Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pozorna niemoc Boga

Bywa tak, że w życiu doświadczamy czegoś, co można by określić mianem pozornej niemocy Boga. Obraz takiej sytuacji opisuje dzisiejsza perykopa ewangeliczna ze wskrzeszeniem Łazarza. Ale w działaniu Boga nic nie jest przypadkowe. Bóg nawet, gdy po ludzku może się wydawać, że spóźnia się z odpowiedzią na ludzką prośbę tak naprawdę zawsze przychodzi na czas.

Po ludzku sądząc, gdy Chrystus dowiedział się o chorobie swojego przyjaciela Łazarza powinien natychmiast przybyć do Betanii. Tymczasem Nauczyciel, jakby celowo opóźnia swoje przyjście, choć z miejscowości, w której przebywał do domu Łazarza i jego sióstr Marii i Marty było zaledwie parę kilometrów. Dopiero, gdy Łazarz zmarł podejmuje decyzję, aby wyruszyć w drogę, ale gdy przychodzi wydaje się, że jest już za późno by mógł coś zrobić…

W tym wydarzeniu – podkreślmy to raz jeszcze – nic nie jest przypadkowe. Betania to miejscowość, w której co prawda Jezus miał swoich przyjaciół w osobach Marty, Marii i Łazarza, ale to także wioska, w której raz chciano Go ukamienować za to, że Boga nazywał swoim Ojcem. Nie bez powodu chciał właśnie w tym miejscu dokonać cudu, który będzie bezdyskusyjny i który może wynikać tylko z Bożej mocy.

Ta scena ewangeliczna odsłania także coś z prawdy o Jezusowym sercu. Ewangelista odnotował, że Jezus na wieść o śmierci Łazarza zapłakał. Fakt ten uzmysławia nam, że Chrystus nie kierował się w swoim działaniu jedynie chłodną wolą, ale współczuł człowiekowi, z którym się spotykał aż do łez. To też pokazuje bardzo delikatną i czułą psychikę Mistrza z Nazaretu.

Bóg nie poprzestaje jednak tylko na współczuciu. Chrystus przez swoje działanie pokazuje namacalnie, co znaczą słowa, że On jest zmartwychwstaniem i życiem.   Któż bowiem poza Bogiem ma taką moc, żeby wskrzesić człowieka, który „już cuchnie”. 

Ta scena pokazuje bardzo mocno, że śmierć fizyczna czy duchowa nie stanowi przeszkody dla Boga do ożywienia człowieka. Kiedy więc ktoś popada w grzechy, nałogi, kiedy odchodzi nie wolno popadać w rozpacz. Bóg ma moc wszystko przemienić. Warto w takim wypadku przypominać sobie słowa skierowane przez Chrystusa do Marii: „Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą!”

Tak często sami, przez nasze postępowanie, nasze wybory budujemy sobie grób. To może być grób pychy, egoizmu, zawiści… Gdybyśmy potrafili poczuć swąd naszych zadawnionych win, zaniedbań, zranień, zobaczylibyśmy, że niejednokrotnie doprowadzamy się w wymiarze duchowym do podobnego stanu, w jakim znalazł się Łazarz. I bywa, że już tak mocno człowiek zamknie się w swoim grobie obojętności, braku wrażliwości, pychy, nałogów czy egoizmu, że ani o własnych siłach, ani przy pomocy innych nie jest w stanie z niego wyjść. Wówczas jest tylko Jeden mający moc wydobyć nas z mroku naszego duchowego grobu, jeśli Go o to poprosimy.

Dużo łatwiej po ludzku docenić i zachwycić się cudami będącymi fizycznymi uzdrowieniami niż tymi, których On dokonuje w sercu człowieka pogrążonym w mroku duchowego grobu. Tymczasem z perspektywy wiary i zbawienia te drugie są stokroć ważniejszymi cudami.

