Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Surrexit Dominus Vere!

zmartwychwstanie

CRUX SACRA

SIT MIHI LUX!

Niech Pan, który zna smak strachu, słabości, samotności, bólu i umierania,

każdego dnia pozwala Wam od nowa poznawać smak swojego zwycięstwa, radości i pokoju

i niech Was nimi nasyci!

Nadzieja płynąca z Krzyża

Cierpienie fizyczne potrafi być wyniszczające. Często, zwłaszcza gdy jest owocem śmiertelnej choroby, prześladowania ze strony człowieka budzi lęk, wręcz paraliżuje, że nie uda się od niego uciec.

Jeszcze gorsze potrafi być cierpienie w sferze psychicznej. Świadomość, która uzdalnia do przeżywania cierpienia na głębszym poziomie musi mieć swoje bolesne konsekwencje.

Najtrudniejsze jednak, najbardziej rozdzierające są jednak cierpienia, które mają charakter duchowy. Ujawniają one dramat odwiecznego ścierania się dobra i zła, prawdy i fałszu, miłości i nienawiści.  Każdy, kto ma wrażliwe sumienie i żyje zjednoczony z Bogiem, pragnąc z całego serca pełnić Jego wolę bardziej niż inni potrafi całym sobą odczuwać ciężar duchowej walki, toczącej się zarówno na płaszczyźnie zewnętrznej, jak i wewnętrznej. To, co zło i grzech potrafi uczynić z człowiekiem możemy zobaczyć w dramacie Chrystusowego Krzyża.  Serce człowieka wrażliwego musi pękać z bólu, gdy zło w jakimkolwiek wymiarze tryumfuje: osobistym, społecznym, światowym.  

Ale Wielki Piątek pomimo, iż każe nam stanąć w cieniu dramatu Krzyża to jednak jest dniem, który niesie w sobie wielkie przesłanie Nadziei. Od tamtego WIELKIEGO PIĄTKU ludzkie męczarnie, cierpienia, łzy bólu nie są już skazane na bezsensowne kołatanie się po bezdrożach codzienności. Źródłem Nadziei jest Męka Jezusa, prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka (por. J 18,1-19,42). I chociaż cierpienie Chrystusa łączy się przelaniem krwi, to właśnie dlatego, że jest to Krew Boska, która ma wszelkie atrybuty miłującej nieskończoności, niesie ze sobą niewyobrażalne wręcz konsekwencje, dla tych, którzy uwierzyli, że ten, który umarł na Krzyżu jest prawdziwie Synem Bożym(por. Mk 15, 39b). Jest to Krew, która unicestwia wszystkie winy i grzechy świata, która wlewa w zranione i zalęknione ludzkie serce pokój, którego świat dać nie może (por. J 14,27),  która wobec ciągle panoszącego się zła uczy etykę miłości stawiać wyżej niż egoistyczną estetykę, której hołduje współczesny świat.

pasja_007

Wielki Piątek to zaproszenie do kontemplacji Męki Jezusa Chrystusa. Dzięki tej kontemplacji możemy zyskać wielką duchową moc w naszych wielorakich zmaganiach. Najważniejsze jest to, że dzięki tej kontemplacji zyskujemy przekonanie, że Chrystus jest z nami w każdym cierpieniu, ponieważ wszystkie nasze cierpienia zostały już zawarte w Krzyżu Chrystusa. „Chrystus w każdej kropli naszej krwi, poprzez swą Boską Krew, jest bardziej obecny i cierpiący, aniżeli my sami”.

W tym znaku dokonało się zbawienie człowieka. Moc Ofiary Chrystusa polega na tym, że jest źródłem pojednania człowieka z Bogiem ale też pojednania pomiędzy ludźmi. A wszystko tylko z jednego powodu – z MIŁOŚCI.  Ta MIŁOŚĆ ukazuje drogę naszego uzdrowienia, uwolnienia, oczyszczenia i uświęcenia… Pytanie, czy zechcemy nią pójść!?

Eucharystia i kapłaństwo

Wielki Czwartek… Przeżywamy dzisiaj pamiątkę ustanowienia sakramentu Eucharystii. Ciało i Krew Chrystusa są bezcennym pokarmem teraz i na życie wieczne. Sakrament Eucharystii ściśle łączy się z sakramentem kapłaństwa…

Choć mam świadomość, że nędznik ze mnie wielki i nie zasłużyłem na ten dar, to jednak Jezus Chrystus zechciał bez moich zasług – co przypomina mi każdy Exultet –  obdarzyć mnie darem kapłaństwa. Choć trochę uciekałem przez tym darem i przed powiedzeniem „tak”, to jednak Bóg w swoim zaproszeniu raz skierowanym do człowieka pozostaje do końca wierny, nigdy się nie wycofuje i co najważniejsze dla nas, jest cierpliwy.  Dlatego mogę powiedzieć za Prorokiem Jeremiaszem: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś” [Jer 20, 7]

