Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie, oraz siedzących za stołami bankierów.
Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał.
Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska». Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: «Gorliwość o dom Twój pożera Mnie».
W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: «Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?»
Jezus dał im taką odpowiedź: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo».
Powiedzieli do Niego Żydzi: «Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?» On zaś mówił o świątyni swego Ciała.
Gdy zatem zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. (J 2, 13-22)
Przeżywamy dziś święto poświęcenia Bazyliki na św. Jana na Lateranie, której pełny tytuł brzmi: „Matka i Głowa wszystkich kościołów Miasta i Świata”. I taka dygresja: tym czym dla kościołów świata jest bazylika na Lateranie , tym dla wszystkich wspólnot medytacyjnych jest Opactwo Benedyktynów w Lubiniu J
Jest coś niezwykłego w tym, że świątynia jerozolimska była wówczas jedyną na świecie świątynią Boga prawdziwego. Dzięki tej swojej jedyności zapowiadała sobą, że Bóg planuje obdarzyć nas Świątynią nieporównanie wspanialszą, Świątynią żywą, tą Świątynią, którą jest Pan Jezus Chrystus. Właśnie o tym mówi Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Po oczyszczeniu świątyni z wołów i innych zwierząt ofiarnych mówi Pan Jezus: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach ją odbuduję”.
Dopiero po Jego zmartwychwstaniu uczniowie uświadomili sobie, że mówił to o sobie samym, „o świątyni swego Ciała”.
Święty Hieronim pisze o trzech cechach świątyni: Po pierwsze, świątynia jest to miejsce szczególnej obecności Boga.
Po drugie, świątynia jest to miejsce składania ofiar miłych Bogu.
Po trzecie, świątynia jest miejscem składania prawdziwego świadectwa o Bogu.
Wszystkie te aspekty urzeczywistniają się w osobie Jezusa Chrystusa, ale winny się uobecniać także w innych świątyniach…
Jednak św. Paweł w czytaniu przeznaczonym na dzisiejsze święto wskazuje na inną świątynię: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście”. (1 Kor 3, 16-17)
Wyrzucenie przekupniów ze świątyni tak bardzo przypomina proces, którego świadkami jesteśmy w medytacji: przez słowo, które nam towarzyszy i łaskę pragniemy oczyścić świątynie naszego serca z tego, co przeszkadza nam w spotkaniu z Bogiem i wprowadzić w nią ciszę, która jest fundamentem tego spotkania.
Jak zwykł mawiać mój pierwszy nauczyciel medytacji o. Johannes Lotz: „Medytacja to proste ćwiczenie: musimy usiąść, milczeć i oddychać. Z wytrwałością i konsekwencją. Nie uciekać przed sobą. Ilustruje to piękny obraz: szklanka wody, w której coś się rozpuszcza. Jeśli woda jest ciągle w ruchu jest mętna. Podobnie jak nasza świadomość bywa zmącona naszymi codziennymi troskami. Kiedy jednak spokojnie postawimy tę szklankę, wówczas ruch ustanie, woda się uspokoi a to co mętne osadzi się na dnie przywracając wodzie naturalną przejrzystość. Podobny proces dokonuje się w medytacji: Gdy wszystko stanie się spokojne i ciche, wtedy także duch się wyciszy, zaś dusza prześwietlona słowem, które wnosi w nią światło stanie się cicha i przejrzysta. Tego uczy nas mądrość Ewangelii i ojców pustyni: pozostań w swojej izdebce, w swojej celi, módl się w ciszy a ona cię wszystkiego nauczy. Milczenie i bycie sam na sam z Bogiem jest bardzo ważne. Aby jednak medytacja była chrześcijańska muszą w pełni koncentrować się na Jezusie (stąd wezwanie, które odnosi się do tego Imienia). Medytacja jest przestrzenią, w której przez słowo, ciszę i uwagę skierowaną na Jezusa stwarzamy warunki by się szczególnie z Nim związać na poziomie serca, aby Go słuchać i być z Nim w komunii. Komu raz będzie dane przeżyć zetknięcie z Bogiem, ten będzie chciał przy Nim pozostać. A to warunek naszej prawdziwej przemiany, metanoia, nawrócenia i otwarcia naszych serc na nowy sposób myślenia i widzenia rzeczywistości, którego może nam udzielić tylko Bóg”.