„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie.  Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?” (por. J 11,3-7.17.20-27.33b-45).  Jezus zwraca się do Marty, pytając o jej wiarę. Jest to jednak pytanie do każdego wyznawcy Chrystusa: czy wierzysz, że wiara chrześcijańska, wiara w Chrystusa oraz życie w Nim dają ci nieśmiertelność? Może zapytasz: czyżby to było takie proste – zwyczajnie: uwierz, a radykalnie niewyobrażalna rzeczywistość po prostu zaistnieje? Czy zmartwychwstanie nie powinno więcej kosztować, być trudniejsze do zdobycia? Ależ tak! Cały koszt i trud poniósł Jezus. Dla nas pozostał koszt i trud wiary w Niego. Ta wiara zapewnia, że choćbyś umierał z powodu swojego grzechu, z powodu swojego egoizmu i pychy tysiące razy, życie dalej będzie w tobie; choćbyś umarł w sposób fizyczny i ciało twe przestało funkcjonować, będziesz miał życie w swoim ciele. Jezus Chrystus jest bowiem Bogiem stwarzającym na nowo.

Wielkopostne zamyślenia c. d.

Z racji przeżywanej dzisiaj pierwszej soboty miesiąca jak zwykle poświęconej Niepokalanemu Sercu Maryi pozwalam sobie przytoczyć w ramach wielkopostnych rozmyślań słowa arcybiskupa Fultona J. Sheen’a. Ciekawe i tchnące nadzieją a przy okazji wiele mówiące o muzułmanach, z perspektywy, z której wielu ludzi ich nie zna:

Nienawiść krajów muzułmańskich wobec Zachodu staje się obecnie nienawiścią wobec chrześcijaństwa. Istnieje poważne zagrożenie, że doczesna siła islamu powróci, a wraz z nim powróci niebezpieczeństwo, iż pokona on Zachód, który przestał być chrześcijański, aby utwierdzić się jako wielka antychrześcijańska siła w świecie. Muzułmańscy pisarze mówią: Gdy szarańcza obsiądzie czarną chmarą niezmierzone kraje, będzie ona niosła na skrzydłach te oto arabskie słowa: jesteśmy tłumem Boga, każdy z nas ma dziewięćdziesiąt dziewięć jaj, a gdybyśmy mieli ich sto, spustoszylibyśmy świat wraz ze wszystkim, co się na nim znajduje – pisał Arcybiskup Fulton J. Sheen.

Pytanie brzmi: W jaki sposób powinniśmy zapobiec wykluciu z setnego jaja? Jestem mocno przekonany, że obawy dotyczące muzułmanów nie ziszczą się, lecz że wyznawcy islamu nawrócą się w końcu na chrześcijaństwo i stanie się to w sposób, którego nie spodziewają się nawet nasi misjonarze. Wierzę, że stanie się to nie poprzez bezpośrednie głoszenie nauki chrześcijańskiej, lecz przez wezwanie muzułmanów do oddawania czci Matce Boga. Oto moja linia argumentacji:

Koran, który jest świętą księgą muzułmanów, zawiera wiele ustępów dotyczących Najświętszej Dziewicy. Przede wszystkim Koran wierzy w Jej Niepokalane Poczęcie i w dziewicze narodzenie Jezusa. Trzecia sura Koranu sytuuje historię rodu Maryi w genealogii, która sięga do czasów Abrahama, Noego i Adama. Gdy porównamy opis narodzin Maryi w Koranie z apokryficzną ewangelią narodzin Maryi, można pokusić się o wniosek, że Mahomet bardzo mocno opierał się o to ostatnie źródło. Obie księgi opisują zaawansowany wiek i niewątpliwą bezpłodność matki Maryi. Gdy Anna zachodzi w ciążę, mówi ona według Koranu: O, Panie, ślubuję i poświęcam Ci to, co już jest we mnie. Przyjmij to ode mnie*.

Gdy Maryja przychodzi na świat, jej matka mówi: Oddaję ją z całym jej potomstwem pod Twoją opiekę, o Panie, przeciw szatanowi!

(…) Koran zawiera również wersety poświęcone Zwiastowaniu, Nawiedzeniu i Narodzeniu.  Aniołowie przedstawieni są, jako towarzysze Matki Najświętszej, którzy mówią do Niej: O, Maryjo, Bóg Cię wybrał i oczyścił i wywyższył Cię ponad wszystkie niewiasty na ziemi. W dziewiętnastej surze Koranu znaleźć można czterdzieści jeden wersetów poświęconych Jezusowi i Maryi. Obrona dziewictwa Maryi zawarta w Koranie jest tak silna, że w czwartej księdze potępia on żydów za ich potworne oszczerstwa przeciwko Dziewicy Maryi.

