Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

ZMARTWYCHWSTAŁ!

Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych (J 20, 9).

Próżno szukać w Ewangelii dokładnego opisu zmartwychwstania Chrystusa. Są tylko znaki, które na nie wskazują. Maria Magdalena idzie wczesnym rankiem do grobu, widzi odsunięty kamień.

Zmartwychwstanie dokonało się pod osłoną nocy. Wierze Marii Magdaleny, pierwszego świadka zmartwychwstania towarzyszy mrok, jakaś doza niepewności. Widzi jedynie znak – odsunięty grobowy kamień. Dochodzi do niej, że coś się stało. Ale nie rozumie jeszcze, co. Znak pustego grobu jest wskazówką, lecz nadal domaga się wiary. Bóg stopniowo odsłania przed nami swoje tajemnice. „Zabrano Pana z grobu…” – mówi Maria Magdalena. Jej myśli gubią się w domysłach.     W naszym życiu dzieje się często podobnie. Nadzieja niejednokrotnie długo toruje sobie drogę przez nasze małe rozumy i ciasne serca, zanim stanie się rzeczywistością rzucającą nowe światło na nasze życie.

Maria Magdalena dzieli się swoim odkryciem z Apostołami, odsłania przed nimi swój niepokój. Warto dzielić się odczuciami z ludźmi, którym ufamy. Rozmawiać o tym, co nosimy w sercu: o naszych nadziejach, tęsknotach, obawach. Warto szczególnie rozmawiać o tym z Bogiem. Bo to przybliża nas do prawdy.

Piotr i Jan na wieść o „zabraniu Pana” biegną ze wszystkich sił do grobu. Biegną, bo chcą poznać prawdę. To pragnienie mobilizowało ich do biegu. Najgorzej jest wtedy, gdy człowieka nic już nie jest w stanie wyrwać z fotela, z rezygnacji, z letniości. Gdy tak zwany „święty spokój” staje się wartością absolutną, może stać się w nas postawą, która usypia sumienia i zabija chęć szukania i walki o prawdę.

Teraz Ewangelista skupia się na postawie Jana i Piotra. Każdy z nas, kto tyle razy słuchał opisów różnych wydarzeń opisanych w Ewangelii dobrze wie jak bardzo ci dwaj apostołowie różnią się od siebie. Reprezentują dwie zupełnie różne osobowości. Ewangelia odnotowuje nawet taki szczegół, jak to, że Jan wyprzedza Piotra. Każdy z nas ma swoje tempo, swoją osobistą drogę wiary. Jednym pewne sprawy przychodzą łatwo, inni łatwo dostają na drodze wiary zadyszki, doświadczają upadków, kryzysów. Jan wytrwał pod krzyżem, Piotr się zaparł. Może i stąd ta różnica prędkości. Kiedy już obaj są przy grobie, znowu widać różnicę. Jan zagląda do grobu, ale nie wchodzi do środka. Piotr, jako pierwszy wchodzi do wewnątrz. To kolejny znak, który uświadamia nam, że każdy, kto chce być prawdziwym uczniem Jezusa musi wejść do grobu Pana, bo to jest droga, która prowadzi do zbawienia, do chwały. Aby zdobyć się na pokonanie lęku przed śmiercią, najpierw tą, która jest w nas śmiercią starego człowieka, człowieka grzechu a następnie także śmiercią fizyczną, bez której nie ma przejścia do lepszego świata, trzeba wejść do grobu Jezusa. Musimy być gotowi zanurzyć się w śmierć Chrystusa, aby mieć udział w Jego zmartwychwstaniu, bo jak sam mówi: „jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemie nie obumrze, zostanie tylko samo.”

Płótna i chusta w grobie – kolejne znaki zmartwychwstania. Co oznaczają? Gdyby ktoś wykradł ciało Jezusa, po co miałby je rozbierać z płótna, w które było owinięte? W głębszym, duchowym sensie płótna leżące w grobie mogą być symbolem tego, że Jezus porzuca ziemskie ubrania, wchodzi w nową jakość istnienia. Łazarz, gdy wyszedł z grobu był wciąż owinięty w grobowe płótna. Bo one były mu jeszcze potrzebne, nadal był śmiertelny. Jezus pokonuje definitywnie śmierć. Już żaden ziemski strój nie jest Mu potrzebny. Pierwsi ludzie zrobili sobie opaski dopiero po popełnieniu grzechu. Porzucone grobowe szaty Jezusa mogą być symbolem ziemskich przebrań skrywających w nas to, czego się wstydzimy. W niebie nie ma już wstydu i powodu do wstydu, bo tam jest wieczna harmonia duszy i ciała.