Czas ciszy ofiarowany nam w medytacji jest jedną z palących potrzeb współczesnego człowieka w świecie, który nas bardzo skłania do powierzchowności. Dla człowieka patrzącego głębiej staje się czymś jasnym, że nasze życia powinno być czymś więcej niż parkiem rozrywki, który zdaje się nam oferować świat”.
Medytacja to dobra cisza, która nie ciąży, lecz podtrzymuje na duchu. Bo to cisza, która pochodzi od Pana.
Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek.
Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.
Był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Wysokiej Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie, wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.
W pierwszy dzień tygodnia poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień od grobu zastały odsunięty. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach.
Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał». (Łk 23, 44-46. 50. 52-53; 24, 1-6a)
Dzień Zaduszny obliguje żeby mówić o medytacji w kontekście śmierci. I jak się okazuje wcale nie są to tematy odległe. Dają temu dowód w książce „Medytacja. Droga Miłującej Obecności” Dariusz Hybel i o. Maksymilian Nawara, gdy piszą: „Siedząc w medytacji, umieramy, zanim przyjdzie nasza śmierć. Wobec takiego wyzwania rozum zostaje bezradny. Jak spotkać przed śmiercią fizyczną własną śmierć, która przynosi życie? (…)
„Medytacja jest praktyką umierania nie tyle dlatego, że z każdym wydechem, z każdą sekundą upływającego czasu, który ofiarujemy Bogu, jesteśmy bliżej naszego nieuchronnego momentu śmierci – choć to też prawda. Umieramy nie tylko dlatego, że zmagamy się z bólem i niewygodą – w znaczeniu fizycznym i psychicznym – choć to też prawda. Umieramy przede wszystkim dlatego, że forma praktyki medytacyjnej i jej esencja są właśnie takie, że niewiele sobie w niej zostawimy lub – by nie powiedzieć mocniej, podążając jeszcze głębiej – nic sobie nie zostawiamy. Wszystko musimy oddać, także samych siebie. Nie jest to powód do przygnębienia. Wręcz przeciwnie – to umieranie, tracenie siebie budzi pogodę ducha i pokój, akceptację naszego życia, takim jakie ono jest. Jeśli czegoś mamy się uchwycić, to Bożej Obecności”.
I rzeczywiście praktyka medytacji uczy nas uchwycenia w życiu tego, co niezawodne, czyli Boga a jednocześnie przygotowuje do wieczności, która będzie również polegała na całkowitym uchwyceniu się Absolutu, na zanurzeniu w Jego miłującej obecności.
Jak piszą dalej o. Maksymilian Nawara i Dariusz Hybel: „Wielkość i bezcenność człowieka jest bowiem zakorzeniona w Niestworzonym”.
Jeśli zatem nie odkryjemy tego zakorzenienia tutaj na ziemi może się okazać, że po śmierci będzie trochę za późno na dokonanie tego odkrycia. Nie mam bowiem wątpliwości, że Bóg zaprasza nas do życia w pełni już tutaj, na ziemi – czego najlepszym przykładem byli święci, których wczoraj wspominaliśmy. Jednak trudno mówić, że jest „pełne” o życiu, w którym nie ma odniesienia do Boga, skoro On jest (a przynajmniej powinien być) jego Źródłem i ostatecznym Celem.
Medytacja jest praktyką, która uczy nas tego zakorzeniania w Bogu w naszej codzienności.
Na potwierdzenie tego przywołam kolejne słowa z rzeczonej książki „Medytacja. Droga Miłującej Obecności”:
„Czy to nie fascynująca przestrzeń serca – umysłu, w której dzieje się nasza duchowa śmierć, ogołocenie, a jednocześnie pogodna akceptacja rzeczywistości? To przestrzeń przed myśleniem, przed emocjami, przed „chcę-nie chcę”, przed „przyjemne- nieprzyjemne”, przed „podoba mi się-nie podoba mi się”, przed pożądaniem. To przestrzeń wolności duchowej. Doświadczenie jej, posmakowanie choćby na chwilę jest jednym z najważniejszych owoców medytacji. To przełomowe odkrycie: nie można się tu niczego z tego świata uchwycić na stałe. I w tym jest nasze ocalenie”.
