Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Odpocząć w obecności Boga

Z Ewangelii według św. Mateusza

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,28-30)

Bardzo to medytacyjna Ewangelia… O odpoczynku w bliskości Boga. Czy potrafimy odpoczywać przychodząc do Boga? Czy przestrzenią takiego wytchnienia przy Bogu jest dla nas modlitwa, codzienna medytacja, Eucharystia?…

Kiedy człowiek sam siebie zredukuje do poziomu jakiejś istoty produkcyjno-konsumpcyjnej, odpoczynek ma dla niego już tylko dwa sensy: odpoczywamy po to, żeby zregenerować siły do dalszej pracy, oraz po to, żeby choć trochę uciec od naszej szarej rzeczywistości.

Biblijne pojęcie odpoczynku jest bez porównania bogatsze. Odpoczynek w Piśmie Świętym kojarzy się przede wszystkim z takimi wartościami, jak pokój, bezpieczeństwo, poczucie sensu, naśladowanie Boga. Bowiem pierwsze biblijne wspomnienie o odpoczynku dotyczy odpoczynku Boga Stwórcy.

Wspaniale skomentował je święty Ambroży. Mówił tak: „Stworzył Bóg niebo i ziemię, ale nie znalazł w nich odpoczynku. Stworzył słońce, księżyc i gwiazdy, stworzył rośliny i zwierzęta, ale nie znalazł w nich odpoczynku. Wreszcie stworzył Bóg człowieka – i dopiero w nim mógł odpocząć.”

Komentując tekst św. Ambrożego Tomasz Merton napisze: „To niezwykłe, że sam Bóg chce odpocząć w człowieku, chce znaleźć w nim przyjaciela i kogoś kochającego. Jeśli zaś Bóg pragnie znaleźć w człowieku odpoczynek, to rozumie się samo przez się, że również człowiek powinien naprawdę odpoczywać w Bogu.” [T. Merton, Aby odnaleźć Boga]

Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, a Ja was pokrzepię i znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. Ale nie zapominajmy o tym, że dlatego my możemy przyjść do Niego, że On pierwszy przyszedł do nas.

Każda i każdy z nas jest dla Niego kimś bardzo drogim. Jest wiele osób, które mówią, że mają poczucie, że nie zasługują na miłość Boga. Św. ojciec Pio lubił powtarzać, że „Nie wolno nam gardzić samymi sobą, bo w ten sposób obrażamy Boga. Pan Bóg ma dobry gust, On nie kocha byle kogo. Zatem jeśli kocha ciebie i mnie, to najlepszy dowód na to, że nie jesteśmy byle kim”.

Charakterystyczne jest to, że Bóg w relacji z człowiekiem potrafi często użyć często niewielu słów, aby powiedzieć o czymś ważnym. Przypomina nam o tym ciągle medytacja monologiczna także oparta na niewielu słowach. W zasadzie na jednym, ale za to jak bardzo skutecznym.

I na tym polega miłość, nie trzeba wiele mówić, by druga strona zrozumiała wszystko. Do tego zrozumienia jest jednak potrzebna przestrzeń, w której będziemy chcieli usłyszeć Słowo. Najlepszą przestrzenią jest cisza. Ta zewnętrzna i jeszcze bardziej ta wewnętrzna. Dzisiejsze zaproszenie Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy” tak można odczytać.

Przestrzeń spotkania z Nim jest najlepsza przestrzenią, w której my możemy się wygadać, bo On nas wysłucha. Ale jeszcze lepiej jest wsłuchać się w Niego w ciszy, bo zarówno Jego obecność, Jego słowo, jak i cisza, która kryje w sobie obecność Boga mają moc uzdrowienia naszego serca.

Pustynia w mieście

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u Jego stóp, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. i wielbiły Boga Izraela.

Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają, co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby ktoś nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?» Jezus zapytał ich: «ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek».

A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów. (Mt 15, 29-37)

Nikt z nas zapewne nie uzdrowi wielkiej liczby chromych, ułomnych, niewidomych czy niemych. Nikt z nas też zapewne nie nakarmi tłumu ludzi w jednej chwili. Możemy jednak zwyczajnie być z chorymi, pomagając im choćby obecnością. Możemy też dać chociaż coś jakiemuś głodnemu. To też będzie powód do wielbienia Boga. To będzie nasz konkretny udział w misji zbawczej Chrystusa.

