Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja jako pielgrzymka do akceptacji siebie

Życie duchowe jest jak wewnętrzna pielgrzymka. Najdłuższą drogą, jaką kiedykolwiek możemy podążać jest wewnętrzna droga do naszego prawdziwego „JA” [do naszej prawdziwej jaźni]. Kiedy wchodzimy na tę drogę, stajemy się bardziej zdolni do zwrócenia uwagi na chwilę obecną, która w codziennym życiu często wymyka się naszej percepcji. Jest to ważne dla całego naszego życia i to nie tylko duchowego. Możemy je bowiem przeżywać naprawdę jedynie w tej chwili. Ten, kto potrafi być całkowicie obecny w teraźniejszości, ten w sensie duchowym jest stale w drodze.
       Czasem pojawia się pytanie, gdzie powinno się rozpocząć tę wewnętrzną pielgrzymkę? W odpowiedzi na to pytanie wszyscy wschodni i zachodni mistrzowie życia duchowego z Jezusem na czele odpowiadają: Tam, gdzie się obecnie znajduję.
Medytacja nie może być jednak ucieczką od rzeczywistości. Ważne jest, abyśmy w tej wewnętrznej podróży nie tracili łączności z całą rzeczywistością. Proces duchowy, jeśli jest autentyczny nigdy nie odciąga praktykującego od środowiska życiowego, lecz włącza go ściśle w ten proces i prowadząc do całkiem innej głębi pozwala także przemieniać się całemu naszemu życiu.
Medytacja sama w sobie jest drogą, która gdy wiernie będę nią podążał uzupełni moje braki. Nie jest zatem najważniejsze dokąd dotarłem w rozwoju swojego życia duchowego? Ponieważ nie jesteśmy w stanie obiektywnie na to pytanie odpowiedzieć. Ważne jest, że chcę iść naprzód. Nie jest też ważne jakie są moje jasne i ciemne strony? One ukażą się w medytacji w świetle Bożej prawdy. Medytacja jest bowiem drogą poznania. Najpierw poznania Boga i jego miłości a następnie poznania siebie, gdyż jedynie w świetle Jego miłości jesteśmy w stanie spojrzeć na siebie w prawdzie. Dlatego medytacja uczy nas, abyśmy uciekali od oceniania swojej drogi, swoich osiągnięć. Abyśmy uciekali od pytań typu: Na co już zasłużyłem(am) przed Bogiem lub jakie grzechy popełniłem(am)? Jest ona zaproszeniem do spojrzenia głęboko w siebie, tak jak Bóg spogląda na mnie. Medytacja bowiem wprowadzając nas w Boski punkt widzenia uczy nas akceptacji siebie w taki sposób, w jaki jesteśmy akceptowani przez Boga.
Prawda o mnie jest taka, że nawet gdybym bardzo chciał nie mogę przemienić mojego życia.
To Bóg jest tym, który przemienia moje życie a medytacja jest drogą zaufania i otwarcia na tę Jego przemieniającą obecność, jest drogą powierzenia się Temu, dla którego jestem kimś bardzo drogim. Medytacja jest sztuką rezygnacji z tego, co sam chciałbym i z tego, co wydaje mi się że mogę uczynić o własnych siłach na rzecz całkowitego i absolutnego powierzenia się z ufnością Obecności Boga, która mnie przemienia. Jak napisał kiedyś Thomas Merton o doświadczeniu medytacji: Nie mogę wpaść głębiej niż w Ręce, które mnie dźwigają, ochraniają i zbawiają.
       W doświadczeniu chrześcijańskim bardzo często słyszymy wezwania do nawrócenia. Jest to zaproszenie, które wielokrotnie na kartach Ewangelii kieruje do nas sam Jezus. Życie duchowe, to ustawiczne nawracanie się. W nawróceniu bowiem chodzi przede wszystkim o mistyczną [duchową] przemianę. Jeśli nasza przemiana nie będzie wewnętrzna nigdy nie będzie autentyczna. A zatem zaproszenie Jezusa odnosi się dużo bardziej do sposobu bycia niż postępowania. Bardziej do pogłębienia świadomości niż do wyników. Wszak to drugie jest dopiero konsekwencją tego pierwszego.
       W medytacji Duch jest tym, który porusza mnie od wewnątrz, aby iść do przodu, aby otworzyć się na przemieniające działanie Jego miłości i łaski. W gruncie rzeczy to w głębi nas samych bierze początek nasze zbawienie. I im bardziej wewnętrznie będę chciał się otworzyć na jego działanie tym bardziej doświadczę tego, że On prowadzi mnie do wewnętrznej Boskiej przestrzeni, do miłości i wolności. Tam bowiem promieniuje wewnętrzne światło, które chce przeniknąć całe moje życie. Tam rozwija się siła miłości, zdolna przemienić moje życie. Do tej wewnętrznej izdebki prowadzi nas pielgrzymowanie duchowe, jakie dokonuje się w wytrwałej i pełnej zaufania medytacji, gdzie powtarzając Słowo, powierzam się jemu, zanurzam się w nim i pozawalam mu się prowadzić tam, gdzie zaczyna się rozwój nowego sposobu bycia.

