Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

W duchu i w prawdzie

Być może niejeden już raz słyszeliśmy opowieść o tym, że czasem bardzo prosta myśl, a niekiedy nawet jedno słowo, może zmienić czyjeś życie.

Przy studni Jakuba, o której czytamy dziś w Ewangelii, dzieje się coś podobnego. Ten, który może dać i zrobić dużo więcej niż kobieta jest sobie w stanie wyobrazić, staje się Tym, który prosi. I właśnie to słowo prośby staje się początkiem czegoś nowego w życiu Samarytanki. Wydawało się bowiem, że z powodu grzesznego życia wszyscy ją odrzucili. Jej życie straciło sens. A tu nagle jest Ktoś, kto ją uznaje i co więcej potrzebuje.

Jezus wchodzi w dialog z tą kobietą, nie bacząc na to, że łamie w ten sposób pewne religijne zwyczaje. Rozmawiając z nią o żywej wodzie pragnie rozbudzić w niej pragnienie Boga, pragnienie życia wiecznego. Niełatwa to była rozmowa. Tak naprawdę Samarytanka nie wiele pojęła z tej metafory o wodzie. Ale ważniejsze wydaje się to, iż uwierzyła, że tym, który daje życie jest on – Chrystus. Mało tego, wielu Samarytan z owego miasta dzięki jej słowom także uwierzyło w Niego.

Słowa, które robią na mnie szczególne wrażenie, i być może zrobiły wrażenie także na owej kobiecie, to słowa, w których Jezus mówi o prawdziwych czcicielach Boga. To kolejne przestawienie akcentów w tradycji, której dotąd uczono tę kobietę. „Nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Nadchodzi godzina, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie”.

Czyżby Jezus tymi słowami zakwestionował kult zewnętrzny? Wydaje się że nie, bo nie sposób pozbawić wiary jej zewnętrznych form, zewnętrznych wyrazów. Jednakże Jezus chce przestrzec przed zbytnim formalizmem religijnym, przez który zamiast odkrywać prawdziwą miłość Boga i pogłębiać relację z Nim rodzą się napięcia i podziały, których i dziś nie brakuje. Chrystus wskazuje na to, co jest najważniejsze w religijności. Na wymiar wewnętrzny, duchowy, bez którego zewnętrzny kult, nawet najpiękniejszy będzie martwy.

Problem polega na tym, że niektórzy ludzie często mylą wiarę z przekonaniami religijnymi. Systemy przekonań religijnych są jak ktoś to ładnie określił: pewnego rodzaju „garderobą wiary”. Religia, można powiedzieć, jest czymś bardziej zewnętrznym, co integruje ludzi, wiara natomiast to rzeczywistość wewnętrzna, duchowa, która przeżywana jest bardzo osobiście ukazując głębię naszej relacji z Bogiem, dlatego ma moc stać się źródłem przekracza wszelkich barier.

Jezusowe słowa o prawdziwych czcicielach, którzy oddają cześć Ojcu w duchu i prawdzie dotykają właśnie tej duchowej strony, w której wyraża się prawdziwa wiara. Dlatego też nie formy religijne nawet najbardziej pobożne, przesądzają o prawdziwości naszej wiary, ale to, z czego one powinny wyrastać a więc wnętrze człowieka!

Taką też wiarę możemy odkrywać u świętych.

Mistrz Eckhart, znany nadreński mistyk z przełomu XIII i XIV wieku, przestrzegał przed przywiązywaniem się do rozmaitych praktyk życia wewnętrznego i absolutyzowaniem ich. Bo to może powodować, że człowiek będzie kochał nie Boga, lecz własne wyobrażenia o swojej pobożności i wierze stworzone przez nasz umysł, które mogą nie mieć wiele wspólnego z prawdziwą wiarą, której znakiem jest pokorne, niezakłamane, poddane woli Bożej bez reszty. Dopiero owo pokorne, sprawiedliwe, pełne miłości serce przesądza o autentyczności wiary człowieka.