Miłość nie jest wielka dopiero wtedy, gdy przejawia się spektakularnymi sukcesami. Miłość jest wielka już wtedy, gdy jest. I gdy jest prawdziwa (autentyczna). Coś takiego jak „mała miłość” nie istnieje.

Jezus nigdy nie „puszcza nas zgłodniałych”. Wie, że przed nami długa i trudna droga przez życie (do Nieba) i nie chce, byśmy osłabli. Karmi nas więc do syta swoją Miłością, bo to właśnie ona jest najważniejszym ludzkim pokarmem i źródłem naszej siły. Jego Miłość nie ma limitu – tyle jej jest, ile potrzeba światu, ile potrzeba każdej i każdemu z nas. A wszystko to dzieje się na „pustkowiu” świata, gdzie również w tłumie człowiek potrafi czuć się samotny z powodu ludzkiego egoizmu.

Nieżyjący już ojciec Carlo Carretto – Mały Brat od Jezusa i duchowy syna bł. Karol de Foucauld napisał kiedyś małą książeczkę p. t. „Pustynia w mieście”. Jest ona dopełnieniem jego „Listów z Pustyni”. Autor snuje w niej swoje wspomnienia z pobytu w Hongkongu w 1977r, gdzie zetknął się z nowoczesnością życia i z wielkim religijnym głodem. Stawia pytanie: czy można przeżywać Boga i Ewangelię w tak wielkim mieście?

„Współczesne miasta – pisze – można porównać do Egiptu z czasów niewoli narodu wybranego. Izraelici korzystający z wielu dóbr materialnych tracili swoją więź z Bogiem. Ulegając zniewoleniu, nie potrafili już odkryć swojej godności. Bóg Jednak wyprowadził swój naród z niewoli na pustynię, by mówić do jego serca, by Izraelici mogli na nowo odkryć Jego obecność, działanie i miłość (por. Wj 6,1-8; Wj 19,1-6; Pwt 8,1-20; Pwt 28,1-14).

Życie ludzi we współczesnych miastach nacechowane jest również praktycznym materializmem, któremu często towarzyszy utrata godności dziecka Bożego. Dlatego również dzisiaj miasto potrzebuje takiej pustyni, na którą będzie je wyprowadzał Bóg, by ludzie zanurzeni w codzienności potrafili odkrywać obecność Boga żywego a przez to swoją godność i powołanie do wolności dzieci Bożych.”

Tytułowa „Pustynia w mieście” jest zachętą do stworzenia w swoim codziennym życiu takiej przestrzeni, w której każdy kto chce mógł doświadczyć prawdy o sobie, o swoim ubóstwie i bezradności, jakie wynikają z pokładania ufności w sobie, a jednocześnie doświadczyć Bożej mocy i miłości (por. Jk 4,8-10). Jedynie człowiek ogołocony potrafi odkryć najgłębszą relację, jaka istnieje między Bogiem a nim. To doświadczenie sprawia, że na co dzień możemy odkrywać całe bogactwo życia i miasta, w którym żyjemy, nie stając się jednocześnie niewolnikiem tego, co proponuje nam świat. Miasto jest przecież dziełem człowieka, które wyraża bogactwo, jakie Bóg w nim złożył. Człowiek zaś umieścił w nim wszystko, co ma najlepszego w swoich myślach, pracy i wierze.

„W sercu miasta – dodaje Carlo Carretto – możesz więc i ty żyć w sercu Boga, bo zarówno ty, jak i twoje miasto w Bożym sercu przebywa, o czym przypomina św. Paweł w dziejach Apostolskich pisząc, że «W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy» (Dz17,28).” Autor przypomina też, że jedną z ról nas – chrześcijan żyjących we współczesnych miastach jest to, by każdy mógł odkryć Bożą obecność w naszym sercu po to, abyśmy dla innych, którzy zagubili Boga a może Go poszukują stawali się znakiem Bożej obecności i pomocą w odnalezieniu Go w chaosie codzienności (por. 1J 2,28).

