Krótka medytacja nad życiem, jego sensem i przemijaniem
Dzień Zaduszny. Dzień, w którym odwiedzamy groby naszych bliskich zmarłych, podejmujemy za nich modlitwę, której po tamtej stronie życia mogą potrzebować jest też dniem, który ze względu na jego wymowę skłania nas często do refleksji nad naszym własnym życiem, nad jego sensem w perspektywie jego przemijalności, ale i tego, co czeka nas po śmierci a raczej tego, czego my oczekujemy z nadzieją.
Jak żyć? To pytanie, które każdy dojrzały człowiek powinien sobie zadawać. Oczywiście najprostszą odpowiedzią jest ta udzielona przez jednego z wielkich współczesnych uczonych: „Tak, aby życie miało sens, abyśmy nie musieli się go wstydzić.” Życie mamy jedno i warto by je tak rozegrać, aby nie przegrać w tej grze. Oczywiście dla nas, chrześcijan ostatecznym zwycięzcą jest Chrystus: „Ufajcie, jam zwyciężył świat.”(J 16,33) Dobrze byłoby jednak, gdybyśmy Mu w tej walce nie przeszkadzali, bo wróg jest inteligentny a stawka wysoka…
Zatem pytanie jak żyć, aby nie przegrać życia wprowadza nas w sam środek zagadnienie jego sensu. Jeśli bowiem dzisiaj ktoś nie potrafi odnaleźć sensu swojego życia (a śmiem twierdzić, że dzieje się tak nie rzadko) z całą pewnością ryzykuje, że rozegra je niewłaściwie o ile nie przegra go w ogóle.
Pytanie o sens swojego życia, jak mówi jeden z filozofów jest wielowarstwowe. W wymiarze bardziej powierzchownym, choć nie znaczy, że mniej ważnym sensem życia jest to, co człowiek za ów sens sobie obierze.
Jedni będą poświęcali życie dla swoich najbliższych i to będzie sensem ich życia. Jeszcze inni poświęcą się nauce czy pisarstwu i temu podporządkują swoje życie. Ktoś inny będzie upatrywał sensu swojego życia w pracy charytatywnej, ale będą tacy, którzy nie obiorą żadnego konkretnego celu swojego życia, będą żyli z dnia na dzień, jak to powiedziała mi jedna dziewczyna „ja niczego nie planuję, poddaję się nastrojom chwili.” Można i tak… Wszak człowiek jest wolny.
Jednak w głębszej warstwie, gdy pytamy o sens życia chcemy sięgnąć jego głębszego znaczenia, które istnieje niezależnie od nas bez względu czy się z tym zgadzamy, czy nie. Chodzi o ten sens, którego nie można sobie wymyślić, lecz który możemy jedynie odkryć. Często będzie to oznaczało nie tylko jednorazowe odkrycie, ale odkrywanie tego sensu ciągle na nowo. Mowa tutaj oczywiście o tym wymiarze, jaki zaplanował dla nas Bóg. Można je określić mianem powołania. Spoglądając na tę kwestię oczyma wiary mamy świadomość, że zostaliśmy powołani do życia przez stwórczy akt Boga. Bóg stwarzając ma pewien zamysł, który pragnie urzeczywistnić. I ów Boży plan jest najgłębszym sensem istnienia stworzeń. Dotyczy to także człowieka i jego życia. Oczywiście dla nas zamysły Boga są niezgłębione, nie znaczy to jednak, że nie możemy ich poznać na tyle, na ile jest to konieczne do tego, aby odpowiedzieć na Boże wezwanie do współpracy z Nim w realizowaniu Jego zamysłów.
Przekonanie o istnieniu Bożego zamysłu wobec stworzenia uświadamia nam, że istnieje obiektywny sens życia, niezależny od tego czy chcemy go uznać, czy nie. Spoglądając z tej perspektywy nie jest bez znaczenia to, czy obierając swój własny sens i cel życia uwzględniamy w tych wyborach cel i sens ostateczny, którego sami nie ustanowiliśmy, ale w którym chcąc nie chcąc uczestniczymy.
Oczywiście, każdy może się w życiu pogubić… Umysł ogarniają wtedy niewłaściwe myśli, które totalnie absorbują i sprowadzają na manowce. Serce wypełniają uczucia, które sprawiają, że złudne wyobrażenia przysłaniają rzeczywistość, również tę Bożą. Zło ma bardzo wielką siłę zniewalającego rażenia. Gdy dodatkowo występuje kusicielskie działanie szatana, grzeszne zachowanie zaczyna przyciągać swą ofiarę jak magnes drobne opiłki żelaza. Gdy człowiek ulegnie temu zniewalającemu oddziaływaniu, następuje zejście z dobrej drogi i wejście na „ścieżkę” lub „autostradę” zła. Warto prosić Boga, aby chronił przed taką postawą, zwłaszcza, że zawsze znajdzie się wiele takich osób, które chętnie wykorzystają nasze życiowe błędy. Na szczęście Bóg jest zawsze po stronie człowieka.
