Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pamiętając o tych, którzy poprzedzili nas na ścieżkach medytacji (5)

W tygodniu modlitwy za zmarłych pragnę przywołać dzisiaj postać ojca Jacka Bolewskiego – jezuity, profesora teologii, dla wielu ojca duchowego i nauczyciela modlitwy medytacyjnej, jednego z pionierów dialogu międzyreligijnego w Polsce. To dzięki jego wsparciu i otwartości mogła pojawić się pierwsza w Warszawie grupa medytacji chrześcijańskiej przy kościele oo. Jezuitów na ul. Rakowieckiej, która istnieje do dzisiaj. Niektórzy pamiętają jeszcze postać ojca Jacka i organizowane przez niego sesje oraz konferencje poświęcone zarówno problematyce medytacji jak i dialogu międzyreligijnego. Przed wstąpieniem do zgromadzenia studiował fizykę. Do Towarzystwa Jezusowego wstąpił w 1970 roku, studiował m. in. we Włoszech i w Niemczech. Do 2007 r. był dziekanem Wydziału Teologii sekcji „Bobolanum” Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie, gdzie wykładał teologię dogmatyczną, filozofię przyrody, eschatologię i mariologię. Autor wielu książek, m.in. Prosta praktyka medytacji (1992), Nic jak Bóg. Postacie iluminacji Wschodu i Zachodu (1993), Sztuka u Boga. Duchowość obecna w twórczości (1998), Zająć się Ogniem. Odkrywanie duchowości ignacjańskiej (2001), Objawienie Szekspira (2002), Misterium Mądrości. Traktat sofio-mariologiczny (2012). 

 

182px-jacekbolewski

W książce p.t. „Inicjacja mądrości. Dla życia, duchowości, teologii”, pisał:

Poszukiwanie Mądrości wymaga drogi, która do niej prowadzi. Biblia poświadcza, że przewodniczką staje się sama Mądrość. Istotna kwestia nie dotyczy więc inicjacji „w” Mądrość, lecz inicjacji Mądrości – dzięki Niej, która tego dokonuje. Wszystko dzieje się przy Jej udziale, trzeba tylko to zauważyć: otworzyć się na Nią, dać się prowadzić. Jedną z takich dróg jest medytacja…

Wierzyć w życie wieczne

Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją”. (Łk 20, 38)

Nad dwiema kwestiami przywołanymi w dzisiejszej Liturgii Słowa warto się zatrzymać. Pierwsza – na którą zwraca uwagę Księga Machabejska, to prześladowanie. Mam na myśli zwłaszcza prześladowanie chrześcijan, które w XXI wieku chlubiącym się z zabiegania o wolność i godność człowieka wcale nie ustaje a może i przybiera na sile. Obserwując współczesny świat można odnieść wrażenie, że podobnie jak w przypadku przywołanego w pierwszym czytaniu władcy toleruje on wolność i godność człowieka, pod warunkiem, że mieści się ona w uznanych przezeń granicach. Każdy inny przejaw myślenia to wróg, z którym trzeba walczyć wszystkimi siłami.

W kończącym się roku miłosierdzia warto zadać sobie pytanie, czy nie pozostaję obojętny wobec faktu, że każdego roku w świecie umiera za swoją wiarę 100 tysięcy naszych sióstr i braci w Chrystusie? Czy staram się o nich walczyć moją modlitwą, wspieraniem inicjatyw mających na celu obronę chrześcijan? Jesteśmy pełni podziwu i uznania dla tych wszystkich prześladowanych za wiarę w różnych zakątkach świata a jednocześnie tak trudno nam samym przyznać się do naszej wiary w naszych środowiskach, choć nie zabrania nam się tego publicznie, choć nie grozi nam za to śmierć lub wygnanie z kraju… Dlaczego często brakuje nam odwagi by uczynić np.. znak krzyża przed posiłkiem w restauracji, by wyciągnąć różaniec w tramwaju czy autobusie, czy by bronić Kościoła, który jest dla nas przestrzenią duchowego wzrostu, przed obrzucaniem go błotem przez innych? Dlaczego często ważniejsza jest dla nas opinia innych niż wierność Ewangelii?  Może ci prześladowani dzisiaj za wiarę w Chrystusa powinni być dla nas wyrzutem sumienia…

Drugą kwestią, na którą zwraca uwagę dzisiejsza Liturgia Słowa jest nasza wiara w życie wieczne. Święty Paweł napisze w drugim czytaniu: „Nie wszyscy mają wiarę.” Znajdziemy dzisiaj wielu takich, którzy nie wierzą w zmartwychwstanie, jak ewangeliczni saduceusze. Często z powodu zbyt racjonalistycznego podejścia do życia. Choć ani rozum ani nauka nie dadzą nigdy odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące sensu świata, człowieka, życia i śmierci. Nie oznacza to, że wiara jest sprzeczna z rozumem. Wiara chroni rozum od pułapki zamknięcia się w sobie, od przekonania, że człowiek wszystko może zrozumieć i wyjaśnić.

