Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

A Słowo ciałem się stało, by zmieniać świat

Boże Narodzenie to dla wielu czas refleksji, osobistych wspomnień, powrotów do przeszłości. Każdy miewa takie chwile, niektórzy chowają je głęboko w sobie, inni potrafią wyrazić je słowami stając się mniej lub bardziej świadomie świadkami tego, czym dla nich jest Boże Narodzenie, zarówno w wymiarze bardzo osobistym, jak i szerszym – mającym wciąż niezwykłą moc aby wydawać się może skromnymi środkami zmieniać oblicze świata.

 14

 

Zawsze, ilekroć uśmiechasz się

do swojego brata i wyciągasz

do niego ręce, jest

Boże Narodzenie.

 

Zawsze, kiedy milkniesz,

 aby wysłuchać, jest

 Boże Narodzenie.

 

Zawsze, kiedy rezygnujesz z

 zasad, które jak żelazna

 obręcz uciskają ludzi w ich

samotności, jest

Boże Narodzenie.

 

Zawsze, kiedy dajesz

 odrobinę nadziei „więźniom”,

 tym, którzy są przytłoczeni

 ciężarem fizycznego, moralnego

 i duchowego ubóstwa, jest

 Boże Narodzenie.

 

Zawsze, kiedy rozpoznajesz w

 pokorze, jak bardzo znikome

 są twoje możliwości i jak wielka

 jest twoja słabość, jest

 Boże Narodzenie.

 

Zawsze, ilekroć pozwolisz

 by Bóg pokochał innych

 przez ciebie,

 

Zawsze wtedy, jest Boże Narodzenie.

 

Matka Teresa z Kalkuty

 

 

ORĘDZIE Z GROTY BETLEJEMSKIEJ

bozenarodzenie 

Narodziłem się NAGI,

 mówi Bóg, abyś ty potrafił

 wyrzekać się samego siebie.

 

Narodziłem się UBOGI,

 abyś ty mógł uznać mnie

 za jedyne bogactwo.

 

Narodziłem się W STAJNI,

 abyś ty nauczył się

 uświęcać każde miejsce.

 

Narodziłem się BEZSILNY,

 abyś ty nigdy się

 mnie nie lękał.

 

Narodziłem się Z MIŁOŚCI,

 abyś ty nigdy nie

 zwątpił w moją miłość.

 

Narodziłem się W NOCY,

 abyś ty uwierzył, iż mogę

 rozjaśnić każdą rzeczywistość

 spowitą ciemnością.

 

Narodziłem się W LUDZKIEJ

 POSTACI, mówi Bóg, abyś ty

 nigdy nie wstydził

 się być sobą.

 

Narodziłem się JAKO

 CZŁOWIEK,

 abyś ty mógł się stać

 synem Bożym.

 

Narodziłem się PRZEŚLADOWANY

 OD POCZĄTKU, abyś ty

 nauczył się przyjmować

 wszelkie trudności.

 

Narodziłem się W PROSTOCIE,

 abyś ty nie był wewnętrznie

 zagmatwany.

 

Narodziłem się W TWOIM

 LUDZKIM ŻYCIU, mówi Bóg,

 aby wszystkich ludzi

 zaprowadzić do domu Ojca.

Być współpracownikiem Boga

Dzisiejsza Ewangelia przy okazji wyjaśnienia narodzin Jezusa przywołuje postać, która choć pojawia się zaledwie kilka razy i która  przez karty Ewangelii „przechodzi” jako postać milcząca, to jednak jest osobą ogromnie ważną w całym Bożym planie wcielenia. Mowa oczywiście o św. Józefie. W Ewangeliach nie zostało odnotowane ani jedno słowo Józefa, choć napisano o nim wiele książek i prac naukowych. W pierwszych latach życia Jezusa odgrywa on pierwszoplanową rolę. Według św. Mateusza, pochodził z królewskiego rodu Dawida. Był rzemieślnikiem, tradycja głosi, że cieślą. Ewangelia nazywa św. Józefa „mężem sprawiedliwym”, co w języku biblijnym oznacza człowieka prawdomównego, uczciwego, pracowitego i mądrego.

