Iz 30,15.18]
Kiedyś zapytano mnie z czym porównałbym medytację. Odpowiedziałem wówczas bez wahania że z nurkowaniem. Dla mnie to podobne doświadczenia, gdy jesteśmy otuleni ciszą a jednocześnie zanurzeni w bezkresną rzeczywistość. Gdyby ktoś dzisiaj, po latach zadał mi to samo pytanie, odpowiedź byłaby niezmienna, z tym dopowiedzeniem jednak, że o ile zwykłe nurkowanie jest jak medytacja, to nurkowanie na rafach koralowych jest jak kontemplacja.
Ten temat wody w dzisiejszym wprowadzeniu jest nie bezzasadny, bo wprawdzie nie o nurkowaniu chce mówić, ale o pewnym odkryciu (zarówno geograficznym jak i duchowym), które stało się moim udziałem na początku lipca, kiedy to miałem przyjemność popływać łódeczką po jeziorach północnych Włoch (gwoli ścisłości po dwóch jeziorach i ciekawostką jest to, że są dwa lub trzykrotnie głębsze od Bałtyku). I właśnie rzeczone odkrycie miało miejsce na tym drugim (mniejszym jeziorze) Orta. Otóż na jego środku znajduje się maleńka wyspa o wdzięczniej nazwie San Giulio. Nazwa wyspy wiąże się z osobą rzymskiego misjonarza, który miał ponoć przybyć w IV wieku na północ Włoch by ewangelizować te tereny. Gdy chciał się przeprawić na wyspę, miejscowi rybacy stanowczo mu to odradzali, mówiąc, że na wyspie mieszkają smoki i demony (miało to prawdopodobnie związek z pogańskim kultem, który wcześniej miał tam miejsce). Wobec odmowy przetransportowania go Stan Giulio przepłynął wedle legendy na wyspę na swoim płaszczu. Tam założył pustelnie a potem zbudował kościół.
Dzisiaj ta maleńka wysepka ma zaledwie 52 mieszkańców i jedną jedyną ulicę w kształcie okręgu przy której znajduje się bazylika, seminarium duchowne i klasztor kontemplacyjny sióstr benedyktynek oraz kilkanaście domów mieszkańców wyspy. I pewnie nie byłby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ulica ta nosi nazwę: La via del silenzio, „ulica ciszy”. I rzeczywiście uprasza się przybywających turystów, żeby zachowali ciszę i idąc uliczka pogrążyli się w medytacji, w czym maja pomów przytwierdzone co kilka metrów do ścian ulicy sentencje, nad którymi poleca się rozważać.
Każdy, kto znał ojca Jana Berezę wie, że mówiąc o medytacji zaczynał często od słów: „Słuchaj medytacja jest…” – od czego zresztą swój tytuł wzięła książka będąca pośmiertnym wywiadem z nim. Idąc tym tropem chciałbym dzisiaj przywołać te sentencje, które przeczytałem na ulicy ciszy na wyspie San Giulio tytułem wprowadzenia do medytacji:
Słuchaj ciszy…;
Wsłuchuj się w ciszę wody, wiatru, swoich kroków i swojego serca…,
W ciszy znajdziesz akceptację i zrozumienie…;
W ciszy otrzymasz wszystko…;
Cisza jest językiem miłości…;
Cisza jest źródłem twojego pokoju…;
Cisza jest początkiem duchowej wędrówki…;
Cisza jest muzyką i harmonią…;
Cisza uczy doceniać chwilę obecną…;
Cisza jest prawdą i modlitwą…;
Cisza jest oddechem Boga…;
W ciszy spotkasz Mistrza…;
Chciałbym was zostawić z tymi sentencjami. Zarówno na czas tej medytacji jak i na miesiąc przerwy w naszych spotkaniach. Myślę, że można wracać do tych sentencji, bo każda z osobna kryje w sobie ogromna głębię i zaproszenie, aby osobiście doświadczyć prawdziwości tych słów, wchodząc w ciszę medytacji. Pamiętajmy, że bez względu na to gdzie medytujemy, nigdy w tym doświadczeniu nie jesteśmy sami, ale zawsze należymy do wspólnoty medytujących.
Bóg cierpliwy
„Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł.” (Mt 13,24)
Z dzisiejszych czytań wyłania się obraz Boga cierpliwego. Czasem wedle naszej oceny wydaje nam się, że Bóg bywa zbyt cierpliwy, że szybciej powinien reagować na tak często panoszące się zło i niesprawiedliwość. Kiedy się jednak dobrze wczytamy w dzisiejsze przesłanie Bożego słowa dostrzeżemy, że Bóg jest nie tyle cierpliwy i pobłażliwy wobec zła; przeciwnie Słowo Boże ukazuje nam bowiem Boga cierpliwego przede wszystkim wobec dobra.
