Czytanie z Pierwszego Listu Świętego Pawła Apostoła do Tesaloniczan
Pamiętacie przecież, bracia, naszą pracę i trud. Pracowaliśmy dniem i nocą, aby nikomu z was nie być ciężarem.
Tak to wśród was głosiliśmy Ewangelię Bożą. Sami jesteście świadkami, i Bóg także, jak bogobojnie, sprawiedliwie i nienagannie zachowaliśmy się pośród was, wierzących. Przecież wiecie, że każdego z was – jak ojciec swe dzieci – prosiliśmy, zachęcaliśmy i zaklinaliśmy, abyście postępowali w sposób godny Boga, który was wzywa do swego królestwa i chwały.
Dlatego nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przejęliście słowo Boże, usłyszane od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale jako to, czym jest naprawdę – jako słowo Boga, który działa w was, wierzących. (1 Tes 2, 9-13)
Życie duchowe, modlitwa, codzienna medytacja jest pracą i trudem. Ma służyć naszemu rozwojowi zarówno duchowemu, jak i ludzkiemu. A już stara łacińska maksyma mówi o tym, że to co nas rozwija łączy się z trudem i wytrwałością.
Święty Paweł dodaje jednak, że ta praca i trud chronią przed byciem dla innych ciężarem. Oczywiście jest to zrozumiałe, gdy myślimy o pracy w sensie ekonomicznym, ale warto uświadomić sobie, że jest to także prawdą w wymiarze duchowym.
Praktyka medytacji jest pracą duchową, na którą składają się zarówno nasz wysiłek jak i działanie Bożej łaski. W medytacji monologicznej – zakładającej minimalną aktywność naszego umysłu – szczególnie chcemy być podatni na działanie łaski. Każdy, kto ma za sobą jakąś drogę doskonale wie, że praktyka medytacji nas przemienia. Niektórzy nauczyciele medytacji mówią o triadzie owoców medytacji:
Po pierwsze: Medytacja odświeża więź z naszą prawdziwą jaźnią, czyli tym, co nas stanowi w naszym najgłębszym wymiarze. Jak nauczali już Ojcowie Pustyni (Kasjan, Ewargiusz, Makary) warunkiem spotkania z Bogiem jest najpierw spotkanie ze sobą, czyli z naszym najgłębszym ”ja”. Stąd medytacja, która sprawia, że możemy spotykać się ze sobą będzie także prowadziła do odświeżenia naszej jedności z zamieszkującym w nas Bogiem prowadząc w konsekwencji do odświeżenia naszej relacji z Nim a przez to naszej miłości i radości istnienia, co z kolei będzie przekładało się na odnowienie naszych relacji z innymi i z całym stworzeniem.
Po drugie: Medytacja stwarza w nas nową jakość tego co robimy i kim jesteśmy. Wyzwala w nas siły witalne, czyli życiową energię, której źródłem jest Bóg obecny w nas. Ta energia uzdalnia nas do rozwijania i dobrego korzystania z talentów, którymi nas Bóg obdarzył. Jak ktoś to ładnie powiedział: „Dzięki medytacji wnosimy do tego świata i jego kultury coś swojego – odnowionego przez łaskę i miłość”.
Po trzecie: Medytacja wzmacnia w nas wierność obranej drodze, wierność obranym zasadom, wzmacnia nasza więź z Bogiem i ze sobą a w konsekwencji także z innymi. Wgląd, który daje nam medytacja dzięki światłu łaski sprawia też, że zyskujemy większą jasność poznania, co przekłada się na lepsze życiowe wybory.
Te trzy aspekty potwierdzają prawdę wyrażoną przez św. Pawła, że trud pracy duchowej, której istotną część stanowi codzienna praktyka medytacyjna sprawia, że rzeczywiście dzięki niej i jej owocom stajemy się w mniejszym wymiarze ciężarem dla innych, gdyż Ci, którzy spotykają w medytacji Chrystusa wychodzą z niej przemienieni i dlatego można ich rozpoznać po ich miłości, radości, pokoju, cierpliwości, dobroci, życzliwości, wierności, uprzejmości, łagodności, opanowaniu (por Ga 5,22-23) – innymi słowy po owocach Ducha, które rodzą się w medytującym na skutek codziennego bycia w bliskości z Chrystusem. Mówiąc po ludzku są nie tylko w relacjach z innymi bardziej znośni, ale też bardziej otwarci i nastawieni przyjaźnie do otaczającej ich rzeczywistości, z którą łączność jest w nich odnawiana przez codzienną medytację.