Bóg walczy o człowieka aż do samego końca. Nieraz sytuacja wydawać się może po ludzku beznadziejna. Wszelkie działania i modlitwy wydają się nie przynosić widzialnego skutku. Ale to nie oznacza, że klamka definitywnie zapadła. Tylko szatan i jego naśladowcy lubują się w ferowaniu wyroków w rodzaju: „już nic z niego/niej nie będzie”. Jezus i święci do końca wierzą, że nawet największy złoczyńca ostatecznie nawróci się i przyjmie dar zbawienia a najbardziej zagubiony w życiu odnajdzie jego właściwy sens. Nigdy nikogo nie można przekreślać. Nawet jeśli już nie mamy pomysłu, jak pomóc, zawsze możemy trwać w postawie ufnej wiary. To bardzo ważna postawa. Nasza wiara staje się bowiem kanałem łaski, która dopływa nie tylko do nas, ale też do innych osób, na drogach których Bóg nas stawia, jako świadków wiary i swoje narzędzia, które mają pomagać w realizowaniu Jego zamysłów. Dotyczy to zarówno żyjących, jak i tych, którzy poprzedzili nas w pielgrzymce wiary. Nigdy nie lekceważmy tej roli! Przypomina nam o tym liturgia każdej Eucharystii, gdy prosimy: „Panie nie zważaj na nasze grzechy, lecz na wiarę swojego Kościoła…” To właśnie ta wiara może być ratunkiem, gdy wydaje się, że nie ma już innej nadziei i warto się do niej odwoływać.
Życie mamy jedno. Zatem odpowiedź na pytanie o to, jak je mądrze rozegrać skłania nas do odkrycia go w perspektywie Bożego zamysłu wobec nas. I nie chodzi tutaj o próbę odczytywania go poprzez nasze filozofowanie, gdyż jak wspomniano ludzki rozum jest zbyt mały, aby ogarnąć nieskończoność Boga, chodzi raczej o to, abyśmy nieustannie wsłuchując się w Boże Słowo, które nam ów zamysł objawia uczyli się posłuszeństwa jemu dzień po dniu, aż do końca.
Święci – darem dla świata!
Ewangelia mówi o spotkaniu Chrystusa z tłumami na górze. W języku biblijnym często góry są miejscem spotkania człowieka z Bogiem. Wystarczy przywołać górę Moria, Synaj, górę Tabor, czy górę Oliwną.
Ktokolwiek chodził po górach dobrze wie, że góry nie tylko zachwycają, ale uczą też pokory, zaś wspinaczka łączy się nierzadko z dużym wysiłkiem, ze zmęczeniem. Wielu z tych, którzy zdobyli niejeden górski szczyt mogłoby opowiedzieć o tym, że wspinaczka na szczyt pozwoliła im na odkrywanie własnych możliwości, czasem słabości i ograniczeń, ale też nauczyła je pokonywać. To właśnie dlatego góra bywa czasem przywoływana jako synonim duchowej wędrówki ku szczytom świętości, jak chociażby opisana przez św. Jana od Krzyża Droga na górę Karmel. Bywa to droga często stroma, monotonna i trudna. Ale warto nią podążać.
Dzisiaj Chrystus zabiera nas na Górę Błogosławieństw, gdzie wygłosił jedno ze swoich najważniejszych kazań. Błogosławieni znaczy dosłownie: „Szczęśliwi”. Bóg wiedząc, że człowiek ze swej natury poszukuje szczęścia proponuje nam jako drogę do niego dorastanie do świętości. Dzisiaj pojęcie świętości wydaje się być mało popularne, choć dzieje się tak nie dlatego, że ludzie przestali za nią tęsknić, ale dlatego, że współczesny świat wypaczył jego znaczenie i często z obrazu człowieka świętego uczynił parodię. Tymczasem być świętym oznacza odnaleźć prawdziwe szczęście, jakiego nigdy nie osiągniemy goniąc za tym, co oferuje nam świat. Być świętym, to być w pełni sobą, czyli stawać się kimś, kim stać się mamy w Bożych planach. To żyć w zgodzie ze sobą, z Bogiem i w miarę możliwości z innymi, ale to także być błogosławieństwem dla świata. Człowiek święty jest „oknem” przez które możemy spoglądać już na inny świat… Jest w tym świecie światłem, które wnosi nadzieję na wieczność!
