Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Maryja Królowa

Maryja Królowa

Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, która przypada 3 maja, w tym roku ze względu na to, że jest to niedziela. Dlatego w liturgii świętujemy tę uroczystość w dniu dzisiejszym. Jest to zawsze zaproszenie, aby spojrzeć na swoje życie w perspektywie obecności Maryi i Jej wiary.

Po ślubach Jana Kazimierza,  z czasem dzień 3 maja został ustanowiony w Polsce jako Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, zyskując charakter święta ogólnonarodowego. Wybór tego dnia był ściśle związany z rocznicą uchwalenia pierwszej polskiej konstytucji (Konstytucja 3 maja 1791 roku). Dzieło to było pięknym owocem służebnej pracy, na wzór Maryi. Maryja, niejako kontynuując swe słowa ze sceny Zwiastowania, w zwyczajnej codzienności starała się być pokorną „niewolnicą Pana”. Służba, inspirowana miłością w sercu, to Maryjny sposób na przeżywanie zwyczajnych obowiązków. Nawet najprostsze rzeczy, gdy przeniknięte są promieniami woli Bożej, wydatnie służą dobru doczesnemu i są „trampoliną” do Nieba. Maryja jest Królową w przeżywaniu pracy jako służby, inspirowanej miłością. Ostatecznie nie liczy się to, co robimy, ale ile w to wkładamy miłości.

Święty Józef

Józef z Nazaretu jak podają Ewangelie pochodził z rodu Dawida z pokolenia Judy. Wiemy, że Józef gdy dowiedział się, że Maryja jest brzemienna chciał ją oddalić, jednak we śnie został wezwany do przyjęcia Maryi do siebie. Mimo, że nie on był ojcem dziecka z pokorą przyjął wolę Boga. Równie sumiennie wykonał otrzymane polecenie udania się do Egiptu, aby uchronić Jezusa przed Herodem. Ostatni raz św. Józef wspominany jest w Biblii, gdy Jezus w wieku 12 lat zgubił się w Jerozolimie.

To niewielka ilość informacji w Piśmie Świętym jak na ziemskiego opiekuna Jezusa nie przeszkodziła, aby tej niezwykłej postaci poświęcono cały rozdział nauki zwany „józefologią” na podobieństwo mariologii, czyli dziedziny teologii, która zajmuje się postacią Matki Bożej. Polskie studium tej postaci doczekało się nawet swojej strony: www.jozefologia.pl.

Już na podstawie tych krótkich biblijnych fragmentów o św. Józefie, jakie są dostępne możemy wyobrazić sobie Józefa jako człowieka, którego cechuje pracowitość, odwaga, odpowiedzialność, miłość, czułość, ale też skromność, milczenie, opanowanie i niezwykle posłuszeństwo Bogu. Św. Józef kumuluje więc w sobie wzór wszystkich podstawowych męskich cnót.

św. Józef
Warto w tym miejscu przywołać adhortację apostolską św. Jana Pawła II „Redemptoris Custos. O Świętym Józefie i jego posłannictwie w życiu Chrystusa i Kościoła” ogłoszoną 15 sierpnia 1989 r.  Papież-Polak przywiązany do tradycyjnego modelu rodziny i wielkiej roli ojcostwa w wychowaniu dzieci sam z własnej inicjatywy ogłosił ten dokument by wzmocnić dokonania poprzednich papieży w propagowaniu kultu i wzoru św. Józefa. Jak przypomina Jan Paweł II: Ojcostwo św. Józefa wyraziło się w sposób konkretny w tym, że uczynił ze swego życia służbę, złożył je w ofierze tajemnicy wcielenia i związanej z nią odkupieńczej misji Chrystusa; posłużył się władzą, przysługującą mu prawnie w świętej Rodzinie, aby złożyć całkowity dar z siebie, ze swego życia, ze swej pracy; przekształcił swe ludzkie powołanie do rodzinnej miłości w ponadludzką ofiarę z siebie, ze swego serca i wszystkich zdolności, w miłość oddaną na służbę Mesjaszowi, wzrastającemu w jego domu.

