Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Hezychazm – medytacja chrześcijańskiego Wschodu

Słowo hezychazm (gr. hezychia) oznacza pokój serca, pokój wewnętrzny, medytację. Hezychazm jest również nazywany modlitwą Jezusową lub nieustanną (od nieustannego powtarzania imienia Bożego) lub modlitwą serca. Recytacji tej modlitwy powinno towarzyszyć skupienie umysłu i serca. Warto również spróbować niektórych pozycji ciała i technik oddychania proponowanych przez Ojców Pustyni i innych autorów o niej piszących. 

Ten sposób modlitwy ukształtował się ostatecznie na Bliskim Wschodzie oraz w Grecji między XIII a XIV wiekiem. Jego początki wiążą się jednak z praktykami mnichów z pierwszych wieków, zamieszkujących pustynie w Egipcie, Palestynie i Syrii. Największym zbiorem tekstów poświęconych hezychazmowi jest „Filokalia” – antologia pism duchowych chrześcijańskiego Wschodu. 

Zgłębiając temat modlitwy Jezusowej warto uważać by nie ulec pokusie patrzenia na nią jako na rodzaj chrześcijańskiej „jogi”. W chrześcijaństwie żadne metody modlitwy nie są czysto techniczne. O wartości duchowej medytacji stanowi zaangażowanie serca, zwrócenie go ku Jezusowi, a nie zewnętrze, fizyczne uwarunkowania. 

 

Hezychazm – modlitwa serca

Hezychazm zgodnie z zaleceniami jego mistrzów jest modlitwą szczególnie angażującą serce człowieka. Przez serce rozumie się wnętrze człowieka, jego ducha, umysł, świadomość. Nie chodzi tu jednak o uczucia, które nam zwykle się z sercem kojarzą. Wyłącznie o sprawy duchowe. Wydaje się, że często błędnie utożsamiamy doświadczenia, doznania czy przeżycia duchowe z emocjami. Serce we wschodnim chrześcijaństwie jest uważane za siedzibę woli i umysłu, za centrum osoby ludzkiej, stąd u hezychastów podkreślanie roli czuwania nad sercem nazywane „strażą serca” bądź „strażą umysłu”.

Ewagriusz z Pontu pisze, że „Modlitwa jest rozmową umysłu z Bogiem”. Widać w tym stwierdzeniu, że nie wiąże on modlitwy z emocjami. Ten sposób patrzenia na modlitwę przyjął niestety również opaczną formę jaką jest rozpowszechnione rozumienie modlitwy jakimś tekstem (np. litanii) zwłaszcza głośno recytowanej jako czynności wykonywanej głównie „przy użyciu mózgu”. Jest to przesada, rozumienie błędne, przesadne przeciwieństwo uczuciowego rozumienia duchowości.

U Izajasza Pustelnika w „Rozdziałach o straży umysłu” możemy przeczytać: „Proszę cię, byś nie przestawał strzec swego serca, dopóki żyjesz. Rolnik nie może pokładać nadziei w plonie, który jeszcze rośnie na polu. Do czasu, gdy nie zgromadzi go w swych spichlerzach, nie wie, co się może zdarzyć. Tak też nikt, dopóki ma oddech w sobie (Hi 27,3), nie powinien ustawać w czuwaniu nad myślami”.

Takie rozumienie serca ma swoje podstawy biblijne. W Piśmie świętym słowo serce występuje prawie tysiąc razy:

„Z całą pilnością strzeż swego serca, bo życie tam ma swoje źródło” (Prz 4,23)

„Serce rozumne zdobywa wiedzę”. (Prz18,15a)

„Którzy się Pana boją, przygotują swe serca, a przed obliczem Jego uniżą swe dusze”. (Syr 2,17)

Zwróćmy uwagę na pytanie Pana Jezusa skierowane do faryzeuszów: „Czemu złe myśli nurtują w waszych sercach?” (por. Mt 9,4)

„Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. (por. Łk 2,19)

W zawartych w „Filokaliach” tekstach św. Makarego Wielkiego znajdujemy praktyczne wskazania odnośnie do praktykowania modlitwy Jezusowej jako modlitwy serca: „Siedząc w spokoju swojej celi i skupiając umysł, wprowadź go – umysł – tą drogą, którą odbiera oddech, aby dotrzeć do serca. Popchnij go i zmuś do zstąpienia w serce razem z wciągniętym powietrzem. Gdy już tam się znajdzie, ustąpi cierpienie i trud, i odczujesz radość i łaskę, a rzeczy, które miały nastąpić, same z siebie się zdarzą dla ciebie. Jak człowiek powracający do domu po dalekiej podróży przepełniony jest radością na widok dzieci swoich i żony, tak umysł, gdy zjednoczy się z duszą, wzbiera rozkoszą i niewypowiedzianą radością.”