Medytacja jako działanie

Medytacja, aby mogła nazywać się modlitwą chrześcijańską musi całkowicie wypływać z Objawienia. Tym medytacja chrześcijańska różni się od innych medytacji (np. Wschodu).
Medytacja chrześcijańska zaprasza nas do ciągłego przebywania w obecności Słowa. Jest to Słowo wyjątkowe, Słowo, które jest Bogiem (jak powie św. Jan w swojej Ewangelii). Wyjątkowość tego Słowa polega na tym, że jest ono skuteczne w swoim działaniu. Gdybyśmy chcieli zobaczyć jak bardzo jest skuteczne, wystarczy rozejrzeć się dokoła. Wszystko, co nas otacza jest owocem działania tego Słowa.
Słowo to jednak stawia przed medytującym szczególne zadanie, inne niż w np. medytacji ignacjańskiej, gdzie rozważamy treść jakiegoś fragmentu z Pisma Świętego. Jedno, powtarzane nieustannie słowo zmusza nas do postawy duchowego ubóstwa. Jest to ubóstwo, które z jednej strony ma prowadzić nas, przyzwyczajonych do złożoności form, do przekonania, że w tym jednym Słowie zawiera się wszystko, czego potrzebuję do mojego uświęcenia i zbawienia. Jest to także ubóstwo, które wymaga od nas przewartościowania naszego sposobu osądu, który polega na przekonaniu, że tak wiele w życiu zależy od nas, od naszego działania i aktywności. Tym, co działa w medytacji jest właśnie Słowo. Nie ja! Ode mnie wymaga się jedynie bym otworzył się na jego stwórcze i przemieniające działanie. Abym pozwolił Jemu dokonać we mnie swojego dzieła.
Jest to sytuacja, która zaprasza nas do zakwestionowania wagi naszego działania i do złożenia całej ufności w działaniu Boga w moim życiu i zaufaniu, że to On wie najlepiej, co jest w moim życiu najlepsze, choćby mój egoizm podpowiadał mi co innego. Stąd medytacja jest wielką szkołą pokory i zaufania. Jest drogą do przewartościowania naszego życia w taki sposób, aby rzeczywiście Bóg zajął w nim pierwsze miejsce, które tak często lubię zajmować ja sam. Dopiero wtedy, gdy Bóg będzie moim życiu na pierwszym miejscu – jak mówią mistrzowie życia duchowego –  wszystko inne będzie na właściwym i moje życie odnajdzie wewnętrzną harmonię i pokój, jakiego Bóg chce nam udzielić.
Stąd medytacja jest najprostszą drogą do harmonii, do wewnętrznego pokoju, do którego źródła otwiera nam ona dostęp oraz do przewartościowania naszego życia. Gdyż to dopiero w świetle medytacji zaczynam dostrzegać to, co naprawdę ważne w moim życiu a także to, co drugorzędne, a co często niepotrzebnie zaprzątało mi głowę i czym niejednokrotnie to życie zaśmiecam. Jest to owa przejrzystość, o której sobie mówiliśmy. To dzięki medytacji coraz bardziej pozwalam na to by rzeczywistość Transcendentna lub Boska, jak kto woli prześwitywała przez moja codzienność, oświetlając moje życie i ucząc właściwej perspektywy spoglądania na nie. Dla chrześcijanina jedynym właściwym spojrzeniem na życie i jego codzienne troski jest spojrzenie z perspektywy wieczności i zbawienia. To jedynie z tej perspektywy różne wartości w naszym życiu albo nabierają sensu, albo go tracą i uczą, że nie warto zawracać sobie nimi głowy.
Niech powtarzanie tego słowa Maranatha, będzie modlitwą o tę szczególna obecność Boga w naszym życiu. Wsłuchujmy się w to Słowo, które jest dla nas przejawem obecności Boga tu i teraz i przejawem Jego działania. I z ufnością powierzając się temu działaniu pozwólmy, by Bóg, który jest Słowem żywym i skutecznym prowadził nas swoimi drogami i doprowadzał w nas swojego dzieło do końca.
Na początku wspomniałem o różnicy między medytacją Wschodu a medytacją chrześcijańską i napisałem, że punktem wyjścia dla niej jest Objawienie. Oczywiście nie jest to jedyna różnica, choć istotna. Więcej na ten temat innym razem, bo przez mojego bloga się nie wysypiam.

Modlitwa myślna czy bezmyślna???