W czytanej dziś Ewangelii Józef słyszy we śnie polecenie (nie ostatnie zresztą): „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki”. Po ludzku biorąc lęk Józefa wydaje się być uzasadniony. Dowiaduje się, że jego ukochana małżonka jest w stanie błogosławionym. Wie także, że to nie jego dziecko nosi w swoim łonie. Można powiedzieć, że to sytuacja wręcz dramatyczna, tym bardziej, że Maryja milcząc nie ułatwia mu zrozumienia tej sytuacji. I znowu po ludzku sądząc wydaje się, że jego chęć oddalenia małżonki jest zrozumiała. W rozumieniu prawa żydowskiego mógł postąpić dużo surowiej i gwałtowniej. Jemu jednak leży na sercu nie tylko własne dobro, ale i dobre imię Maryi.  Dopiero po tym, co usłyszał we śnie, zawierza Bogu i pozostaje, choć zapewne nie wszystko pojmuje. Może się jedynie domyślać, że jest Bogu potrzebny; jest potrzebny Maryi a także Synowi, którego Ona nosi pod sercem.

Zapewne Józef miał swoje życiowe plany. Chciał założyć rodzinę. Jego wizja życia nie odbiegała od tej, jaką mieli jego koledzy. Mimo głębokiej wiary, jaką posiadał, była ona przykrojona raczej do ram doczesnego widzenia swojego życia. Zapewne chciał uczciwie przeżyć swoje lata, wychować dzieci, doczekać się wnuków i w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku spocząć razem z przodkami w grobie. Interwencja Pana Boga zmieniła zupełnie jego plany i otwarła przed nim nową wizję sięgającą w wieczność. Bóg w ręce Józefa oddał swojego Syna i Jego Matkę, czyniąc go odpowiedzialnym za Ich los na ziemi. Początkowo cieśla z Nazaretu niewiele rozumiał z tego, czego Pan Bóg od niego oczekiwał, ale w swej sprawiedliwości nie mógł Bogu powiedzieć: „nie”.

Jedno stało się dla niego jasne: nie jest wcale łatwo realizować plany Boga. Kilka miesięcy po tych wydarzeniach wraz z Matką Mesjasza musi wędrować z Nazaretu do Betlejem, gdzie spotykają się z nieprzychylnym przyjęciem. Jest świadkiem tego, jak oczekiwany od wieków Mesjasz, Syn Boga, rodzi się ostatecznie w stajni, a więc w warunkach urągających ludzkiej godności. A niedługo potem musi uciekać wraz z  małżonką i maleńkim dzieckiem do Egiptu przed gniewem Heroda.

Życie św. Rodziny pokazuje, jak często Pan Bóg burzy nasze wyobrażenia.

Adwentowe spotkanie ze świętym Józefem wzywa do głębszej refleksji nad własną wizją życia. Ku czemu zmierzamy? Czy jest to jedynie wizja wygodnej drogi, zamknięta w doczesności, czy też jest to wizja, którą roztacza przed nami Bóg? Św. Józef – tak jak Abraham – „wbrew nadziei uwierzył nadziei” i „uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański”: zgodził się na to by w jego życiu realizował się Boży plan.

Jednak realizacja Bożych planów nie kończy się na Maryi czy św. Józefie. Każda i każdy z nas potrzebny jest Bogu jak Józef, aby Bóg mógł przez nas kontynuować swój plan zbawienia.

Kontemplacja życia Maryi, św. Józefa, św. Jana Chrzciciela – postaci które przybliżył nam Adwent odsłaniają cała prawdę współdziałania Boga i człowieka. Uświadamiają nam one, że każdy z nas ma swoja wyjątkowa rolę do spełnienia w Bożym planie. I nie jest to bynajmniej rola, którą mierzy się miarą tych kilkudziesięciu lat naszego ziemskiego życia, ale zadanie, które swoimi konsekwencjami sięga wieczności.  To zadanie jest najpełniej wyrażone imieniem Boga, który przyszedł na świat: Emmanuel – Bóg z nami.  Bóg, który w Jezusie zapragnął zamieszkać wśród nas i „zbawić swój lud od jego grzechów”.  Ale aby to pragnienie Boga mogło się dalej realizować,  On potrzebuje naszych serc, w których może zamieszkać i przy pomocy których może On kierować naszym życiem czyniąc go miejscem swojego działania a następnie przez nasze postępowanie czyniąc świat swoim królestwem. Ale do tego potrzebne jest Mu nasze bezwarunkowe „TAK”, dokładnie jak w przypadku Maryi, św. Józefa i innych, którzy zgodzili się być współpracownikami Boga. Jakże często jednak my odmawiamy Mu współpracy – usprawiedliwiając się żeśmy za mali, za słabi, niegodni, a czasem z wygodnictwa, wstydu czy wręcz ze strachu.

