Kiedyś powróci Pan,
obiecał to, powróci w noc, gdy się nie czeka Nań.
Kiedyś powróci Pan,
obiecał to, niech twardy sen, nie zmorzy cię w tę noc.
Do Niego wołam w tęsknocie mej:
Boże, czy przyjdziesz już nocy tej?
Kiedyś powróci Pan, niech twardy sen, nie zmorzy cię w tę noc.
Niech świeci lampka twa,
byś drogę Mu do duszy swej jasno oświetlić mógł.
Niech lampka duszy twej,
wciąż jasno lśni, ażeby Pan odnalazł łatwo cię.
Do Niego wołam w tęsknocie mej:
Boże czy przyjdziesz już nocy tej?
Niech lampka duszy twej,
wciąż jasno lśni, by Pan odnalazł cię.
Czekaj Nań w sercu swym,
i nie łudź się, byś szczęście swe, mógł znaleźć poza Nim.
Czekaj Nań w sercu swym,
bo tylko z Nim dobroci blask rozjaśni dziś twój dom.
Do Niego wołam w tęsknocie mej:
Boże, czy przyjdziesz już nocy tej?
Czekaj Nań w sercu swym, by jasny był i dobry dziś twój dom.
Dzisiaj słyszymy uwielbienie Boga z ust Maryi. Magnificat to hymn zawierający głęboką treść, w którą warto się wsłuchać. Zwróćmy dzisiaj uwagę na trzy aspekty naszego życia, na które wskazuje Magnificat:
Pierwszy z nich to radość. Radość to cecha ludzi głębokiej wiary. Maryja znajduje radość w służbie i oddaniu Bożym planom, Ewangelia przywołuje również Chrystusa, który rozradował się w Duchu Świętym, także św. Paweł wzywa nas do radości w Panu. Prawdziwa radość wywodzi się z wewnętrznego doświadczenia Boga. Warto może zapytać pod koniec czasu adwentu – radosnego czasu oczekiwania skąd czerpię swoją radość? Gdzie najczęściej upatruję jej źródło?
Drugim ważnym aspektem na który wskazuje Magnificat jest szczęście. Maryja mówi o sobie, że jest szczęśliwa. Czym uzasadnia to szczęście? Pełnym oddaniu się Bogu. Maryja chce nas przekonać, że wybranie Boga na Pana swojego życia daje prawdziwe szczęście. Maryja mówiąc to, nie głosi jakichś niesprawdzonych teorii, ale odwołuje się do swojego osobistego doświadczenia, które jest potwierdzeniem tej prawdy.
I wreszcie trzecia ważna rzeczywistość, na którą wskazuje Magnificat, to miłosierdzie i sprawiedliwość Boga, które Bóg okazuje tym, którzy tego chcą, którzy wierzą w moc Jego działania i tej mocy zawierzają się do końca; którzy nie polegają na samych sobie, ale na Tym, który jest sama Miłością. Bo jak mówi Psalmista, „nikt, kto Mu zaufał nie będzie zawstydzony” (Ps 25,2).
Bóg jest zawsze wierny, nawet pomimo naszej niewierności. On nigdy o nas nie zapomni, nie cofnie swojego miłosierdzia ani raz danego słowa. Może często inaczej wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy podobnie jak Maryja potrafili do końca zaufać tym Bożym obietnicom.

Na ogół gdy rozważamy Ewangelię o Zwiastowaniu kładziemy główny nacisk na Maryję, na Jej pobożność i posłuszeństwo, pokorę i zaufanie do Boga. Faktycznie, jest to dla nas niedościgniony, a zarazem bardzo czytelny wzór wiary: wiary wyrastającej z modlitwy, wrażliwości na Boże Słowo, zaufania do Boga, posłuszeństwa, a w dodatku wiary zrealizowanej praktycznie i konkretnie w życiu, a nie tylko w teorii. Jest się czego uczyć.
Wiara Maryi była to bardzo konkretna forma Jej odniesienia do Boga – wyrażająca się w myśleniu, decyzjach i działaniu. I prawdopodobnie Maryja bardzo by nie chciała, abyśmy zatrzymywali swoją uwagę tylko na Niej, nie idąc dalej ku temu, na kogo wskazuje – ku Bogu. Taki bowiem jest cel Jej życia i taki powinien być cel życia każdego chrześcijanina: WSKAZYWAĆ SWOIM ŻYCIEM NA BOGA!