Hezychazm – modlitwa nieustanna

Biblijnym, ewangelicznym protoplastą hezychazmu jest niewidomy żebrak spod Jerycha – Bartymeusz. Warto sobie przypomnieć jego historię:

„Tak przyszli do Jerycha. Gdy wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i rzekł: „Zawołajcie go!” I przywołali niewidomego, mówiąc mu: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: „Co chcesz abym ci uczynił?” Powiedział Mu niewidomy: „Rabbuni, żebym przejrzał”. Jezus Mu rzekł: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.” /Mk 10,46nn/

Pismo święte wielokrotnie mówi nam o potrzebie stałej modlitwy:

Takie rozumienie serca ma swoje podstawy biblijne. W Piśmie świętym słowo serce występuje prawie tysiąc razy:

„Język mój będzie głosił Twoją sprawiedliwość i nieustannie Twą chwałę”. /por.Ps 35,28/

„Panie, zmiłuj się nade mną, bo nieustannie wołam do Ciebie”. /Ps 86,3/

Ewangelista św.Łukasz pisze, że Pan Jezus „Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać”. /por. Łk 18,1nn/

Zwróćmy uwagę na pytanie Pana Jezusa skierowane do faryzeuszów: „Czemu złe myśli nurtują w waszych sercach?” (por. Mt 9,4)

Św.Paweł nawołuje: „Nieustannie się módlcie!” /2 Tes 5,17/

Modlitwa nieustanna nie jest modlitwą tylko dla mnichów i mniszek. Jest stanem, który może i powinien osiągnąć każdy chrześcijanin. Nie jest zastrzeżona dla mistyków czy osób konsekrowanych. 

Formuły modlitwy

W hezychazmie są stosowane formy monologiczne (od gr. monologistos czyli jednosłowny, jednozdaniowy) czyli polegające na powtarzaniu jednego słowa bądź zdania (np. fragmentu z Pisma świętego). Trzeba nadto uważać by powtarzanie formuł nie było jedynie mechanicznym, technicznym zabiegiem. Należy czynić to w skupieniu, w odpowiednim rytmie, nade wszystko pamiętając o obecności Bożej. 

Określenie „modlitwa Jezusowa” pochodzi od powtarzania imienia Jezus. Można więc ograniczyć się do samego powtarzania imienia Zbawiciela. Generalnie jednak chyba łatwiej jest używać dłuższych formuł. Nie ma potrzeby odmawiania ich bez przerwy. Okresy ciszy i milczącej kontemplacji są naturalne.

Najsłynniejszą formułą używaną przez hezychastów jest zdanie wzorowane na wołaniu żebraka Bartymeusza (por. Mk 10,48) „Panie, Jezu Chryste, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. W tradycji są jednak znane i inne. Mało kto wie, że wezwanie używane na początku poszczególnych części Liturgii Godzin (Brewiarza) „Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu. Panie pospiesz ku ratunkowi memu” pochodzi od najsłynniejszego zachodniego hezychasty – św.Jana Kasjana. 

Można również stosować wezwania zaczerpnięte z Pisma świętego, z Psalmów czy Ewangelii (np. „Panie, Boże mój do Ciebie się uciekam” Ps 7,2 lub „Pan mój i Bóg mój” J 20,28). Czy też różne znane wezwania np. „Jezu, ufam Tobie”.

Kiedyś dużo popularniejsze były tzw. akty strzeliste czyli krótkie wezwania modlitewne (podstawowe akty takie jak Akt miłości, Akt wiary, Akt nadziei czy Akt żalu są na pewno znane). Nawiązują one do tradycji modlitwy Jezusowej. Chyba warto do nich czasami wracać, bądź na ich podstawie stworzyć własne, by wzbogacić swoją modlitwę. 

