Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie». (Mt 5, 13-16)
Doskonale zdajemy sobie sprawę, że istnieje związek między miłością Boga i miłością człowieka. Nie można kochać Boga, którego nie widzimy, jeśli nie kochamy człowieka, którego widzimy. Istnieją przynajmniej trzy warianty wzajemnej relacji tych dwóch miłości.
Po pierwsze, miłość Boża przynagla nas, byśmy kochali bliźniego. Doskonale to widać na przykładzie św. Pawła, którego fragment Listu do Koryntian dzisiaj czytamy. Prześladowca Kościoła, ten, który zgadzał się na więzienie, a nawet śmierć chrześcijan, nagle, po spotkaniu z Chrystusem, poświęcił całe swoje życie służeniu tym ludziom. Stanął przed nimi „w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem”. Miłość Boża jest motorem naszego służenia innym.
Po drugie, okazywanie chrześcijańskiej miłości może być narzędziem ewangelizacji. We fragmencie Ewangelii według św. Mateusza Jezus stawia przed chrześcijańską wspólnotą trudne zadanie. Mamy być solą ziemi i światłem świata. Chrześcijanie mają świecić nie po to, by inni ich chwalili, ale „aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Życie chrześcijan ma być w jakimś sensie „dowodem” na istnienie Boga.
I wreszcie po trzecie, miłość bliźniego otwiera moje oczy na Boga. Papież Benedykt XVI tak pisał o tej perspektywie w swojej pierwszej encyklice: „Miłość bliźniego jest drogą do spotkania również Boga, a zamykanie oczu na bliźniego czyni człowieka ślepym również na Boga”. O tej perspektywie często zapominamy. Odkryła ją kiedyś dla siebie św. Teresa z Lisieux. Kiedy przeżywała ciemną noc wiary, otworzyła Biblię i wzrok jej padł na fragment z Księgi proroka Izajasza, który dziś czytamy: „Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza”. Kiedy gaśnie lampa wiary, możemy zapalić lampę miłości bliźniego i w ten sposób odnaleźć drogę do Boga.
Warto jednak pamiętać, że prawdziwego światła nie da się podrobić, udawać. Jego siłą jest autentyczność. I co jest niezmiernie istotne, tylko wówczas sami zaczynamy inaczej widzieć i rozumieć. Nasze prawdziwe zawierzenie Ewangelii wprowadza nas samych w światło. Wówczas doświadczamy, że to Chrystus jest przede wszystkim naszym Światłem. A sami mamy stawać się jedynie odblaskiem Jego Światła. Wszystko to otrzymuje bardzo konkretny kształt w naszej postawie życiowej. Ewangelia jest konkretnym światłem w naszym życiu.
Święty Paweł w Liście do Koryntian wyznaje z całym przejęciem:
A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej (1 Kor 2,4n).
Zawierzenie daje nam prawdziwe zakorzenienie w Bogu i dopiero wówczas nasze życie może stać się owym światłem, które nie jest jedynie czymś zewnętrznym, ale staje się mocą Bożą.
Pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele wycierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Posłyszała o Jezusie, więc weszła z tyłu między tłum i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: «Żebym choć dotknęła Jego płaszcza, a będę zdrowa». Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w swym ciele, że jest uleczona z dolegliwości. (Mk 5, 21-43)
Dotknąć Jezusa. Ewangeliści kilkukrotnie dają świadectwo, że „Wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie”. Dziś też można dotknąć Jezusa. Ale tak samo jak wtedy trzeba Go szukać. Szukanie i znajdowanie Boga prowadzi do spotkania z Nim, a to z kolei umożliwia „dotknięcie” Go. Owo szukanie bywa jednak trudne. Wymaga pozostawienia wielu rzeczy i skupienia się przede wszystkim na Jezusie, tak jak czyni to bohaterka dzisiejszej perykopy ewangelicznej.
Jezus niczego nie robi na siłę. Przychodzi z pomocą tym, którzy Go o to szczerze proszą i pragną prawdziwej a nie tylko pozornej przemiany swojego serca i życia. Choć jest wokół Niego tłum i wielu ludzi Go dotyka – jakby tylko przypadkowo – to uzdrowiona zostaje tylko ta, która dotknęła Go w sposób umyślny i celowy. Jej dotyk był dotykiem pełnej ufności wiary. Medytacja monologiczna uczy nas właśnie takiego „dotyku” Jezusa. On przychodzi wraz ze swoim słowem. Nigdy się nie narzuca. Pozwala się dotknąć. Przychodzi tam, gdzie jest chciany. Medytacja w pierwszym rzędzie rodzi pragnienie spotkania z Jezusem. Ona zaprasza nas byśmy usiedli obok i pozwolili, by mocą przyzywanego słowa, mocą imienia Jezus – On dokonywał w nas cudu przemiany. Praktyka medytacji sprawia, że poprzez uważność i skupienie zostajemy wyrwani z codziennej rutyny (także rutyny modlitwy), by świadomie spotykać Chrystusa, który przychodzi w swoim słowie.