„Ujrzał i uwierzył”. To piękna puenta dzisiejszej Ewangelii o zmartwychwstaniu. „Ujrzał i uwierzył”.  Walka duchowa między niewiarą a wiarą przechyla się na korzyść wiary. Choć przecież nie widzieli jeszcze Pana. Sam pusty grób powoduje, że ożywają słowa, które uczniowie wcześniej słyszeli z ust Jezusa, słowa o zmartwychwstaniu, które uświadamiają im, że Chrystus jest nie tylko Obietnicą Boga, ale i jej wypełnieniem. Ta wiara, która rodzi się w ich sercach jest pierwszym krokiem na drodze powrotu do duchowej równowagi po dramacie krzyża.

Czy nie o to właśnie chodzi w naszym życiu? Czy nie taki powinien być owoc właściwego przeżycia tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa, którą ukazuje nam Wielkanoc?  

Ta dzisiejsza uroczystość, która gromadzi nas przy pustym grobie jest zaproszeniem, by odzyskać nadzieję, odnaleźć pokój i umocnić naszą wiarę.         Bo Jeśli On zmartwychwstał, nic już nie może i nie powinno pozbawić nas tej nadziei, którą Zmartwychwstały pragnie wlać dzisiaj w nasze serca i pragnie, abyśmy stawali się świadkami tej nadziei wobec świata.

Z RACJI ŚWIĄT ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO ŻYCZĘ WAM, DRODZY, PRZYJACIELE, CZYTELNICY TEGO BLOGA, ABY GŁĘBOKIE PRZEŻYCIE TAJEMNICY ZMARTWYCHWSTANIA JEZUSA WLAŁO W WASZE SERCA NOWĄ ODWAGĘ BYCIA ŚWIADKAMI WIARY I PRAWDY O ZMARTWYCHWSTANIU A TAKŻE UMOCNIŁO DAR OTWARTYCH OCZU I SERC, BY MÓC ROZPOZNAWAĆ OBECNEGO WŚRÓD NAS ZMARTWYCHWSTAŁEGO CHRYSTUSA, NIEUSTANNIE TOWARZYSZĄCEMU NAM W DRODZE DO WIECZNOŚCI. SZCZĘŚĆ BOŻE I DZIĘKUJĘ ZA WSPÓLNE KROCZENIE DROGA WIARY I DOŚWIADCZENIA CHRZEŚCIJAŃSKIEJ MEDYTACJI ORAZ PIĘKNE I ŻYWE DOŚWIADCZENIE WSPÓLNOTY OSÓB MEDYTUJĄCYCH!

Wielka Cisza Wielkiej Soboty

„Co się stało? Wielka cisza spowiła ziemię; wielka na niej cisza i pustka. Cisza wielka, bo Król zasnął. Ziemia się przelękła i zamilkła, bo Bóg zasnął w ludzkim ciele, a wzbudził tych, którzy spali od wieków. Bóg umarł w ciele, a poruszył Otchłań.” (Starożytna homilia na Świętą i Wielką Sobotę, Liturgia Godzin)

W jednym ze swoich tekstów kard. Ratzinger porównał nasze czasy do Wielkiej Soboty. Cisza tego dnia jawi się jako obraz naszej epoki. Jest to czas ukrycia się Boga, Jego nieobecności, czas pokusy zwątpienia w Jego wszechmoc, która nie ocaliła Tego, kto mienił się być Jego Synem. Czas okazania niemocy przez wszechmocnego Boga. Czas pustki. Ziemia niczyja między śmiercią a życiem. Czas dramatycznej nocy wiary.