Warto też w tym miejscu przywołać słynne powiedzenie innego znanego, współczesnego teologa Karla Rahnera, który pisał: „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie”. Dobrze byłoby zatem przyglądać się bardziej naszemu wnętrzu i sercu a nie tylko zewnętrznym praktykom religijnym i pytać siebie czy moje serce jest rzeczywiście wierne Bogu, czy kieruje się w codziennych wyborach miłością i wiernością Ewangelii i czy tęskni za chwilami, w których może zanurzyć się w Bożej obecności? Bo jak mówi dziś Chrystus: właśnie rozpoznawanych po takich cechach czcicieli chce mieć Ojciec!

Medytacja nad obrazem

Jednym z wielu rodzajów medytacji, jaką możemy spotkać zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie jest medytacja nad obrazem. Zatrzymując się na chwilę na dzisiejszej perykopie ewangelicznej chciałbym się do tego rodzaju medytacji odwołać. Mowa o znanej przypowieści o „Synu marnotrawnym”.

Rembrandt_Powrót_syna  

Ostatni i znamienny w wymowie obraz, jaki namalował Rembrandt, nosi tytuł „powrót syna marnotrawnego”. Jest on nie tylko wyrazem geniuszu artysty, ale tez przypowieścią sama w sobie i doskonale może posłużyć do medytacji nad obrazem.

Na pierwszym planie widoczne są wyraźnie postacie tytułowego syna marnotrawnego i jego ojca. Można dostrzec, że postać syna przejmuje stanem, w którym dociera do domu rodzinnego, wróciwszy z własnowolnej tułaczki. Na jego nogach widoczne są rozpadające się buty, ukazujące poranione stopy tego młodego mężczyzny. Brudne i złachmanione ubranie jest w strzępach. Ogoloną głowę pokrywają strupy. Jego twarz, ukryta w objęciach ojca, nie jest w całości widoczna, ale zauważalne są grube rysy twarzy noszące w tym momencie znamiona ulgi.

Postać ojca, przygarniająca opłakanego już syna, wyraża przebaczenie, a teraz podobnie jak wyżej – ulgę. Przygarniające do serca dłonie ojca mówią o całej pełni relacji, którą chce tworzyć z synem. Przyglądając się dłoniom ojca można dostrzec, że jedna z nich jest szeroka, twarda, spracowana – ojcowska, druga smuklejsza, delikatna, jakby obieca z cała delikatnością dotykając poranionego i wynędzniałego ciała syna.

W dali widać starszego syna, który trzyma się na uboczu, nie chcąc wejść do domu.

Warto zobaczyć, że obraz ten przedstawia nie tylko dom, który ma dach i ściany, ale ukazuje przede wszystkim to, co dzieje się w tym domu w wymiarze relacji międzyludzkich, gdyż to one jak zwykł mawiać św. Jan Bosko tworzą prawdziwą atmosferę domu. W obrazie tym można dostrzec, że ukazani bracia nie odnajdują się w tym domu. Młodszy szukał swego spełnienia poza nim, trzaskając za sobą drzwiami, zabrawszy należną mu część majątku. Starszy, w chwili zastanej na obrazie pozostaje wprawdzie w domu, ale zatrzasnął drzwi swojego serca, pełnego goryczy i zazdrości, nie mogąc wybaczyć ojcu wpuszczenia do domu młodszego syna i tak łatwego wybaczenia mu tego, że roztrwonił wszystko, co otrzymał od ojca.