To właśnie wypowiadane w rytmie oddechu imię Jezus sprawia, że w medytacji możemy dotknąć Jego obecności, doświadczyć Jego miłości i łaski. Ważne byśmy wypowiadając w głębi naszego wnętrza modlitewne wezwanie robili to powoli i umyślnie, pragnąc znaleźć się w obecności Pana. By powtarzając słowo pozwalać się Mu dotykać i przenikać Jego mocą.
Dotyk pełen miłującej ufności, jaka powinna towarzyszyć naszej medytacji – jak w przypadku kobiety z dzisiejszej Ewangelii – ma moc czynić cuda. Ma moc nas ocalać.
Medytacja uczy nas stawiać Jezusa Chrystusa w centrum naszego życia. Medytacja jest drogą, która nieustannie przypomina nam, że chrześcijanin nie jest związany z jakąś ideą ani doktryną, tylko podąża za osobą Chrystusa, którego miłuje. To dzięki temu, że możemy dotykać Jezusa w medytacji, w Jego miłującej obecności a dzięki temu możemy też wnosić Chrystusa do życia codziennego, do rodziny, do pracy, do kontaktów z innymi ludźmi.
Medytacja pozwala nam znajdować odpoczynek w obecności Boga, w bliskości Jego słowa, które uświadamia nam za każdym razem, gdy siadamy do medytacji, że Bóg jest Ojcem pełnym czułości i nieskończonej miłości. Medytacja uczy nas także, że często w ciągu dnia możemy wracać do wypowiadania imienia Jezus, by w nim odnajdować moc i radość płynącą z tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi.
Regularna, codzienna medytacja wprowadza nas w doświadczenie bliskości Boga, w którym „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” i dzięki temu pomaga nam żyć z ufnością, wdzięcznością i radością; więcej, pomaga nam przezwyciężyć różne rodzaje pesymizmu które rodzą się wobec życiowych problemów, świadomości własnych błędów, czy trudności z którymi się stykamy. Jak to pięknie powiedział papież Franciszek: „Codzienna medytacja, która jest obcowaniem ze słowem Bożym uświadamia nam, że nasze życie jest epickim poematem, który piszemy wraz z Bogiem”.
Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu». Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.
A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego.
Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:
«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela».
Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostawała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy.
A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret.
Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2, 22-40)
Kiedy Maryja i Józef przynoszą maleńkiego Pana Jezusa do świątyni, by dopełnić przepisów Prawa składając przepisaną ofiarę na wykupienie pierworodnego, są tam obecni Symeon i Anna. Obydwoje podeszli w latach wielbią i wychwalają Boga. Oni już wiedzą – bogaci doświadczeniem długiego życia – że wszystko, co otrzymali, otrzymali od Boga i wszystko do Niego należy. A przede wszystkim wiedzą, że On dotrzymuje obietnic danych człowiekowi, choć nieraz na ich wypełnienie trzeba poczekać…
Nam często scena Ofiarowania kojarzy się z sakramentem chrztu świętego. To wtedy dzieci przynoszone są przez rodziców do kościoła, by we wspólnocie wierzących otrzymać łaskę Bożego dziecięctwa.
Tego wydarzenia zwykle nie możemy pamiętać. Co najwyżej znamy je z opowieści rodziców, chrzestnych czy dziadków. Mnie opowiadała o chrzcie moja chrzestna matka. Trzymając mnie na rękach pomyślała w dniu chrztu, że nigdy, nikomu mnie nie odda. I właśnie wtedy – jak powiedziała – dotarło do niej – że właśnie mnie oddała. W chwili chrztu zostałem oddany Bogu. Podobnie jak każda i każdy z nas tu stojących. A to oznacza, że nie należymy już tylko do siebie, czy do rodziny. Należymy do Boga. To bowiem znaczy określenie „chrześcijanin”. Jesteśmy Jego dziećmi, a On troszczy się o nas przez tych, których stawia na naszej drodze: rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, wspólnotę.