Nie wolno nam utracić tego dnia, osładzając go sobie zwiastunami dzisiejszego Poranka: widokiem uroczych maluchów ze „święconką”, ministranckimi rubrykami przed wieczorną liturgią Wigilii Paschalnej. Warto oprzeć się pokusie prześlizgnięcia się przez tę ciszę i poczuć dramat zwątpienia przyszłych apostołów, aby lepiej zrozumieć dramatyczne rozterki powierzonego nam współczesnego człowieka. Bo z Bożej Opatrzności przychodzi nam realizować nasze powołanie kapłańskie w tej wielkiej Wielkiej Sobocie: z pytaniami o milczenie Boga po Auschwitz i Kołymie lub z brakiem pytań o Boga i do Boga, jako zupełnie zbędnej hipotezy na ludzkie szczęście. Wielka cisza Wielkiej Soboty może pomóc nam kapłanom lepiej poczuć zapach wielu naszych owiec, może nas uchronić przed zbyt szybkimi i gładkimi odpowiedziami na ich rozterki. Doświadczenie „ukrycia się” Boga stanowi bowiem część duchowości współczesnego człowieka.

Wymownym symbolem Wielkiej Soboty jest Całun Turyński. Jest on milczącym świadkiem owej ciszy Grobu Pańskiego. Ale również dobrze oddaje głębię tego dnia. Tak jak Całun może być oglądany jako fotograficzny negatyw i pozytyw, podobnie Wielka Sobota – obok mroku swego dramatu – zawiera w sobie również coś pocieszającego. Śmierć Jezusa jest bowiem wyrazem radykalnej solidarności Boga z człowiekiem. W ten sposób spełniły się słowa Psalmu: „Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś; jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę.” (Ps 139, 8) Mroczna tajemnica staje się jasnym znakiem ogromnej nadziei, bezgranicznej bliskości Boga wobec ograniczeń ludzkiej natury i dramatu ludzkiego cierpienia. Tylko mocą tej bliskości Boga możemy wchodzić jako kapłani w przestrzenie ludzkiego cierpienia, wskazując na Boga, który był do nas podobny również w bólu i śmierci.

Wiesz, czym są lęki śmiertelne,
Znasz także grozę konania,
Bo cichy, głowę skłoniwszy,
Oddałeś Ojcu swą duszę.
(z Jutrzni za zmarłych).

Medytacja przesłania ciszy Wielkiej Soboty, Boga niemocnego i solidarnego z nami ułatwia kapłańskie trwanie przy człowieku na drogach jego wędrówki ku Bogu, wędrówki prawdziwej, trudnej, naznaczonej ludzką słabością, niedoskonałością i cierpieniem. „Wiara, jeśli jest żywa, będzie nieustannie raniona, narażana na kryzysy, a czasem również zabijana. Jedynie zraniona wiara, na której widoczne są blizny po gwoździach, jest wiarygodna. Wiara, która nie przeszła przez noc Krzyża i nie dosięgła serca, takiej mocy nie posiada” (ks. Tomasz Halik, „Dotknij ran”). Jest to medytacja Miłości, która weszła w Otchłań śmierci. A jeśli w przestrzeń śmierci weszła miłość, to weszło tam również i życie.

Krzyż

Tajemnica krzyża, centralna dla wiary chrześcijańskiej, jest dziś często pomijana lub opacznie rozumiana.

Chrystus cierpiąc z miłości i posłuszeństwa dał z siebie Bogu więcej, niż tego domagało się wyrównanie winy całego rodzaju ludzkiego – powie św. Tomasz z Akwinu.

Grzech to w koncepcji jurydycznej zaciągnięcie długu wobec Boga. Ponieważ jednak Bóg jest Stwórcą i właścicielem wszystkich rzeczy, człowiek jest z istoty swojej „niewypłacalny”, gdyż jak przypomina św. Paweł: cóż masz, czego byś nic otrzymał. Tajemnica krzyża zawiera się więc w tajemnicy jakości spłaty długu zaciągniętego przez grzech, jakiej dokonał Jezus.

Boski Odkupiciel, jako nasz prawowity i doskonały Pośrednik, z najwyższej swej miłości ku nam wyrównując długi rodzaju ludzkiego wobec praw Bożych, pogodził sprawiedliwość Boga z Jego miłosierdziem, co stanowi największą tajemnicę naszego Zbawienia. Mądrze na ten temat mówi przywołany już św. Tomasz z Akwinu: „Należy zauważyć, że zbawienie człowieka poprzez cierpienie Chrystusa – odpowiadało zarówno miłosierdziu, jak i sprawiedliwości Bożej. Sprawiedliwości, bo cierpieniami swoimi Chrystus zadośćuczynił za grzech rodzaju ludzkiego. Dzięki temu człowiek został zbawiony przez sprawiedliwość Chrystusa. Miłosierdziu zaś, ponieważ człowiek sam z siebie nie był zdolny zadośćuczynić za grzech całej natury ludzkiej i dlatego Bóg dał mu Syna swego, który za niego ten obowiązek wypełnił. W taki sposób Bóg okazał człowiekowi o wiele większe miłosierdzie, niż gdyby mu odpuścił grzechy bez zadośćuczynienia„.