W 21 numerze Tygodnika Powszechnego w roku 2000 ukazała się rozmowa z ojcem Laurence Freemanem OSB, która wywołała dyskusję świadczącą, że kontemplacja chrześcijańska jest mało znana w Polsce. Najlepiej świadczy o tym tekst wędrownego katechisty wspólnot neokatechumenalnych ks. Henryka Dziadosza SJ. Przytacza on w swym artykule fragment wypowiedzi ojca Freemana: ”Fakt, że nie myślimy o Jezusie w czasie medytacji, nie znaczy, że nie skupiamy się na Chrystusie. Wprost przeciwnie, jest to znak, że mamy wystarczającą wiarę w rzeczywistość Chrystusa. Przestać myśleć o Nim, ażeby móc pełniej połączyć się z Nim”. Komentując te słowa ks. Dziadosz pisze: „Dziwna to uwaga i może religie Wschodu (nie jest dla mnie jasne, dlaczego ks. Dziadosz uczynił tą aluzję odnośnie Wschodu) znają takie metody, by bez myślenia dochodzić do zjednoczenia, ale dla całej duchowości chrześcijańskiej myślenie o Jezusie jest najsłodszą sprawą i to myślenie (meditatio), o które tak bardzo walczy o. Freeman, i zjednoczenie się z Jezusem jest najważniejszym powołaniem księży i świeckich”. Nie jest moim zamiarem analizowania tu całej duchowości chrześcijańskiej. Odwołam się jedynie do filarów duchowości katolickiej, do św. Jana od Krzyż i Jan Kasjana, mistrza św. Benedykta.
Św. Jan od Krzyża, wielokrotnie porusza problem przekroczenia wyobraźni i myślenia o Bogu na poziomie kontemplacji. W Drodze na Górę Karmel (II,12,3) pisze on: „Jeśli dusza chce dojść do zjednoczenia z Bogiem, musi uwolnić się od tych wszystkich wyobrażeń i pozostawić w mrokach zmysł wyobraźni. Wyobrażenia te bowiem nie mają żadnej zdatności do tego, aby być bezpośrednim czynnikiem zjednoczenia z Bogiem…”. Jakkolwiek uznaje, że wyobrażenia mogą być pomocne w rozmyślaniu i szczególnie na początku duchowej drogi, to jednak na płaszczyźnie kontemplacji stają się wprost przeszkodą i trzeba je pozostawić i to zarówno wyobrażenia naturalne jak nadprzyrodzone. Jan Kasjan podobnie zaleca, aby na modlitwie odrzucić całe bogactwo myśli, aby osiągnąć pamięć o Bogu (Por. Rozmowy X,2) . Wydaje się zatem, że nauka ojca Freemana i religii Wschodu odnośnie kontemplacji są bliższe nauce katolickiej niż wypowiedź ks. Dzidosza.
Nieporozumieniem jest także określenie meditatio jako myślenie o Bogu. Septuaginta używa słowa melete meletao tam gdzie w łacińskich tłumaczeniach Biblii pojawia się słowo meditare. Meletao między innymi oznacza powtarzanie i lepiej określa metodę modlitwy proponowaną przez ojca Freemana, Ojców Pustyni i Opowieści Rosyjskiego Pielgrzyma niż myślenie o Bogu. Wprawdzie Rosyjski Pielgrzym zaleca powtarzanie (nawet 12000 razy dziennie) wezwania: „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną grzesznikiem) a ojciec Freeman wezwania: Maranatha!, ale – jak pisze siostra Andronowska – „wołanie imienia Jezus to wołanie „Przyjdź Panie!”. Ostatecznie przecież jest to modlitwa Jezusa, który modli się w nas tak samo jak kiedyś w Ogrójcu; „Powtarzając te same słowa” (Mk 14,39) .
W wielu wypowiedziach odnośnie medytacji pojawia się problem naszej relacji z religiami Wschodu. Wydaje się, że jest to problem bardziej emocjonalny niż realny. Jakkolwiek dla Kościoła problem dialogu międzyreligijnego jest bardzo ważny i ojciec Freeman jest w ten dialog zaangażowany, to jednak dla samej praktyki medytacji jaką proponuje ojciec Freeman i całą tradycja monastyczana jest on marginalny. To znaczy, że można praktykować medytację bez jakiegokolwiek odniesienia do innych religii.Z drugiej strony najważniejszym owocem międzyreligijnego dialogu – jak podkreśla kardynał Francis Arinze, Prezydent Papieskiej Rady do Dialogu Między Religiami – „okazało się osobiste doświadczenie wielu mniszek i mnichów, którzy starali się zintegrować wschodnie drogi medytacji z własnym życiem monastycznym”. Kardynał Arinze przypomina słowa papieża Jana Pawła II wypowiedziane jeszcze w 1984 roku do członków Sekretariatu do spraw Niechrześcijan a dotyczące dialogu międzyreligijnego na płaszczyźnie monastycznej: „Jest rzeczą możliwą, że każdy, będąc w zgodzie z własną wiarą, ubogaca się wzajemnie poprzez wymianę duchowych doświadczeń i dzielenie się formami modlitwy, które są drogami spotkania z Bogiem”. Na prośbę kardynała Arinze i przy współpracy z Papieską Radą do Dialogu Międzyreligijnego powstał dokument Kontemplacja i Dialog Międzyreligijny będący podsumowaniem i oceną tych doświadczeń. Dokument cytuje słowa Ojca Świętego wypowiedziane przy okazji Dnia Modlitw o Pokój w Asyżu: „Każda autentyczna modlitwa jest poruszana działaniem Ducha Świętego, który w tajemniczy sposób jest obecny w sercu każdego człowieka” i podkreśla, że „ formy modlitwy wypracowane poza tradycją chrześcijańską nie są a priori zagrożeniem dla chrześcijańskiej wiary”. Dokument przedstawia nie tylko trudności, ale ukazuje także szanse jakie daje chrześcijanom spotkanie w duchu dialogu z przedstawicielami innych (Por. Kontemplacja i Dialog międzyreligijny, Uwagi i perspektywy na podstawie doświadczenia Katolickich mnichów i mniszek, Collectanea Theologica, 67(1997) nr 2, ss 155-170).
Dziś wielu młodych ludzi podąża na Wschód poszukując nauczycieli modlitwy i medytacji. Być może nie musieliby tam podążać, gdyby ktoś ukazał im ścieżkę modlitwy, której naucza ojciec Freeman i cała tradycja chrześcijańskiego monastycyzmu. Od dwunastu lat prowadzę grupy medytacyjne i bardzo często spotykam się ze stwierdzenie: „gdybym wcześniej wiedział, że istnieje taka praktyka w chrześcijaństwie nie musiałbym jej szukać w buddyzmie czy hinduizmie”. Dobrze znam rozdarcie i ból takich poszukiwań i doskonale rozumiem wypowiedź Dalajlamy skierowaną do polskich buddystów w czasie jego ostatnie wizyty w Polsce: „Uważam, że najlepiej jest trwać w swojej rodzinnej tradycji religijnej”. Należy zatem uznać za wielką łaskę, wizyty i nauczanie takich ludzi jak ojciec Laurence Freeman.
Przyznam się, że niechętnie biorę udział w dyskusjach zwłaszcza na takie tematy jak modlitwa. Modlitwy bowiem uczymy się poprzez praktykę. Podobnie uczyli Ojcowie Pustyni, których my benedyktyni jesteśmy tylko nieudolnymi naśladowcami. Przypominam sobie tu apoftegmat mówiący o tym jak święty Antoni Pustelnik zaprosił ojców na dysputę nad fragmentem Pisma Świętego. Różni ojcowie różnie mówili abba Józef powiedział: „Nie wiem” i właśnie św. Antoni pochwalił abba Józefa, że znalazł najlepszą drogę. W tym „nie wiem” tkwi przekonanie, o Piśmie świętym nie należy dyskutować, ale nim żyć i wtedy zaczyn się je także rozumieć. Podobnie jest z modlitwą i medytacją trzeba je praktykować, aby się ich uczyć, pogłębiać i dzielić ich owocami. W Ewangelii Łukasza (Łk 10, 29) jest bardzo subtelna uwaga. Uczony w prawie dobrze znał Pisma i dobrze odpowiedział Jezusowi na pytanie co należy czynić, aby być zbawionym, ale zapytał: „Kto jest mim bliźnim?” – aby się usprawiedliwić. I my często pytamy o modlitwę, o medytację, aby się usprawiedliwić, że nie stanowi ona w naszym życiu ważnego miejsca; aby uciec przed ich wymaganiami, dyscypliną i koniecznością przemiany, które ze sobą niosą.
Modlitwa, jeśli ją powtarzamy wielokrotnie i systematycznie podobna jest to kropli wody drążącej twardą skałę, przenika głęboko do naszego serca i rozbrzmiewa w nim nawet wtedy, gdy jej formalnie nie wymawiamy, dzięki temu staje się nieustanną modlitwą serca, a Bóg – jak pisze św. Cyprian – „nie słucha głosu lecz serca”.