Ten wielopłaszczyznowy obraz, bogaty w symbolikę jest bardzo czytelnym świadectwem miłosierdzia ojca względem stającego w prawdzie syna. W ramionach ojca syn marnotrawny odnajduje upragnioną wolność, której blednie szukał gdzieś w świecie. Jest to wolność od obsesji bycia wielkim, żądzy posiadania, pokus lekkiego życia i zazdrości – słowem od wszystkiego czym próbuje nas zniewolić świat pod fałszywym hasłem wolności. Obraz ten ukazuje też wyraźnie to, co jest rysem oddzielenia od miłości a więc zazdrości i braku przebaczenia. Ten obraz będący ukazaniem historii opowiedzianej przez Jezusa jest także obrazem nas samych, zapraszających nas do refleksji nad tym, w której z ról przedstawionych na nim najbardziej się odnajduję. 

Tylko od nas bowiem zależy wybór drogi, na której będziemy szukali swojej wolności… 

Św. Józef – patron ludzi, którzy szukają Boga w ciszy

Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. (…) Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Lecz On im odpowiedział: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. [Łk 2, 41 – 50]

Być w tym, co należy do mojego Ojca…  Niezmiennie od lat to zdanie Ewangelii kojarzy mi się z doświadczeniem medytacji. Wejść w ciszę kontemplacji, jedynie po to, aby być zupełnie skupionym na Bożym Słowie i Jego miłości to bez wątpienia bycie w przestrzeni obecności Boga. Nie mam także wątpliwości, że to fundamentalna postawa dla naszej wiary i religijności, do której wzywa nas Chrystus (czego sam był dla nas świadkiem przez przykład swojej modlitwy), bo przecież doświadczenie wary rodzi się właśnie w byciu blisko Boga i w zasłuchaniu w Jego słowo.   Słyszymy, że Maryja wraz z Jozefem nie rozumieli wówczas Jezusowego tłumaczenia. Nie mam wątpliwości, że i dzisiaj wiele osób nie rozumie tego wezwanie Chrystusa, dlatego tak często szuka Boga po omacku, gdzieś na zewnątrz. Choć nie ma tez wątpliwości, jakie to trudne wymaganie. Doświadczam tego za każdym razem, gdy w posłudze konfesjonału proponuję komuś wejście w ciszę modlitwy, po to jedynie, żeby pobyć przed Bogiem, żeby wsłuchać się w Niego. Wiele osób przychodzi potem tłumacząc, że przeżywali ogromne trudności w wytrwaniu na takiej modlitwie, która de facto zmuszała ich ludzką aktywność do zejścia na drugi plan.

Im bardziej ktoś w swoim duchowym poszukiwaniu stawiał na aktywizm, na zaangażowanie stricte intelektualne, czy na mówienie do Boga, tym trudniej mu się potem przestawić na pewnego rodzaju postawę „bierności”, w której to on ma zamilknąć przed Bogiem, aby pozwolić przede wszystkim Bogu mówić i działać. Niemniej za każdym razem, gdy ktoś wytrwa w tej postawie, gdy uda mu się pokonać to wszystko, co próbuje przeszkodzić trwaniu w ciszy, niezmiennie przynosi świadectwo błogosławionych owoców przestawienia akcentów w modlitwie.

Dzisiaj także postać św. Józefa jest charakterystycznym przejawem postawy aktywności ludzkiej, która rodzi się z milczenia, ale nie pustego milczenia, lecz takiego, które jest nastawione na zasłuchanie w Boga. W Piśmie Świętym próżno byłoby szukać choćby jednego słowa wypowiedzianego przez św. Józefa a przecież pozostaje on dla wielu wzorem kontemplacji, pracy a przede wszystkim posłuszeństwa woli Bożej, która bez nieustannego wsłuchiwania się w słowo Boże nie byłaby możliwa. Dzisiaj przy okazji uroczystości tego świętego na wielu portalach internetowych przypomniano, że jest on uznawany za patrona ludzi pracy, czystości przedmałżeńskiej, dobrej śmierci a nawet patrona czasów, którym brakuje prawdziwych wzorców męskości. Dla mnie jednak zawsze był i będzie św. Józef patronem ludzi, którzy ukochali modlitwę milczenia, modlitwę zasłuchania w Boga, kontemplacji, w której znajdują źródło swojej siły i inspiracje do codziennej aktywności. W ostatnim magazynie MEDYTACJA przywołano ważne słowa duńskiego filozofa Sørena Kierkegaarda, który powiedział, że „gdyby był lekarzem i poproszono by go o poradę, powiedziałbym: >>Twórz ciszę!<<”