Czy tak jest również w naszym życiu? Czy to samo inni mogliby powiedzieć o każdej i każdym z nas, że swoim sposobem życia wskazujemy na Boga?
Jeśli zatem wskazujemy na prawdziwą wielkość Maryi, to polega ona na Jej pokornym oddaniu Bogu i Jego dziełu. I tego Maryja chce nas nauczyć…
Choć nie jest to łatwe. My wolimy częściej stawiać na swoim niż pokornie poddać się Bożemu prowadzeniu w życiu, zwłaszcza, gdy to, co Bóg nam proponuje nie zawsze zgadza się z naszymi planami na życie. Maryja uczy nas, że prawdziwa wiara to nie stawianie żadnych granic Bożemu działaniu w naszym życiu. Tylko wówczas Bóg ma szanse okazać swoją moc, nie gwałcąc naszej wolności. Maryja – jak to ktoś ładnie i obrazowo określił „jest jak piękny, witraż, który przepuszcza światło słońca którym jest Bóg”. Czym byłby witraż bez słońca – czy zdołalibyśmy dostrzec jego piękno i wymowę? My częściej chcielibyśmy świecić swoim własnym blaskiem, bez potrzeby dzielenia się zasługami z kimś innym, nawet z Bogiem.
Zobaczmy, że Maryja nie chciała nigdy w Ewangelii skupić uwagi na sobie, lecz zawsze, bardzo wyraźnie usuwa się na drugi plan, pozwalając by pierwszy plan należał do Jej Syna. Z nami jest trochę na odwrót, lubimy skupiać uwagę na sobie i nie lubimy, gdy ktoś spycha nas na drugi plan…
Dlatego warto w tę ostatnią niedzielę Adwentu uczyć się od Maryi prawdziwego wymiaru chrześcijaństwa, który czasem nam gdzieś umyka a które tak naprawdę polega na życiu dla Boga i ukazywaniu światu Jego miłości. Nie obawiajmy się, że życie poświęcone Bogu umniejszy w jakimś stopniu nasze znaczenie lub nasze szczęście. Bóg przecież nigdy nie był konkurentem człowieka i źle byłoby gdybyśmy Go tak traktowali! On jest miłośnikiem człowieka, naszym Ojcem i to, co najbardziej leży Mu na sercu, to nasze szczęście. Tyle, że prawdziwe szczęście a nie jego namiastki, którymi tak często próbujemy się zadowalać w życiu.
Kierunek właściwego patrzenia wskazuje nam dzisiaj także Archanioł Gabriel. On przypomina nam, że jesteśmy zaproszeni do współpracy z Bogiem. Zaproszeni a nie zmuszani! Bóg czeka na nasze „TAK”; podobnie jak czekał na „tak” Maryi. I właśnie w tym mamy Ją naśladować – w wielkodusznym oddaniu się Bogu. Maryja pokazała nam jak to zrobić. I pokazała także jak to potem wypełnić: w betlejemskiej szopie, w pośpiesznej drodze do Egiptu, w Nazarecie, w Jerozolimie, wreszcie na Golgocie, pod krzyżem. Oto Jej droga wiary, która była konsekwencją raz danego Bogu słowa. Wiary nie łatwej, ale będącej najpiękniejszą przygoda Jej życia dlatego, że zawierzyła Bogu do końca.
Spróbujmy iść za Nią nie tylko w czasie Adwentu, ale w całym naszym życiu, które może stać się niezwykłą przygodą wiary, gdy pozwolimy, żeby to Bóg był jego reżyserem.