Maryja jest zatem dla muzułmanów prawdziwą Sayyidą, czyli Panią. Jej jedyną ewentualną poważną rywalką w ich wyznaniu wiary mogłaby być Fatima, córka samego Mahometa. Lecz po śmierci Fatimy Mahomet napisał: Będziesz w raju najbardziej błogosławioną spośród niewiast, zaraz po Maryi. W innej wersji tego tekstu w usta Fatimy włożone są słowa: Przewyższam wszystkie kobiety, z wyjątkiem Maryi.

W ten sposób dochodzimy do drugiej kwestii, a mianowicie pytania, dlaczego Najświętsza Maryja Panna objawiła się w niepozornej wiosce Fatima, aby przyszłe pokolenia znały Ją jako Matkę Boską z Fatimy. Ponieważ wszystko, co przychodzi z Nieba, cechuje się niesłychanym dopracowaniem szczegółów, wierzę, że Maryja wybrała imię Matki Boskiej z Fatimy, jako dowód i znak nadziei dla muzułmanów i jako zapewnienie, że ci, którzy okazują Jej tak wiele szacunku, pewnego dnia uznają również Jej Boskiego Syna.

Dowody na poparcie tej tezy znaleźć można w faktach historycznych; muzułmanie przez stulecia okupowali Portugalię. W czasie, gdy wreszcie zostali oni wypędzeni, ostatni dowódca muzułmański miał piękną córkę o imieniu Fatima. Zakochał się w niej katolicki chłopak, i dla niego nie tylko została ona w Portugalii, ale przyjęła też wiarę. Młody mąż był w niej tak zakochany, że zmienił nazwę miasteczka, w którym żył i nazwał je Fatima. I tak oto miejsce, w którym Maryja objawiła się w 1917r., jest historycznie powiązane z Fatimą, córką Mahometa.

Ostateczny dowód związków Fatimy z muzułmanami przejawia się w entuzjastycznym przyjęciu statuy Matki Bożej Fatimskiej przez wyznawców islamu podczas jej peregrynacji po krajach Afryki i w Indiach. Muzułmanie brali udział w nabożeństwach katolickich, aby uczcić Najświętszą Maryję Pannę, zezwolili na procesje religijne i nawet na to, aby modlitwy odmawiane były przed meczetami; w Mozambiku muzułmanie zaczęli nawracać się na chrześcijaństwo, gdy tylko wzniesiono tam pomnik Matki Bożej Fatimskiej.

Misjonarze w przyszłości będą coraz lepiej rozumieć, że sukces ich apostolatu wśród muzułmanów będzie uzależniony od stopnia, w jakim będą oni nauczali o Matce Boskiej Fatimskiej. Maryja jest adwentem Chrystusa, ponieważ przyniosła Ona ludziom Chrystusa, zanim się On narodził. W każdym wysiłku apologetycznym zawsze najlepiej jest zacząć od tego, co ludzie już akceptują. Ponieważ muzułmanie mają nabożeństwo do Maryi, nasi misjonarze powinni zadowolić się szerzeniem i rozwijaniem tego nabożeństwa, zdając sobie w pełni sprawę z tego, że Maryja sama dalej poprowadzi muzułmanów do swego Boskiego Syna. Jest ona odwieczną zdrajczynią w tym sensie, że nigdy nie zatrzymuje dla siebie skierowanego do Niej nabożeństwa, lecz zawsze doprowadza Ona tych, którzy mają do Niej nabożeństwo, do Jej Boskiego Syna. Podobnie jak Ci, którzy tracą nabożeństwo do Niej, tracą wiarę w boskość Chrystusa, tak i ci, którzy wzmacniają nabożeństwo do Maryi, stopniowo umacniają się w tej wierze.