Czy wsłuchując się w to, komu dedykowane są Chrystusowe błogosławieństwa nie mamy wrażenia, że ta Ewangelia nie straciła nic ze swej aktualności? „Ci, którzy się smucą, cisi, miłosierni, pragnący pokoju i sprawiedliwości…” Z pewnością nie są to cechy bohaterów kreowanych przez współczesne media, ale czy nie są one echem naszych bardzo osobistych doświadczeń i najgłębszych tęsknot? A kto zna je lepiej niż sam Bóg?
Ojciec Święty przypomniał nam niedawno, że błogosławieństwa są tak naprawdę opisem życia samego Jezusa. My zaś mamy Go naśladować! Nie chodzi jednak o to, aby ewangeliczne błogosławieństwa traktować jako kolejne przykazania, ale jako zaproszenie, obietnicę i swego rodzaju drogowskaz:
Jeśli będziesz ubogi – ja cię nie zostawię, mówi Bóg. Jeśli będzie ci smutno – ja będę Twoim pocieszeniem. Jeśli będziesz troszczył się o czystość serca, już tutaj odkryjesz smak i radość Bożego Królestwa…
Taki był Chrystus! Cały otwarty na Ojca. Człowiek zaś święty jest wezwany do tego, aby być tak jak Chrystus. Chce świecić nie swoim światłem, ale być odbiciem Bożego światła i Bożej miłości, które w sobie nosi.
Jan Paweł II, którego dzisiaj czcimy już jako świętego, przez wyniesienie na ołtarze setek świętych i błogosławionych przypomniał nam, że święci, to nie tylko historie sprzed wieków. Oni żyją wśród nas! Są dla nas darem, bo przypominają nam, że spoglądając z perspektywy naszego ziemskiego podwórka nie wolno nam stracić z pola widzenia nieba. Prośmy, abyśmy i my sami chcieli być dla współczesnego świta takimi darami i drogowskazami. Współczesny świat bowiem potrzebuje świętych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bardziej niż ma odwagę się do tego przyznać…
Połowiczność niewskazana!
Bracia: Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga, zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus.
W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy także wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha. (Ef 2, 19-22)
W medytacji niemożliwa jest połowiczność. Nie możemy medytować po części. W zasadzie dotyczy to każdego rodzaju modlitwy, jeśli dobrze rozumiemy jej rolę. Modlitwa bowiem jest relacją. Jakakolwiek relacja przeżywana połowicznie będzie nieprawdziwa. W historii chrześcijaństwa ludzie modlitwy spełniali i spełniają ważną misję. Jedną z nich jest niesienie duchowego wsparcia innym. Inną rolą jest to, że pozwalając aby modlitwa prowadziła do ponownego narodzenia się z Ducha wpływają na polepszenie jakości życia w ogóle. Jeszcze inni bazując na swoim doświadczeniu towarzyszą w duchowym wzrastaniu innych. Każda z tych ról wpisuje się w to, o czym pisze dzisiaj św. Paweł w Liście do Efezjan: uczestniczenia w we wspólnym budowaniu przestrzeni dla Boga przez Ducha. Przestrzeni nie tylko w naszym wnętrzu, ale także w świecie.
W ten sposób przez modlitwę realizuje się rozszerzanie się królestwa Bożego tu i teraz – o czym mówił Chrystus w Ewangelii. I choć wydaje się ono często niepozorne ma ogromną moc oddziaływania.
Doświadczenie medytacji związane z pewnego rodzaju duchowym ubóstwem jest szczególnym tego przejawem. Możemy długo medytować i teoretycznie może nam się wydawać, że nic się nie dzieje. A jednak to, co z Bożego punktu widzenia jest najważniejsze bywa często ukryte, niepozorne ale z czasem, z zaskoczeniem widzimy jak wiele codzienna wytrwała medytacja potrafi zmienić najpierw w naszym sercu, potem w naszym sposobie myślenia i bycia a wreszcie w naszym otoczeniu. Jak zwykł nauczać Jan Kasjan: „Ubóstwo jednego wersetu bardzo szybko i nieoczekiwanie potrafi zaprowadzić modlącego się do pierwszego z ewangelicznych błogosławieństw: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy Królestwo Niebieskie (Mt5,30).”