Zmartwychwstanie oznacza nadzieję na nowe trwanie poza śmiercią. Nie zawsze jednak język rozumu czy nauki jest adekwatny, aby opisać tę rzeczywistość. Podobnie jest z wieloma innymi kwestiami, które są naszym udziałem. Weźmy na przykład takie doświadczenie jak „miłość”. Czy nie dużo lepiej opisuje ją poezja, sztuka niż rozum czy nauka? A przecież miłość nie jest złudzeniem. Podobnie jak życie po śmierci, w które wierzą ludzie wszystkich religii świata. Wiara otwiera nas na rzeczywistość dużo większą niż ludzkie możliwości pojmowania, co nie znaczy, że nierealną…

Saduceusze wbrew pozorom nie bez sensu wiążą pytanie o zmartwychwstanie z małżeństwem, z miłością. Choć życie małżeńskie nie zawsze przypomina niebo, to w akcie miłości Bóg uczy człowieka na czym polega obdarowanie nawzajem sobą, aby zbudować wspólnotę miłości. Jeśli więc pytamy o wieczność, to słusznie intuicja podpowiada nam pytanie o miłość?

I dzisiejsza odpowiedź Jezusa właśnie w tę stronę kieruje nasze refleksje o zbawieniu. W niebie będzie nieskończenie więcej miłości niż na ziemi. O ile w ludzkiej miłości znajdujemy jedynie obraz miłości Bożej, to w niebie będziemy mieli do czynienia bezpośrednio z Najwyższą Miłością – Bogiem. Wszystkie inne ludzkie miłości zbledną wobec ostatecznego zjednoczenia z samym Bogiem. Zmartwychwstanie nie oznacza odcieleśnienia, przeciwnie w odnowionych ciałach staniemy się w pełni, bez zastrzeżeń darem dla Boga a On będzie darem dla każdej i każdego z nas – to jest właśnie „świętych obcowanie”. „Niebo to Ja, to zanurzenie we Mnie i Mojej Miłości bez ograniczeń, jakie stawia ciało. Wówczas wszystko w nas będzie ciągle rosnąca miłością, pokojem, ukojeniem, radością i odczuciem pełni. To nasycenie szczęśliwością na zawsze” [Z objawień udzielonych polskiej mistyczce Alicji Lenczewskiej]

Oto istota nieba – życie dla Boga. Po grzechu Zmartwychwstanie nie jest jednak czymś, co się nam należy! To jest dar, który można otrzymać, jako owoc relacji z Bogiem. Kto żyje z Nim i dla Niego i wchodzi w tę bliską relację, będzie mógł cieszyć się owocami tej relacji na zawsze. Ale kto nie chce żyć w bliskiej relacji z Bogiem już tutaj na ziemi, Bóg nie będzie zmuszał go, aby tę relację dzielił także w wieczności. Z tej perspektywy warto zastanowić się jak odpowiadamy już dzisiaj na zaproszenie do miłości i przyjaźni z Bogiem. Bo wieczność to konsekwencja naszych obecnych wyborów a nie naszych iluzji, jakie nosimy o sobie…

Pamiętając o tych, którzy poprzedzili nas na ścieżkach medytacji (4)

Ojciec John Main OSB, to postać, której nikomu medytującemu w tradycji chrześcijańskiej nie trzeba przedstawiać. Urodził się w 1926 r. Jego rodzice byli Irlandczykami. Studiował prawo w Dublinie, pod koniec wojny służył w armii, był dziennikarzem, pracował w Brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych na Malajach. Tam poznał hinduskiego mnicha, który nauczył go praktyki medytacji. Mając 33 lata wstąpił do benedyktynów w Londynie. Teologię studiował w Rzymie podczas II Soboru Watykańskiego. Śluby monastyczne złożył i przyjął święcenia kapłańskie w 1963 r. W tradycji Ojców Pustyni odkrył praktykę medytacji, przekazaną Zachodowi przez Jana Kasjana. Praktyka ta podobna była do tej, jakiej nauczył się na Malajach. Nazwał ją Medytacją Chrześcijańską. W 1977 założył klasztor benedyktyński w Montrealu, który zainspirował jeden z ruchów odnowy kontemplacyjnej w Kościele. Ojciec John Main zmarł w Montrealu w 1982 r.