Kiedyś, we wczesnej młodości dostałem od bliskiej mi osoby modlitwę o powołania z prośbą, abym ją odmawiał. I czyniłem to, zawsze jednak na końcu dodając, jako odpowiedź na odczuwany gdzieś na dnie niepokój serca: „tylko nie mnie, Panie”. Na szczęście Pan wie, co dla naszego serca jest naprawdę dobre i nie zawsze nas wysłuchuje:-) Dzisiaj, gdy ktoś zapyta mnie: „Czy jesteś szczęśliwy jako ksiądz?”. Mam tylko jedna odpowiedź: „Nie było dnia, od kiedzy podjąłem decyzję pójścia do seminarium, żebym żałował tego wyboru a właściwie wybrania”. Ale jak powiedział mi kiedyś mój kolega – pustelnik dzisiejsze szczęście to dopiero zapowiedź, to tylko „pewnego rodzaju przed-szczęście”. I dodał: „Nie wolno ci zapomnieć, że doczesne życie to tylko przedsmak czegoś, co w pełni objawi się po tamtej stronie życia, więc uważaj, żebyś się nie zatrzymał na tym, co jest jedynie namiastką prawdziwego szczęścia, biorąc je za całość. Powtarzaj sobie każdego dnia jak mantrę, że teraz jesteś dopiero na dobrej drodze do prawdziwego szczęścia, ale prawdziwość i pewność tej drogi wyznacza dopiero codzienna wierność Chrystusowi”.

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus ułożyła kiedyś piękna modlitwę za kapłanów:

O Jezu, Wiekuisty, Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twego Najświętszego Serca, gdzie nikt nie może im zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą Krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina, udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą dla nich radością i pociechą tu, na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.

Pragnę w tym miejscu podziękować tym wszystkim, których Bóg postawił na drodze mojego kapłaństwa, dziękuję za dar Waszej obecności, za Waszą modlitwę i za Waszą miłość. I zapewniam, że ze swej strony staram się odwdzięczyć tym, co mam najcenniejszego – noszę Was w moim sercu, zawierzając Chrystusowi za każdym razem, gdy staję przy Jego ołtarzu.

Medytacja i czas

Przymierze zawarte między Bogiem a człowiekiem jest nazywane w Biblii czasem Boga. Jest to czas określany przez działanie Boga oraz przez cel ku któremu zmierza człowiek, z którego historią czas jest nierozerwalnie związany.

Patrząc z tej perspektywy zasadnicza postawą chrześcijanina wobec czasu jest uchwycenie „dziś” Boga, w naszym własnym „dziś”. Dzięki temu czas jaki przeżywamy przestaje się już jawić, jako tyran, który nas gna do przodu, zmuszając do tak typowego dla naszych czasów pośpiechu. Poprzez dostrzeżenie faktu, że nasz czas jest także czasem działania Boga mamy szansę przekształcenia naszej relacji w stosunku do czasu. Chodzi o to, abyśmy potrafili dostrzec w przeżywanym przez nas czasie, określanym jako nasza codzienność zaproszenie, które jest skierowane do nas przez Boga. Tym zaproszeniem, które Bóg do nas kieruje jest z jednej strony posłuszeństwo słowu Bożemu, które rozbrzmiewa dziś a z drugiej strony umiejętność rozeznawania konkretnych znaków czasu, przez które Bóg do nas mówi. Psalmista napisze:  „Ty jesteś moim Bogiem, w Twoim ręku są moje losy” [Ps 31, 15 b]. Ten werset ukazuje nam zasadnicza postawę człowieka wierzącego, która uświadamia nam, że nasze dni nie należą do nas, nie są naszą własnością. Czas należy do Boga i dlatego Psalmista mówi dalej: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca” [Ps 90,12].

Dlatego chrześcijanin to ktoś, kto jest powołany do tego, aby „czuwać i modlić się w każdym czasie [Łk 21,36]. Jest to postawa, która włącza nas w walkę z bałwochwalstwem, w którym wyalienowany czas staje się bożkiem współczesnego człowieka, tyranem, który chce zdominować nasze życie i wziąć nas w niewolę. Tak częste narzekanie na brak czasu jest na to koronnym dowodem. Dlatego święty Paweł wzywa nas do mądrego przeżywania czasu, którego cechą jest wykorzystywanie go do czynienia dobra, nie trwonienie go, ze świadomością, że czas, jaki przeżywamy jest dla nas – ludzi wiary – czasem próby, walki i cierpienia. [por. Ef 5,16; Kor 4,5].

Nawet  po zwycięstwie Chrystusa, po Jego zmartwychwstaniu, ciągle na nas działa wpływ „pana tego świata”, który próbuje wziąć nas w niewolę a którego czas, zwłaszcza źle przeżywany jest narzędziem działania.

