Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wyrzec się wszystkiego, aby wszystko otrzymać

Z Ewangelii według Świętego Łukasza

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.

Albo jaki król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem». (Łk 14, 25-33)

Jezus podaje dziś potrójne „kryterium negatywne”: kto nie może być Jego uczniem. Jak widać, nie interesuje Go entuzjazm wielkich tłumów, choć przecież pragnie, „żeby wszyscy ludzi byli zbawieni i doszli do poznania Prawdy” (1 Tm 2,4).

Dzisiejsza Ewangelia przestrzega, że nie można być chrześcijaninem „na gapę”, ukrytym w tłumie, który nie przejmuje się wezwaniami do nawrócenia, a jego religijność to kwestia koniunktury. Zbawienie osiąga się nie przez statystyczną przynależność do Kościoła, lecz raczej poprzez stawanie się podobnym do Jezusa.

Lepiej brzmiące jest dla nas stwierdzenie Jezusa, że „kto ojca lub matkę kocha więcej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” niż ujęcie negatywne, które słyszymy dzisiaj: „kto nie ma w nienawiści ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, a wreszcie siebie samego”. Jezus jednak nie snuje subtelnych rozważań o duchowych priorytetach i preferencjach, ale używa języka mocnego i pełnego ognia. W typowo semickim stylu domaga się, by miłować Boga całym sercem i ponad wszystkie inne miłości (Łk 10,27).

Słowo o tym, żeby mieć w nienawiści tych, których najbardziej kochamy, ma nas chronić przed zaślepiającą mocą miłości. To, że kogoś kocham, że kogoś bardzo kocham, nie może oznaczać, że kocham wszystko, co on czyni. Prawdziwa miłość będzie zawsze wymagająca i będzie umiała stawać w prawdzie.

Jezus domaga się od swoich uczniów miłości większej niż ta, jaką rodzice obdarzają swe dzieci, lub przeciwnie, jakiej mogą od nich oczekiwać.

W tej wypowiedzi Pan Jezus wyraźnie mówi, że trzeba Go kochać jako Boga, na pierwszym miejscu – że z Niego bierze się w nas nasza zdrowa miłość do innych, również do naszych najbliższych. Jeśli Jego nie będziemy kochać na pierwszym miejscu, wtedy i nasza miłość do najbliższych będzie okaleczona.

Również przypowieść o budowaniu wieży w inny sposób mówi nam to samo: Jeśli chcemy coś osiągnąć w życiu duchowym, którego ostatecznym owocem (niejako uwieńczeniem budowli jest życie wieczne), Pana Boga i relację z Nim musimy postawić na pierwszym miejscu, jako fundament. Bo jeśli w życiu czasem stawiamy Boga na pierwszym miejscu, ale czasem co innego, to może się okazać – mówiąc językiem przypowieści – że wkradną się w nasze życie jakieś wady budowlane, które mogą w najgorszej sytuacji grozić zawaleniem się konstrukcji naszego życia..

Dobrze oddają to słowa św. Pawła z dzisiejszego pierwszego czytania: „Miłość nie wyrządza zła bliźniemu”. Jak łatwo jest nam przekroczyć Boże Prawo (a więc ów fundament) kiedy zwracamy uwagę na własną korzyść. To często argument: „co mogę zyskać” jest tym, który przeważa o kierunku naszych decyzji. W naszych wyborach, w których jest przecież jakaś cząstka miłości do innych często przeważa nasz własny interes i miłość własna, która św. Paweł nazywa „miłością bez krzyża”. Taka miłość za główny motyw działania i wyborów ma własne dobro. Potrafimy wchodzić w różne kompromisy by coś dla siebie ugrać, coś zyskać… „Kochamy drugiego, ale dla siebie samych” – powie św. Jan Bosko. Nie dla nich samych i nie dla samego Jezusa. Jest to jednak miłość egoistyczna, która często nas zwodzi i de facto potrafi pójść na kompromis z jakimś złem, które wybieramy (bo tak jest wygodniej czy łatwiej, czy przynosi nam to jakąś korzyść) i sprawia, że nie zawsze umiemy dostrzec krzywdę, którą takim wyborem czy decyzją wyrządzamy drugiemu.