Jakie to ludzkie, jakie to często małostkowe… A Bóg cierpliwie czeka i puka do naszego serca. Jakiej udzielę Mu odpowiedzi przy okazji tego Bożego Narodzenia?

Pozwolić się Bogu wprowadzić w ciszę

Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Słuchaj, Izraelu, i pilnie tego przestrzegaj, aby ci się dobrze powodziło. [Pwt 6,3-8]

Z punktu widzenia teologii duchowości powtarzanie wersetu lub słowa w modlitwie monologicznej jest niczym innym, jak oddaniem inicjatywy w modlitwie Bogu. To stara tradycja sięgające czasów Ojców Pustyni. Wszyscy oni są zgodni co do kwestii, że w modlitwie inicjatywa nie leży po naszej stronie. To nie my powinniśmy grać pierwsze skrzypce, mówić do Boga, lecz przede wszystkim wsłuchać się w naszym wnętrzu w Jego życiodajne dla nas Słowo. To także przekonanie wyrastające z tradycji Starego Testamentu, gdzie jednym z częstszych poleceń Boga skierowanym do człowieka jest polecenie: „Słuchaj” lub „Słuchaj Izraelu”. Pewien mistyk z XIV w. Walter Hilton, autor „Drabiny doskonałości” nauczał: „Sam nie rób nic.  Pozwól jedynie Bogu pracować w twojej duszy”. W podobnym duchu św. Teresa z Avila przypomina nam, że w modlitwie możemy tak naprawdę zrobić tylko jedno: powierzyć się Bogu. Cała reszta spoczywa w mocy Ducha Świętego, który nas prowadzi. To trudne do zaakceptowania dla naszego ego, ale naprawdę wyzwalające a przecież modlitwa powinna stawać się drogą wyzwolenia.

Chodzi o to, abyśmy mogli uczestniczyć w tym samym doświadczeniu modlitwy, jakie skłoniło św. Pawła do napisania: „Gdy bowiem nie wiemy jak mamy się modlić, Duch wstawia się za nami wołaniami bez słów” (Rz. 8, 26). To bardzo wyzwalające przekonanie, że nie muszę przynajmniej w tej sferze nad niczym panować i niczego kontrolować, że mogę poczuć się naprawdę dzieckiem, o które Bóg się troszczy i które sam prowadzi. Bóg, który sam wie, co dla mnie najlepsze, ale żeby się o tym przekonać muszę Mu zaufać i się powierzyć Jego prowadzeniu.  Dla nas ludzi XXI wieku oznacza to, że naprawdę nauczymy się modlić, jeśli pozwolimy się Bogu wprowadzić w ciszę w której Bóg mówi i w której „Duch wstawia się za nami wołaniami bez słów”. Tylko wówczas zdołamy osiągnąć pełną miłości uważność na obecność Ducha Chrystusa w naszych sercach a w konsekwencji i w naszym życiu.

Św. Teresa z Avila uważała, że gdybyśmy narzucili sobie dyscyplinę codziennej modlitwy, to względnie szybko – w przeciągu sześciu miesięcy albo roku – zaprowadziłaby nas ona do czegoś, co nazywała „modlitwą ciszy”.

Prawdziwa modlitwa to nic innego jak odkrywanie Boga w Chrystusie. Najprostszą zaś drogą do tego jest droga ciszy, bo właśnie w niej Bóg przemawia najgłośniej.

 

 

Adwentowe drogi

„Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg…; On sam przychodzi, aby was zbawić”. Czas Adwentu jest szczególnym czasem odnajdywania dróg, które prowadzą do Boga. Ale też dostrzegania dróg, po których Bóg przychodzi do nas. A Bóg przychodzi do człowieka na różne sposoby.

Jest droga sakramentów i życia duchowego. Bóg przychodzi do nas poprzez sakramenty, kiedy pielęgnujemy nasze życie duchowe. Bo jeśli przyjmujemy prawdę, że jak Mówi na Katechizm Kościoła Katolickiego: „tam, gdzie jest sakrament, tam jest Chrystus”, to Chrystus przychodzi do nas zawsze, kiedy przyjmujemy jakiś sakrament. Jeśli zatem staramy się żyć świadomie sakramentem chrztu, który często przyjęliśmy jako małe dzieci, albo pielęgnujemy nasze małżeństwo w duchu sakramentu małżeństwa, to możemy powiedzieć, że nieustannie żyjemy w przestrzeni Bożej obecności i działania i że nasze serca są zawsze otwarte na Jego łaskę.