Święty Paweł zachęca nas także do wdzięczności za to, że przyjmujemy słowo – co dokonuje się w praktyce medytacji przez świadome trwanie i wsłuchiwanie się w nie. Apostoł zapewnia, że to słowo działa w nas wierzących mocą tego, że jest słowem samego Boga. Dlatego staje się ono w najgłębszym znaczeniu kanwą poznania Chrystusa w wymiarze dużo głębszym niż tylko rozumowy (który to wymiar w poznaniu Boga jest zawsze ograniczony), bo w wymiarze wewnętrznym, w wymiarze serca. Święty Paweł powie w innym miejscu, że Królestwo Boże to właśnie nic innego jak poznawanie Jezusa Chrystusa (por. Flp 1,9; 3,10; Kol 1, 9-10). W praktyce medytacji i w ogóle w życiu chrześcijanina chodzi zatem o nastawienie na poznanie Chrystusa a w konsekwencji na lepsze poznanie siebie samego, bo jak nauczał św. Jan Paweł II: „Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie.” (z homilii na Placu Zwycięstwa w Warszawie 2 czerwca 1979 r). Medytacja pomaga poznawać Tego, który ogień Miłości przynosi swoim umiłowanym.
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:
«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.
Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.
Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”.
A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.
Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi». (Mt 20, 1-16)
Bruce Marshall w swojej znakomitej książce pt. “Ale i oni otrzymali po denarze”, która weszła do kanonu lektur duchowych, myśląc o Kościele i tych, których Pan Bóg powołuje do swojej służby (i bynajmniej nie chodzi tutaj jedynie o osoby duchowne, czy zakonne, dla Marshalla momentem powołania do pracy w winnicy jest chrzest każdej i każdego z nas a potem każde powołanie, które w ramach chrześcijaństwa się realizuje), dochodzi do wniosku, że w gruncie rzeczy dla pracujących w winnicy Pana już sama praca dla Niego i w Jego obecności jest wystarczającą zapłatą. Stąd właśnie z całą prostotą przyjmuje za rzecz nieomal oczywistą to, co zawiera się w przypowieści 0 robotnikach winnicy – każdy, bez względu na zdolności, trud i czas pracy, otrzymuje tyle samo. Szukamy klucza do szczęścia, a ostatecznie to przecież sam Pan Bóg jest naszą nagrodą – konkluduje autor.
Jeden z apoftegmatów ojców pustyni opowiada historię młodego człowieka, który przyszedł do mędrca po radę. Chciał być szczęśliwy. Szukał szczęścia na różnych drogach. Czasami wydawało mu się, że je odnalazł, ale wkrótce okazywało się, że było to złudzenie, ulotne uczucie szczęścia, które zostawiało po sobie niedosyt i niesmak. Czy jest możliwe szczęście w świecie tylu niedogodności i cierpienia? Młodzieniec zwierzył się, że dla zdobycia trwałego i pełnego szczęścia, niezależnego od zewnętrznych okoliczności, gotów jest na wiele wyrzeczeń. Mędrzec cierpliwie wysłuchał młodego człowieka, po czym powiedział:
“W drodze do szczęścia musisz wyzbyć się całego balastu złudzeń, które stwarzają jedynie pozory tego, co nazywasz szczęściem. Musisz stanąć w prawdzie przed Bogiem i – co najtrudniejsze – pokochać innych tak samo mocno, jak kochasz siebie. Wtedy odnajdziesz prawdziwą drogę do szczęścia”.