Wielu spośród naszych wielkich misjonarzy udało się dzięki czynom miłosierdzia, dzięki szkołom i szpitalom, przełamać gorzką nienawiść i uprzedzenia żywione przez muzułmanów wobec chrześcijan. Pozostaje zatem zastosować inny sposób, a mianowicie wziąć czterdziestą pierwszą surę Koranu i pokazać muzułmanom, że została ona zapożyczona z Ewangelii św. Łukasza, że nawet w ich oczach Maryja nie mogłaby być najbardziej błogosławioną spośród wszystkich niewiast w niebie, gdyby nie zrodziła Ona tego, który był Zbawicielem świata. Skoro Judyta i Estera ze Starego Testamentu były prefiguracją Maryi, jest też możliwe, że Fatima miała być Jej postfiguracją. Powinno się zatem przygotowywać muzułmanów do uznania faktu, że skoro Fatima – pod względem oddawanej jej czci – musi ustąpić miejsca Matce Bożej, jest tak, ponieważ Maryja różni się od wszystkich innych matek na świecie i ponieważ bez Chrystusa byłaby Ona nikim.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

[Nota o autorze: Peter John Sheen czyli Fulton John Sheen (ur. 8 maja 1895 w El Paso, zm. 9 grudnia 1979 w Nowym Jorku) – amerykański duchowny katolicki, biskup pomocniczy Nowego Jorku, biskup Rochester i arcybiskup tytularny Newport. Wybitny teolog i filozof. Wykładowca Uniwersytetu w Waszyngtonie. Szeroki rozgłos zyskał jednak, jako kaznodzieja, rekolekcjonista i nauczyciel. Od 1930 prowadził audycję radiową, której słuchało 4 mln. Amerykanów. Głośne były nawrócenia ważnych osobistości pod wpływem jego nauk radiowych.
11 czerwca 1951 został biskupem pomocniczym Nowego Jorku. Tego samego roku rozpoczął cykl cotygodniowych programów telewizyjnych pt. Life is Worth Living. Audycja biła rekordy popularności. Był to cykl wykładów na różne tematy prowadzone przez biskupa na żywo. Program powstawał w latach 1951-1957 i 1961-1968.
21 października 1966 został biskupem Rochester. Zrezygnował z tej funkcji w 1969. Do końca życia znany był, jako płomienny mówca, a kazania które głosił przyciągały tłumy. Zachowało się wiele nagrań z jego wystąpień. Napisał 66 książek i wiele artykułów. Tempa życia nie zwolnił nawet, gdy okazało się, że jest chory na serce. Podczas wizyty Jana Pawła II w Nowym Jorku w październiku 1979 Sheen został nazwany przez papieża „wiernym synem Kościoła”. Zmarł 2 miesiące później w swej kaplicy w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu.
W 2002 otwarto jego proces beatyfikacyjny. 28 czerwca 2012 roku Benedykt XVI zatwierdził dekret o heroiczności cnót arcybiskupa. Od tego momentu przysługuje mu tytuł Czcigodny Sługa Boży.]

Wielkopostne zamyślenia c. d.

Od kilku dni Ewangelia zatrzymuje nas na fragmentach, których głównym przesłaniem jest zamknięcie człowieka na słowo Boże przyniesione przez Jezusa. Nauczyciel z Nazaretu spotyka się nie tylko z głuchotą ludzi, ale coraz częściej z odrzuceniem Jego przesłania i Jego samego. 

Czytając te słowa i spoglądając na współczesną Europę pomyślałem sobie, że historia Ewangelii ciągle się powtarza, tyle , że w nowej odsłonie. 

Mimo to Bóg jest wytrwały i niezmienny w swojej miłości. On nieustannie posyła swojego Syna – Słowo na poszukiwanie człowieka zagubionego, poranionego, zapatrzonego i zasłuchanego bardziej w siebie niż w Boga. To przypomina także nam – współczesnym świadkom Chrystusa, że nie wolno nam się zniechęcać, ponieważ ostatecznie jesteśmy uczestnikami ostatecznego zwycięstwa Chrystusa, choćby pozornie wydawało się, że przegrywamy z mentalnością i przemocą tego świata.