Odkupienie posiada dwa aspekty: negatywny (uwolnienie od grzechu) i pozytywny (obdarzenie łaską świętego życia). Odpowiada to prostemu schematowi: śmierć to zerwanie z grzechem, zaś zmartwychwstanie to powstanie do nowego życia. Pierwszym darem Zmartwychwstałego Jezusa jest Duch Święty, który udziela całego bogactwa miłości i innych darów nadprzyrodzonych. Dzięki Duchowi Świętemu miłość Boża staje się doświadczalna (por. Rz 5,5).

Grzech to nie tylko „bolesne widowisko człowieka zbuntowanego przeciwko Bogu – źródłu wszelkiego bytu i wszelkiej doskonałości”, ale również zniszczenie dokonane w stworzeniu, w samym człowieku. W ten sposób podkreślamy kosmiczny wymiar grzechu.

Zło grzechu poznajemy po jego skutkach, jakimi są:

* zerwanie intymnej relacji z Bogiem (skutek najtragiczniejszy). Ta szczególna bliskość była specjalnym darem sprzed upadku. Człowiek rozpoczyna po raz pierwszy łamać przymierza. Odcina się od źródła dobra, piękna, prawdy.

* zaburzenie zdolności postrzegania. Adam i Ewa po grzechu zamiast piękna -widzą tylko zawężoną rzeczywistość: że są nadzy. Dotychczas im to nie przeszkadzało, teraz widzą głównie to. Przekroczenie przykazania wiedzie do zaburzenia spostrzegania.

* Lęk. Wskutek grzechu rodzi się lęk przed Bogiem Ojcem. Miłość i dziecięca ufność ustępują miejsca lękowi. Mimo iż Bóg jest przedstawiony jako ktoś łagodny (przechadza się w porze popołudniowej), to nasi prarodzice się Go boją. Człowiek-grzesznik boi się nie tyle Boga, ile obrazu Boga, jaki sam sobie wytworzył.

* Są także skutki społeczne grzechu:  to zerwanie więzi między ludźmi. Grzech pierworodny rozpoczyna serię wzajemnych oskarżeń. Mężczyzna traci właściwą mu pewność siebie i zrzuca winę na Ewę. Ewa na węża. Ludzie przestają się rozumieć. Odczuwają wstyd wobec siebie. Wężowi udało się nie tylko ich zwieść, ale i skłócić pomiędzy sobą.

* Są wreszcie kosmiczne skutki grzechu: grzech staje się wielką tragedią o wymiarach kosmicznych. Ziemia rodzi cierń i oset. Ludzie są pozbawieni niewinności. Pożądliwość nimi włada. Pojawiają się bóle rodzenia, wszelkie choroby i cierpienia. A wreszcie zapłatą za grzech jest śmierć. Dar nieśmiertelności był niezasłużoną łaską. Bóg odbiera go człowiekowi, z miłosierdzia, aby człowiek mógł przez śmierć zerwać z grzechem. Lepiej bowiem umrzeć, niż żyć w grzechu!

Zupełnie inaczej wyglądają skutki zbawienia, które nie są „symetryczne” w stosunku do popełnionego zła.

* Na sądzie Bożym mieliśmy zapłacić śmiercią za grzech. Jezus umiera za nas (zamiast nas) i zmartwychwstając – wskrzesza nas wraz ze sobą. Wówczas Bóg Ojciec wydał wyrok na człowieka oskarżonego przez swój grzech i zasługującego na śmierć: dzięki temu, że ten został odkupiony przez krew Jego Syna, człowiek został uniewinniony!

Dlatego św. Paweł może mówić z całkowitą pewnością, że dla tych, którzy są w Jezusie Chrystusie, nie ma już żadnego potępienia, ponieważ Jezus. skreślił dłużny zapis, który nas obciążał (por. Rz 8,1 i Koi 2,14).