Gdybyśmy chcieli odczytywać słowa dzisiejszej Ewangelii jako wykład nauki społecznej o sprawiedliwości, czy sugestię dla jakiejś nowej ekonomii z przydomkiem “ewangeliczna”, znaleźlibyśmy się w dużym kłopocie. Mogłoby się bowiem okazać, że w krótkim czasie pojawiłyby się zastępy robotników “ostatniej godziny”. Większość wyruszałaby na poszukiwanie pracy przed zachodem słońca, by niewiele pracując, korzystać z zapłaty, jaką otrzymali ci, co pracowali cały dzień. Tak jakoś jesteśmy skonstruowani, że często wolimy pójść na łatwiznę, wymagając zazwyczaj od innych wiele, a od siebie prawie nic…
Tymczasem nie o ekonomię i nie 0 pracę tu chodzi. Przypowieść chce nam przybliżyć prawdę 0 zbawieniu, prawdę o szczęściu tu na ziemi, które w dużej mierze zależy od naszego traktowania Pana Boga, drugiego człowieka i siebie samego, a wreszcie także traktowania życia i tego co jest w nim obecnie. Dlatego warto żyć tu i teraz każdego dnia, który został nam dany i zadany. Takiej właśnie postawy uczy nas medytacja: odkrywania wagi tu i teraz.
A poza tym jest jeszcze jeden aspekt dzisiejszej Ewangelii – choć nie ma czasu by go już rozwinąć. Ewangelia w osobie gospodarza pokazuje nam Boga, który wychodzi na poszukiwanie człowieka. Nie zniechęca się. Szuka nieustannie i będzie szukał tak aż do ostatniej godziny przed końcem historii. Denar symbolizuje szczęście, które staje się udziałem człowieka, gdy ten pozwoli się odnaleźć Bogu obdarowując wszystkim co Bóg ma: łaską, obecnością, miłością, wiecznością. Ale Ewangelia pokazuje też tę drugą – bardziej smutną stronę tej rzeczywistości – że człowiek odnaleziony przez Boga nie zawsze potrafi się cieszyć z tego daru. Zapewne dlatego, że przeżywa go mało świadomie, albo że ma inne – niestety fałszywe – obrazy Boga i szczęścia. Oby medytacja pozwalała nam nieustannie doświadczać tego, że Bóg wychodzi nam naprzeciw i pragnie nas obdarowywać denarem łaski, miłującej obecności i zbawienia. A może wówczas będziemy inaczej potrafili popatrzeć na wszystko, co jest nam dane z Jego woli każdego dnia.
Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich». (Mt 18, 15-20)
W dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji skupimy się na ostatniej części dzisiejszej – nieco dłuższej niż ta przytoczona – perykopy ewangelicznej, ale ona tak pięknie i realistycznie oddaje ducha medytacji i jej wymiaru wspólnotowego, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. No właśnie realizm! Chrześcijanie wierzą w realizm Jezusowej obietnicy: „gdzie są dwaj albo trzej…”. W ten sposób „ściągamy” realną obecność Chrystusa pomiędzy siebie, do swoich wspólnot.
Tych możliwości urzeczywistniania realnej obecności Jezusa mamy tyle, że nie sposób nie zachwycić się szczodrością Boga. Pierwszy sposób Jego obecności wśród nas to Eucharystia. Drugi sposób to czytanie/słuchanie słowa Bożego. Trzeci to bliźni – cokolwiek uczyniliście jednemu z najmniejszych – Mnieście uczynili. I ten właśnie kolejny, czwarty realizujący się we wspólnocie wierzących: „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich”. Medytacja – zarówno ta wspólnotowa, jak i realizowana indywidualnie, ale zawsze w łączności z innymi uczy nas jak to robić, by się zbierać we dwoje, we troje, w kilkoro „w Jego imię”. A ostatecznie chodzi w tym wszystkim o jedność i o miłość! Nikt bowiem nikogo nie zmusza do codziennej medytacji, do przychodzenia na spotkania medytacyjne. Jeśli robimy to, to czynimy to w wolności i w miłości…
Słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii wspaniale skomentował — w roku mniej więcej 108, a więc prawie 1900 lat temu — święty Ignacy z Antiochii. „Pan nasz powiedział, że gdzie dwoje lub troje zgromadzi się w Jego imię, tam On jest wśród nich. A co dopiero, gdy jest nas więcej połączonych wspólnota serc, wiary i modlitwy? Sam Jezus zapewnia o wielkiej mocy wspólnej modlitwy! Istotne tylko byśmy wierzyli w tę moc!”