„Filokalia” – fragmenty o modlitwie Jezusowej

„Módl się należycie i spokojnie, śpiewaj psalmy ze zrozumieniem i żarliwie, a staniesz się jak orzeł, szybujący w górze”. /Ewagriusz z Pontu, „Rozdziały o modlitwie”/

„Modlitwa jest działaniem, które odpowiada godności umysłu. Stanowi jego najlepsze i najczystsze użycie”. /Ewagriusz z Pontu, „Rozdziały o modlitwie”/ 

„Rozmyślaj o tym wersecie, gdy sen klei twe oko. Czyń tak do momentu, aż przez ciągłe ćwiczenie przyzwyczaisz się śpiewać go nawet we śnie. Niech on, jako pierwszy, przypomni ci się, gdy budzisz się rano, niech wyprzedzi wszystkie myśli na jawie. Gdy wstałeś z łóżka, niech on zgina twoje kolana do modlitwy /…/”. /św. Jan Kasjan, „Rozmowy z Ojcami”/

„Należy pozbyć się z serca natłoku myśli, sprzeciwiając się im podczas modlitwy. Nie może być bowiem tak, że tylko ustami rozmawiamy z Bogiem, nasze serce zaś zajęte jest niestosownymi myślami. Stwórca nie przyjmuje od hezychasty modlitwy nieprzejrzystej i lekceważącej”. /Izajasz Pustelnik, „Rozdziały o straży umysłu”/

„Nie ma doskonałej modlitwy bez wzywania Pana w swym wnętrzu. Wysłuchuje On głosu umysłu, który woła nieustannie”. /św. Marek Eremita, „O tych, którzy sądzą, że z uczynków mogą być usprawiedliwieni”/

„Hezychastą jest ten, kto w mieszkaniu ciała stara się ogarnąć rzeczy niecielesne – co stanowi swoisty paradoks. /…/ Hezychastą jest ten, kto stwierdza: „Ja śpię, lecz serce moje czuwa /Pnp 5,2/”. /św. Jan Klimak, „Drabina do nieba”/

„Jeśli jakieś słowo modlitwy napełni cię szczególną pociechą lub skruchą, zatrzymaj się przy nim, wtedy bowiem modli się z nami nasz anioł stróż”. /św. Jan Klimak, Drabina do nieba”/ 

„Jak deszcz, im częściej pada, tym bardziej zwilża ziemię, tak również święte Imię Chrystusa, jeśli się je często wymawia i wzywa, napełnia ziemię naszego serca radością i weselem”./Hezychiusz z Synaju, „O czujności i modlitwie”/

Kochać

To chcieć czynić drugiego wolnym, a nie uwodzić go,
to uwolnić go z jego więzów, jeśli pozostawał więźniem,
Aby on także mógł powiedzieć: „kocham ciebie”,
nie będąc do tego zmuszonym nieposkromionymi pragnieniami.

Kochać to wejść do drugiego, jeśli otwiera tobie
bramy swego tajemniczego ogrodu, po drugiej
stronie okrężnych dróg, kwiatów i owoców
zrywanych na skarpie,
Tam, gdzie zadziwiony potrafisz wyksztusić: 