Można zatem powiedzieć śmiało, że Medytacja monologiczna/Modlitwa Jezusowa jest najprostszą formą uczenia się obumierania i poszerzania wolności naszego serca przez to umieranie dla tego, czego nie możemy na stałe uchwycić i co nie ma większej wartości w perspektywie wiecznej.
Ta modlitwa wypowiadana w rytmie oddechu niesie ze sobą głęboką teologię, która przypomina, że nasze życie realizuje się między życiem, które zaczynamy tu na ziemi wraz z pierwszym wdechem powietrza zaraz po urodzeniu, a śmiercią, która tożsama jest z ostatnim wydechem.
Takie rozumienie oddechu, który towarzyszy naszej medytacji oraz słowa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, ulituj się nade mną grzesznikiem” – to jest wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa, to zakorzenienie w Tym, który jest Źródłem życia a zarazem Zwycięzcą śmierci i jedynym Dawcą życia wiecznego
Niech zatem medytacja pozwala nam ciągle na nowo umierać dla tego, co przeszkadza nam w pełnym zjednoczeniu z Chrystusem, w zakorzenieniu serca w Jego miłości, skąd czerpiemy naszą miłość a jednocześnie rodzić się do życia w łasce, która jest nam ofiarowana poprzez słowo i dar obecności, w którą zanurzamy się w tej praktyce.
Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy.
Raz ktoś Go zapytał: «Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?»
On rzekł do nich: «Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas, stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: „Panie, otwórz nam!”, lecz On wam odpowie: „Nie wiem, skąd jesteście”. Wtedy zaczniecie mówić: „Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś”.
Lecz On rzecze: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!” Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym.
Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi». (Łk 13, 22-30)
Medytacja daje nam możliwość zbliżenia się do Jezusa. Można powiedzieć, że Jezus zawsze jest w drodze. Tak opisuje to Ewangelia. Kiedyś Jemu współcześni mogli Go spotkać w sensie fizycznym, dzisiaj możemy to uczynić w sensie duchowym (choć w sensie fizycznym nie mniej realnie niż żyjący dwa tysiące lat temu dotykamy Jezusa i przyjmujemy go w Eucharystii). Ciekawe jest to, że zarówno wtedy, jak i dzisiaj wielu Go nie rozpoznaje. Nie przyjmuje do swojego życia, nie wsłuchuje się w Jego słowa, mimo, że Jezus jest często tak blisko.
Możemy zatem stwierdzić bez zbytniej obłudy i próżności, że należymy do wybrańców, którzy spotykają Jezusa na co dzień: w Eucharystii, w Słowie, w medytacji, w natchnieniach, które nam daje. Warto mieć świadomość czy i jaki ma to wpływ na nasze życie?
„Usiłujcie wejść przez ciasną bramę” – mówi dziś Jezus. On, jak każdy dobry i wymagający nauczyciel prowadzi nas często w życiu przez „ciasne przejścia”, wymagające wysiłku. Każdy bowiem rozwój wymaga wysiłku i wyrzeczeń.
Jezus jednak przestrzega nas w dzisiejszej Ewangelii, że codzienne przebywanie z Nim może nas do Niego zbliżać, ale może także nas oddalać. Pewnego rodzaju rutyna, przyzwyczajenie się do tego, że mamy Jezusa na wyciągnięcie ręki może prowadzić nawet do oziębłości w naszej relacji z Jezusem, podobnie jak to bywa w życiu małżeńskim, rodzinnym. Święty Paweł przestrzega nas mówiąc: „Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas”[2 Kor 4,7]. Tym skarbem bez wątpienia jest nasza relacja z Jezusem, nasza wiara. Ale naczynia gliniane – o których pisze św. Paweł – symbolizują nasze serca, przede wszystkim naszą kruchość, słabość, grzeszność…
Warto sobie uświadomić, że z perspektywy życia duchowego ta małość naczynia glinianego jest w rzeczywistości wielką łaską każdego z nas, gdyż uczy unikać pychy, poczucia samowystarczalności. Jednocześnie ta sama małość zmusza do refleksji, do spojrzenia wstecz, do zwolnienia, a to z pewnością zawsze przynosi niemałe korzyści.