Trudno sobie wyobrazić coś bardziej intymnego niż wiara, ale zarazem wiara z natury swojej domaga się wspólnoty. Wiara to nic innego, jak oddanie się Bogu, który kocha; budowanie z Nim najbardziej intymnej relacji w miłości i ufności. Jest to odkrywanie wciąż na nowo, że jestem dzieckiem Boga. Przeżywając jednak wiarę w sposób dojrzały i niesamolubny uświadamiamy sobie, że nie ja jedna/jeden jestem dzieckiem Bożym, że obok mnie są setki innych. A to tworzy z nas niezwykłą wspólnotę, której fundamentem jedności powinno być odniesienie do Boga i Jego miłości.
Jeszcze z innej strony spójrzmy na tę potrzebę wspólnoty w wierze. Wiele darów otrzymujemy od Boga bezpośrednio, ale też wiele darów Bóg chce nam dawać w taki sposób, że będąc Jego dziećmi wzajemnie się nimi obdarzamy, co jeszcze bardziej nas łączy. I Panu Bogu zależy na tym, żebyśmy my będąc Jego dziećmi, byli powiązani więzami wzajemnej miłości i pewnej zależności w wierze (pomyślmy o tych bez których nie stalibyśmy się ludźmi wierzącymi, albo nie odkryli praktyki medytacji, jako swojej drogi duchowej). Jak to pięknie zobrazował św. Efrem Syryjczyk: ”Wiara przeżywana w pojedynkę jest podobna do iskry, która wypadła z ogniska — jest czymś raczej pewnym, że zgaśnie. Wspólnota wiary jest nam potrzebna, żebyśmy mogli wzajemnie dzielić się i obdarzać światłem wiary, pobudzać się wzajemnie do wiary gorliwej, do wierności Bogu i wytrwałości w chwilach prób i do powrotu, gdy zbłądzimy, bo wspólnota jest niczym bezpieczny port, do którego możemy wrócić po każdej burzy.”
Ostatnio ktoś dziękując za naszą wspólnotę medytacyjną napisał w mailu: „Dzięki, że jesteście. Wasza, przepraszam nasza spólnota pozwala mi wytrwać w wierności codziennej praktyce medytacji również wtedy, kiedy to trudne. Czuję, że to taka wierność dobru, która podoba się Panu Bogu. Wiem, że korzystam z tego nie tylko ja, ale także moje otoczenie.”.
No właśnie – medytacja — okazja do odkrywania szczególnej obecności Boga w naszych sercach i pośród ludzi idących tą samą duchową ścieżką, dzięki czemu może być także miejscem szczególnego świadectwa zarówno dla siebie wzajemnie, jak i dla ludzi z zewnątrz. Także ten wymiar warto mieć na względzie gdy medytujemy. Zatem kiedy siadamy do medytacji róbmy to z wdzięcznością, bo jest za co dziękować.
«Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, senność ogarnęła wszystkie i posnęły.
Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oto pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”.
Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. Nadchodzą w końcu i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.
Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny». (Mt 25, 1-13)
„Chrześcijanin to ktoś, kto powinien nosić w sobie nieustanną świadomość, że jego życie nieuchronnie zmierza do wieczności.” – pisała św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein). O tym mówi obraz panien z dzisiejszej przypowieści.
Chciałbym w dzisiejszym wprowadzeniu skupić się głównie na myśli dzisiejszej Patronki. Św. Teresa Benedykta od Krzyża, która w swoich pismach porusza temat uważności i czujności, do których zachęca nas dzisiejsza Ewangelia i którą to postawę wypracowujemy w praktyce medytacji.