Nauka o. Johna Maina na temat medytacji

I raz jeszcze wsłuchajmy się a raczej wczytajmy w słowa o. Johna Maina na temat praktyki medytacji. To co zawsze mnie uderzało w jego przekazie, to niezwykła prostota, w której wydawać się może bardziej otwiera nas na doświadczenie medytacji jako daru łaski niż owocu tego, co sami możemy zrobić opierając się  na wszystkich koniecznych technikach medytacji, które w nauczaniu o. John’a schodzą jakby na plan dalszy. To prawdziwie chrześcijańskie ujęcie, gdzie Nauczycielem i źródłem owoców medytacji jest sam Bóg a nie to, co my po ludzku próbujemy osiągnąć i wykombinować. Do nas należy jedynie otworzyć się na działanie Ducha a może bardziej jeszcze nie przeszkadzać Mu w tym , by mógł w nas realizować swoje dzieło, które rozpoczął w chwili chrztu świętego.

o. John Main tak naucza:
Oto kilka bardzo prostych i praktycznych rad. Aby dobrze medytować, powinniście przyjąć odpowiednią pozycję siedząc – wygodną i zrelaksowaną. Wasza postawa jednak nie powinna być niedbała. Usiądźcie na krześle i wyprostujcie kręgosłup, a ci, którzy są wystarczająco wyćwiczeni, mogą siedzieć na poduszce ze skrzyżowanymi nogami. Oddech powinien być spokojny i regularny. Pozwólcie każdemu mięśniowi rozluźnić się. Postawa umysłu powinna być równie odprężona i spokojna jak postawa ciała. Wewnętrznym nastawieniem potrzebnym do medytacji jest wyciszenie umysłu i pełen pokoju duch. Jest to także wyzwanie jakie ona przed wami stawia. W czasie medytacji trzeba siedzieć spokojnie, to jest łatwe, jednak prawdziwym zadaniem medytacji jest osiągnięcie harmonii ciała, umysłu i ducha. To właśnie mam na myśli mówiąc o pokoju Boga – pokoju, który przekracza wszelkie rozumienie. [Word into Silence]
Milczenie jest najlepszym przygotowaniem do medytacji. Zapewne przed rozpoczęciem medytacji spędzicie sporo czasu na znalezienie naprawdę wygodnej pozycji. Jeżeli chcecie siedzieć na krześle, znajdźcie sobie takie, które ma proste oparcie. Jeśli siedzicie na podłodze, usiądźcie wygodnie. Potem spróbujcie wyciszyć się, tak bardzo jak to jest możliwe. Utrzymujcie to wyciszenie przez cały czas trwania medytacji. Na początku dla większości z nas, nie jest to wcale takie łatwe. Medytacja wymaga jednak wchodzenia w ciszę ducha i ciszę ciała. To sprawia, że stajecie się coraz bardziej świadomi siebie jako osoby, jako ciszy, jako całości. Musicie więc nauczyć się siedzieć tak spokojnie, jak tylko możecie. Kiedy już usiedliście i wyciszyliście się, zamknijcie oczy i zacznijcie powtarzać w swoim sercu słowo Maranatha – jest to starożytna modlitwa aramejska, która znaczy: Przyjdź Panie, przyjdź Panie Jezu. Medytacja polega na uczeniu się tego słowa – recytowania i wymawiania go. To jest proste: Ma-ra-na-tha. Cztery tak samo zaakcentowane sylaby. Większość ludzi powtarza tę modlitwę w połączeniu z oddechem, jednak to nie jest najważniejsze. Ważne jest, aby powtarzać to wezwanie wolno i rytmicznie od początku do końca, przez cały czas trwania medytacji. Zapomnijcie na chwilę o znaczeniu wezwania, po prostu słuchajcie go jako dźwięku. Wymawiajcie to słowo w najgłębszych partiach swojego jestestwa, w swoim sercu. Zignorujcie wszystkie myśli, słowa, idee i wyobrażenia. Sztuka medytacji wymaga umiejętności pozostawiania za sobą myślenia, analizowania słów czy wyobrażeń i po prostu bycia wyciszonym, bycia jednością. To praktycznie wszystko, co powinniście wiedzieć, aby medytować.   [Moment of Christ]