Właśnie to nieustanne trwanie w Bogu i z Bogiem winno być naszym celem, którego także uczy nas Adwent z jego bohaterami: Maryją, św. Józefem czy św. Janem Chrzcicielem. Takiego trwania i budowania przestrzeni spotkania z Bogiem uczy nas codzienna medytacja. Dzięki niej odkrywamy Bożą obecność w swoim sercu, której medytacja uczy nas pielęgnować i którą zawsze możemy dzielić się z innymi.

Zaufać Panu

Z Ewangelii według Świętego Łukasza

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 12-19)

Niektórzy mówią, że chrześcijaństwo jest czymś wymyślonym przez ludzi, żeby dać trochę pocieszenia tym, którzy nie dają sobie rady z trudną codziennością (Lenin nazwał chrześcijaństwo „gorzałką kiepskiej jakości”). A tymczasem dziś czytamy w Ewangelii, że to właśnie z powodu Jezusa wierzący w Niego będą mieli, delikatnie mówiąc, kłopoty, których by nie mieli, gdyby w Niego nie uwierzyli. To jak to w końcu jest? Wiara w Jezusa daje złudne szczęście, czy raczej ryzyko dodatkowego cierpienia?

Życie z Bogiem nie gwarantuje nam spokoju i braku kłopotów. Motywem trwania w komunii z Bogiem nie powinna być chęć łatwego i przyjemnego życia. Chodzi bowiem o zwycięstwo nad złem, nad naszymi słabościami, a to wymaga pracy nad sobą a niejednokrotnie walki, nie ucieczki. W tej walce nie jesteśmy jednak sami. I mamy moc, o jakiej nawet nie śniło się tym, którzy Boga nie znają – mamy moc i mądrość płynącą z łaski. Ważne jest tylko to, abyśmy w tej walce nie próbowali polegać tylko na sobie. Nasze zwycięstwo jest przede wszystkim sprawą Boga. A skoro tak, to jesteśmy na nie skazani.

Jezus uczy nas słowami dzisiejszej Ewangelii także tego, że mamy być świadomi naszej drogi podążania z Bogiem. Nie jest ona łatwa, ale jest to jedyna w swoim rodzaju droga, na której Jezus daje nam coś, czego żaden człowiek dać nie może. Daje szczęście, wolność i związany z nią pokój serca, którego nic nie jest w stanie zmącić, nawet nienawiść  innych (nawet wojny i zaraza – jak czytaliśmy wczoraj w Ewangelii). Tę przestrzeń pokoju serca i wewnętrznej wolności poszerzamy w sobie także przez praktykę medytacji.

Ostatnio słyszałem niezwykłą wypowiedź młodej dziewczyny – studentki z Warszawy zapytanej o motywy wiary i podążania za Jezusem. Odpowiedziała: „Tylko Jezus może nas uzdolnić nas do tego, czego nigdy byśmy nie potrafili osiągnąć, gdybyśmy nie uwierzyli w Jezusa i Jezusowi.

I dodała: „To dzięki Jezusowi mam siłę, aby nie odpierać ataków atakami, aby nie odpowiadać nienawiścią na nienawiść i złością na złość, a w chwili, kiedy czuję się wyśmiewana od razu takiej osobie wybaczać i modlić się za nią”.

Medytacja a w niej nieustannie odwoływanie się do Jezusa przez moc działającego w nas słowa uczy nas takiego oparcia na Nim i Jego łasce. Oby stawała się źródłem naszego bezgranicznego zaufania Jego mocy, przynosząc nam upragnioną wolność i pokój serca w każdej sytuacji naszego życia.

Sługo dobry…

Z Ewangelii według św. Łukasza

Jezus opowiedział przypowieść, dlatego że był blisko Jerozolimy, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi. Mówił więc: Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: Zarabiajcie nimi, aż wrócę.

Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. Stawił się więc pierwszy i rzekł: Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min. Odpowiedział mu: Dobrze, sługo dobry; ponieważ w dobrej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami. Także drugi przyszedł i rzekł: Panie, twoja mina przyniosła pięć min. Temu też powiedział: I ty miej władzę nad pięciu miastami. Następny przyszedł i rzekł: Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: chcesz brać, czegoś nie położył, i żąć, czegoś nie posiał. Odpowiedział mu: Według słów twoich sądzę cię, zły sługo. Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: chcę brać, gdzie nie położyłem, i żąć, gdziem nie posiał. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał. Do obecnych zaś rzekł: Odbierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min. Bo powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. (Łk 19,11-28).