Edyta Stein przeszła długą drogę duchową od urodzenia się w praktykującej żydowskiej rodzinie do niewiary, która rozpoczęła się głębokim kryzysem w wieku 14 lat po samobójczej śmierci jej wuja i stryja a następnie odejściem od wiary jej starszego rodzeństwa. „Całkiem świadomie i z własnej woli przestała się modlić” – jak sama to relacjonuje w biografii swojej rodziny. Od tej pory Edyta czuła się naznaczona „grzechem radykalnego ateizmu”. Nie była w stanie wierzyć, ale rozpaczliwie tęskniła za prawdą. Pogoń za prawdą była motywem podjęcia studiów humanistycznych – filozofii. I to właśnie dzięki tym studiom a właściwie dzięki spotkaniu w ich trakcie ludzi którzy na nowo otworzyli ją na świat Boży – jak filozof Max Scheler – po raz pierwszy spotkała się z chrześcijaństwem. Od tej pory wiara była jak ziarno wrzucone w jej duszę, które czeka na odpowiednią chwilę, by wydać owoce. Ale od tego czasu odczuwała już nieprzerwanie coraz większy głód Boga.
Ale to postawa Anny Reinach młodej wdowy, po poległym w I wojnie światowej filozofie Adolfie Reinachu, filozofie i przyjacielu była dla Edyty Stein świadectwem wiary wobec której jej niewiara się załamała (…) „a Chrystus zajaśniał: Chrystus w tajemnicy krzyża”[ Ofiara naszego czasu] – opisywała później. To było jej pierwsze spotkanie z Jezusem, które zostało dopełnione jej chrztem w 1922 r. Miała wówczas 30 lat. Natychmiast po przyjęciu chrztu Edyta Stein zapragnęła wstąpić do zakonu karmelitanek bosych.
W swoich listach rozważa, co cechuje chrześcijanina? I stwierdza m. in., że powinien on „czuwać każdego dnia i o każdej godzinie”. Czujność to konieczny element uważności. To nie tylko ćwiczenie – to dynamiczne, wzajemne oddziaływanie serca i zmysłów; to przeciwieństwo obojętności. Prawdziwa chrześcijańska mistyka, która dostępna jest dla każdego nie skupia się na odległym Bogu, tylko opiera się na świadomości ciągłego przebywania w Jego obecności: „Gdzie się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę od Twojego oblicza?” – pyta Psalmista. W rzeczywistości jeśli czasem Boga nie widzimy – pisze św. Teresa Benedykta od Krzyża – to nie dlatego, że jest zbyt daleko, ale dlatego, że jest zbyt blisko, bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ta świadomość sprawia, że potrafimy dostrzec, że cały świat jest skąpany w objęciach Boga i że mówi nam o Jego miłości. Dojrzałe chrześcijaństwo to nic innego jak miłości do Boga wyrażana przez miłość do Jego stworzenia. Najpoważniejszym kryzysem chrześcijaństwa – pisze Edyta Stein – jest dzisiaj rozdzielenie wiary i miłości w jej trzech aspektach do Boga, do siebie i do drugiego człowieka (w tym do innych stworzeń), co w rzeczywistości jest nierozdzielne. Wiara to wiedza dostępna przez miłość! Bez miłości nie można być nie tylko mistykiem, bez miłości nie można być prawdziwym chrześcijaninem. Prawdziwa wiara oparta na miłości to pewnego rodzaju gościnność, bo miłość jest wtedy, kiedy mieszkamy w sobie nawzajem ja w Bogu a Bóg we mnie. Dzięki temu zamieszkaniu możemy rozlewać tę miłość dalej, bez ograniczeń, bo jej źródłem jest Bóg obecny w nas. [por. św. Teresa Benedykta od Krzyża – Edyta Stein, Autoportret z listów]
W niezwykły sposób te rozważania pokrywają się z myślą o. Richarda Rohra z jego najnowszej książki „Uniwersalny Chrystus” i z tym czego poszukujemy w praktyce medytacji.
«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę
Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją». (Mt 13, 44-46)
Jezus mówi o Królestwie Niebieskim w przypowieściach i porównaniach jasnych i prostych, bardzo obrazowych, które łatwo zapadają w pamięć, i które pozwalają nam ciągle do siebie powracać, aby wyciągać wnioski i podejmować konkretne postanowienia. Prostota tym obrazów – jak zauważył jeden z moich znajomych jezuitów – stanowi bardzo dobry materiał do medytacji z obrazem czy medytacji typu ignacjańskiego.