to „ty”, moje kochanie, ty jesteś moja jedyna…
Kochać to chcieć ze wszystkich sił dobra drugiej
osoby nawet z pominięciem siebie,
to czynić wszystko, by ona wzrastała i rozwijała się
Stając się z każdym dniem człowiekiem jakim być powinna
a nie takim, jakiego chciałbyś ukształtować według swoich marzeń.
Kochać to ofiarować swoje ciało, a nie zabierać
ciała drugiej osoby, lecz przyjąć je gdy daje siebie,
To skoncentrować siebie i wzbogacić, aby
ofiarować ukochanej całe swoje życie skupione w
ramionach twojego „ja”, co znaczy więcej niż
tysiące pieszczot i szalonych uścisków,
Kochać to ofiarować siebie drugiej osobie, nawet
jeśli ona przez moment się wzbrania
To dawać nie licząc tego, co inny ci daje,
płacąc bardzo drogo, nie domagając się zwrotu.
Największa miłość wreszcie to przebaczyć, gdy
ukochana niestety odchodzi, 
usiłując oddać
innym to, co przyrzekła tobie.
Kochać to zastawić stół, aby przy nim zasiadł twój
gość i nie sądzić, że możesz obejść się bez niego,
Ponieważ pozbawiony żywności, jaką on ci przynosi,
na twoje świąteczne przyjęcie nie postawisz
dań królewskich
lecz tylko suchy chleb biedaka.
Kochać to wierzyć drugiej osobie i ufać jej,
Wierzyc w jej ukryte siły, w życie które posiada,
jakiekolwiek byłyby kamienie do usunięcia dla
wyrównania drogi.
To zdecydować się rozsądnie i odważnie
wyruszyć na drogi czasu, nie na sto, tysiąc czy dziesięć tysięcy dni,
Ale na pielgrzymkę, która się nie skończy, bo jest
pielgrzymką, która trwać będzie ZAWSZE.
Powinienem ci to powiedzieć, aby oczyścić twe
marzenia, że kochać to zgodzić się na cierpienie,
Śmierć sobie samemu, aby żyć i ożywiać,
Ponieważ tylko ten, kto może bez bólu zapomnieć
o sobie dla drugiego, może wyrzec się życia dla siebie
tak, żeby nie umarło w nim cokolwiek z niego.
Kochać wreszcie to jest to wszystko, o czym
powiedziano i jeszcze więcej,
Bo kochać to otworzyć się na nieskończoną MIŁOŚĆ,
to pozwolić się kochać, być przejrzystym
wobec tej MIŁOŚCI, która zawszę w porę.
To jest, o wzniosła Przygodo, pozwolić Bogu
kochać tego, którego ty w sposób wolny
decydujesz się kochać!

Zdolność kontemplacji

Z Ewangelii według św. Jana.

Wiatr wieje tam, gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża (J 3,8).

Są takie chwile w życiu, kiedy szczególnie pragniemy ciszy i wewnętrznego pokoju. Oznacza to, że wbrew pozorom nie potrafimy się odnaleźć jedynie w zewnętrznej aktywności. Chcemy przenikać przez ”powierzchnię rzeczy” i wychodzić poza ramy codzienności, rutyny i obowiązków. Tęsknimy za głębią. Pragniemy kontaktu z rzeczywistością, ze sobą, z Bogiem w najbardziej fundamentalny sposób – poprzez kontemplację.
Właśnie dzięki kontemplacji nabywamy szczególnej wrażliwości: uczymy wpatrywać się i wsłuchiwać się w to, co mówi do nas Bóg i drugi człowiek, aby nie zawężać swoich horyzontów do tego, co dostępne na wyciągnięcie ręki. Wbrew pozorom, w każdym człowieku spoczywa zdolność do kontemplacji, lecz aby ją uaktywnić, potrzeba wysiłku i odpowiedniego przygotowania. Jeśli spojrzymy na kontemplację w jej istotnym znaczeniu, możemy nawet dojść do wniosku, że bez jej uczenia się i praktykowania, rychło przebierzemy miarę w naszych poczynaniach, bądź utoniemy w irracjonalnym marzycielstwie. Słowo „kontemplacja” pochodzi od łac. „con-templor”, co oznacza: „obserwuję, przypatruję się czemuś uprzednio wybranemu”. Kontemplacja jawi się tutaj najpierw jako kontakt z rzeczywistością w najbardziej prosty i bezpośredni sposób. Z etymologicznego punktu widzenia, ów akt ludzki polegałby na wzmożonej aktywności zmysłu wzroku, na spokojnym oglądzie rzeczy, stawaniu wobec czegoś lub kogoś w postawie obserwatora.
Taki akt kontemplacji jest w swej istocie bardzo prosty i nie wymaga nieprzeciętnych zdolności. Nie ma tu mowy o nadzwyczajnych zjawiskach, o szczególnie wzniosłych ekstazach, czy o snuciu refleksji, aczkolwiek ważny jest element wyboru przedmiotu przyglądania się – świadomego zwrócenia się ku czemuś. Nie chodzi tu o gapienie się, lecz o takie zaangażowanie zmysłów, a poprzez nie ducha, aby bardziej doznawać i przyjmować, niż silić się na kreowanie jakichś stanów. Przykładem takiej postawy może być matka, która usypiając swoje dziecko, przypatruje mu się z miłością, w ciszy, bez specjalnych refleksji i pośrodku rozmaitych rozproszeń. Nasyca się w prosty sposób widokiem swego dziecka, co rodzi w niej radość i pokój. Podobnie ten, kto siedząc na morskiej plaży obserwuje zachód słońca, przy szumie kołyszących się fal, z pewnością doświadcza jakby oderwania się od siebie, zachwytu, całkowitego pochłonięcia przez piękno tego wspaniałego zjawiska.
Niech zatem doświadczenie medytacji pozwoli nam z zachwytem wpatrywać się z miłością w Tego, który jest jej przedmiotem i wsłuchiwać się w Jego słowo, które wybrzmiewa w naszych sercach – stając się modlitwą wołania: MARANATHA – Przyjdź Panie.