Lubię oglądać w wiadomościach sportowych zawodników, którzy przed lub po występie wykonują znak krzyża – w geście zawierzenia się Bogu, w geście wdzięczności. Obraz ukazujący połączenie ciężkiej pracy człowieka, który jednak mimo ogromnego wysiłku, który włożył w przygotowanie do zawodów nie polega tylko na własnych zdolnościach i siłach…

W dzisiejszej Ewangelii Jezus opowiada historię pewnego człowieka, który powierzył trzem sługom tę samą kwotę pieniędzy, aby nimi zarządzali w czasie jego nieobecności. Gdy powrócił i chciał się z nimi rozliczyć okazało się, że pierwszy z nich zyskał dziesięciokrotnie więcej, drugi – pięciokrotnie więcej, zaś ostatni oddał jedynie to, co otrzymał, bez żadnego zysku. Swoją postawę uzasadnił lękiem, który czuł wobec pana.

Ta przypowieść jest pięknym obrazem życia. Każdy z nas przychodzi na ten świat obdarowany różnorodnymi dobrami: różnego rodzaju ludzkim potencjałem, zdolnościami, talentami, pasjami. Możliwości pomnażania tego, co wnosimy ze sobą na ten świat, jest bardzo wiele. Psycholodzy wskazują na potrzebę rozwoju, którą każdy z nas posiada. Dlaczego więc jest tak, że jedni z pasją podejmują różne wyzwania, odważnie wkraczając w świat, a inni zamykają się w sobie i za życia z życia się wycofują?

Jakąś odpowiedź znajdujemy w dzisiejszej Ewangelii, a dokładnie – w wymówce trzeciego ze sług. Postrzega on swego pana jako kogoś okrutnego, kto niczego mu nie ofiarował, a w zamian oczekuje od niego nie wiadomo jakich zysków.

Czasem nosimy w swoich sercach podobny obraz Boga. Boga wymagającego, który chce z nas wycisnąć dobre uczynki, wierność w podejmowanych zobowiązaniach, wierność przykazaniom. Boga, którego bardziej się obawiamy niż kochamy.

Wracając do wspomnianych sportowców – pokazują oni dla jakich wartości warto się trudzić. Przede wszystkim jest to radość zwycięstwa. To satysfakcja z tego, że podejmowane wysiłki nie idą na marne. To poczucie szczęścia, które wypływa ze świadomości, że zostaliśmy stworzeni jako ludzie, którzy mogą się rozwijać, czuć radość osiągania celów. Jest tylko jedno „ale”. To bardzo dużo kosztuje!

Dzisiaj coraz częściej proponuje się nam zwycięstwa pozorne, bo pozbawione wysiłku i trudu.

„Bóg stworzył nas, abyśmy walczyli. Abyś na drodze swego powołania trudził się i zdobywał cele zgodne z tym, co podpowiada nam sumienie. Byśmy przełamywali swój opór przed lękiem, bólem, trudem, zapieraniem się samego siebie. Do tego zostałeś stworzony i powołany. Jako mąż, żona, jako ojciec, matka, jako sportowiec, urzędnik, nauczyciel, jako przyjaciel, jako dobry i solidny kolega w pracy i wierny towarzysz. To zwycięstwo jest dla ciebie możliwe wtedy, gdy będziesz miał prawdziwy, czyli pozytywny, obraz twego Pana – twego Boga. Od tego obrazu zależy bardzo wiele.” (Reguła życia)

Praktyka codziennej medytacji, to trud, ale to właśnie w tym trudzie pozwalamy, aby Jezus przez swoje słowo i łaskę wykuwał w naszych sercach prawdziwy obraz Boga, na którym będziemy potrafili oprzeć się bez lęku, za całkowitym zaufaniem. Ponieważ każde wezwanie, które towarzyszy tej modlitwie: „Panie Jezu, synu Boży, ulituj się nade mną”, czy też „Jezu, ufam Tobie” nieustannie nam przypomina, że dla nas – ludzi wiary – nie ma lepszego ubezpieczenia na życie i lepszej gwarancji osiągnięcia życiowego sukcesu niż Jezus i Jego łaska.