Bóg, który jest miłośnikiem dobra chce, żeby ono wzrastało i osiągnęło właściwą miarę. To, co dobre, bywa często niepozorne, nieśmiałe, bez siły przebicia, ale zwycięża wytrwałością. I Bóg na to pozwala. Cierpliwie czeka… Może sobie na to pozwolić, bo wie, że ostatnie słowo i tak należy do Niego, że na końcu i tak zatryumfuje dobro. To właśnie z tego powodu bardziej zależy Bogu na tym, by dobro wydało swoje owoce, niż na tym, by jednym śmiałym ruchem pozbyć się wszystkiego, co ma choćby pozór zła.
To zresztą ważna wskazówka dla nas: walka ze złem nie musi być i często wcale nie jest równoznaczna z krzewieniem dobra. Aż za dobrze znamy takich, którym łatwo przychodzi „wyrywanie chwastów”, ale ich plenienie zła pozostaje bezowocne. Skrupulatnie wypielony ugór, jeśli nie obsiejemy go dobrem i miłością prędzej czy później na nowo obrośnie chwastem. To także ważna prawda wychowawcza.
Bóg daje czas. Jego sprawiedliwość nie sprowadza się do podliczenia rachunków i wyrównania zysków i strat. On szuka usprawiedliwienia, to znaczy przywrócenia grzesznikowi utraconej sprawiedliwości (świętości).
Przyzwyczailiśmy się do tego, że powinno się człowieka osądzić, ewentualnie ukarać. Tymczasem Bóg na tym nie kończy. On idzie dalej!
Dlatego autor Księgi Mądrości może napisać: „Wlałeś synom swym wielką nadzieję, że po występkach dajesz nawrócenie”. Bóg się nie spieszy, bo nie chce, by zmarnowało się dobro skryte czasem pod warstwą zła.
Wzywamy dziś w modlitwie rozpoczynającej Mszę „Boga łaski i Miłosierdzia”, aby posyłał do nas Ducha – umocnienie w naszych słabościach. By tęsknota za dobrem jeszcze niespełnionym przynaglała nasze nawrócenie.
O ileż łatwiej się nawracać, wiedząc, że wracamy wprost w otwarte ręce kochającego Ojca. Choćbyśmy sami zwątpili w możliwość zmiany i nawrócenia, Bóg nigdy w nas nie zwątpi.
Chrześcijaństwo to opowieść o wielkiej nadziei. O tym, że Bóg nas nie zostawia. Że możliwa jest przemiana z chwastu w pszenicę. To opowieść, że dopóki żyjemy nigdy nie jest za późno aby się zmienić. Dla nikogo.
Medytacja jest przede wszystkim milczeniem
Albowiem i myśmy otrzymali dobrą nowinę, jak i tamci, lecz tamtym słowo usłyszane nie było pomocne, gdyż nie łączyli się przez wiarę z Tym, od którego je usłyszeli. Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma e ukryło by się przed nim. [Hbr 4,2.12-13]
Thomas Merton w jednej ze swoich ostatnich konferencji przed odejściem do pustelni, skierowanej do nowicjuszy opactwa Gethsemani powiedział: Dobra medytacja jest przede wszystkim milczeniem, „symbolem świata, który nadchodzi” , lub jak kto woli „milczącą miłością”. I nawet, jeśli posługujemy się w praktyce medytacji słowem, to słowa te nie powinny mieć przede wszystkim charakteru dyskursywnego, lecz są niczym iskry, które zapalają ogień miłości. W tym milczeniu, nieznośnym dla człowieka „zewnętrznego”, Ojciec wypowiada do nas swoje Słowo, które staje się ciałem, cierpi, umiera i zmartwychwstaje, a Duch przybrania za synów pozwala nam uczestniczyć w modlitwie samego Jezusa.
To ciekawe spostrzeżenie. Przywykliśmy bowiem spoglądać na wcielenie Chrystusa z perspektywy historycznej, jako na wydarzenie, które dokonało się przed dwudziestoma wiekami, po to, aby przynieść odkupienie człowiekowi uwikłanemu w grzech. Ewentualnie myślimy o wcieleniu Chrystusa z perspektywy teologicznej, wierząc że ono dokonuje się w każdej Eucharystii, która sprowadza obecność Chrystusa zamykając ją w kawałku chleba i kroplach wina. Tymczasem Merton zaprasza nas, abyśmy każdą modlitwę traktowali jako wymiar Chrystusowego wcielenia. W modlitwie, która karmi się Jego Słowem jest obecny On sam. W przeciwnym razie nie mogli byśmy mówić – jak chce tego św. Paweł – że słowo Boże jest żywe i skuteczne.
Bowiem skuteczność Bożego Słowa bierze się właśnie z obecnej w nim łaski, która przychodząc wraz z nim zakorzenia to słowo w naszym sercu, aby mogło wydać w naszym życiu owoc.