Niech puentą tego rozważania będą słowa Chrystusa, który wkłada je w usta św. Brata Alberta w czasie rozważań Drogi Krzyżowej:

Dlaczego nie wierzysz mi, dlaczego jesteś smutny, boisz się ludzi i tego co świat niesie. A przecież Ja daję ci wiarę, nadzieję i miłość, które zawieść nie mogą. Sprawdziłeś to przecież. Patrzysz na grób mój, już nie długo będzie on pusty, wszak powiedziałem ci, że żyć będę, a ty ze mną, że zwyciężę, a ty razem ze mną, że śmierć pokonam i grzech, i że Moje życie i łaska panować będą w twoim sercu. Więc podnieś głowę, uśmiechnij się, bądź promienny nadzieją, i nie martw się o jutro, bo Ja, Zmartwychwstanie i Życie, jestem z tobą i będę w tobie, jeśli Mnie pokochasz i podasz mi rękę.

 

Wielkopostne zamyślenia c. d.

Gdybyście wierzyli Mojżeszowi, to i Mnie wierzylibyście  (J 5, 31-47)

Słowa Jezusa mogą wydawać się nam dosyć enigmatyczne, niejasne. W przeciwieństwie do Żydów, dla których przesłanie Jezusa było oczywiste. Może to znak, jak daleko odeszliśmy od słowa Bożego i od poważnego traktowania Go. Dla pobożnego Żyda słowo Boże było czymś fundamentalnym. Używając znanego dziś powiedzenia były oczywistą oczywistością, czymś bardziej realnym niż to, czego doświadczali każdego dnia. To bowiem czego doświadczali mogło być iluzją, mogło być podszyte emocjami, wykrzywione przez ludzki sposób patrzenia, ale słowo Boże nigdy. Dlatego na nim można było się oprzeć bez reszty, zaufać mu bez zastrzeżeń.

Dlatego to, co Pismo Święte mówiło o Mesjaszu, który miał nadejść dla Żyda było bezdyskusyjne. Podobnie wyraźnym znakiem mesjańskim były dokonywane przez Jezusa cuda. W końcu to właśnie Pisma mówiły o konkretnych znakach, po których będzie można bezbłędnie Go rozpoznać. Wspomnienie Mojżesza w dzisiejszej Ewangelii odwołuje się do obietnicy, którą otrzymał on od Boga w Księdze Powtórzonego Prawa (por. Pwt 18,18). A obietnica Boga była zawsze niezawodna.

Najważniejszym przesłaniem dzisiejszej Ewangelii jest to, że słowa i czyny Jezusa potwierdzają świadectwo, jakie o Nim daje Ojciec. Boże słowo nie tylko zapowiada Mesjasza. Ono jest wypowiedzianą obietnicą, czyli wypowiedzianą miłością. Zapowiedź Mesjasza jest jak przysięga, którą składa Bóg człowiekowi, chcąc w niej zawrzeć cała swoją miłość do niego i wzbudzić poczucie Bożej troski i odpowiedzialności, za człowieka, którego stworzył.

Dzisiejsza Ewangelia przestrzega też przed dwiema postawami, które utrudniają, czy wręcz uniemożliwiają spotkanie Boga w Jego słowie. Pierwsza to postawa zniecierpliwienia. Druga postawa to ciągłe badanie, analizowanie, próbę zrozumienia słowa Bożego jedynie umysłem a nie sercem. Zakłada ona pewność, że uda się nam odkryć prawdę, która bardziej przypomina receptę na wieczną szczęśliwość niż doprowadzi nas do spotkania z Bogiem.

Zobaczmy, z jaką miłością w dzisiejszej Ewangelii Jezus wypowiada się o Ojcu. Czy mówienie i myślenie o Boga w taki sposób jest także naszym udziałem? Jeśli nie, to jak mamy być Jego wiarygodnymi świadkami?

Warto też dostrzec, z jaką determinacją Jezus walczy, aby dotrzeć do serc słuchających Go, po to, aby ten dialog ostatecznie doprowadził ich do prawdziwej wiary. Dziękujmy za tę pełną miłości determinacje Boga, z jaka walczy On o serce każdego człowieka.