Wdzięczność uzdrawia serce

Z Ewangelii według Świętego Łukasza

Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.

Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.

Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.

Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)

Czy słowa dzisiejszej Ewangelii oznaczają, że Bóg domaga się od nas, byśmy Mu dziękowali za to, co On robi dla nas? Oczywiście, że nie. Bóg działa w naszym życiu bezinteresownie, bez oczekiwania na jakąkolwiek wdzięczność, bo jest miłością. Jeśli Jezus zachęca nas do wdzięczności, to dlatego, że jest ona bardzo skuteczną duchową terapią dla nas. Dziękczynienie (w języku greckim εὐχαριστία oznacza dziękczynienie) jest niesamowitym pokarmem dla naszego serca. Jak nauczał św. Efrem Syryjczyk: „Kto dużo dziękuje, ten staje się umocniony wdzięcznością, bo zyskuje świadomość tego jak wiele otrzymuje a przy okazji staje się dobry, gdyż dobro ma to do siebie, że kiedy go doświadczymy rodzi w nas radość i pragniemy się nim dzielić.”

Jakiś czas temu odbyła się konferencja p.t. Religia, która uzdrawia, religia, która szkodzi, której celem było ukazanie różnych sposobów wykorzystywania w psychoterapii doświadczeń z życia religijnego i uświadomienia, że sfera duchowa jest inspirującym elementem zdrowego życia.

Jeden z wykładów zatytułowany był: „Pozytywna psychologia wdzięczności”. Pozwólcie, przytoczyć jeden cytat z wykładu: „W pismach wielkich systemów religijnych tworzących zręby ludzkich kultur – judaizmu, chrześcijaństwa, islamu, buddyzmu, hinduizmu – a także w dziełach filozofów i teologów wdzięczność była i jest opisywana jako siła charakteru niezbędna do przeżywania dobrego życia, odgrywająca zasadniczą rolę w procesach współistnienia człowieka ze światem.”

Św. Paweł pisze: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Chrystusie Jezusie” (1 Tes 5, 18). Stosunkowo łatwo przychodzi wdzięczność za to, co jest radosne, przyjemne, satysfakcjonujące. Trudniej natomiast dziękować za dary trudne.

Jeden z misjonarzy pracujących w Afryce mówił, że w jednym z języków afrykańskich słowo „dziękować” zastępuje wyrażenie „patrzeć wstecz”. Jest w tym intuicja, że spojrzenie wstecz rodzi wdzięczność. Nie można oczekiwać wdzięczności od człowieka, który w chwili obecnej żyje przywalony cierpieniem, zmaga się z ciężkim losem, doświadcza „ciemnej doliny”.

Gdy stoimy przed obrazem w odległości kilku centymetrów, widzimy najczęściej niezrozumiałe szczegóły: plamy, kreski, spękania farby. Dopiero gdy oddalimy się na kilka kroków i ogarniemy wzrokiem całość, możemy dostrzec piękno obrazu i zrozumieć zamysł artysty. Podobnie jest z naszym życiem. Z bliska, w momencie przeżywania trudnych wydarzeń wydają się one niezrozumiałe, bezsensowne, uciążliwe, często niepotrzebne. Dopiero z perspektywy czasu, z dystansu widzimy, że to miało sens, służyło naszemu dobru, nie było dziełem przypadku, że stało się okazją do dojrzewania naszej wiary, naszej miłości, naszej nadziei lub innej cechy.

Bywa nierzadko tak, że wiele rzeczy, z których korzystamy na co dzień uważamy za oczywiste. Sądzimy, że „nam się należą”. I dlatego nie patrzymy na nie w kontekście daru. Takie patrzenie niestety utwierdza w nas postawę roszczeniową, pretensjonalną. Zamiast logiki: „korzystam z daru, łaski”, pojawia się mentalność: „robię łaskę, że biorę”. Potrafimy wówczas upominać się o łaski, a nie potrafimy za nie dziękować. Tymczasem jak ktoś ładnie powiedział: „wdzięczność jest „pamięcią serca”, uwalnia od rutyny i nudy i uczy pokory.”

Medytacja monologiczna jest modlitwą serca. Dobrze gdyby była też wdzięcznością serca za odnalezienie w niej naszej duchowej drogi i formacji naszego serca i naszego człowieczeństwa.