 Jest też droga Pisma Świętego. Święty Hieronim powiedział kiedyś, że „Pismo Święte jest takim listem napisanym przez Pana Boga do człowieka a nieznajomość tego listu jest nieznajomością Chrystusa”. W każdym bowiem słowie Pisma Świętego jest obecny Chrystus, który jest Słowem Boga.

Jest droga osobistej modlitwy. Karl Rahner, wybitny niemiecki teolog XX wieku zwykł mawiać, że: „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie człowiekiem głębokiej modlitwy, albo go w ogóle nie będzie.” Sugerował w ten sposób, że osobista i głęboka więź z Bogiem jest jedyną rzeczą, która może człowieka współczesnego ocalić przed pójściem za głosem świata i zejściem na manowce.

Jest też droga, którą jest sam człowiek. Jeśli przyjmujemy prawdę wiary, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, to każdy z nas ma w sobie coś z samego Boga. To też znaczy, że Bóg przychodzi do nas przez drugiego człowieka. Tego, z którym żyjemy na co dzień i z którym spotykamy się każdego dnia, ale też i z tym, którego „przypadkowo” spotykamy (choć w życiu wiary nic nie dzieje się przypadkiem). Możemy kogoś spotkać tylko raz w życiu a takie spotkanie pozostawia w nas ślad na długie lata.

Jest też droga poprzez piękno stworzonego świata. Jakże często doświadczamy Bożej mocy, czy też wielkości poprzez dostrzeżenie piękna tego świata. Bóg w ten sposób mówi do nas o sobie samym. Kim jest, jakim jest, skoro świat który stworzył jest tak piękny i niepowtarzalny.

Warto przy okazji Adwentu zadać sobie pytanie, czy dostrzegam w codzienności te drogi przychodzenia Boga do mnie?

Adwent jako czas święty dla wielu jest czasem powrotu do Boga, może często po wielu latach. Jest to czas, kiedy Pan Bóg pragnie odnaleźć człowieka i do siebie przyprowadzić. Pomóc mu wyprostować jego  życiowe ścieżki.

„…Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie”. Umiejętność czekania, tak dzisiaj niepopularna i niemodna, jest umiejętnością przede wszystkim duchową, której uczy nas Adwent. Człowiek zabiegany, zagubiony, nie umie czekać. Bo też często stawia sobie pytanie: po co? Cierpliwość, wytrwałość, to cechy trochę przebrzmiałe. Bo wszyscy i wszystko chcą mieć od razu. „Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze…”. To zachęta do pójścia w swoim życiu drogą trochę pod prąd. Wierność Bogu, ale też i ludziom w codziennym życiu, to droga prowadząca do prawdziwego szczęścia. Zatrzymanie się w zabieganiu i umiejętność innego, duchowego spojrzenia na naszą codzienność i nasze najbliższe otoczenie prowadzi nas do ponownego odkrycia, że Bóg nas kocha i że ślady tej miłości można odnaleźć w codziennym życiu…

Dlatego mówi: „Błogosławiony jest ten, kto we mnie nie zwątpi”. Te słowa Chrystusa jakże tchną realizmem. On wie, że po doświadczeniu uniesienia, po doświadczeniu fascynacji, przychodzi często czas próby. Doświadczenie zagubienia, może czasami zaprzeczenia i ponownego poszukiwania. Taka jest droga wiary człowieka. Poszukiwanie i odnajdywanie tego, co się utraciło. Szczęśliwi, którzy tego nie doświadczyli. Ale tych jest przecież bardzo mało. „Bóg często pisze prosto po krzywych liniach naszego życia”, mówił nie kto inny jak Albert Einstein. I coś w tym jest!

Mimo tego, że Jan Chrzciciel wprost wskazał na Jezusa jako na Mesjasza, wielu tego wciąż nie widzi i nie chce zobaczyć. Adwent jest nową i można powiedzieć, że kolejną szansą, jaką Bóg daje człowiekowi. Szansą aby dać się odnaleźć i by zostać odnalezionym. Obyśmy znowu jej nie zaprzepaścili!