Historia i postawa św. Józefa – „ziemskiego ojca Jezusa” i biblijnej postaci stojącej na uboczu, warte są dziś rozważania i przypominania dla należytego rozumienia wartości i roli ojcostwa w rodzinie, a także tradycyjnego wzoru mężczyzny, który dziś wydaje się, że zagubił się w nowoczesnym świecie a zwłaszcza w nowoczesnej Europie.

Niebezpieczne podróbki wiary

Święta Katarzyna ze Sieny, którą dzisiaj wspominamy pisała, że „w doświadczeniu wiary i modlitwy dobre chęci, to bardzo dużo, a zarazem zdecydowanie za mało, aby dotrzeć do celu, jaki wyznacza nam Chrystus”. Do osiągnięcia celu niezbędna jest właściwa metoda, którą święta mistyczka nazywała „drogą”. Jest to szczególnie ważne, gdy chodzi o autentyczną wiarę, która stać się ma oparciem w naszych realiach życiowych. Wszelkie atrapy wiary na niewiele się zdadzą, co najwyżej dodatkowo udręczą ludzka duszę, wprowadzając w nią dodatkowy chaos, niepokój, wątpliwości a w konsekwencji spowodują oddalenie od Boga, własne a bywa, że i innych.

Św. Katarzyna pisze, że „Istnieją trzy niebezpieczne podróbki wiary. Otóż wiara może być sprowadzona jedynie do znajomości teoretycznych prawd religijnych. Wtedy umysł jest „meblowany” pewnymi prawdami, a serce sukcesywnie pustoszeje. Podobnie sprawy wyglądają, gdy wiara jest zredukowana do moralności. Wówczas codzienność staje się nerwowym czuwaniem nad tym, aby powinności i nakazy spełnić, zaś zakazów nie przekroczyć. To prowadzi z czasem do porzucenia praktyk religijnych lub do religijnej hipokryzji a nie rzadko do nerwicy. Wreszcie wiara  bywa też rozumiana jako „pobożne”, działanie, pewnego rodzaju aktywizm, który tak naprawdę jest ucieczką przed wewnętrzną pustką. Pod płaszczykiem wiary zaspokajane są wówczas egoistyczne potrzeby i pragnienia. W oczach własnych wygląda to na wiarę, a tak naprawdę jest to jedynie wykorzystywanie Boga i ludzi” – pisze święta. 

Jezus zachęca, aby wejść na drogę rzeczywistej wiary. Jest to całościowa postawa życiowa, w której człowiek na serio podejmuje słowo Jezusa: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony” (por. J 10, 1-10). Jak to rozumieć? Przede wszystkim posiadana wiedza, cnoty moralne, konkretna aktywność i realizowane powołanie postrzegane są tu tylko jako środek. Zyskuje on wartość na tyle, na ile prowadzi do Celu, jakim jest Bóg i o ile przezywane są one w zjednoczeniu z Bogiem. Jeśli środek ten służy tylko naszemu własnemu „ja”, wtedy w perspektywie duchowej nie przynosi on żadnych owoców, a wręcz przeciwnie może prowadzić do pychę, która św. Katarzyna określała jako przejaw bezbożności.

Autentyczna wiara jest pokornym przyjmowaniem „obfitości Bożego życia”, które na zasadzie łaski jest udzielane przez Chrystusa człowiekowi. Do tego nie wystarczy prosta myśl, decyzja lub uczynek. Niezbędne jest ukierunkowanie całego siebie, naszego serca i życia na Boga, który przychodzi do człowieka poprzez Bramę jaką jest Chrystus.

Święta Katarzyna pisała do jednej z sióstr, że „Zdrową wiarę można zilustrować obrazem, na którym „ludzkie ja” oddaje bardzo głęboki pokłon Bogu”. Nie powoduje to jednak unicestwienia naszego „ja”, gdyż to prowadziłoby niechybnie do rozpadu osobowości i rozdwojenia jaźni. Wiara  jest to ufne ugięcie „karku naszego ja” przed „Boskim Ty”. Wtedy Bóg poprzez Bramę Chrystusa wnosząc do naszego życia łaskę sprawia, że stajemy się sobą w Bożym rozumieniu tego słowa. Zyskujemy siłę, poczucie własnej wartości i  miłości oraz pokój serca, mocą nie swoją, ale Bożej łaski.