Bogactwo tradycji

Nie mamy wątpliwości, że całe nauczanie Chrystusa jest dostępne dla każdego, choć św. Piotr w swoim Drugim Liście ostrzega, że istnieje niebezpieczeństwo niezrozumienia Jego intencji, jeśli spróbujemy oderwać słowo od doświadczenia Jezusa. Ważne, żeby w patrzeniu na nauczanie Jezusa patrzeć z prostotą i otwartością. To, co jest Jego domeną, to głoszenie pełni życia, to chęć prowadzenie człowieka do przezywanie w pełni jego człowieczeństwa. A pełnia życia, o której mówi Ewangelia pochodzi z życia czerpiącego z głębin jestestwa. Warto pamiętać, że za Starym i Nowym testamentem stoją tez bogate doświadczenia wielu osób, którzy w praktyce odkrywali prawdziwość Słowa. Niemniej to, co wydaje sie zgodne, to fakt, że prawdziwie głębokie życie może być uzasadnione jedynie przez miłość i to miłość dojrzałą. To właśnie ona wydaje się mocą dającą siłę do życia w pełni.
Sięgając do tradycji modlitwy monastycznej, w którą wpisuje się medytacja można podzielić się doświadczeniem, że właśnie ona jest sposobem sięgnięcia do źródła tej mocy. W praktyce medytacji niczego nie da się wymusić. Jedynie zaangażowanie serca i zatopienie w miłości pozwala zanurzać się w tę głębię życia, do której chce nas prowadzić Jezus. Bez owego zaangażowanie i bez bardzo poważnego potraktowania sfery ducha możemy się jedynie oddalać od tej pełni. 
Owo zaangażowanie z kolei niesie ze sobą konieczność zawierzenia, które prowadzi z kolei do zakorzenienia się w miłości i ufności, stających się fundamentem, na którym bez obaw możemy się oprzeć. Ufność, miłość, zawierzenie jest ową skałą na której możemy budować. Nie są to jednak doświadczenia dane nam raz na zawsze. Wymagają one ciągłego pogłębiania ich przez doświadczenie. Medytacja jest drogą realizacji tego doświadczenia zakorzenienia. Tylko owo zakorzenienie w miłości i ufności sprawia, że potrafimy zaakceptować nasze życie z jego obowiązkami i zadaniami i zgodzić się na nie. Pismo święte uzmysławia nam, że człowiek wiary jest zaproszony do ciągłego „wzrostu”, go „głębi” a jednocześnie ukazuje nam, że ta głębia i pełnia człowieczeństwa możliwa jest dopiero w Chrystusie, w którym spełniają się wszystkie obietnice historii zbawczej. Być zatem człowiekiem wiary, być chrześcijaninem oznacza w ostatecznym rozrachunku być jedno z Chrystusem, to żyć czerpiąc z zasobów komunii z Chrystusem i dokładnie o to chodzi i do tego powinno prowadzić doświadczenie medytacji chrześcijańskiej jako jednej z form modlitwy głębi