* Odtąd, dzięki Duchowi przybrania za synów, zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi. Mamy udział w Duchu synostwa Jezusa i z całą słusznością możemy być nazywani dziećmi Bożymi, ponieważ nimi jesteśmy (por. Rz 8,14). Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem (Ga 4,6-7)

* Będąc synami, automatycznie zostaliśmy nazwani dziedzicami wszelkich błogosławieństw mesjańskich: Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa (Rz 8,17).

Jako że jesteśmy nie tylko dziedzicami Boga, ale i współdziedzicami Chrystusa: to znaczy nam przypada dziedzictwo samego Chrystusa. 

Jedyna bariera dla tej niezmierzonej obfitości, jakiej Pan Bóg pragnie nam udzielić dzięki ofierze Krzyża, to bariera naszych nieuporządkowanych oczekiwań i pragnień…

Wielki Czwartek – Kapłaństwo i Eucharystia

Są takie dwa dni w roku, gdzie nasze serce skłania się ku Sakramentowi, który nazywamy Przenajświętszym Sakramentem. Dwa dni w roku, kiedy myśliwy o największej miłości Chrystusa do człowieka. Myślimy o miłości, która pozostała w Eucharystii pod postaciami chleba i wina. Te dwa dni to uroczystość Bożego Ciała i dzień dzisiejszy: Wielki Czwartek. Dziś idziemy do źródła, do wydarzenia ustanowienia Najświętszego Sakramentu, tego niebieskiego testamentu!

Wpatrujemy się w Chrystusa, który zasiada z Apostołami do Ostatniej Wieczerzy, jak słyszeliśmy dziś w opisie w relacji św. Pawła w drugim czytaniu. Jezus wie, że tego wieczoru rozpocznie się zapowiedziana Jego odkupieńcza Męka, która ostatecznie dopełni się na Krzyżu Jego Śmiercią.

Przenieśmy się w myśli, w sercu do Wieczernika. Spróbujmy sobie to wyobrazić. Apostołowie wraz z Chrystusem przy stole. Atmosfera zadumy, wyciszenia. Apostołowie widzą, że dzieje się coś niezwykłego, podniosłego, choć zapewne jeszcze niewiele rozumieją.

Chrystus bierze chleb i mówi: TO JEST BOWIEM CIAŁO MOJE. Następnie bierze kielich z winem i mówi: TO JEST MOJA KREW. Tu następuje pierwsze Przeistoczenie, którego dokonuje sam Chrystus. Na słowa samego Chrystusa chleb staje się rzeczywiście Jego Ciałem, a wino Jego Krwią. Jest – można by powiedzieć – pierwsza Msza św. Chrystus uobecnia to, co się wydarzy już za chwilę, uobecnia swoją Mękę i Śmierć. Tu pod postaciami chleba i wina dokonuje się pierwsze przelanie Krwi, która wylewa się z Ciała. Już tu Chrystus oddaje się Ojcu za nasze grzechy! Oto tajemnica Wieczernika.

Chrystus pragnie utrwalić Ofiarę Krzyża do końca świata aż do Sądu Ostatecznego. Pragnie by chrześcijanie kolejnych wieków mieli dostęp do łask płynących z krzyża. Wydarzenie Wieczernika łączy się więc ściśle z wydarzeniem Krzyża. Stąd ustanawia kolejny sakrament: kapłaństwo. Apostołów i ich następców czyni kapłanami, a właściwie zanurza w swoim kapłaństwie. „TO CZYŃCIE NA MOJĄ PAMIĄTKĘ” – mówi do nich.

Chciałoby się włożyć w usta Chrystusa następujące słowa do Apostołów: „Przed chwilą uobecniło się pod postaciami chleba i wina, to co dokona się jutro. Uobecniła się tajemnica krzyża i odkupienia. Chcę, by ona trwała do końca czasów, by łaski rozlewały się na wszystkich ludzi. Dlatego was i waszych następców czynię kapłanami Nowego Przymierza, Kościoła. Będziecie powtarzać nad chlebem i winem Moje słowa, by Ofiara Krzyża uobecniała się na ołtarzach kościołów. Wasze ręce będą moimi rękoma, wasze usta moimi ustami. Dzięki tej ofierze Lud otrzyma potrzebne łaski płynące z krwawej Ofiary Krzyża. Będziecie karmili mój lud Moim Ciałem i Krwią na życie wieczne”.