Można powiedzieć, że doświadczenie medytacji jest właśnie takim otwieraniem bramy naszego serca i zgodą na przechodzenie a właściwie przeprowadzanie nas przez Bramę, jaką jest Chrystus. Owszem wymaga to wewnętrznego oczyszczenia i nawrócenia, o którym już mówiliśmy, ale gdy nasze serce podąża za Pasterzem i wsłuchuje się w Jego słowo proces ten dokonuje się całkowicie naturalnie.

Pasterz i Jego terapia

Poczucie zagubienia. Wrażenie stania w martwym punkcie. Swoiste zakleszczenie pomiędzy przeszłością i przyszłością. Zamiast radości, przygnębienie. Oto świat wewnętrznych zmagań wielu współczesnych ludzi… Dobrze, jeśli człowiek ma odwagę uznać istniejący stan rzeczy. Źle, gdy ma miejsce ucieczka od dręczących dylematów. To powoduje zsuwanie się po równi pochyłej: coraz niżej i coraz bliżej pustki. Tak rozpoczyna się dramat zniewalających nałogów, emocjonalnych uwikłań i wyborów moralnych, sprzecznych z Dekalogiem.  

Najlepsza metoda odnajdywania odpowiedzi na egzystencjalne pytania, to modlitewne wsłuchiwanie się w głos serca, w klimacie ciszy i skupienia. Na każdej drodze życia można znaleźć potrzebne miejsce i niezbędny czas. Poprzez to, co odkrywamy w naszym sercu przemawia sam Jezus Chrystus, który mówi o sobie: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje…” (J 10, 11-18). Tylko czy my znamy samych siebie? Tymczasem to poznanie jest konieczne na drodze doświadczenia Boga i Jego bliskości, jak nauczali już Ojcowie pustyni jak chociażby Ewargiusz. Poznać siebie, swoja kondycję, aby móc naprawdę i z ufnością powierzyć się pieczy Dobrego Pasterza. Dobry pasterz jest kimś, kto prowadzi, ochrania i troszczy się  o życie. Owca może być spokojna, bo jest pod czujną opieką i otrzymuje jasny kierunek odnośnie dalszej drogi. To wielka sprawa bezpiecznie zdążać w dobrą stronę; z radością posuwając się do przodu.

Trzeba podkreślić, że w zacytowanym zdaniu chodzi o dobroć Pasterza we wszelkich możliwych aspektach. To coś bez porównania więcej niż zwykła ludzka dobroć, jaką znamy z doświadczenia, często uwikłana w egoizm i interesowność typu „coś za coś”. Ponadto „dobry” (kalos) jest tutaj synonimem „piękny”. Piękno wyzwala pragnienie współobecności i nieustannego nasycania się, bez końca. W sercu zostaje wyzwolona światłość, zachwyt i pasja istnienia. Dobro i piękno rodzą życie. Gdy życie jest składane w ofierze – a tak dzieje się w przypadku Dobrego Pasterza, który „oddaje życie swoje za owce” –  wtedy najpełniej wyraża się miłość. Możemy być absolutnie pewni miłości Jezusa . On zawsze każdy z naszych problemów traktuje bardzo serio i co ważniejsze ma dlań konkretne rozwiązanie.

W autentycznej pomocy zawsze istnieją dwa etapy: diagnoza i terapia. Pierwsza część może być bolesna, ale w promieniach miłości Chrystusa wszystko da się znieść, nawet najcięższe prawdy. Częstym powodem życiowego zagubienia jest odcięcie się od pierwotnych źródeł swej tożsamości, trwanie w błędnych przekonaniach, brak duchowego pokarmu, absolutyzacja wolności. Kto postawi wolność na pierwszym miejscu, bardzo szybko zacznie „kręcić się” wokół siebie, tracąc sens życia. Warto pokornie uznać trudności, wobec których stawia nas życie, bo to także sposób przez który Bóg chce nam coś pokazać. Dzięki temu możliwa jest skuteczna terapia naszego serca a w konsekwencji nawrócenie.