Celem powtarzania wezwania jest stopniowe odwrócenie uwagi od własnych myśli, własnych idei i pożądań. Poprzez odwrócenie uwagi od siebie i skierowanie jej ku Bogu osiągnięcie świadomości obecności Boga. Swoje słowo wypowiadajcie delikatnie, lecz z rozwagą. Powtarzajcie je w myślach ze spokojem, ale wyraźnie: Ma-ra-na-tha. Stopniowo, wraz z upływem czasu spędzonego na medytacji, wtopi się ono w wasze serce.
W trakcie medytacji różne pytania będą przychodziły wam na myśl. Po co to robię? Co to wszystko znaczy? Czy powinienem to robić? Czy to mi coś daje, i tak dalej? Pytania te musicie pozostawić za sobą. Musicie przekroczyć ten poziom pytań i podchodzić do medytacji z dziecięcą prostotą: „Dopóki nie staniecie się jak dzieci, nie będziecie mogli wejść do Królestwa Niebieskiego”. Oto moja rada :powtarzajcie swoje słowo, zadowalajcie się mówieniem słowa i przyjmijcie dar, który Bóg wam daje. Ale nie żądajcie go. Powinniście podchodzić do medytacji bez żadnych wymagań ani oczekiwań, ale z tą szczerością ducha, która pozwala nam na taką obecność, jaka jest możliwa tylko względem siebie i Boga. Medytacja jest bardzo, bardzo prosta. Nie komplikujcie jej. Medytując powinniście osiągać coraz większą prostotę. „Ćwiczenie i wolność”. [Moment of Christ]

Jeszcze raz chcę powiedzieć jak medytować. Trudno jest nam zaakceptować fakt, że coś tak prostego może być tak pełne mocy. Powtórzę więc raz jeszcze – żeby medytować, musicie się nauczyć siedzieć spokojnie i powtarzać wewnętrznie, w swoim sercu, w swoim umyśle jakieś słowo lub wezwanie. Słowem, które wam polecam jest aramejskie słowo Maranatha, powinniście je wymawiać jako cztery równo zaakcentowane sylaby Ma-ra-na-tha. To wszystko, co powinniście robić w czasie medytacji. Medytacji nauczyłem się około trzydzieści lat temu. Mój nauczyciel zwykle odpowiadać na każde pytanie, dotyczące medytacji: „Powtarzaj swoje wezwanie, powtarzaj swoje słowo”. Im dłużej medytowałem w ciągu tych lat, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z tej absolutnej mądrości, jaka kryła się w tej odpowiedzi. Jeśli tylko możecie nauczyć się swego słowa i powtarzać je przez 20, 25 lub 30 minut medytacji, powtarzać je od początku do końca trwania medytacji, po pewnym czasie oderwiecie się od swoich idei, pojęć, swoich słów, myśli, od tego zamieszania, które panuje w umyśle przez prawie cały czas. Dzięki wytrwałości i wierności podjętemu zadaniu osiągniecie jasność świadomości. [Moment of Christ]

Żeby medytować, trzeba nauczyć się, jak być wyciszonym. Medytacja jest doskonałym spokojem ciała i duszy. Poprzez ten spokój otwieramy nasze serca na wieczną ciszę Boga….  Nie myślcie o Bogu, nie wywołujcie w sobie żadnych podniosłych uczuć z Nim związanych. Medytacja chrześcijańska jest czymś więcej niż myśleniem o Bogu, lub przeżywaniem uczuć odnoszących się do Niego. Medytacja to bycie   z Bogiem.

Dobrym streszczeniem nauki o medytacji są słowa Pisma św.: „Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi, aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka. Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi próbowali ogarnąć duchem czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą (Ef 3, 14 ? 19)?. [Way of Unknowing]
Nawet, jeżeli medytujesz sam, pozostajesz we wspólnocie medytujących na całym świecie. Medytację możesz rozpocząc i zakończyć taką modlitwą:
Modlitwa rozpoczynająca medytację
Ojcze niebieski, otwórz moje serce
na cichą obecność Ducha Twojego Syna.
Wprowadź mnie w misterium ciszy,
w której Twoja miłość objawia się wszystkim,
którzy wołają Maranatha!
Przyjdź, Panie! Przyjdź, Panie Jezu!
Modlitwa kończąca medytację
Niech nasza wspólnota będzie prawdziwym duchowym schronieniem dla poszukujących,
przyjacielem dla samotnych i przewodnikiem dla zagubionych.
Niech ci, którzy medytują,
będą wzmocnieni przez Ducha Świętego do służenia wszystkim,
których napotykają na swojej drodze
i do przyjęcia ich jak samego Chrystusa.
Niech w ciszy medytacji całe cierpienie, przemoc
i zamieszanie świata napotkają na moc, która pojedna, odnowi i podniesie ludzkiego ducha.
Niech ta cisza będzie mocą otwierającą serca kobiet
i mężczyzn na Boga i siebie nawzajem w miłości,
pokoju, sprawiedliwości i ludzkiej godności.
Niech piękno Boskiego życia wypełni naszą wspólnotę pełną radości nadzieją.
Niech serca wszystkich, którzy medytują, a są przygnieceni ciężarem ludzkich problemów,
zostaną napełnione wdzięcznością za wspaniałość ludzkiego życia.