Św. Jan Paweł II w liście z 1980 r. do kapłanów na Wielki Czwartek napisał: „Kapłan sprawuje Najświętszą Ofiarę in persona Christi [w osobie Chrystusa]– to znaczy więcej niż w imieniu czy w zastępstwie Chrystusa. In persona to znaczy: w swoistym sakramentalnym utożsamieniu się z Prawdziwym i Wiecznym Kapłanem, który Sam tylko Jeden jest prawdziwym i prawowitym Podmiotem i sprawcą tej swojej Ofiary”.

Również piękne słowa kierował do kapłanów inny papież, Św. Pius X: „Wypełniamy powołanie kapłańskie nie w naszym imieniu, lecz w imieniu Jezusa Chrystusa. (…) Z tej to przyczyny wpisał nas Chrystus do liczby przyjaciół, a nie sług: Już was nie nazywam sługami (…), lecz nazwałem was przyjaciółmi, bo wszystko cokolwiek od Ojca usłyszałem, oznajmiłem wam (…) ustanowiłem was, abyście poszli i owoc przynieśli. Musimy więc przedstawiać osobę Chrystusa i spełniać Jego poselstwo (…). Jako posłowie Jego musimy wiarę ludzi karmić Jego nauką, Jego prawem, sami je przede wszystkim zachowując. Jako uczestnicy Jego władzy w wyzwalaniu ludzi z więzów grzechowych – musimy się usilnie starać, abyśmy sami nie zostali w nie uwikłani. Ale najbardziej, jako ministrowie Chrystusa w Jego najświętszej Ofierze, wznawianej stale dla życia świata, musimy się odznaczać tym usposobieniem duszy, w którym On na ołtarzu krzyża ofiarował się Bogu jako Ofiara niepokalana” (Exhortatio ad clerum catholicum).

Kapłaństwo jest więc wzniosłym powołaniem i wielką odpowiedzialnością, ale też źródłem radości. Bł. Honorat Koźmiński pisał: „Jakże jestem szczęśliwy, gdy mogę składać Ofiarę Ciała i Krwi Syna Twego, nie zamieniłbym tego szczęścia na żadne świata tego i przyszłego wielkości, bogactwa i rozkosze”.

Dziś zatem jest przede wszystkim dzień, w którym warto dziękować Panu Bogu za ten dar, który każdy z nas, kapłanów, otrzymał bez swojej zasługi. To również szczególny dzień, w którym warto podziękować za tych wszystkich, których Pan Bóg stawia na drogach naszego kapłańskiego życia. Może jest to również dobry dzień byśmy my, kapłani przeprosili za nasze ludzkie słabości. Może za brak postawy ojcowskiej, może za grzechy pychy, zaniedbania w kierowaniu owczarnią.

Jest wreszcie dziś czas, by prosić o nieustanną modlitwę o łaskę świętości w przeżywaniu naszego kapłaństwa. Święty kapłan, to wiele dusz zbawionych. Polecajcie Bogu kapłanów, których znacie i tych, którzy szczególnie potrzebują mocy płynącej z modlitwy innych uczniów Chrystusa, polecajcie kapłanów, którzy wam służyli poprzez udzielone Wam na drogach Waszego życia sakramenty, bo to najpiękniejsze z darów, jakie możemy otrzymać w życiu i jedyne, których owoce i bogactwo (jeśli ich nie zmarnujemy) zabierzemy ze sobą w wieczność.

Wszystkim Wam, od których otrzymałem dzisiaj wiele ciepłych słów wsparcie, życzeń i zapewnienie o modlitwie z serca dziękuję. Wszystkich Was, których Bóg postawił na drodze mojego kapłaństwa ogarniam modlitwą i za wszystkich dziękuję Bogu, prosząc, aby obdarzał Was swoim błogosławieństwem a Maryja, Matka Kapłanów wypraszała wam wszelkie potrzebne łaski.

 

Podążać drogą modlitwy

Trwajcie więc cierpliwie, aż do przyjścia Pana. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny. Tak i wy bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie. [Jk 5,7-8]

Nasze życie jest nieustannym procesem. Sam Jezus nazwał siebie „Drogą” (J 14, 6). Ku czemu zmierza ten proces i na czym polega? Jaki jest cel i sens życia w rozumieniu chrześcijańskim? Pismo Święte odpowiada na te pytania i daje nam szereg wskazówek, jak podążać za Jezusem. Ale sama lektura Pisma świętego – jak zwykł mawiać arcybiskup Anthony Bloom – to jeszcze za mało. To trochę tak, jak czytanie przewodnika. Jednak bez wyruszenia w drogę, bez chęci naśladowania Chrystusa w życiu na niewiele się to zda. Dla autora „Odwagi modlitwy” takim wejściem na drogę i uczynieniem na niej pierwszego kroku jest właśnie modlitwa.