Niebezpieczeństwem dla współczesnego człowieka jest nieustanna chęć ukrycia swoich słabości, niedoskonałości, błędów. W oczach świata chcemy ciągle stawać się zwycięzcami, liderami. Pragniemy sławy, władzy, pieniędzy. Pamiętamy te sławne trzy pokusy, przed którymi przestrzega zarówno Pismo święte jak i ojcowie pustyni: W języku angielskim określa się je trzema „P”: power, prestige, possession. W zasadzie towarzyszą one człowiekowi od zawsze. Ale przecież nie one jest najważniejsze, nie one są prawdziwym skarbem, choć w zabieganiu o nie człowiek poświęca tak dużo energii. Najistotniejszą wartością „glinianego naczynia” – pisze Merton – jest jego zawartość, czyli nasze życie duchowe.
W świecie, który często zmusza nas do odgrywania ról, noszenia masek warto doceniać te wyjątkowe miejscach, gdzie nie musimy udawać innych, niż jesteśmy, czyli o adoracji Najświętszego Sakramentu, naszym cichym trwaniu w obecności Boga, jaką jest codzienna medytacja. Niech naszym celem winno być ciągłe dążenia do tego, by być zawsze prawdziwymi przed Bogiem i przed ludźmi.
Nie mam wątpliwości, że jeśli jest ktoś, kto może nas nauczyć takiej postawy jest Nim Jezus, który zawsze i w każdej sytuacji był prawdziwy, był sobą. Niech nasze przylgnięcie do Niego w medytacji uczy nas naśladować Go w tej postawie. Jest to postawa, która przygotowuje nas również do stanięcie przed Bogiem w dniu sądu – o czym mówi dzisiejsza Ewangelia. A tam można stanąć tylko w prawdzie, bo będzie to sąd prawdy i miłości.
«To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie». (Łk 12,39)
W wielu interpretacjach biblistów dzisiejsza Ewangelia mówi nam o śmierci. O tym, że zazwyczaj przychodzi ona nieoczekiwanie, dlatego człowiek, zwłaszcza chrześcijanin, który na śmierć winien spoglądać nieco inaczej: nie jako na koniec, ale jako na zakończenie jedynie pewnego etapu życia, które po śmierci trwa dalej – winien być do niej przygotowany.
Skoro już jesteśmy przy temacie śmierci, to warto zapytać o nasz stosunek do śmierci, która wcześniej czy później stanie się udziałem wszystkich. Wiele osób oddala w ogóle od siebie myślenie od śmierci. Najczęstszym powodem takiej postawy jest lęk przed śmiercią, który w sobie nosimy. Pewnie rzadko kto potrafi powiedzieć za świętym Pawłem: „Wolę odejść a być z Chrystusem”[1Flp 23]. Przywołuję to zdanie z Listu do Filipian, bo uświadamia nam ono, że śmierć ma w sobie również coś błogosławionego.
To, co sprawia, że na śmierć patrzymy w taki a nie inny sposób to grzech, który zaburza nasz sposób patrzenia na Boga, na siebie samych a także na nasze życie. Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam tę ważną prawdę naszej wiary – że nasze życie nie kończy się z chwilą śmierci a jedynie się zmienia… Każdy z nas będzie miał swój ostatni dzień na tej ziemi, ale to nie będzie koniec, to będzie dzień, w którym dopełni się czas naszego pielgrzymowania; naszej próby. Będzie to dzień przyjścia Pana. Dlaczego więc my – uczniowie i przyjaciele Pana mielibyśmy się tego dnia obawiać? Myślę, że najlepszą odpowiedź na to pytanie daje nam św. Jan, który pisze, że „kto się lęka, ten nie wydoskonalił się w miłości”. Dosłownie to zdanie św. Jana brzmi: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” [1 J 4,18]. Kiedy spoglądamy na świętych oni właśnie dlatego, że dojrzeli w miłości nie nosili w sobie lęku przed śmiercią…
Prostym wnioskiem, który płynie z Ewangelii jest prawda, że będziemy bardziej przygotowani na przyjście Pana, jeśli będziemy na co dzień starć się żyć miłością. Św. Treska od Dzieciątka Jezus mówiła, że życie miłością na co dzień jest receptą na to, jak być przyjacielem Boga.