W czasach powszechnego hałasu, który skutecznie zagłusza wartość słowa potrzeba nam na nowo odkrycia wartości ciszy, gdyż to właśnie cisza jest przestrzenią, w której dokonuje się największa przemiana człowieka i najprostszą, dostępną wszystkim odpowiedzią na zaproszenie Chrystusa, aby być w tym, co należy do Jego Ojca.

Jego słuchajcie

Tak jak można zejść na dno, nie osiągnąwszy głębi, tak można chodzić po górach, nie oglądając szczytów. Wszystko zależy od naszego sposobu patrzenia, od naszej zdolności kontemplowania rzeczywistości, w którą jesteśmy zanurzeni. Wbrew pozorom od sposobu patrzenia wiele zależy w naszym życiu.

To czego chce nas przede wszystkim nauczyć Chrystus to umiejętność patrzenia na rzeczywistość tak, jak On na nią spoglądał. I właśnie dlatego Chrystus zabiera nas dzisiaj na górę. Zabiera nas tam, abyśmy mogli w ciszy spotkać Boga, gdyż to właśnie w niej On najpełniej się objawia. A co ważniejsze tylko w spotkaniu z Nim może naprawdę rodzić się i dojrzewać nasza wiara. Zaś dopiero w tej prawdzie o Bogu możemy dopiero dostrzec prawdę o nas samych. Tylko czy chcemy usłyszeć tę prawdę? Czy nie jest tak, że wolimy żyć często iluzjami, którymi karmi nas świat?  Piotr w dzisiejszej Ewangelii nie chciał widzieć całej Prawdy o Jezusie Synu Boga. Cierpienie i krzyż nie mieściły się w jego planach na życie i misję Zbawiciela świata.

Jest wiele rzeczy na świecie, które i nam nie mieszczą się w głowie podobnie jak Piotrowi. Dotyczy to zarówno samego Boga jak i naszych „ludzkich spraw”. Wtedy rodzą się pytania moje i Twoje…

 Bo co myśleć wtedy, gdy:

 – ktoś bliski umiera na raka,

 – dziecko, które przychodzi na świat jest niepełnosprawne,

 – tracisz pracę,

 – rozpada się małżeństwo twojego syna lub córki,

 – a ktoś, kogo kochasz zbyt często sięga po alkohol?

Pytamy często w takich sytuacjach: Gdzie jest Bóg? Czemu nie odpowiada, chociaż tak wytrwale modlimy się do Niego? Jak to wszystko mieści się w Bożym planie zbawienia i obietnicy Jego troski o nas? Jak to przetrwać,  jak pokonać, jak z tym żyć?

Odpowiedzi nie są łatwe i przychodzą czasami po latach, niekiedy nie wprost. Lecz prawda o nas jest taka, że śmierć, cierpienie i choroba przynależą do nas jak życie, zdrowie i szczęście, że zło, trzeba nazwać złem, a grzech – grzechem, rozpacz – rozpaczą, głupotę – głupotą, zagubienie życiowe – zagubieniem, a bezradność – bezradnością.