I tak jest z każdym z wierzących. Bóg troszczy się o nas tak, jak troszczył się o Pana Jezusa, gdy mieszkał na ziemi.
Warto przy okazji dzisiejszego święta zapytać tylko: Czy o tym pamiętam? I czy jestem wdzięczni jak Symeon i Anna?
Czemu przy narodzinach Jezusa Mesjasza taką rolę odegrały osoby w starszym, czy wręcz bardzo sędziwym wieku? Wcześniej: Zachariasz i Elżbieta, dzisiaj: Symeon, Anna?
Być może chodzi o mądrość życiową. Osoby starsze są oczyszczone z wielu złudzeń i mrzonek charakterystycznych dla młodego i średniego wieku. Złudzeń, które nieraz przeszkadzają dać należne miejsce Bogu w swoim życiu i w swoim sercu. One wiedzą jak bardzo człowiek potrzebuje w swoim życiu Bożego światła, Bożej łaski i mądrości, żeby nie zabłądzić w ciemności.
Tak się dobrze składa, że dwie nazwy dzisiejszego święta są jakby dwoma podarunkami od Maryi dla nas, mówią bowiem o dwóch sprawach, bez których każde życie nie miałoby najmniejszego sensu.
Pierwszy dar – Ofiarowanie!
Od początku świata człowiek Panu Bogu chciał coś dać, to znaczy ofiarować. Kain mizerne plony zboża, Abel porządnego baranka, Abraham syna Izaaka, Noe ofiarę dziękczynną po potopie.
Co robi Maryja? Ofiaruje Jezusa. Bierze Go i razem z Józefem maszerują do jerozolimskiej świątyni. Boże! To dziecko należy do Ciebie. Uczyń z Nim, to, co Ty chcesz!
I to jest niesamowita lekcja dla nas.
Maryja mówi do Ciebie i do mnie: oddaj Bogu to, co dla Ciebie najdroższe!
Jeśli najdroższe są dzieci – powiedz: Boże weź je w opiekę.
Jeśli najdroższa jest rodzina – powiedz: Boże, noś ją w swoim miłującym sercu.
Jeśli najdroższa jest praca – powiedz: – Boże weź ją w swe ręce.
Ofiarować – to oddać Bogu to, co najdroższe, pozwolić, żeby Bóg zrobił z tym, to, co On uważa za najlepsze!
Matka Boża przynosząc Jezusa nie mówi:
– Panie Boże! Przynoszę Jezusa do świątyni i proszę, żeby był zdrowy, silny, zdolny i bogaty.
Maryja nie stawia warunków. Ona we wszystkim mówi: Bądź wola Twoja. W ten sposób uczy nas zawierzenia. Bo ofiarowanie kogoś lub czegoś bez jednoczesnego zawierzenia tego Bogu nie ma sensu. Staje się wewnętrznie niespójne!
Drugi dar to: Światło!
Od X wieku chrześcijanie przynoszą w to święto do kościoła świece.
Świece, które trzymamy dziś w rękach są znakiem Jezusa. Jak Maryja i Symeon trzymali Jezusa na swym ręku, tak trzymana przez nas świeca przypomina nam, że Bóg również nam siebie ofiarował.
Trzymam Go w moich rękach. Ode mnie zależy jak potraktuję Boga w moim życiu. Czy skorzystam ze światła Jego łaski, które jest przy nas tu i teraz, z którego możemy czerpać, aby nie zejść na manowce życia, czy też zgasimy to światło w sobie przez grzech!?
Ale te świece są także przypomnieniem, że jeszcze nie doszliśmy do celu. Potrzebujemy światła, bo wciąż jesteśmy w drodze, wciąż czekamy na światło nieskończenie wspanialsze, które – ufamy – stanie się naszym udziałem w wieczności.
I to są kochani dwie maryjne lekcje dzisiejszego święta. Niech Maryja uczy nas ofiarować Bogu swoje życie, z zaufaniem, bez upierania się, że musi być tak, jak my chcemy i niech uczy nas zawsze trzymać się światła Chrystusa, byśmy nie zabłądzili w drodze do wieczności.
Niech te dwie lekcje zapadną nam w sercu, jako dar naszej Matki dla swoich przybranych dzieci.
Z Ewangelii według św. Marka
Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. A tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze szukają Ciebie».
Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?» I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką».(Mk 3, 31-35)
***
Jednym z podstawowych symboli Jezusa jest Słowo. Mamy właśnie za sobą niedzielę, którą papież Franciszek ogłosił Niedzielą Słowa Bożego.
Jezus przynosi nam światło swego Słowa, abyśmy się nawrócili, to znaczy zawrócili z drogi egoizmu i poszli ku Miłości, czyli nowemu życiu z wiary – jak to określi św. Paweł.
Bóg wypowiadając swoje słowo kieruje je do ogółu ludzkości, ale jednocześnie przychodzi ze swoim słowem do konkretnego człowieka: do Proroków, do Maryi, do Apostołów… do Ciebie i do mnie. To Jego przyjście domaga się od nas bardzo osobistej odpowiedzi. To jest odpowiedź, którą dajemy Mu w medytacji, w doświadczeniu, w które nikt poza nami i Nim nie ma wglądu. I właśnie dlatego, że jest tak bardzo osobiste i intymne, jest również autentyczne, bo oducza nas i uwalnia od udawania, które grozi nam, gdy tej odpowiedzi próbujemy udzielić na forum publicznym, „po to, aby się ludziom pokazać”…
Modlitwa wewnętrzna, jaką jest medytacja monologiczna wprowadza nas w przestrzeń relacji między Bogiem w Trójcy Świętej a nami. Jak zwykła mawiać św. Teresa z Avila modlitwa to wzajemne bycie z Bogiem i bycie dla Boga. Czasem takie przebywanie wyraża się w słowach, czasem w milczeniu; podobnie jak mąż i żona rozmawiają ze sobą i to buduje ich jedność i porozumienie, choć jednocześnie wiedzą, że istotą ich relacji a zatem bycia ze sobą i dla siebie jest obecność jednego przy drugim w miłości.
Regularna, codzienna medytacja sprawia, że Jezus codziennie może przychodzić do nas ze swoim Słowem. Mówi do nas w naszym zwyczajnym, codziennym życiu. Praktyka medytacji monologicznej (Modlitwy Jezusowej), której celem jest zakorzenienie słowa Bożego w ludzkim sercu uświadamia nam, że Jezus nie przestaje do nas mówić.
Niemniej przyjęcie Jego Słowa zależy od nawrócenia serca. Tylko serce wolne od grzechu i nieuporządkowanych przywiązań jest zdolne do życia na sto procent Jego słowem. Stąd Jezusowe wezwanie do nawrócenia, które tak często powraca w Ewangelii jest ciągle aktualne. To między innymi zaproszenie by z bycia bardzo zajętymi samymi sobą, przenieść nasz wzrok na Chrystusa. Bez tego warunku trudno będzie Jezusowi rozmiłować nas w sobie i natchnąć nas Jego słowem. Tymczasem Każde Jego natchnienie kryje w sobie ogromną moc. Może zmienić całe nasze życie, podobnie jak zmieniło życie Maryi i Apostołów. Jednocześnie jest bardzo delikatne i szanuje naszą wolność.
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu (Mt 4,12-23).
* * *
„Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie”. Światło można zobaczyć tylko wtedy, gdy przebywa się w ciemniejszym miejscu, w jakimś mroku lub ciemności. Nie musi to być miejsce całkowicie pozbawione światła. Jeśli jednak uznam, że częściowa ciemność, w której przebywam jest jasnością, wtedy nie będę poszukiwał światła. Wystarczy mi to, co jest. Jeśliby odnieść tę postawę do życia duchowego, robi się niebezpiecznie.
Kilka dni temu obserwowałem piękny wschód słońca. Cały horyzont był zabarwiony na pomarańcz i tonął w czerwieniach. Przyglądałem się mu z radością. A skoro Bóg jest Stwórcą słońca, to o ileż jaśniejszy jest On sam od wschodzącej na horyzoncie kuli ognia!
W naszym życiu jest wielka pokusa, aby uznać, że to, co w danej chwili widzimy jest takie jakie jest dzięki światłu naszego rozumu, wyczucia, intuicji czy nawet wiary. Czasem jesteśmy tak bardzo przekonani o mądrości naszego spojrzenia, o naszym światłym spojrzeniu na ludzi, siebie, świat a nawet na Boga, że nie dopuszczamy do siebie myśli, że możemy się mylić; że może być inaczej niż to widzimy czy myślimy.