Jezus zaprasza nas byśmy zaakceptowali krzyż wpisany w miłość to znaczy: trud szacunku do drugiego człowieka; jego prawdziwe dobro, które wyznacza granice naszego postępowania. To oznacza, że trzeba pozwolić na ukrzyżowanie w sobie swego fałszywego „ja”, które chce być egoistą i zajmować się tylko swoim dobrem. Każdy z nas ma w sobie fałszywe „ja”. Lubimy temu zaprzeczać, podczas, gdy ono ujawnia się w tak wielu sytuacjach. Prośmy o spójność naszego życia. Prośmy byśmy chcieli służyć Chrystusowi kochając drugiego i siebie samego w sposób przynoszący prawdziwe dobro, czyli takie, które służy zbawieniu duszy drugiego i naszej własnej.

Tej sprawie w sposób bezkompromisowy służy medytacja monologiczna, której praktykę opieramy całkowicie na Jezusie, Jego słowie i łasce w ten sposób niejako czyniąc Go fundamentem naszej duchowej budowli. A przy okazji jest to praktyka, która skutecznie uczy obumierania dla naszego fałszywego „ja”, po to aby nasze życie coraz bardziej opierać na prawdzie i bezinteresownej miłości.

Droga Błogosławieństwa

Drodzy, dzisiaj z racji uroczystości Wszystkich Świętych stacjonarnej medytacji dzisiaj nie będzie. Pozdrawiam. M.

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył usta i nauczał ich tymi słowami:

«Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe o was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie». (Mt 5, 1-12a)

Jest takie opowiadanie “O sklepiku i supermarkecie”

Ubogi Żyd, właściciel małego sklepiku z różnościami, wyznał zmartwiony rabinowi swoje obawy i kłopoty. Oto dokładnie naprzeciwko jego biznesu powstał wielki supermarket, czyli potężna konkurencja, której nie wytrzyma mały sklepik. Od lat należy ten kantorek do naszej rodziny – tłumaczył – i jeżeli stracę klientów, oznacza to dla mnie kompletną ruinę, gdyż do niczego innego się nie nadaję.

Rabin słuchaj uważnie, a potem odezwał się z namaszczeniem: – Jeżeli boisz się właściciela supermarketu, będziesz go nienawidził. I właśnie nienawiść stanie się twoją ruiną! – Co mam więc robić? – zapytał zrozpaczony sklepikarz.

– Każdego ranka wychodź na chodnik – odpowiedział mistrz – i błogosław swemu biznesowi, aby dobrze prosperował. Potem odwróć się i błogosław tak samo sklep naprzeciwko!

– Co?! – nie wytrzymał kupiec – mam błogosławić swego konkurenta i niszczyciela?- Każde błogosławieństwo – tłumaczył uczony mąż jakie dzięki tobie stanie się jego udziałem, powróci do ciebie. Ale i wszelkie zło, jakie ściągniesz na niego, wróci do ciebie i zniszczy cię doszczętnie.

Za pół roku zjawił się ten sam sklepikarz, aby rabinowi donieść, że rzeczywiście – jak przewidywał – musiał zwinąć swój biznes, ale teraz jest dyrektorem supermarketu i powodzi mu się lepiej niż przedtem!

Błogosławić powinniśmy każdemu, bo błogosławieństwo dla innych jest również i naszym błogosławieństwem. Każdy, komu jest dobrze, potrafi odpłacić tym samym czyniacym mu dobro. Zwykły uśmiech to tak wiele, bo pozwala rozjaśnić chmury, deszcz i szarzyznę naszego codziennego życia…

Jak inny byłby świat, gdybyśmy częściej sobie błogosławili a nie złorzeczyli. Niby to takie proste.

Może klucz tkwi w powtarzaniu…

Pomyślałem sobie o tym błogosławieniu innym w kontekście praktykowanej przez nas medytacji monologicznej. Dziewięć razy Jezus powtarza dziś słowo „Błogosławieni”.  Powtarzanie uczy nas żyć według tych słów – to stara szkoła Ojców Pustyni. Gdybyśmy częściej powtarzali Ewangelię Błogosławieństw może łatwiej nam byłoby błogosławić – jak ów Żyd z opowieści – sobie i innym w każdych okolicznościach życia? Dwanaście wersetów, w których otrzymujemy od Jezusa jasne instrukcje jak żyć w duchu błogosławieństw.

W wolnej chwili może warto rozważyć zdanie po zdaniu z tego fragmentu Ewangelii i zadać sobie po każdym zdaniu pytanie: Jak daleko zaszedłem w swoim sercu i życiu: w ubóstwie w Duchu, w łagodności, w miłosierdziu, w cichości i czystości serca…?