Tylko Bóg od początku widzi cały obraz. My widzimy tylko jego fragmenty i to nierzadko wykrzywione emocjami, które w różnych sytuacjach nam towarzyszą i potrafią ten obraz zniekształcać, zwłaszcza wtedy, gdy są to bolesne uczucia. Czasem tylko wiara w to, że On czuwa nad nami pozwala nam patrzeć na dramatyczne wydarzenia z naszego życia z innej perspektywy. Nikt nie obiecał, że wiara będzie łatwa. Nigdzie w Ewangelii nie znajdziemy takiej obietnicy! Ale jest obietnica, że jeśli w niej wytrwam, doprowadzi mnie ona na szczyt. Lecz wiara poza chwilami radości i piękna, jakie przynosi (tak jak doświadczenie z Góry Tabor), to także zgoda na własne życie.

Powróćmy do Ewangelii, aby zapytać: Jak ona rozwiązuje tę trudność? W scenie przemienienia odzywa się głos z nieba. Szczególnie chcę zwrócić uwagę na słowa „Jego słuchajcie” tzn. uwierzcie Bogu, że idąc doliną ciemności, zła, cierpienia, śmierci, samotności, grzechu Bóg jest z nami i dopóki żyję i mam wpływ na moje życie, nic nie jest stracone, pod warunkiem, że potrafię się bardziej oprzeć na Jego słowie niż na własnych planach. Tylko czy naprawdę potrafimy podjąć takie ryzyko?

Jeśli jednak przychodzi kiedykolwiek zwątpienie w miłość  i gotowość Boga do walki o każdą i każdego z nas to przypomnijmy sobie, że to przecież Bóg, który nie oszczędził nawet własnego Syna lecz Go za nas wydał.

Przemienienie to zaproszenie do zobaczenia wydarzeń naszego życia z pewnej odległości, dystansu, jaki daje wiara. W aparacie fotograficznym jest taka funkcja „zoom”, dzięki której można zbliżać lub oddalać obraz. Pamiętajmy, że pełny obraz będziemy mieć dopiero w niebie.

Przemienienie to zaproszenie do zgody na przyjęcie panoramy życia, na której obok słońca, chmur i błękitnego nieba, lasu, łąki, źródła i ośnieżonych gór widać też krzyż, wąską ścieżkę i ciasną bramę przez którą niejednokrotnie przyjdzie nam się przeciskać, ale która właśnie dlatego, że jest trudna prowadzi na szczyt naszego przemieniena.

Bardzo niebezpieczna pokusa

Kilka dni temu rozpoczął się Wielki Post. Jest to czas zamyślenia się nad sobą, nad sensem życia, nad jego źródłem. W pierwszą niedzielę tego okresu w liturgii słowa czytamy Ewangelię o kuszeniu Jezusa na pustyni.

Znany współczesny teolog Hans Urs von Balthasar, określany przez wielu uczonych jednym z największych erudytów XX wielu, doskonale opisujący problematykę doświadczenia wary człowieka i jego drogi ku Bogu, zapytany kiedyś przez jednego z dziennikarzy: „Jaką pokusę uznałby za najbardziej niebezpieczna dla współczesnego chrześcijanina?”, odpowiedział bez wahania: – KONFORMIZM! Zagraża on nie tylko jednostce, ale odpowiada dzisiaj także za to, że chrześcijanie przestali być czytelnym znakiem we współczesnym świecie, zwłaszcza znakiem sprzeciwu. A przecież właśnie tego wymagał od nich Chrystus.

Może nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, ale jest to pokusa, z którą mamy do czynienia codziennie. Najczęściej definiuje się go jako postawę bezkrytycznego podporządkowania się normom, wartościom i poglądom uznanym za obowiązujące w danej grupie społecznej; bezkrytyczne zgadzanie się z czymś, przystosowanie się do czegoś.         I może pozornie w tym przystosowaniu nie byłoby nic złego, gdyby nie szło za tym odrzucenie wymagań Ewangelii i to najczęściej w imię uznania w danej grupie czy też z obawy przed odrzuceniem czy przynajmniej wyszydzeniem. Konformizm jest obecny w naszym życiu zarówno w postawach moralnych, religijnych, jak i życiowych. Doskonałym zobrazowaniem ulegania tej pokusie jest znane polskie porzekadło: „Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek”.