Warto podjąć się pewnego duchowego zadania i postawić sobie pytanie: „Kiedy ostatni raz uznałem, że się mylę, że czegoś kompletnie nie rozumiem?”. Bo jeśli żyjemy tak, że nie zmieniamy zdania, uznajemy, że rzadko albo nigdy się nie mylimy – to ni mniej i ni więcej znaczy to, że w głębi serca nie chcemy się nawracać! Nawrócenie bowiem wymaga zmiany sposobu myślenia, niejednokrotnie radykalnego.
„Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. Zmiana Bogu nie jest potrzebna. Zmiana potrzebna jest w nam! Jezus wzywa do nawrócenia. W greckim oryginale dzisiejszej Ewangelii jest ono opisane słowem „metanoia”, co dosłownie znaczy: „przemienić się”, „wznieść się ponad dotychczasowy stan umysłu”. Znaczy tyle, co poszerzyć swoje myślenie o to, co podsuwa mi Bóg w swoim słowie i w swoich natchnieniach.
Dzisiejsza Ewangelia opisuje moment powołania Apostołów. Jezus mówi: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”.
Jest w tej scenie coś niesamowitego. Jedno zdanie Jezusa radykalnie zmienia życie prostych rybaków.
Być może Piotr i Andrzej zastanawiali się co to znaczy „stać się rybakami ludzi? Jak się w ogóle „łowi ludzi”…???
Ale mimo wszystko… natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Zostawili natychmiast…
Nie było wahania… nie było pytań jak, dlaczego, jakim cudem?
W postawie Apostołów nie ma też racjonalizowania… mówienia: może potem.., albo dzięki stary, ale nie kupuję tej historii o „łowieniu ludzi”…
Jest akcja i reakcja…. Pójdźcie za mną! I idą… natychmiast!
Podobnie było w przypadku dwóch kolejnych braci Jakuba i Jana.
Nam się to tak fajnie się czyta. „Oni natychmiast zostawili wszystko i poszli za Nim”…
Warto stawiać siebie czasem w miejscu Apostołów by zapytać siebie: Czy ja, współczesny człowiek poszedłbym za Jezusem natychmiast?
A może tłumaczyłbym się tym ile to spraw mam niezamkniętych…, że to wymaga przygotowania…, że tak od razu to się nie da…, ale może potem…, jutro… a może za rok.
Mówię o tym, bo my trochę tak traktujemy nasze wezwanie do nawrócenia, które Jezus do nas kieruje. A przecież prawdziwe nawrócenia wymaga natychmiastowej decyzji!
Ktoś kiedyś powiedział: „Potem znaczy nigdy”… Dlatego nawrócenie to zawsze pewien radykalizm…
To coś, co dzieje się natychmiast… To dotknięcie Boga, który sprawia, że w jednej chwili masz ochotę wszystko zostawić… A jeśli nie mam, to może dlatego, że słowo Chrystus wcale do mnie nie przemawia!?
Aby pójść za Jezusem trzeba mieć puste ręce. Innymi słowy: trzeba być naprawdę wolnym! W jakimś sensie fascynuje mnie ten obraz pustych dłoni Apostołów. Gdy są jeszcze zwykłymi rybakami – ich ręce są zawsze czymś zajęte: przygotowaniem łodzi, sprawdzaniem sieci, pakowaniem sprzętu, łowieniem i sortowaniem ryb… Gdy podejmują decyzję, aby odpowiedzieć na wezwanie Jezusa ich dłonie się otwierają. Sieci wypadają z ich dłoni, a one stają się puste i wolne. Szczególnie mocno ten gest widać na obrazie średniowiecznego katalońskiego malarza Luisa Borrassy. Myślę, że w życiu duchowym warto stawiać sobie co jakiś czas pytanie: „Na czym są zaciśnięte moje dłonie? Czego tak kurczowo się trzymam w życiu, co trudno byłoby mi zostawić?”. Mogą to być nie tylko rzeczy materialne, ale różne przywiązania do myśli, poglądów, ocen, krytycznych sądów itd.
Święty Paweł poświęcając wiele miejsca w swoich listach kwestii powołania przypomina, że jednym z powołań, które jest wspólne dla wszystkich chcących naprawdę iść za Chrystusem jest powołanie do wolności: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Gal 5, 1). Potrzebujemy wolności wewnętrznej, paradoksalnie również wolności od nas samych, od dyktatu naszego ego, aby móc prawdziwi wierzyć, prawdziwie kochać, aby być na 100% człowiekiem i chrześcijaninem..
Bo chrześcijaństwo to nieustanne przekraczanie siebie.