Proszę o to, przez Chrystusa Pana naszego. Amen

Epitafium ojca Laurence’a Freemana na temat ojca Johna Maina.

Dzisiaj pragnę oddać głos o. Laurence’owi Freemanowi, przyjacielowi i duchowemu spadkobiercy o. Johna Main’a, który pewnie powie o nim najpiękniej. Zamieszczone poniżej słowa są zapisem homilii jaką o. Laurence wygłosił w Klasztorze w Londynie podczas Mszy św. 
Wielu rąk trzeba by siać ziarna Słowa Bożego i wielu by pielęgnować ich wzrost. Tego wymagają dziś rozprzestrzenianie się wiary i zwiększająca się ilość ludności na całym świecie. Lud Boży, który w przeszłości miał tylko jeden ołtarz, potrzebował wielu nauczycieli. O ile bardziej potrzeba nam ich dzisiaj wśród licznych narodów Ziemi, dla których ofiar całopalnych nawet cały Liban nie byłby w stanie dostarczyć wystarczającej ilości drewna do ognia.
Gdyby nie wzmianka o Libanie, to moglibyśmy pomyśleć, że te słowa Tomasza Becketta zostały napisane wczoraj. Liczba ludności wzrasta dzień w dzień o 211 tysięcy, zaś każdego roku przybywa nam na Ziemi tylu ludzi, ilu żyje w Niemczech. Kościoły mają bolesną świadomość tego, jak wiele rąk im brakuje, by siały i pielęgnowały żywe Słowo Boże i jak staje się to coraz trudniejsze. Wiemy ilu nauczycieli mądrości nam dzisiaj trzeba.
Zgromadziliśmy się dzisiaj w jednym ze świętych miejsc, kościele-matce chrześcijan w Anglii, by świętować życie, nauczanie i trwający wpływ jednego z nauczycieli, których Pan powołał wśród nas by sprostał tym palącym potrzebom.
John Main urodził się tutaj, w Londynie w 1926 roku, ale korzenie jego wiary sięgają głębokich pokładów tradycji celtyckiej. Pielęgnował on swą irlandzkość równie starannie, jak bycie obywatelem świata, którym stawał się wraz z upływem lat swego życia. Jako chłopiec śpiewał hymny Bogu w chórze tej katedry. W ciągu 56 lat życia doświadczył wielu ról: studenta, żołnierza, dyplomaty, prawnika, profesora by w końcu znaleźć siebie, tracąc siebie jako mnich. I właśnie w roli mnicha odkrył swój dar nauczania i ten szczególny przekaz, jakim dane mu było dzielić się z innymi współpielgrzymani w drodze. I dzielił się nim John Main na bardzo hojny sposób.
Jako prorok swych czasów rozumiał potrzebę i kryzys współczesnego chrześcijaństwa. Trzeba mu było wrócić i zagłębić się na nowo w swe kontemplacyjne korzenie, by z nich czerpiąc siłę, wypuścić nowe pędy na całym świecie. W świecie, gdzie tempo zmian jest tak gwałtowne, że wykorzeniło ono w błyskawicznym czasie kilka generacji z ich macierzystej kultury i wiary.
Ojciec John był człowiekiem tradycji, ale rozumiał ją w kategoriach powrotu do korzeni. Był w tym bardzo radykalnym i w pewnym sensie rewolucyjnym duchownym. Jak przystało na syna Soboru odczytał wyraźnie znaki czasu. Zobaczył w nich, że przestarzałe formy i struktury muszą zostać na nowo przedefiniowane i dostosowane do duchowych potrzeb współczesnych mu ludzi. Tak zarówno dla niego, jak kiedyś dla Ojców Pustyni, znaczyło to ni mniej ni więcej, jak odkrycie siły modlitwy, jako drogi do osobistej i wewnętrznej przemiany. Odkrył na nowo, ze każda modlitwa prowadzi do kontemplacji, a ta z kolei jest ostatecznym celem każdego ludzkiego życia.
Kiedy na początku swego powstania Kościół zderzył się z instytucjami pogańskiego świata, to już wkrótce przekonał się, że nie łatwe było ich nawrócenie na chrześcijaństwo. Ilekroć zburzył jedną  świątynię, roztrzaskał posągi bożków i pozabijał kapłanów, powstawała następna w jakimś świętym lesie i stare obrzędy powracały z nową siłą. Pragmatyzm i konieczność zmusiły Kościół do zmiany taktyki. Zamienił pogańskie świątynie na kościoły, zatrzymał i przechrzcił kapłanów, dawnych bogów wymienił na nowych świętych. Przyłączał raczej, niż zastępował. I tak rozpoczęła się bogata historia naszej chrześcijańskiej spuścizny. My, którzy żyjemy na jej samym koniuszku, mamy prawo zapytać, jak daleko poszła owa transformacja szyldów? Jak głęboko zapuściło swe korzenie w zachodnim umyśle posiane ziarno Słowa Bożego? Jak do tego doszło, że tak wspaniała tradycja nieustannie zmagała się z wpływem nowych idei, nauki i technologii, była tak oporna wobec demokratycznych zmian, przejawów indywidualności i nowoczesności, by w końcu stanąć bezradnie wobec współczesnego konsumcjonizmu.