Św. Jakub Apostoł  zachęcając nas w swoim Liście do wytrwałego przeciwstawiania się pokusie, sugeruje, że jest tylko jedna broń, która pozwala na zwycięstwo: Jest nią zdolność poddania swojego życia Bogu.  I przestrzega z właściwym sobie realizmem, że ten, kto pragnie być przyjacielem świata, musi się stać w konsekwencji nieprzyjacielem Boga. (por. Jk 4,4)

Niewątpliwie, konformizm oddala od Boga, bowiem w wyborach przestaje się liczyć Dekalog, ale do głosu dochodzą partykularne interesy. Wielu z nas usprawiedliwia takie postępowanie słowami: nie miałem wyjścia; inni też tak postępują; przecież nic się wielkiego nie stało; aby to załatwić, musiałem zrezygnować ze swojego zdania. Konformizm jest wielką pokusą współczesnego człowieka. Jego źródłem jest jednak przekonanie o prawdziwości obietnic, jakie składa nam świat. Chrystus także był kuszony postawą konformizmu. Nie uległ jednak, co więcej odwołując się do jedynej prawdy, jaką odsłania Słowo Boże zdemaskował kluczowe złudzenia i pokusy, którym my na co dzień jesteśmy skłonni wierzyć, kiedy podpiszą się po nimi „wielkie” i „uznane” autorytety tego świata. Wbrew rozmaitym obietnicom, hasłom wyborczym i mirażom, na świecie nie ma nic za darmo: za każdą spełnioną obietnicę, jaką kusi nas świat a także i pan tego świata, ktoś musi zapłacić. A im bardziej  coś reklamuje się jako łatwe, tanie i przyjemne, tym większe są ukryte koszty osiągnięcia tego celu. Nieraz jeszcze o tych ekonomicznych kosztach potrafi człowiek  pamiętać, z moralnymi bywa nieco gorzej…

Jak się oprzeć tej wszechobecnej dzisiaj pokusie konformizmu, który tak bardzo zagraża naszej chrześcijańskiej tożsamości? Potrzeba nam takiej postawy, którą ukazuje nam Chrystus w Ewangelii. Na wszelkie podszepty Złego trzeba odpowiadać słowem, które kieruje myśli i serce ku Bogu. Tak na marginesie warto zadać sobie pytanie, czy potrafimy dziś czegoś odmówić sięgając jako ludzie wiary po prosty, ale czytelny argument, który brzmi, że mój Bóg tak mówi? Dlatego tak bardzo potrzeba nam dzisiaj pogłębionej refleksji nad Słowem Bożym, bo ono jest najskuteczniejszą bronią na mniejsze i większe egoizmy, chęć posiadania, pokusę władzy. Wsłuchiwanie się w Słowo Boże, troska o życie duchowe to nic innego jak „kosmetyka duszy”. Ile to czasu poświęcamy na troskę o nasze ciało, o jego wygląd (zakupy w drogeriach, popularnie dziś siłownie, godziny spędzone u fryzjera czy kosmetyczki – i dobrze, bo nasze ciało to także dar od Pana Boga). Warto jednak zapytać siebie ile uwagi w porównaniu z pielęgnacją ciała – ja chrześcijanin – poświęcam pielęgnacji mojej duszy? To dobre pytanie do postawienie sobie w Wielkim Poście…

Warto wczytać się w tekst dzisiejszej Ewangelii, szukając w nim tego, co pomaga budować właściwą hierarchię wartości. Każda odpowiedź, która wychodzi z ust Chrystusa, wskazuje w czytanym fragmencie na Boga. On jest pierwszy. I On jest odpowiedzią na wszystkie pytania. Tylko ten, kto u Niego szuka odpowiedzi i mądrości, będzie potrafił przezwyciężyć wszelkie pokusy i nadać właściwy porządek swojemu życiu.