To jak powtarzanie medytacyjnego wezwania, które przypomina, że za każdym razem, gdy w medytacji wzywamy imię Jezus On nam błogosławi ucząc nas w ten sposób błogosławić innym. To dobra droga do wyciszenia złych emocji, które pojawiają się w naszych relacjach z innymi, do pokoju serca i do rozsiewania wokół siebie dobra.

Radość bycia dla Boga.

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie».

Wtedy Piotr zapytał: «Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?»

Pan odpowiedział: «Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby rozdawał jej żywność we właściwej porze? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w sercu: Mój pan się ociąga z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; surowo go ukarze i wyznaczy mu miejsce z niewiernymi.

Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą». (Łk 12, 39-48)

Zacznijmy dziś od opowiadania:

 

Do ogrodu rabina zakradł się złodziej, aby “zorganizować” sobie trochę ziemniaków. Rabbi stał w oknie i obserwował to wszystko; a kiedy zobaczył, że biedny chłopina nie może sobie dać rady z podniesieniem worka, wybiegł i pomógł mu zarzucić ciężar na plecy.

W domu spotkały rabina wymówki: – Jak mogłeś mu pomagać w kradzieży twoich kartofli? – Myślicie, że skoro on jest złodziejem, to ja nie jestem zobowiązany do pomocy? – odpowiedział zdumiony rabin.

Nie będę ukrywał, że ta dzisiejsza Ewangelia (Łk 12,39-48)  jest dla mnie trudna. Oczywiście, nie chodzi mi tutaj o trudność w czytaniu czy rozumieniu tego natchnionego tekstu. Chodzi bardziej o sens słów Jezusa. Szczególnie o słowa o tym, że ,,komu wiele dano, od tego więcej wymagać się będzie.” Niby nic nadzwyczajnego, ale głębsza analiza tych słów chyba powinna przyprawiać nas o gęsią skórkę.

Tym ,,wiele” jest dla nas nasze życie, nasze zdrowie, nasza wiara, nasza praca, nasze relacje z innymi… Kiedy przyglądamy się naszemu życiu posiadamy naprawdę wiele. W nasze ręce – jak pisze św. Paweł – został złożony prawdziwy skarb, który – z racji naszej słabej ludzkiej kondycji – nosimy w naczyniach glinianych.

Logika Ewangelii jest taka: Dużo dostałem, więc dużo muszę dać także od siebie. Taka jest Boża ekonomia…

Słyszałem kiedyś od jednego z rabinów taką oto opowieść mówiącą o znaczeniu dzielenia się wiarą: W Ziemi Świętej u stóp Góry Hermon bierze początek potok Jordan. Jego wody spływając w dół tworząc pierwszy zbiornik, którym jest Jezioro Genezaret. To miejsce, gdzie są ryby, na brzegach rosną różne rośliny, a nad wodą unoszą się ptaki. Wody Jordanu płyną dalej i tworzą kolejny zbiornik. Tym razem całkowicie pozbawiony życia. Jest nim Morze Martwe. Wygląda pięknie: w różny odcieniach lazuru. Ale na dnie leży sól. Nie ma tam ani ryb, ani roślin, ani ptaków. Brakuje jakichkolwiek widocznych oznak życia. Czy wiesz, dlaczego te same wody Jordanu raz tworzą zbiornik pełen życia, a za drugim razem zbiornik całkowicie pozbawiony życia? Odpowiedź jest prosta. Bo do Jeziora Genezaret woda wpływa i wypływa. Natomiast do Morza Martwego tylko wpływa.

Oczywiście w perspektywie wiary największym Bogactwem, jakie otrzymujemy jest ofiarowana nam miłość Boga. „Na pewnym etapie swojego życia zdałem sobie sprawę, że to wielka radość być całym dla Boga. Skoro tak, to co innego może nas zajmować?” – pyta w swojej nowej książce ojciec Richard Rohr. Własne życie, wygoda, nasz czas, emocje? Otrzymaliśmy dar o wiele ważniejszy: Ojciec przez Syna daje nam w posiadanie siebie samego i swoje Królestwo. Czuwajmy więc, przekazujmy sobie lampę wiary. Jesteśmy za to odpowiedzialni, to nam Jezus zaufał i dając się nam poznać.

Medytacja to nic innego jak okazja do tego by przez tę chwilę modlitwy czerpać radość z bycia całym dla Boga zamiast zajmować się innymi sprawami. Niech to medytacyjne czuwanie umacnia naszą wiarę, która jest niczym innym jak budowaniem relacji z Bogiem po to, abyśmy umieli się nią także dzielić z innymi.