Bóg ma plan dla każdego człowieka, dla każdego z nas, abyśmy byli szczęśliwi w Jego Królestwie i pracując dla Jego Królestwa, co realizuje się poprzez nasze osobiste powołanie. To bardzo ważne, aby nie myśleć o tym Królestwie, o którym mówi Chrystus, jako o czymś zewnętrznym. Jesteśmy w nie bowiem zanurzeni, co lapidarnie stwierdza św. Paweł na Aeropagu mówiąc: „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,28]. Medytacja uczy nas odkrywania tej prawdy i tego, że jesteśmy nieustannie tą rzeczywistością Królestwa przeniknięci. Życie duchowe jest tylko jednym z jego aspektów. Nasze powołanie – jak wspomniano – to kolejny aspekt udziału w tym Królestwie. Przez całe nasze życie Bóg też na różne sposoby objawia nam swoje plany, jakie ma wobec nas. Dlatego tak ważna w życiu duchowym jest wrażliwość na te Boże znaki i bez wątpienia medytacja tę wrażliwość jak i uważność na to, co Bóg do nas mówi w nas wyrabia. W duchowości nazywamy to darem rozeznawania. Oczywiście jesteśmy wolni i jako tacy możemy ten Boży plan przyjąć lub odrzucić.
Życie duchowe sprawia, że uczymy się patrzeć na wiele sprawa inaczej. Z jednej strony dostrzegamy piękno perspektywy, która się przed nami otwiera. Piękno współpracy z samym Bogiem oraz perspektywę wieczności, której ludzie niewierzący i nie-duchowi często nie mają. Z drugiej strony ceną za życie w tym Królestwie jest uczenie się wyrzeczeń czyli porzuceniu wszystkiego tego, co może być niepotrzebnym balastem dla ducha i dla naszej wolności serca, aby móc w pełni poświęcić siły temu, co ważne. Jezus, przedstawiając nam reakcję tego, kto znalazł ukryty skarb lub drogocenną perłę, pokazuje nam właśnie znaczenie wyrzekania się czegoś dla sięgnięcia po większą wartość.
Święty Efrem Syryjczyk naucza, że „Spośród różnych wartości Boże wezwanie jest czymś najcenniejszym”. Po czym dodaje: „Jeśli byście mnie pytali, jak odczuwa się Boże wezwanie, jak się je uświadamia, odpowiem wam, że jest to nowa wizja życia. To tak, jakby zapaliło się w nas światło; to tajemniczy impuls, który skłania człowieka do poświęcenia najszlachetniejszych sił na działalność, która z czasem nabiera charakteru misji. Ta siła życiowa, która ma w sobie coś z przytłaczającej lawiny, jest tym, co inni nazywają powołaniem, czyli pójściem za Chrystusem bez względu na to w jakim stanie żyjesz i jaki zawód wykonujesz. Powołanie do życia w Królestwie Chrystusa jest powołaniem uniwersalnym, skierowanym do wszystkich. Jest to bowiem Królestwo wieczne i powszechne Królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.” [Liber graduum]
Merton odnosząc się do powyższego tekstu Efrema pisze: „To zaproszenie jest ukrytym skarbem, który nie każdy znajduje. Znajdują je ci, którzy mają w sobie pewną Bożą wrażliwość.”[ Doświadczenie wewnętrzne. Zapiski o kontemplacji] To, co wyrabia w nas tę wrażliwość to właśnie medytacja, w której uczymy się otwartości i uważności na słowo, które Jezus do nas kieruje.
Siadając do medytacji warto uświadomić sobie – może po raz kolejny – jak cenne jest to, co Bóg nam ofiarowuje, gdy nas powołuje do tej modlitwy, i zaprasza, byśmy zagłębiając się coraz bardziej w siebie przez jej praktykę doszli do ukrytego skarbu, który jest w nas.