Milczenie, które prowadzi do nas samych

Albowiem jak Ojciec ożywia umarłych, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia. (J 5,20-25)

Jakiś czas temu miałem okazję wypić kawę z moim dobrym znajomym, na co dzień pisarzem, scenarzystą i reżyserem teatralnym a w głębszym wymiarze oblatem benedyktyńskim. Opowiadał mi, że ostatnio zaproszono go, aby był jednym ze współprowadzących rekolekcje w opactwie w Tyńcu. Powiedział mi, że to już któreś z kolei rekolekcje, które prowadzi i które pozostawiają w nim dziwne wrażenie, że uczestnicy traktują je bardziej jako element jakiegoś psychicznego spa niż głębokie doświadczenie duchowe.

Stwierdzenie to współgra z niedawno przeczytanym przeze mnie stwierdzeniem jednego z cenionych teologów życia wewnętrznego, że „w modlitwie współczesnego człowieka coraz częściej brak miejsca dla Pana Boga”. Może to szokować, ale nie dziwi tych, którzy mają do czynienia z towarzyszeniem czy doradztwem duchowym. Dzisiaj często bywa tak, że otwierając życie duchowe przez różnego rodzaju warsztaty, ćwiczenia czy seminaria dla ludzkiej psychiki, przestano je otwierać na Boga.

Św. Ignacy Loyola w swoich Ćwiczeniach Duchowych pisze: „Człowiek został stworzony, aby Boga, naszego Pana wielbił, okazywał Mu cześć i służył Mu – dzięki czemu zbawi swoją duszę”. Zdaniem autora Duchowych ćwiczeń cały świat i wszystko, co się w nim znajduje, a zwłaszcza to, co odnosi się do życia duchowego powinno człowiekowi służyć pomocą w zmierzaniu do celu, dla którego został stworzony. Problem współczesnego człowieka, także chrześcijanina jest to, że gubi on często ten zasadniczy cel, rozdrabniając się na poboczne cele a miejsce Boga, któremu powinien służyć i oddawać cześć zamienia dyskretnie swoim własnym „ja”, co niepostrzeżenie, ale konsekwentnie i skutecznie potrafi odwrócić go od Boga, pod pozorami tego, że ciągle Mu służy.

Ciekawe jest to, że św. Ignacy w swoich propozycjach ćwiczeń, które prowadzą do odpowiedzi na najważniejsze pytania: Kim jestem, po co i dlaczego żyję, dokąd zmierzam…? – a zatem proponując nam drogę powrotu do siebie (bo tylko w głębi serca możemy rozpoznać głos Chrystusa i zmierzyć się z prawda o sobie), największe znaczenie przykłada nie do duchowego kierownictwa, nie do sakramentów, nawet nie do lektury słowa Bożego a do MILCZENIA.

Ktoś, kto nie spędził w ciszy wielu godzin i dni nie zdaje sobie sprawy jak bardzo może boleć i niepokoić milczenie, od którego nie da się uciec, dzięki któremu możemy się skonfrontować z tym, co jest w nas zarówno prawdziwe jak i fałszywe. Wielcy nauczyciele życia duchowego (Jan Kasjan, Ewargiusz z Pontu, św. Benedykt) byli zgodni, że milczenie jest najlepszą szkołą pokory i największym wrogiem pychy, która lubi oklaskiwanie i hałas tak bardzo przynależne współczesnemu światu i skutecznie zagłuszające Boga i Jego mowę. Wilfrid Stinnissen zwykł mawiać: „Milczenie uczy nas pokory wobec Boga, zaś pokora wobec Boga zawsze będzie przeciw światu, w którym żyjemy, lecz to my musimy wybrać, dla kogo chcemy żyć: dla Boga czy dla świata”. Zaś T. Merton doda: „najlepsza modlitwa, to najprostsza modlitwa.”

I taką też formę proponuje medytacja, którą praktykujemy. Zawiera ona w sobie te elementy, które wydają się być dla prawdziwej modlitwy najważniejsze: prostotę, bezruch, milczenie i danie pierwszeństwa Bogu, który przemawia w głębi naszego serca, przed naszym gadulstwem.

Jest to wreszcie modlitwa, która uzmysławia nam Bożą Obecność i fakt, że nie można nie być w Jego Obecności.