Nieść Boży pokój

Z Ewangelii według św. Łukasza

Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwu uczniów i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich:

«Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie! Oto posyłam was jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie.

Gdy wejdziecie do jakiegoś domu, najpierw mówcie: Pokój temu domowi. Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co będą mieli: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiegoś miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże». (Łk 10, 1-9)

Kiedy pra-pradziadek miał coś trudnego do załatwienia, szedł na małą polankę w lesie, zapalał ognisko, zapadał w mistyczny trans i odmawiał głośno swoje modlitwy. I zawsze było tak, jak sobie pra-pradziadek życzył.

Pradziadek – gdy miał ciężkie sprawy – szedł na tę samą polanę i mówił: Ogniska nie wolno już palić, trudno o trans mistyczny, ale modlitwy mogę głośno odmawiać. I odmawiał. I działo się to, o co się modlił.

W następnym pokoleniu dziadek również szedł z problemami do lasu i mówił: Ogniska nie wolno już palić, trudno o trans mistyczny i nie potrafię się modlić, ale znam to miejsce w lesie, gdzie to wszystko należy robić; i to musi wystarczyć. I wystarczało.

Ojciec przeżywając ciężkie godziny, nie wychodził już z domu. Siadał tylko przy stole, zapalał świeczkę i mówił z przekonaniem: Nie wolno już palić ogniska, trudno o trans mistyczny, nie umiem się modlić i nie znam też tego miejsca, gdzie to wszystko się robiło, ale mogę o tym opowiadać. I oto opowiadanie miało ten sam skutek, co czyny świątobliwych i gorliwych w służbie Bożej przodków. [B. Ferrero]

Na naszej drodze spotykamy wielu ludzi, którzy zapadają w mniejszym lub większym stopniu w naszej pamięci. Wielu z nich oczywiście nie pamiętamy, bo były to znajomości jedynie przelotne. Są jednak takie osoby, z którymi spotkania wydają się nam wyjątkowego i zapadają w pamięć. I za każdym razem poczytujemy je sobie jako dar Boga dla nas samych. Myślę dziś szczególnie o ludziach, którzy byli dla nas świadkami pokoju serca…

Pan Jezus posyła swoich uczniów, aby nieśli pokój. Sądzę, że nikt nie ma wątpliwości, że pokój zewnętrzny, pokój między ludźmi może nieść jedynie ktoś, kto nosi w sobie pokój wewnętrzny, duchowy – pokój serca. Świat bardzo potrzebuje pokoju, bo jego brak ogromnie wpływa dzisiaj na ludzkie zachowania i postępowanie: tam, gdzie nie ma pokoju, tam łatwo o agresję i przemoc.

Dawanie pokoju nie oznacza bierności wobec zła, lecz raczej docieranie do jego źródeł, by je wyeliminować – pokonać zło dobrem. Nie jest to może łatwe, ale konieczne!

Ewangelia dzisiejsza pokazuje do jak niesamowitych rzeczy uzdalnia Jezus swoich uczniów! Może nas to dziwi. Jeśli czujemy się uczniami Jezusa to faktycznie powinniśmy bardziej uwierzyć w siebie i nie oglądając się na nic najpierw dbać o pokój wewnętrzny, o pokój serca – co bez wątpienia czynimy przez praktykę codziennej medytacji a raczej co czyni Jezus, który sam mówi:  Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka! [J 14,27]

Ale ważne też jest chcieć dawać ten pokój na sposób Jezusowy będąc świadomi, że świat potrzebuje właśnie tego Chrystusowego pokoju, choć często się do tego nie potrafi przyznać. On wiąże się bezpośrednio jak mówi św. Jan Apostoł z darem Ducha Świętego: Ojciec da wam innego Pocieszyciela, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. [J 14,15-17]

Dlatego zadaniem nas – uczniów Chrystusa jest pokazywać ten pokój i nieść go innym. Bo skoro świat nie może przyjąć tego pokoju dlatego, że go nie zna to jeszcze bardziej pilnym wydaje się, żeby stawać się świadkami tego pokoju wobec innych, bo jeśli go poznają i doświadczą w nas i przez nas może większa szansa, że sami go zapragną i się na niego otworzą.

Panie, naucz nas modlić się

Z Ewangelii według Świętego Łukasza

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów».