I właśnie to określenie NA CO DZIEŃ zaprasza nas też do poszerzenia perspektywy dzisiejszej Ewangelii. Dzisiejszy fragment mówi bowiem o czujności, choć nie ma w nim ani razu przywołanego tematu śmierci. A zatem może Ewangelia dzisiejsza chce nam powiedzieć cos więcej…
W naszym mówieniu o praktyce medytacji monologicznej często poruszamy temat uważności. Ta uważność, to nic innego jak czujność, do której nawiązuje dziś Jezus w Ewangelii. Już Ojcowie Pustyni zachęcali aby życie duchowe traktować jako troskliwość i uważne obchodzenie się z ludźmi, z rzeczami, z czasem, wreszcie jako uważne wsłuchiwanie się w Boga. „Kto żyje uważnie, żyje w relacji z sobą samym, ze stworzeniem, z Bogiem i z ludźmi” (Abba Pojmen)
Wielu socjologów i psychologów mówi, że chorobą dzisiejszych czasów doby mediów elektronicznych jest brak prawdziwych relacji. Do tego dokłada się również tempo życia, któremu współczesny człowiek ulega i które sprawia, że nasze relacje z samymi sobą i z innymi stają się coraz płytsze. Tymczasem człowiek, który jest stworzony przez Boga jako byt relacyjny potrzebuje relacji z innymi (w tym z Bogiem), by móc odnaleźć relację z samym sobą i odwrotnie.
Święty Benedykt w swojej regule pisze o życiu jako o doświadczeniu Boga, który przychodzi pod osłoną łaski chwili i dlatego konieczne jest wyostrzanie uwagi na Jego obecność. Benedykt kieruje tę zasadę głównie do mnichów, ale nie mam wątpliwości, że stosuje się ona do wszystkich ludzi wiary. Dla Benedykta życie duchowe polega na stałej czujności na obecność Boga.
Problem wielu współczesnych ludzi (w tym chrześcijan) jest to, że sztucznie rozdzielają oni swoje życie na duchowe i nie-duchowe. Na sacrum i profanum, co samo z siebie jest jedną z największych iluzji, jakiej dajemy się zwieść, jako ludzie wiary. Ojciec de Mello pisze w Sadhanie: „Prawdziwie przeżywane życie duchowe oznacza przebudzenie ze snu. Wielu bowiem ludzi śpi, żyjąc w iluzji. Sądzą, że ich życie sprowadza się do pracy, układów, do sukcesów i porażek, dobrego samopoczucia i zapewnionej egzystencji. Tymczasem życie chrześcijanina nie jest ucieczką przez rzeczywistością, lecz przebudzeniem ku niej. Właściwa rzeczywistość to Bóg, w którego obecność jesteśmy zanurzeni 24 godziny na dobę. Dlatego życie człowieka wiary, to życie które jest przebudzone przez towarzyszącą nam nieustannie świadomość że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”? (Dz 17,28)”. Praktyka medytacji jest tym ćwiczeniem, które ma na celu nieustanne budzenie nas do tej świadomości, aby ona przelewając się na całe nasze życie uczyła nas większej uważności na nieustanne przychodzenie Pana Boga pod osłoną łaski chwili, do czego wzywa nas dzisiejsza Ewangelia.
«Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiej jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie pomijać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą».
Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: «Nauczycielu, słowami tymi także nam ubliżasz». On odparł: «I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo nakładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami nawet jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie». (Łk 11, 42-46)
Na pierwszy rzut oka Ewangelia dzisiejsza wydaje się mało medytacyjna, w tym sensie, że wprost nie wydaje się ona odnosić do tego, co może być doświadczeniem medytacyjnym. Gdy jednak wsłuchamy się głębiej w przesłanie Jezusa zobaczymy, że mówi On o tym, co można by określić motywacją naszego działania. I choć odnosi to w dużej mierze do pewnych funkcji społecznych, piastowanych przez swoich rozmówców, to jednak ogólnie postawę, którą Jezus piętnuje można odnieść do każdego rodzaju naszego działania.
Jezus chce przestrzec, że jest coś bardzo nie w porządku, jeśli ktoś dąży do czegokolwiek z powodów głównie egoistycznych – czyli żeby zaspokoić swoje ambicje, próżność, czy zapewnić sobie inne korzyści. Egocentryzm potrafi zatruć zarówno naszą postawę w stosunku do świata, do drugiego człowieka, jak i relację z Bogiem. Zresztą zdaniem Jezusa egocentryzm zawsze będzie jakimś rodzajem choroby duchowej.