John Main nie załamał rąk w obliczu kryzysu współczesnego chrześcijaństwa. Jest on tytanem nadziei, nauczycielem odwagi i zaufania, bo zrozumiał, że w gruncie rzeczy chrześcijaństwo nie wali się w gruzy, lecz przechodzi transformację w nową i głębszą formę duchowości. Można właściwie powiedzieć, że jesteśmy dopiero na początku drogi. Nie widział tego odrodzenia jako naprawy upadających struktur i form kultu. W Duchu św. Pawła nawoływał: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu.” (Rz 12,2)
Ojciec John był geniuszem prostoty i wspaniałym nauczycielem głębokich prawd. Zwykł powtarzać, że ma tylko jedną rzecz do powiedzenia. Zawarł ją w jedno krótkie polecenie: „powtarzaj twoją mantrę”. Gdyby wydawało nam się to zbyt łatwe, to nie zapominajmy o kontekście, w jakim to mówił i jak bardzo wymagająca jest prostota.
Medytacja nie zastępuje innych form modlitwy. Ożywia je. Modlitwa serca odświeża nasze czytanie Pisma, liturgię i nabożeństwa. Jest ona strażnikiem na drodze do powierzchowności, zabobonności, sztywnej obrzędowości. Jak mawiał, „Medytacja nie jest techniką, lecz dyscypliną. Powtarzaj mantrę i trwaj w prostocie jej powtarzania. Potem żyj tym, co w Tobie czyni. Proste, nie znaczy łatwe”.
Za tą cudownie praktyczną i uniwersalną nauką kryje się cały skarbiec kontemplatywnej chrześcijańskiej tradycji i przeczucie Johna Maina, że kryzys dzisiejszego świata wymaga rozwiązań duchowych. Nie znaczy to automatycznie, że co duchowe jest tożsame z religijnością, chociaż religijność stanowi dla Johna Maina nieodłączną część natury człowieka. Jednocześnie było dla niego jasne, że religia bez głębokiej i kontemplacyjnej duchowości, jest bardzo niebezpieczna. Jest ona tak długo siłą konstruktywną i wyzwalającą jak długo zawiera w sobie kontemplację, będąc przez to drogą do osobistej i społecznej przemiany. To, czego nam dziś potrzeba, by rozwiązać nasze problemy, odzyskać utracone człowieczeństwo i równowagę, to odrodzona kontemplatywna świadomość, prowadząca do „nowej świętości naszych czasów”, którą przepowiedziała Simone Weil.
Niestety nie da się tej idei zalegalizować. Ani narzucić. Nawet nauczyć. Trzeba dać się przez nią pochłonąć, w nią zanurzyć, przyjąć jako dar łaski, czysty dar. Dar jest po to, aby go przyjąć. Medytacja – uczył ojciec John – jest drogą, na jakiej akceptujemy dar naszego istnienia, a przez to, by użyć języka niektórych współczesnych teologów, stajemy się „obdarowanymi dawcami”. Ci, co dostali, muszą być tymi, którzy się dzielą. Ci, co zrozumieli, mają być tymi, którzy nauczą innych. To tłumaczy, dlaczego dzisiaj się tutaj zgromadziliśmy, licznie reprezentując wspólnoty i ośrodki z tak różnych stron świata. Bo powtarzając za Johnem Mainem: „medytacja tworzy wspólnotę”. Nie klub, nie instytucję, ale wspólnotę.
Wielu z was tu obecnych prowadzi małe grupy medytacyjne. Tu, w katedrze jest grupa, co spotyka się codziennie w czasie lunchu, jak też i cotygodniowa grupa wieczorna.
Jeszcze inni tutaj są benedyktyńskimi oblatami światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej „świecy ludzie, którzy w Regule św. Benedykta odnaleźli sposób na przeżywanie konsekwencji swej medytacyjnej wędrówki serca.
Ci spośród was, którzy są nauczycielami Medytacji odkryli, że jej prosta nauka równie wspaniale rezonuje z prostotą dziecka, jak też, jest pomocą na wyciszanie trudnych turbulencji dorosłego życia.
Są tu członkowie parafialnych grup medytacyjnych, przyczyniając się do odnowy tej podstawowej jednostki chrześcijańskiej wspólnoty, zaszczepiając w nich wymiar kontemplatywny w liturgii i w służbie współbraciom i siostrom w Chrystusie.
Kilku z was jest księżmi w Kościołach różnych denominacji. Wiecie, że wasza posługa tylko wtedy będzie służbą, gdy zakotwiczy się w głębokiej osobistej modlitwie.
Są też tutaj tacy, którzy uczestniczą w programie 12 Kroków. Wy odkryliście, że w uzależnieniu też jest łaska poprzez dogłębne doświadczenie 11 Kroku „pogłębiając wasz świadomy kontakt z Bogiem poprzez Medytację i modlitwę.
Jeszcze inni pośród was niosą ciężkie brzemiona odpowiedzialności w świecie biznesu, finansów i innych trudnych zawodach. Wiecie, że bez przyjęcia odpowiedzialności za swą własną wewnętrzną równowagę i zdrowie duchowe, nie poradzicie sobie z nią właściwie wobec innych.
Większość tutaj zgromadzonych jest małżonkami i nauczyliście się od Johna Maina, że musi być uszanowana wasza własna samotność, wewnętrzna izdebka serca, tak by mogła wzrastać wasza możność budowania coraz trwalszych relacji ze współmałżonkiem i z dziećmi.