Medytacja a także kontemplacja, do której ona prowadzi jest zjednoczeniem z modlitwą Jezusa. I przez to zjednoczenie pozwala nam uczestniczyć w Jego misterium, w tajemnicy jedności całej Trójcy Świętej. Dlatego zawsze dobra medytacja musi owocować konkretami widocznymi w naszym życiu. Te konkrety wymienia św. Paweł jako owoce Ducha Świętego, gdyż przestrzeń medytacji i kontemplacji jest przestrzenia Jego działania: „Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.” (Ga 5,22-23)
Bywa, że próbujemy osiągnąć te cnoty własnym wysiłkiem i nie wychodzi.
Merton tłumaczy to tym, że dopiero kiedy człowiek podporządkowuje się Bogu i pozwala Duchowi Świętemu działać w jego życiu, wtedy naturalnymi stają się owoce duchowe, o których czytamy w Liście do Galatów.
Celem Boga, który realizuje On przez doświadczenie medytacji i kontemplacji jest upodobnienie nas do Jezusa. Dlatego posyła On nieustannie Ducha Świętego by przebywał w nas dla dokonania niezbędnej przemiany. Więc przedmiotem dobrej medytacji – powie Merton – powinno być pragnienie: „by pozwolić Duchowi Świętemu uczynić nas bardziej podobnych do naszego Mistrza.
Medytacja jest komunią miłości przynoszącą w naszym życiu owoce w takiej mierze, w jakiej jest ona zgodą na trwanie w zjednoczeniu z Jezusem i pokornym poddaniu się działaniu Jego Ducha. I dobrze byłoby, gdyby każde wezwanie: Panie Jezu Chryste, przyjdź i ulituj się nade mną grzesznikiem było potwierdzeniem tej zgody.
Przypowieść jak lustro
Przeglądam się w lustrze
Twego słowa
Tyle pęknięć
na mojej twarzy
bolesnych odejść od Ciebie
oczyść moje wargi
i serce moje oczyść
Tyle poeta…
Gdy w tę kolejną już z rzędu niedzielę wsłuchujemy się w nauczanie Chrystusa zamknięte w obrazie przypowieści rodzi się w nas podobne pytanie, które w Ewangelii wyartykułowali także Apostołowie: „Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich?”
Żeby zrozumieć to zaskoczenie uczniów warto uświadomić sobie że aż dotąd, czyli przez pierwszych 13 rozdziałów Ewangelii według św. Mateusza Jezus nie sięga do przypowieści, lecz naucza wprost. Dlaczego więc nagle zmienia swój sposób przepowiadania?
Jak uświadamia nam dzisiejsze pierwsze czytanie Słowo Boże, które Pan Bóg do nas kieruje ma swoją misję do spełnienia i nie wraca do Pana bezowocnie, dopóki nie wypełni swojego posłannictwa. Jakie to posłannictwo? Bez wątpienia jakąś podpowiedź znajdujemy w przytoczonym przed chwilą wierszu kapłana – poety. Słowo Boże jest niczym lustro, w którym przeglądając się mamy zobaczyć prawdę o nas samych. Bo bez uznania prawdy o sobie nie ma ani prawdziwej wolności, ani też prawdziwego nawrócenia.
Lecz zadziwiające jest uzasadnienie samego Chrystusa, który odpowiadając na wątpliwości uczniów mówi, że powodem nauczanie w przypowieściach jest zatwardziałość serc słuchaczy.
Jak często jest tak, że my sami nie potrafimy słuchać Bożego Słowa. Paradoks owocnego słuchania Słowa Bożego tkwi bowiem w tym, że nie wystarczy mieć uszy – jak mówi dziś Chrystus, by to słowo usłyszeć. Nie wystarczy nawet trochę rozumu, by to Słowo spróbować zrozumieć. Potrzeba jeszcze jednego: potrzeba otwartości serca, gdzie to Słowo może się zakorzenić i skąd dopiero ma szansę oddziaływać na nasze życie.
Często bowiem nasze serce jest jak droga – słuchamy, ale nie chcemy zrozumieć, tego, co Bóg do nas mówi w swoim Słowie. Przychodzi Zły i zabiera z naszej duszy, to, co Bóg w niej posiał.
Bywa, że nasze serce staje się miejscem skalistym – przyjmujemy Boże Słowo z radością, ale nie mamy w sobie korzenia. Gdy przychodzą smutek, ból, bezradność – zamiast wsłuchiwać się w Słowo Boże, które niesie nadzieję, zamykamy się w sobie.
Czasem nasze serce staje się miejscem między cierniami – słuchamy, ale to co jest na świecie zagłuszają w ans Boży głos, tak, że zostaje on bezowocny.
Jak rzadko jest tak, że nasze serce jest żyzną glebą – gdzie Boże słowo przyjęte z radością, zapuszcza korzenia i wydaje owoc.
Może więc warto prosić nieustannie o takie serce, które jest otwarte na Słowo, które potrafi je pokochać i przylgnąć do niego.
Przeglądam się w lustrze Twego słowa…
Prośmy, abyśmy przeglądając się w lustrze Bożego Słowa potrafili w nim dostrzec nie tylko prawdę o nas samych, ale nade wszystko pełne miłości oblicze Boga.