W nawróceniu zaś najważniejsze jest to, aby dogłębnie uznać Jezusa jako Pana i Pasterza swego życia. Efektem takiej decyzji jest kojące poczucie: „Idę za Kimś Dobrym i Mądrym”. Wtedy nawet jeśli człowiek sam nie widzi dalszej drogi, to jest spokojny, bo wie, że Pasterz tę drogę zna. Przyszłość nabiera jasnych kolorów. Mądra owca zdaje sobie też sprawę, że jak pasterz jest dobry, to zostanie zaatakowany przez wilki i najemników. Ci, którzy chcą pożreć lub wykorzystać owce, są wściekli na pasterza, który je chroni. Jezus, Dobry Pasterz został uśmiercony na Krzyżu jako „zły bluźnierca”. Prawdziwi chrześcijanie to ludzie, którzy nie dali się jednak zwieść temu oszustwu, które ciągle, w rożnych odsłonach i współczesnych filozofiach będzie wracało. Niezmiennie wierzą, że Jezus jest Dobrym Pasterzem. Co więcej, teraz jako Zmartwychwstały zwycięski Pasterz.

Nasze ufne posłuszeństwo wobec Pasterza rodzi poczucie naszej tożsamości i bezpieczeństwa. Może i jestem małą, słabą  i ubogą owieczką, ale mogę się czuć bezpiecznie, będąc pod opieką Boskiego Pasterza. Wszak On jest Wiecznym Zwycięzcą piekła, śmierci, szatana i wszelkiego zła. 

Owocem Jezusowej terapii jest także doświadczenie wzrastającej pełni życia. Dzieje się tak, gdyż człowiek idący za Pasterzem i słuchający Jego głosu przesiąka z czasem Jezusową mądrością i życiem z niej wyrastającym. To już nie tylko jakaś kolejna ideologia czy teoria, lecz doświadczenie, z którego rodzi się przekonanie: „Moje życie ma sens, gdyż jest na zawsze związane z tym, który jest Życiem. A dzięki temu nie tylko jest przezywane w głębokiej harmonii z samym sobą, z innymi, ze stworzeniem ale jest też i dobrze ukierunkowanym życiem w mądrości, z której także mogą czerpać inni…

Medytacja wymaga od nas poważnego podejścia

Każdy, kogo Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał. Jest wolą Tego, który Mię posłał, abym ze wszystkiego, co Mi dał, niczego nie stracił, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym. To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne. A ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. [J 6, 37-40]

Istota medytacji i pojęcia, które ją opisują, są w istocie całkiem proste – jak zwykł mawiać ojciec John Main, benedyktyn i nauczyciel medytacji. Nie trzeba się ćwiczyć w żadnej skomplikowanej technice. Nie chodzi też o zdobywanie wielkiej wiedzy i czytanie różnych teorii na temat medytacji. Wiedzę w tej dziedzinie zdobywa się przede wszystkim przez doświadczenie. I aby zacząć medytować nie trzeba zbyt wielkich przygotowań, gdyż modlitwa ta jest prosta w swojej istocie i głębi. Prosta, co nie znaczy że łatwa. Jak w wielu innych dziedzinach życia, gdzie chcemy osiągnąć pewne rezultaty potrzeba jest silnej motywacji, zrozumienia dla tej praktyki i wreszcie cierpliwej wytrwałości. Dla nas chrześcijan oczywiście z pomocą przychodzi tutaj łaska, która dla naszej motywacji ma nieocenione znaczenie, gdyż nie musimy liczyć tylko na własne siły. Nie umniejsza to jednak naszej woli, naszego zaangażowania, którego wymaga ta forma modlitwy, może bardziej niż inne i wreszcie naszej dyscypliny, aby wytrwać na drodze medytacji, skoro się już ją podjęło. To dzięki dyscyplinie codziennego zawalczenia o czas na medytację zarówno rano jak i wieczorem z czasem stanie się ona naturalną, prostą i nieodzowną częścią naszej codzienności.