Siedzę sobie dzisiejszego wieczora, po raz pierwszy czując atmosferę zbliżających się świąt. Wreszcie po całym okresie adwentowego zabiegania mogę się zatrzymać, tak aby przeżyć te ostatnie dni na głębszym przygotowaniu do świąt. Ufam, że w tych ostatnich dniach uda mi się więcej czasu poświęcić na medytację, po raz kolejny na powrót do lektury Mertona i jego adwentowych rekolekcji, które od lat najlepiej wprowadzają mnie w atmosferę świąt Bożego Narodzenia, myślę, że uda się też popościć, bo post zawsze odświeża umysł, ułatwia ostrość widzenia i myślenia a poza tym pozwala odczuć tak potrzebny zwłaszcza w doświadczeniu duchowym głód, bo umacnia w walce ze słabościami, pozwala choć z daleka solidaryzować się z tymi, którzy zmagają się z nim na co dzień a nade wszystko wzmaga tęsknotę za zaspokojeniem go nie tyle na płaszczyźnie fizycznej, co duchowej, Tęsknotę za światłem, która tak mocno utożsamia się z czasem adwentu.
Adwent to wychodzenie z ciemności ku światłu. Ciemność w ujęciu biblijnym to miejsce panowania zła, światło natomiast jest miejscem, gdzie króluje dobro. Wiele zła dokonuje się właśnie pod osłoną nocy. Dzień natomiast jakby trochę nie sprzyja złu. W świetle widać więcej i dobro chce się w nim pokazać. Natomiast tendencją zła, zwłaszcza zła osobowego jest ukrywanie się. Może nieco inaczej ostatnimi czasy stało się ze złem moralnym. Wydawać się może, że chce się ono coraz bardziej eksponować, robić dużo hałasu. Zastawiam się czy jest to znak czasów, które jak już kiedyś pisałem tutaj dotknął bardzo mocno grzech strukturalny (o którym głośno zaczął mówić św. Jan Paweł II jako o nowym i poważnym zagrożeniu dla współczesnego świata), czasów w których różne rodzaje zła próbuje się usankcjonować prawnie, czyniąc z nich fundament budowania nowego „ładu” społecznego, ekonomicznego, zwłaszcza, że odpowiedzialność za tworzenie tych nowych praw i zasad jest rozmyta a więc źródło ukryte; czy też jest to znak zbliżającego się końca czasów, dlatego pan tego świata nie zważając już na to, czy jego plany i zabiegi będą widoczne czy nie, chce zwieść jak najwięcej dusz, bo wie, że jego czas jest krótki, bo zbliża się Światłość Świata. Jedno jest pewne: świat i człowiek potrzebuje wciąż adwentu, tak jak potrzebuje Najczystszego Światła, bo bez Niego się gubi…
Uderzyło mnie pytanie pewnej żydowskiej myślicielki, pytanie skierowane do chrześcijan, których od lat obserwuje w Jerozolimie, gdzie mieszka, pytanie, które musi niepokoić każdego, kto wsłucha się w jego intencje, tym bardziej, że zostało postawione przez naszą starszą siostrę w wierze nie ze złośliwości, nie z postawy szyderstwa, ale z głębokiego smutku i rozczarowania tym, co przez lata obserwuje każdego dnia. Pytanie zaś brzmi:
„Wy, którzy jesteście wierzący, otrzymaliście Światło świata, ale co zrobiliście z tym Światłem?”
Można to pytanie stawiać z różnych perspektyw, ale najważniejszą wydaje się perspektywa świadectwa, którego zalęknieni, spychani coraz bardziej do narożnika przez współczesna cywilizację liberalizmu i nihilizmu chrześcijanie po prostu zaczynają się wstydzić. Wiele lat temu celnie pisał ks. Pasierb, że „Chyba zapomnieliśmy, jaki był wewnętrzny klimat pierwotnego chrześcijaństwa, skoro z taką niefrasobliwością odgrażamy się niekiedy, że jesteśmy gotowi znów zejść do katakumb. (…) Zejście do katakumb to zejście do podziemnego cmentarza”. Trudno o bardziej złowrogi symbol dla chrześcijaństwa, które jest przecież religią życia i światła. Bez względu na to, czy chcemy, czy nie, bez względu na zagrożenia i lęki, nie wolno nam zapomnieć, że powołani jesteśmy, by stanowić miasto wzniesione na wzgórzu, i światło z daleka świecące w ciemności świata.
My chrześcijanie otrzymaliśmy w depozycie nie byle jakie światło, ale Światłość świata! Warto jednak zadawać sobie to pytanie, które od kilku dni nie daje mi spokoju, pytanie jak najbardziej adwentowe: „Co czynimy z tym światłem?”