I tutaj jawi się nieoceniona rola medytacji, jako doświadczenia modlitwy pozwalającej nam nie tylko na zasłuchanie w słowo Boże, które jest warunkiem ukształtowania w nas wrażliwości na Boże działanie w naszym życiu, ale też jako modlitwy wyzwalającej nas z okowów czasu.  Medytacja zatrzymując nas w biegu naszego życia, na doświadczeniu obecności Boga, który działa tu i teraz uczy nas także tego, że czas, jaki przeżywamy tu na świecie jest w rzeczywistości jak powie św. Paweł: jedynie czasem oczekiwania na rzeczywistość eschatologiczną, kiedy Bóg będzie wszystkim we wszystkich [por. 1 Kor. 15,28]. Naturalnie nie jest to oczekiwanie bierne, gdyż jesteśmy zaproszeni w tym czasie do działania, ale medytacja uczy nas, że nasze działanie o tyle przynosi konkretne, duchowe owoce o ile jest zanurzone w Boga. Jest to zatem wymiar mądrości serca, który zdobywamy w szkole medytacji. Medytacja ponadto poprzez otwartość na obecność Boga jest także doświadczeniem otwierającym człowieka medytującego na wieczność a więc na życie, na które dopiero oczekujemy a które w pełni będzie napełnione samym Bogiem i Jego miłością, a medytacja jest jedynie pewną zapowiedzią tego stanu.

Rozrzutna miłość

Choć tematem przewodnim Niedzieli Palmowej jest zapowiedź męki i śmierci Chrystusa, ja chciałbym zatrzymać się na innym fragmencie dzisiejszej Ewangelii, który rozpoczyna dzisiejszą perykopę. Mam na myśli fragment opisujący zatrzymanie się Chrystusa wraz z uczniami zmierzającymi do Jerozolimy w domu jego przyjaciół: Marii, Marty i ich brata łazarza, wskrzeszonego przez Chrystusa. Ewangelista opisuje hojny gest Marii, polegający na wylaniu na głowę Jezusa funta nardowego olejku. Gest ten oburzył niektórych, zwłaszcza Judasza z powodu wielkiej rozrzutności Marii. I rzeczywiście koszt jedno-funtowego flakonu olejku nardowego wynosił około trzystu denarów, co w czasach Jezusa odpowiadało przeciętnemu rocznemu zarobkowi robotnika. Tym bardziej, że tego rodzaju pachnidła nie były potrzebne ani do życia ani dla zdrowia, gest taki zatem słusznie mógł być uznany za pewien luksus.

Aby jednak zrozumieć głęboka wymowę tego, co stało się w domu Łazarza, trzeba na to wydarzenie popatrzeć sercem. Sam Chrystus wskazuje zresztą na duchową wymowę tego czynu: „Namaściła Mnie na dzień Mojego pogrzebu”. [J 12, 7] Gest ten miał zatem wymiar proroczy, ale nie tylko. To co uczyniła Maria było przede wszystkim podyktowane odruchem serca przepełnionego miłością i wdzięcznością za to, co Chrystus dla nich uczynił. Dlatego właśnie gest ten nigdy nie będzie zrozumiały przez ludzi małostkowych, których przykładem jest Judasz Iskariota i których również dzisiaj jest nie mało. Ów gest jest bowiem symbolem ofiarowania czegoś ponad konieczność czy potrzebę chwili, do czego człowiek nie jest zobowiązany z żadnego tytułu a co potrafi ofiarować tylko bezinteresowna miłość.  Człowiek małoduszny powiada: „wystarczy spowiedź raz do roku, obecność  w kościele raz na tydzień, pacierz rano i wieczorem…, więcej nie mam obowiązku”.

Tymczasem uczynek Marii kieruje naszą uwagę ku wielu ofiarnym sercom, które hojnie oddają Chrystusowi swój czas i siły ponad obowiązek, po prostu z miłości. Są to osoby, które chętnie spędzają długie godziny na rozmowie z Panem, nawiedzają Go w Najświętszym Sakramencie i trwają przed Nim w pełnym miłości spojrzeniu, które nawet codziennie uczestniczą we Mszy świętej, dla których stół Chrystusa staje się ich własnym stołem. Są to dusze, które swoimi modlitwami, swoim  oddaniem, swoją adoracją – niby wonnymi olejkami – namaszczają głowę i stopy Chrystusa. Świat często mówi o nich z pogardą: „dewotki” lub „mohery”, sądząc jak Judasz, że lepiej byłoby ten czas poświęcić na jakieś bardziej pożyteczne z ludzkiego punktu widzenia sprawy. Szkoda, że dopiero po tamtej stronie ci, którzy dzisiaj gardzą takimi osobami będą mieli okazję zobaczyć, ile im zawdzięczają. Może wówczas z zawstydzeniem podziękują im i docenią to, że ich modlitwy i ofiary ocaliły ich własne dusze.