Ojciec John Main podkreślał często, że medytacja wymaga poważnego jej potraktowania i szczerości w jej praktykowaniu. Przez poważne traktowanie medytacji mamy na myśli wierność tej praktyce i dyscyplinę, która na początku może wymagać od nas wiele wysiłku. Tylko taka postawa będzie prowadziła do radości czerpanej z tej praktyki, otwierając nas na nowe doświadczenia i sprawiając, że z czasem będziemy siadali do niej bez wewnętrznego przymusu. Jednym zajmuje to więcej czasu innym mniej i nie ma się czemu dziwić, gdyż zależy to od naszych naturalnych predyspozycji. W medytacji, podobnie jej w każdej dziedzinie życia duchowego konieczna jest cierpliwość i pośrednio praktyka medytacji będzie nas tej cierpliwości uczyła. Innym ważnym aspektem, którego uczymy się poprzez doświadczenie medytacji jest akceptacja i samoakceptacja. Ta pierwsza zakłada, że godzimy się w medytacji na takie tempo naszego rozwoju tej praktyki i jej owoców, jakie przynosi nam Duch Święty będący Tym, który nas w tej praktyce prowadzi i udoskonala. Co zaś do samoakceptacji, to z racji tego, że medytacja jaką praktykujemy należy do rodzaju modlitwy wewnętrznej, oznacza ona zgodę na to, co w toku jej doświadczenia będzie wyłaniało się z naszego serca i naszej podświadomości a co często jest przed nami ukryte. Medytacja jako praktyka, która otwiera nas na Boże światło sprawi, że to światło padnie również na to, co często przed nami ukryte a co nie zawsze po ludzku może nam się w nas podobać. Jest to jednak konieczne w procesie wewnętrznego oczyszczania, jaki towarzyszy praktyce medytacji. A ponieważ jest ona praktyką zanurzania się w doświadczeniu Bożej miłości, dzięki niej łatwiej nam te trudne cechy, ukryte emocje, zranienia zaakceptować i przepracować. Ostatecznie bowiem Tym, który nas uzdrawia jest Duch Święty, który został nam dany i który też zna tajniki naszego serca. Lecz zgodnie z nauczaniem Jezusa, że „tylko prawda nas wyzwoli” konieczne jest, abyśmy na modlitwie stawali w prawdzie wobec Boga i siebie, tylko wówczas nasz historia  życia, w tym naszych zranień, upadków, słabości stanie się historią, w której będziemy potrafili dostrzec Boże działanie i odkryjemy z radością, że nasze słabości mogą stać się miejscem objawiania się mocy Bożej. Dlatego w medytacji nie jest najistotniejszy czas, bo „czas nie należy do nas, on należy do Boga!” – jak przypomniał ostatnio w swojej katechezie papież Franciszek. Medytacja uczy nas zatem zgody na to, aby w naszym życiu duchowym wszystko odbywało się w tempie jaki przewidział dla nas Bóg. Medytacja uczy nas zatem nie nastawiać się na jakieś niezwykłe owoce duchowe, lecz uczy nas jak dobrze przeżywać chwilę obecną będącą naszym jedynym bogactwem i cieszyć się tą chwilą. Ojciec John Main uczył, że: „Perfekcjonizm, największy wróg wzrostu duchowego, musi zostać zastąpiony pokorą i prostotą, bo one nauczą nas być tymi, którzy ciągle zaczynają od nowa, mając umysł i serce otwarte na ciągle nowe doświadczenie, które jest owocem działania łaski w nas i obronią nas przed pychą, która na tę łaskę nas zamyka.”  Medytacja uczy nas pewności rodzącej się z zaufania Bogu, że wszystko, co jest nam potrzebne zostanie nam dane we właściwym czasie, nam pozostaje na to z pokorą i cierpliwością oczekiwać.