A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». (Łk 11, 1-4)

Tradycyjne wyrażenie “Modlitwa Pańska” oznacza, że modlitwy do naszego Ojca nauczył nas Jezus. Modlitwa Pańska uważana jest przez Ojców Kościoła (takich jak Tertulian, Cyprian, Augustyn) za streszczenie całej Ewangelii. Skoro tak, to trzeba powiedzieć, że modlitwa “Ojcze nasz” jest nie tylko modlitwą, której Jezus uczy swoich uczniów, ale że Ewangeliści kreślą w niej postać ucznia Chrystusowego, malując w niej obraz człowieka nowego, człowieka modlitwy. Św. Augustyn twierdzi, że w całym Piśmie św. nie ma modlitw, które zawierałyby elementy nieobecne w Modlitwie Pańskiej. Modlitwa Pańska jest najdoskonalszą z modlitw… W niej prosimy nie tylko o to, czego możemy słusznie pragnąć, ale także w kolejności, w jakiej o to prosić. Modlitwa Pańska nie tylko uczy nas prosić a więc przypomina o naszej zależności od Boga. To przypomnienie jest potrzebne zwłaszcza współczesnemu człowiekowi kuszonemu pokusa samowystarczalności i mocy.

W książce p. t. „Życie w listach” odnajdujemy komentarz Mertona, który pisze, że „Kiedy modli się uczeń Chrystusa, człowiek ewangeliczny, człowiek noszący w sobie nowość życia, angażuje w nią te dyspozycje wewnętrzne, jakie ujęte są przez Jezusa w modlitwie “Ojcze nasz”. Jezus podaje nam w niej nie tylko słowa naszej modlitwy, ale równocześnie «wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze!» (Ga 4, 6). Modlitwa do naszego Ojca łączy się z misterium posłania Syna i Ducha. Jest zatem zawsze – jak nauczali Ojcowie Pustyni – modlitwą, która dokonuje się w łączności z Synem i Duchem Świętym, co przydaje jej szczególnej mocy”

Pierwsze wspólnoty Kościoła modliły się słowami Modlitwy Pańskiej trzy razy dziennie w miejsce tzw. „osiemnastu błogosławieństw”, używanych w pobożności żydowskiej. Modlitwa Pańska jest właściwą modlitwą Kościoła. Stanowi integralną część większości Oficjum Kościoła tj. Liturgii Godzin czy sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Włączona w Eucharystię, ukazuje “eschatologiczny” charakter zawartych w niej próśb, w pełnym nadziei oczekiwaniu Pana “aż przyjdzie” (1 Kor 11, 26).

Ojciec Anthony Bloom – mnich kościoła ortodoksyjnego a następnie prawosławny biskup Londynu i ceniony nauczyciel Modlitwy Jezusowej pisał: „Modlitwa Pańska jest niejako katechizmem modlitwy złożonym z próśb-sentencji, uczy nas jak w istotny sposób należy żyć Ewangelią czyli dosłownie podporządkowując woli Bożej nasze codzienne życie i potrzeby, traktując Boga jak Ojca i najlepszego Przyjaciela.”

Jezus jako Mistrz i Nauczyciel modlitwy uczy “Ojcze nasz” jako osobistej modlitwa, która w życiu człowieka wierzącego jest czymś niezastąpionym i „jest praktykowaniem – jak naucza ojciec Raniero Cantalamessa – nowej zdolności, jaką posiadł nowy człowiek odrodzony przez łaskę Chrystusową.”

Podobnie jak praktyka codziennej medytacji – choć może być realizowana we wspólnocie – to i tak zawsze pozostaje modlitwą osobistą i intymną, angażującą serce każdego modlącego się. Jest ona tą formą modlitwy, która w każdym medytującym wyrażana jest nas swój własny indywidualny i niepowtarzalny sposób, jak również na sposób bardzo indywidualny i niepowtarzalny kształtującą serce każdego, kto wszedł na drogę medytacji.

Jezus jako Nauczyciel modlitwy uczy nas właściwej postawy człowieka wobec Boga. Nie ma nic bardziej korzystnego dla człowieka niż proszenie o pomoc Boga w modlitwie i w życiu. Jezus swoja modlitwą, której nas uczy kieruje nas do Ojca, jeśli tylko pozwalamy się prowadzić. Dokładnie to dzieje się w medytacji monologicznej, gdzie przyzywając imienia Jezusa czynimy Go zarazem nauczycielem tej modlitwy jak i przewodnikiem w drodze do Ojca.