Medytacja wraz ze swoją ciszą i prostotą uczy nas zaufania i otwarcia na działanie w nas Ducha Bożego. Poprzez zaangażowanie naszego serca czyni nas „domownikami Boga”, gdyż to właśnie nasze serce jest miejscem Jego obecności a medytacja uczy nas jak przebić się do tego mieszkania Boga w nas po to, abyśmy przeżywali całe nasze życie w nieustannej duchowej łączności z mieszkającym w nas Duchem Boga. Ta łączność z kolei sprawia, że wszystko co czynimy, co tworzymy, co wybieramy ma jeden punkt odniesienia: posłuszeństwo Jezusowi, który ma być fundamentem najpierw naszej modlitwy a następnie całego naszego życia.
I jeszcze jedna rola, którą warto podkreślić w odniesieniu do dzisiejszego fragmentu św. Pawła z Listu do Efezjan. Wielokrotnie już o tym wspominano w tym miejscu, ale trzeba nam nieustannie do tego wracać. Święty Paweł mówi o zespalaniu całej budowli w Jezusie Chrystusie, której zadaniem jest wzrastać na chwałę Boga. Otóż każda osobiście przeżywana medytacja ma zawsze odniesienie wspólnotowe. Mogę medytować sam w zaciszu swojego domu a i tak jestem częścią tej budowli, na którą składają się modlitwy wszystkich ludzi wierzących w Chrystusa. A przyzywanie Jego Imienia w modlitwie sprawia, że nasza modlitwa jest włączona w modlitwę samego Chrystusa, z jednej strony uświęcającą nas, poprzez uczestnictwo w Jego życiu z drugiej zaś przynoszącą chwałę Bogu, do czego jesteśmy, jako ludzie wiary powołani.
O wyborach (nie tylko politycznych)
Mam taką znajomą. Znamy się od lat. Ktoś, kto obserwowałby ją z boku, znał historię jej życia mógłby przykleić jej łatkę: „szczęściara”. Pochodzi z dobrej rodziny, ma dobre wykształcenie, niezłą pracę, od dwóch lat kochającego męża, urocze dziecko. To, co nie pasuje do tego obrazu całości, to pewne stwierdzenie, które powtarza jak mantrę zawsze, gdy się spotkamy, od lat: „Jakie to życie jest marne”… Nie piszę tego bynajmniej, żeby poddawać kogoś krytyce. Wspominam o tym jedynie w tym miejscu w ramach wstępu do tego, co chcę napisać.
Niektórzy bowiem, bez względu na to, jak hojnie obdarowałby ich Pan Bóg (los) spoglądają na świat i życie z pewną dozą smutku, ponad który trudno im się wznieść, widząc w nim tylko ciemne strony: cierpienie, marność, zepsucie – bolesne skutki grzechu.
Trudno im uwierzyć, że wzrasta w nim także Królestwo Boże. Choć wydaje się ukryte, niepozorne, małe, a nawet słabe, obejmuje wszystko coraz bardziej. Uczestnicząc każdego dnia we Mszy świętej mam tego przemożną świadomość. To ona uczy mnie spoglądania na świat i człowieka z niesłabnącą radością i nadzieją. To ona każe widzieć w różnych wydarzeniach przejawy Bożego działania, nieraz na przekór temu wielkiemu krzykowi, który z różnych powodów podejmuje świat, zwłaszcza przeciw temu, co budzi z letargu jego dobrze uśpione sumienie i domaga się uznania prawdziwych wartości i prawdy, których nie da się zakrzyczeć, nawet, gdyby nie wiem jak głośno się krzyczało, bo Prawda już zwyciężyła, choć na ostateczne skutki tego zwycięstwa trzeba jeszcze długo czekać
Oczywiście cieszę się z wyników dzisiejszych wyborów, choć mam świadomość, że prawdziwa jakościowa zmiana będzie wymagała wielkiego nakładu pracy i modlitwy ze strony ludzi wiary. Dla mnie pięknym komentarzem do wydarzeń minionego weekendu i jego owoców jest dzisiejsza liturgia słowa. Sądzę, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. (Rz 8, 18) czy W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni. Nadzieja zaś, której spełnienie już się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda? (Rz 8, 25), albo jak komentuje psalmista:
Gdy Pan odmienił los Syjonu, *
wydawało się nam, że śnimy.
Usta nasze były pełne śmiechu, *
a język śpiewał z radości.
Mówiono wtedy między poganami: *
«Wielkie rzeczy im Pan uczynił».
Pan uczynił nam wielkie rzeczy *
i ogarnęła nas radość. Ps 126 (125), 1-2ab. 2cd-3