main

Poniżej słowa o. J. Maina z cyklu „12 nauk do medytujących”:

Współczesny człowiek jest w stanie głębokiej dezorientacji, ponieważ złożoność i fragmentaryzacja życia oddziałuje destrukcyjnie na jego osobowość. Pytanie, które sobie zadaje nie jest wyłącznie zarezerwowane dla wierzących. Każdy, wierzący lub nie, zastanawia się, w jaki sposób nawiązać kontakt z samym sobą? Jak odbudować poczucie wewnętrznej pewności – pewności rozumienia, że moje życie ma źródło? Są to pytania, które trzeba stawiać i trzeba też starać się na nie odpowiedzieć, ponieważ bez podstawowej pewności w znaczenie własnego istnienia nie nabierzemy odwagi, by porzucić własne ego i wyjść na spotkanie drugiego. A bez drugiego nie staniemy się w pełni sobą. Jakiś wewnętrzny instynkt ostrzega nas, że nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania w samoanalizie. Nie możemy skupić się wyłącznie na wybranym aspekcie naszego życia, aby osiągnąć wewnętrzną harmonię i jedność.

Wciąż na nowo odkrywamy, iż rzeczywistość poznawana jest jako niepodzielna całość, a zrozumienie tej całości dokonuje się w milczeniu i ciszy. Wittgenstein, bardziej niż jakikolwiek pisarz, dowodził, że język nie może być uważany za narzędzie poznania prawdy. Mowa staje się rodzajem niekończącej się regresji. Słowa zaczynają się odnosić wyłącznie do innych słów. Dla wielu z nas będzie to wyzwalające odkrycie pod warunkiem, że odważnie za nim pójdziemy, zamilkniemy i wkroczymy w ciszę. Jeśli uda nam się to uczynić, wówczas pierwszą nagrodą będzie świadomość naszej wewnętrznej harmonii. Harmonii, którą odnajdujemy w uważnej modlitwie całym sercem. Ta uważność jest czymś o wiele głębszym, bardziej rzeczywistym od wszystkiego, co myśl, język lub wyobraźnia zdołają pochwycić.

Człowiek, który raduje się życiem – a życie to największy dar – raduje się wewnętrzną jednością. „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie.” – woła psalmista (Ps 139, 14). W medytacji nasza praca polega na tym, abyśmy pozwolili naszej wewnętrznej jedności odbudować się oraz aby rozproszone fragmenty naszego wnętrza scaliły się na nowo w harmonijnym porządku w centrum naszego bytu. Musimy zatrzymać proces dalszej atomizacji naszego życia i ruszyć w drogę do centrum. Kiedy w ciszy medytacji obudzimy świadomość na to centrum, wówczas wyzwolona zostanie siła, będąca samym życiem, mocą Ducha. Tą mocą zostaniemy przemienieni, wewnętrznie zintegrowani, stworzeni powtórnie. Powtarzanie naszej mantry prowadzi nas prosto do tego celu. [fragm. konferencji p.t. „osiąganie wewnętrznej harmonii]

Pamiętając o tych, którzy poprzedzili nas na ścieżkach medytacji (3)

Ojciec William Johnston SJ – to kolejna postać, którą pragnę przywołać w tygodniu pamięci o zmarłych, za których dziękujemy Bogu i których polecamy w naszych modlitwach. Urodził się w Belfaście w 1925r, zmarł w Tokio w roku 2010. W 1943 wstąpił do zakonu Jezuitów. Ponad 50 lat mieszkał w Japonii, gdzie wykładał na Uniwersytecie Sophia w Tokio. Przez całe te lata był czynnie zaangażowany w dialog buddyjsko- chrześcijański. Sam siebie określa jako chrześcijańskiego komtemplatyka pozostającego pod wpływem i czerpiącego z tradycji zenu. Jest autorem licznych książek poświęconych tej tematyce.

johnstn-1

Poniżej fragment wygłoszonej przez niego konferencji „Medytacja, jako droga miłości”:

Chciałbym jeszcze wrócić do medytacji, jako wyrazu miłości, a szczególnie w kontekście relacji międzyludzkich, chociaż nie tylko. W miarę jak stajemy się kontemplatykami w relacji do Boga, to automatycznie przenosi się to na nasze relacje wobec ludzi. Jak dostrzegł to John Main, kluczem do medytacji chrześcijańskiej jest miłość: „Miłość wszystko scala.” I nie jest tutaj ważna moja miłość do Boga, ale miłość Boga do mnie. Medytacja otwiera nas na tę miłość. Siadasz i jedyne co robisz, to trwasz przez 30 minut w gotowości otwarcia. Powtarzasz Maranatha czy modlitwę Jezusową i Boża miłość wlewa się w ciebie na najgłębszym poziomie twego bytu. Jak już mówiliśmy, istnieją różne poziomy świadomości i do przekazu miłości dochodzi na tym najgłębszym poziomie . Św. Jan pisał: „..nie my umiłowaliśmy Boga, ale On sam nas umiłował” (1 J 4,10), i to jest najważniejszy klucz do wszystkiego, o czym tu mówimy. Nie siadamy pewnego dnia przy stole i postanawiamy „Od dziś będę kochał Pana Boga” Nie tak. Raczej otwieramy nasze serca w medytacji na przyjęcie Jego miłości, a nasza miłość do Niego i do ludzi jest już na to przyjęcie automatyczną odpowiedzią. W tym momencie przypomnijmy raz jeszcze słowa św. Jana „… nie my umiłowaliśmy Boga, ale On sam nas umiłował”. Związek między miłością międzyludzką i miłością Boga jest więc bardzo ważny. I ten związek buduje w nas medytacja.

Pamiętając o tych, którzy poprzedzili nas na ścieżkach medytacji…

W kolejnym dniu modlitwy za zmarłych pragnę przywołać pamięć ojca Gerry’ego Pierse’a CSSR.

Ojciec Gerry Pierse (1940—1999), urodził się w Irlandii. W roku 1961, jako seminarzysta, wyjechał na Filipiny. W swojej służbie kapłańskiej pracował głównie w wiejskich placówkach misyjnych. Tej formie apostolatu towarzyszyło jego coraz większe zaangażowanie w modlitwę kontemplacyjną. Nauczanie o. Johna Maina było dla niego źródłem głębokiej inspiracji. Zakładał i prowadził grupy medytacyjne w parafiach i w więzieniach. Wspólnoty medytacyjne na Filipinach i Azji Południowo-Wschodniej były pod wielkim wpływem jego nauczania.

pierse

Poniżej przywołuję cytat z jednej z jego konferencji duchowych na temat medytacji:

„Pójście za Chrystusem jest wezwaniem do bycia uczniem, początkującym, do zaakceptowania prostoty i podporządkowania się dyscyplinie. Wszystkie wyobrażenia duchowe posiadane o nas samych są wielkimi przeszkodami do osiągnięcia prawdziwej duchowości. W liście do Koryntian św. Paweł mówi: „Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (2 Kor 12,10). Poczucie własnej nędzy, słabości i grzeszności jest fundamentalnym warunkiem prawdziwej modlitwy.

Bóg powołuje każdego z nas do pełni życia, do wielkiego poszerzenia naszego potencjału. Pierwszą i podstawową przeszkodą byśmy na to powołanie odpowiedzieli jest nasza zarozumiałość i niechęć naszego ego do przyznania, że aby odnaleźć w nas pełnię życia, musimy podążać prostą drogą. Nasze ego stanowi wielką przeszkodę na drodze do prawdziwej modlitwy, do prawdziwej duchowej wolności. Prawdziwa modlitwa to zanurzenie się w strumieniu modlitwy w naszym sercu, w którym Duch Chrystusa woła nieustannie: „Abba, Ojcze”.

Przebywanie w ciszy otwiera nas na tę modlitwę, i to jest prawdziwa modlitwa, a prawdziwa modlitwa jest przemieniająca. Nie można trwać ciszy w Duchu i w dalszym ciągu podtrzymywać destruktywną złość w stosunku do innych, być pełnym lęku, zazdrości, pragnienia zemsty i pożądliwości. Albo ta modlitwa ustanie, albo te uczucia ulegną oczyszczeniu. W powieści Grahama Greene’a „Moc i chwała” pada takie oto kapitalne zdanie o głównym bohaterze, księdzu alkoholiku, pracującym w Meksyku w czasie prześladowań Kościoła: „Pragnął się modlić, lecz wiedział, że modlitwa jest działaniem, on jednak nie był gotowy na działanie”. Prawdziwa modlitwa eliminuje wszystko to, co z nią jest niespójne. Św. Augustyn wyraził to inaczej, mówiąc: „Kochaj Boga, i czyń, co chcesz”.

A zatem, by się modlić, musimy zaprzeć się samego siebie. Za każdym razem, gdy zaczynamy modlitwę, zaczynamy od początku. Niezbędna jest pokora. Powinniśmy zachować się jak dzieci, akceptując prostą i skuteczna dyscyplinę. Jest wiele różnych sposobów modlitwy, jednak dzięki osobistemu doświadczeniu i doświadczeniu innych, doszedłem do przekonania, że powtarzanie pojedynczego słowa-wezwania ma niezaprzeczalnie nadrzędną wartość”.