Z kolei miłość, do której Jezus odwołuje się już w pierwszym zdaniu dzisiejszej Ewangelii tym różni się od egoizmu, że jej cechą jest pragnienie, żeby zaspokajać nie tylko swoje potrzeby, ale by czyniąc to mieć na względzie także dobro innych.
To już drugi dzień, gdy Chrystus toczy dysputę z uczonymi w piśmie, w której wychodząc od pewnego wymiaru zewnętrznego naszego życia kieruje On uwagę słuchaczy ku wnętrzu, ku ludzkiemu sercu. Jezus często przypominał, że to właśnie serce człowieka jest głównym źródłem jego motywacji i działania. Zatem jeśli nasze działania są nacechowane egoizmem, oznacza to, że problem tkwi w naszym wnętrzu, w sercu człowieka i tam musi zostać uzdrowiony.
Kiedyś Jerzy Waldorff odwołując się w jednym ze swoich felietonów do Arystotelesa napisał, że „Muzyka łagodzi obyczaje”. Sądzę, że to samo można by bez przesady powiedzieć o praktyce medytacji. Także badania amerykańskich naukowców dotyczących zjawiska medytacji potwierdzają, że osoby medytujące są bardziej skłonne do ugody, mniej agresywne, czy bardziej otwarte na drugiego człowieka.
W jednej z książek Daniela Golemana „Trwała przemiana. Co nauka mówi o tym, jak medytacja zmienia twoje ciało i umysł” autor udowadnia, że systematyczna praktyka medytacji przynosi trwałą zmianę na poziomie empatii, radzenia sobie ze stresem oraz jak to określa „większą zdolność wyjścia poza ego”.
W tym sensie medytację możemy potraktować jako proces przezwyciężania naszego egoizmu, do którego Jezus odnosi się negatywnie w dzisiejszej Ewangelii. Już sama praktyka medytacji – zwłaszcza monologicznej – zakłada pewną bezinteresowność, gdyż bazujemy w niej na doświadczeniu, które jest w małym stopniu zależne od nas (poza siedzeniem, w które jesteśmy zaangażowani), ale reszta w praktyce medytacji – zwłaszcza chrześcijańskiej – bardziej opiera się na łasce, która przychodzi przez towarzyszące medytacji słowo. To ona kształtuje nasze serca i to do jakich owoców i jak szybko nas doprowadzi w dużej mierze nie zależy już od nas.
Jest takie piękne zdanie Eckharta Tolle, który mówi, że: „Kiedy w praktyce medytacji wyciszamy działanie umysłu proces ten zaczyna powoli trawić nasze myśli i uczucia na temat nas samych. Medytacja przez wsłuchiwanie się w siebie z życzliwością i uważnością pozwala nam na tworzenie nowej „opowieści” o nas samych; opowieści opartej na miłującej akceptacji samych siebie, naszego życia, tego co dzieje się „tu i teraz” jak również innych. Na początku jest to chwilowa zmiana, ale wraz z praktyką staje się ona trwała”. [konferencja wygłoszona na Universities of London and Cambridge w czerwcu 2020 r]
Te słowa wydają się potwierdzać prawdę o tym, że praktyka medytacji rzeczywiście łagodzi nasze obyczaje zarówno wobec nas samych jak i wobec otaczającej nas rzeczywistości. Medytacja ma w sobie też dolność uwalniania nas od egocentrycznych pragnień, które nam towarzyszą, gdyż uświadamia nam na dużo głębszym poziomie niż tylko intelekt, że tak naprawdę niepotrzebne jest człowiekowi wszystko, co nie powoduje w nim wzrostu Miłości, lub przynajmniej nie sprzyja temu wzrostowi. Dotyczy to także religii i wiary. Jezus już od wczoraj w Ewangelii zdaje się stawiać ważne pytanie: „Po co komu wiara w Boga i religijne praktyki, jeśli nie nauczy się on Miłości?”.
Zbawienie ku któremu prowadzi nas życie duchowe nie jest emeryturą dla zasłużonych. Jest nowym życiem, czekającym na każdego, ale kształtem tego nowego życia jest Miłość. Dlatego Jezus namawia nas nie do gromadzenia zasług, ale do uczenia się Miłości. Trudna to nauka i skomplikowana umiejętność, dlatego warto się jej uczyć jedynie u najlepszego Mistrza – Jezusa. A każda praktyka medytacji do której siadamy jest realizacją tej nauki.