Jeszcze inni spośród was poświęcają swój czas i energię na rzecz pokoju i sprawiedliwości. Szukacie dróg rozwiązania trudnych spraw międzyludzkich bez uciekania się do przemocy. Odkryliście poprzez Medytację, że tylko kontemplatywne sumienie jest w stanie to osiągnąć”.
Ci z was, którzy zaangażowani są w dialog międzyreligijny wiedzą dobrze, że tylko Medytacja otwiera w nich tą tajemniczą płaszczyznę wzajemnego porozumienia, gdzie buduje się trwała przyjaźń, ta jedyna siła by przetrwać w obliczu piętrzących się podziałów i długiej historii rozłamów.
Wreszcie są tu też i ci, którzy opiekują się chorymi i umierającymi. Lekarze i terapeuci. Odkryliście, że Medytacja daje wam siłę bycia otwartym na cierpienie drugiego człowieka, ona żywi wasze zdolności słuchania go i zwrócenia nań pełnej miłości uwagi.
Inaczej mówiąc, dla nas wszystkich modlitwa jest chlebem codziennym. Czerpiemy to pożywienie z nieskończonej głębi, większej niż to, co nasze myśli i najsilniejsze uczucia są w stanie dosięgnąć lub wyrazić. Zebraliśmy się tu wszyscy, by uczcić pamięć nauczyciela, który wyuczył wielu nauczycieli i który niestrudzenie wskazywał poza siebie na Jezusa, jako Nauczyciela nauczycieli „Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus” (Mt 23,10).
Dziękujemy Bogu za wszystko to, co poprzez Johna Maina dokonał i co nieustannie przyczynia się do od-nowy Kościoła i świata. Ci, którzy mieli w życiu łaskę spotkać Johna Maina, poznali głębiej, co znaczy świętość. Żył w ścisłym związku z Bogiem, w Miłości, która go stworzyła i inspirowała, a głód i pragnienie jej, były napędzającym go motorem. Jego dary osobiste, zdolności przywódcze, inteligencja i wyobraźnia uległy przemianie przez i poprzez tą Miłość. Dlatego widzimy w nim, tak jak w innych świętych mężach, nie tylko obiekt dla naszego podziwu, ale nasz własny potencjał i prawdziwą wartość. Patrząc na niego, słuchając jego słów, czytając jego książki wzrasta nasze ziarno kontemplacji. Ten wzrost przybliża nas do pełni bycia, prawdziwej świętości, przekraczając nasze lęki, gniew, zwątpienie i niewiarę w siebie.
To wszystko teraz świętujemy. Ale świętowanie to nie triumfalizm. Chrześcijańska radość nie zapomina o własnej słabości, w której ma objawić się moc Boga. Jednym z aspektów naszej słabości jest bezsilność wobec przypadku. Przypadku, jak ten który sprawił, że druki tekstów na dzisiejszą uroczystość nie dotarły na czas. Przypadek raka Johna Maina, który zabrał go nam w pełnej sile wieku. Nasze grupy choć rosnące w liczbę na całym świecie pozostają małe i słabe strukturalnie. Czasami ta wrażliwość i ludzka umieralność może nas przygnieść do dołu w niespodziewanym momencie. John Main nauczył się przyjąć i żyć z nieuchronnością zbliżającej się śmierci i zamienił ją w podróż łaski, która była wsparciem dla wszystkich wokół niego. Ale i on, jak każdy z nas, niósł w sobie poczucie przegranej i rozczarowania.
Ta słabość jest też częścią naszego świętowania, bo czymże innym jest Eucharystia?
Pamiętajmy, że poprzez doświadczenie słabości ćwiczymy się w pokorze, która czasem, gdy się jej zbuntujemy, zamienia się w upokorzenie. I ono jest na swój sposób konieczne w procesie odnowy chrześcijaństwa, o której to mówiliśmy na początku. Na tle pokory Chrystusa ujawnia się prawda o zniekształconym obliczu ludzkiej dumy.
Pokora mantry i nasza codzienna medytacja – nie jest to oczywiście droga przeznaczona dla wszystkich. Są inne liczne drogi. Ale, jeżeli czujesz, że Medytacja jest twoją drogą, to powinieneś nią ruszyć, z tym samym zaangażowaniem, jakiego wzór pozostawił nam John Main. Bo na niej, tak jak na innych biegnących obok, służymy Chrystusowi i wykonujemy naszą część pracy w budowaniu jego Królestwa.
Minione 25 lat pokazały nam, w jaki sposób Bóg cudownie działa poprzez pojedynczych nauczycieli. Każdy z nas jest powołany, by był kanałem łaski dla innych. Patrząc na historię Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej i jej wzrost dzisiaj, patrzymy na moc Boga przejawiającą się w ludzkiej słabości. Tak więc celebrujemy dzisiaj Boże dzieło. I jeżeli naprawdę tak czujemy, to ucieszymy tym ojca Johna. Dołączy on do nas ze swym wielkim darem  rozradowywania się w Zmartwychwstałym Panu.
Laurence Freeman OSB