Jeszcze o milości…

Starajcie się gorliwie o większe dary Boże; ja wskażę wam drogę jeszcze doskonalszą.
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się miedzią dźwięczącą
lub cymbałem brzmiącym.
Gdybym posiadał dar przemawiania z natchnienia Bożego
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał taką, żebym mógł góry przenosić,
a miłości bym nie miał,
niczym jestem.
Gdybym cały swój majątek rozdał na żywienie ubogich
i własne ciało wydał na spalenie,
a miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże.
Miłość jest cierpliwa,
uprzejma jest.
Miłość nie zazdrości, nie przechwala się,
nie unosi się pychą,
nie zachowuje się nietaktownie,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego,
nie cieszy się z nieprawości, lecz raduje się z triumfu prawdy.
Miłość wszystko znosi,
każdemu wierzy,
każdemu ufa,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
chociaż dar przemawiania z natchnienia Bożego zaniknie,
chociaż dar modlenia się w obcych językach przeminie,
chociaż wiedzy zabraknie.
Niedoskonała jest nasza wiedza,
niedoskonałe nasze przemawianie z natchnienia Bożego.
Gdy przyjdzie życie doskonałe,
niedoskonałe zniknie.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
myślałem jak dziecko,
rozumowałem jak dziecko.
Gdy stałem się dojrzałym człowiekiem,
pozbyłem się cech dziecinnych.
Teraz widzimy niejasno jak w zwierciadle,
potem zobaczymy bezpośrednio – twarzą w twarz.
Teraz poznaję częściowo,
potem poznam [całkowicie],
tak jak sam jestem poznany.
Teraz ważne są trzy rzeczy:
wiara,
nadzieja,
miłość.
A z nich największa jest miłość.

                                             Hymn o miłości (1 List Św. Pawła do Koryntian, 13,1-13)



 Miłość jest lotem ptaka na bezkresnym niebie,


   Ale lot ptaka


   jest czymś więcej niż mała cielesna istota,


   szybująca w przestworzach,


   więcej niż zakochane skrzydła, pieszczone przez zalotny wiatr


   więcej niż niewypowiedziana radość,


   gdy zamierają uderzenia skrzydeł,
   a ciało spokojnie unosi się w światłość.
Miłość jest śpiewem skrzypiec, śpiewających pieśń świata.


   Ale muzyka skrzypiec


   to coś więcej niż drewno i smyczek,


   bezwładnie i bardziej samotne


   niż nuty tańczące na partyturze w wieczorowych strojach


   to coś więcej niż palce artysty,


   przebiegające po strunach.
Miłość jest światłem na ludzkich drogach.


   Ale światło, które się daje,


   to coś więcej niż poranne pieszczoty,


   otwierające oczy nocy,


   to coś więcej niż promienie ognia ogrzewające ciała


   i więcej niż tysiąc jedwabnych pędzelków,


   malujących twarze.
Miłość jest rzeką srebra, która płynie w stronę morza.
   Ale rzeką żywą, która się wlecze lub spieszy,


   to coś więcej niż gościnne łożysko lub szkatułka na kosztowności,


   która tylko zatrzymuje,


   to coś więcej niż tylko woda zaczerwieniona spojrzeniem zachodzącego słońca,


   to coś więcej niż człowiek na brzegu,


   rzucający przynętę, by łowić ryby.
Miłość jest szybkim statkiem, który na wodzie pruje fale.


   Ale kurs żaglowca,
   to coś więcej niż zdobywcza dziobnica,


   prująca morze, które się poddaje lub walczy


   to coś więcej niż drżenie żagli pod pieszczotą bryzy czy podmuchu wiatru


   to coś więcej niż ręce majtka uczepione drążka


   ściągającego nieznużenie swą dziką kochankę.
   …Miłość przewyższa miłość
Miłość jest TCHNIENIEM nieskończonym, które przychodzi skądinąd i zmierza gdzie indziej.
Miłość jest duszą człowieka, która rozpoznaje TCHNIENIE,


jest wolnością człowieka, który cały zwraca się ku Niemu.


Miłość jest zgodą człowieka na zapraszające TCHNIENIE,


jest sercem człowieka, które się otwiera, by Je przyjąć i Mu się oddać,


jest ciałem człowieka, które się skupia gotowe do dyspozycji,


aby zamieszkała przez Nie i Nim przeniknięte


uniosło się ku drugim, ku… drugiej


i żeby wreszcie


to, co było oddalone, zjednoczyło się i dostosowało się,
to, co było rozdzielone, stało się czymś jednym


i żeby z JEDNOŚCI wytrysnęło nowe życie.