Oczywiście na początku naszej drogi modlitwy będziemy potrzebowali przewodników, nauczycieli, czy chociażby doradców, którzy pomogą nam odnaleźć najlepszą dla nas drogę i ustrzec się niepotrzebnych błędów.  Przychodzi jednak taki moment w doświadczeniu modlitwy, gdy staje się ona bardzo osobistą drogą, nacechowaną czymś niepowtarzalnym. Tę niepowtarzalność wspomniany arcybiskup Anthony Bloom nazywa „naszą własną, osobistą odpowiedzią serca”.

To bowiem właśnie zaangażowanie naszego serca w modlitwę najlepiej definiuje rolę, jaką modlitwa w ogóle odgrywa w naszym życiu i w naszym podążaniu drogą Jezusa.

Jednym z podstawowych błędów, jaki popełnię wielu chrześcijan jest traktowanie modlitwy w wymiarze obowiązku do wypełnienia. Być może to przekonanie wyniesione z domu, z lat dziecięcych i nigdy nieprzepracowane, ale sprawiające często, że modlitwa staje się dodatkowym ciężarem, zamiast być dla nas oparciem.

Tymczasem modlitwa jest przede wszystkim spotkaniem z Bogiem-Osobą, jest odnalezieniem się w relacji „ja – Ty” z Bogiem –Przyjacielem i Ojcem i zgodą na Boże prowadzenie z zaufaniem, ale i na Jego działanie w naszym życiu według Jego reguł. To drugie przyzwolenie jednak jest zawsze następstwem pierwszego. Nie damy Bogu przyzwolenia na to, aby działała w naszym życiu według Jego woli i planów, dopóki Mu nie zaufamy. A zatem wzrastanie w zaufaniu, to jedna z pierwszych postaw, jakie powinna wykształtować w nas modlitwa. „Oczywiście na całkowite zaufanie Bogu trzeba niejednokrotnie czasu, ale jeśli modlitwa w konsekwencji nie prowadzi do niego – napisze Anthony Bloom – to znaczy, że się źle modlimy”.  Być może ciągle źródłem braku zaufanie jest to, że pozostajemy ciągle na płaszczyźnie modlitwy, jako obowiązku do wypełnienia a relację z Bogiem traktujemy, jako służbę, która trzeba wykonać wobec swego Pana, gdy tymczasem Bóg pragnie, aby modlitwa stawała się przestrzenią przyjaźni i odkrywania Jego bliskości.  Jedną z najstarszych form medytacji chrześcijańskiej jest Modlitwa Jezusowa, zwana także modlitwą serca.

„Modlitwa to zaproszenie do tego, aby dać się Panu Bogu poprowadzić, by zobaczyć, że nic w naszym życiu z Bogiem nie jest przypadkowe. Wymaga od nas otwarcia się, ale daje więcej niż możemy się spodziewać” – napisze na swoim blogu podróżnik, Marek Kamiński

A przywoływany już dzisiaj arcybiskup Anthony Bloom doda, że: „ Modlitwa, to uprzywilejowana, choć nie zawsze prosta ścieżka rozwoju naszego człowieczeństwa i jednoczenia się z jego źródłem – Bogiem”. Nic jednak bardziej niż właśnie ona nie daje nam okazji do odkrycia i przeformułowania wielu postaw życiowych i tego, co może nas zbliżać, a co oddalać od Boga.

Modlitwa, jaką proponujemy  jest prostą i jedną z najstarszych form medytacji chrześcijańskiej, określanej inaczej mianem Modlitwy Jezusowej, czy też modlitwą serca. Korzeniami sięga ona Ojców Pustyni z IV wieku, a na górze Athos, czy w kościele wschodnim, którego przedstawicielem jest wielki nauczyciel modlitwy – arcybiskup Anthony Bloom praktykowana jest od ponad 1000 lat. Jest też tą forma praktyki modlitewnej, którą św. Jan Paweł II określił mianem „oddychania dwoma płucami chrześcijaństwa, czerpiącego z nieprzebranego bogactwa duchowości Wschodu i Zachodu, prowadzącej do jedności i harmonii naszego serca”.